Jeżeli nie wiesz czym jest projekt CALM talks to zapraszam na tą stronę – „CALM talks – porozmawiajmy o edukacji”. Tam także znajdziesz pełne pytania, na które tu znajdziesz odpowiedzi. Poniżej zamieszczamy podsumowanie wszystkich – naszym zdaniem – najciekawszych wypowiedzi udzielonych w tym projekcie. Pełna lista wszystkich wypowiedzi jest dostępna pod tym linkiem – „CALM talks – wszystkie odpowiedzi„.
Jaki był Twój ulubiony przedmiot za czasów szkolnych i dlaczego?
Nie licząc W-F, technika, historia – technika ze względu na prace manualne, historia, ze względu na zamiłowanie do historii XX wieku. Jeszcze była matematyka, ale tutaj z miłością obopólną bywało różnie, było to też uzależnione od jej dziedziny.
Jaki Twoim zdaniem jest najważniejszy przedmiot w szkole i dlaczego?
Matematyka. Każdy młody człowiek powinien potrafić dobrze liczyć, gdyż będzie to miało wpływ na jego późniejsze, dorosłe życie. Może też mieć to wpływ na życie zawodowe – umiejętności matematyczne otwierają bardzo wiele drzwi z różnych dziedzin potencjalnej, późniejszej „kariery”…
Dokończ zdanie. Dobry nauczyciel …..
Ma dobry kontakt z uczniami, dobrze tłumaczy lecz jest surowy i wymagający.
Jakich przedmiotów lub tematów w szkole dziś brakuje?
W szkołach brak nauki praktycznych przedmiotów, powiązanych z życiem… Szkoła nie nauczyła mnie życia w dorosłym świecie podatków, kredytów, opłat…. W szkole brakuje nauki z dziedzin przydatnych w dorosłym życiu. np. jak założyć i rozliczać firmę, jak ją prowadzić i jak być przedsiębiorczym. W szkole też nie przekazuje się informacji o potencjalnych możliwych kierunkach rozwoju swojej kariery po skończeniu danych profili w szkole. Często też prowadzone są zajęcia, której tematyka jest tylko podręcznikowa, bez przełożenia na późniejsze dorosłe życie.
System edukacji – cele ?
Przygotowanie młodzieży do funkcjonowania w dorosłym życiu. Uzyskanie wiedzy, która w sposób praktyczny przełoży się na późniejszy wykonywany zawód. Obecny system edukacji nie realizuje ww. celów. Programy edukacji z roku na rok są co raz uboższe i układane w oparciu o system, który miał działać kilkadziesiąt lat temu, co nie ma przełożenia na rzeczywiste metody nauczania stosowane np. w krajach zachodnich czy skandynawskich.
Motywacja do nauki
Pokazać zastosowanie pozyskiwanej wiedzy. Nikt nie lubi się uczyć czegoś, bez podania praktycznego zastosowania takiej wiedzy. Prowadzę zajęcia z dziećmi, w których „przemycamy” wiedzę w trakcie praktycznych zajęć. Młodzież uczy się, nie wiedząc, że tak na prawdę wykorzystuje pozyskaną wiedzę teoretyczną w praktyce, np. matematykę stosują do obliczenia przełożeń w pojazdach elektrycznych itp.
Po co te zajęcia?
Matematyka – przede wszystkim praktyczne umiejętności zastosowania jej w życiu codziennym. Jej nauka powinna być poparta rzeczywistymi przykładami.
Informatyka – nauka programowania
WF – prowadzenie ciekawych zajęć, motywujących wszystkich do ćwiczeń z przyjemnością. Pokazanie ważnego wpływu ruchu na życie.
Co sądzisz na temat zadań domowych?
Zadania domowe powinny być zadawane. Powinien być stawiany duży nacisk na pracę własną.
Największe wyzwania edukacji?
Wyzwanie – sprostanie problemom nowoczesnego i zmieniającego się świata. Dostosowanie systemu edukacji do ciągłych zmian, a nie powielanie starych metod i programów nauczania. Świat staje się raz to bardziej cyfrowy, nowoczesny, więc programy i sposoby nauczania także powinny być dostosowane do jego standardów.
Czy jesteś zadowolony z tego jak funkcjonuje dzisiaj nasz system szkolnictwa?
Zupełnie nie. Tak jak mówiłem, prowadzenie zajęć praktycznych, zajęć, podczas których każdy z uczniów będzie mógł wykonywać dane ćwiczenia na rzeczywistych układach czy też maszynach i programach, a nie być tylko widzem. Dodatkowo stawiał bym na PBL, czyli nauczanie na bazie projektów.
Książki warte polecenia
Osobiście lubię literaturę podróżniczą oraz historyczną, o XX wieku a dokładniej o tematyce wojennej. Lubię publikacje Cejrowskiego czy też Pawlikowskiej. Odnośnie literatury wojennej publikacje Wołoszańskiego oraz Stephen’a Ambrose.
Dobra rada na start
Robić to co się lubi najbardziej i zostać w tej dziedzinie specjalistą.
Czym jest sukces?
Sukces zawodowy – robić to co się lubi najbardziej, czyli przełożenie pasji na życie zawodowe.
Talent, lenistwo czy ciężka praca?
Do pewnego stopnia każdy jest w stanie rozumieć i potrafić posługiwać się matematyką. Nie wszyscy ukończą kursy matematyki na poziomie akademickim, ale każdy powinien umieć dobrze liczyć. Od tego czy uczeń będzie lubił matematykę i się jej uczył zależy od nauczyciela, który w dobry i przystępny sposób przekaże wiedzę i zainteresuje ją uczniów. Jeżeli nauczyciel jest pasjonatem danego tematu to nie powinien mieć problemu z zainteresowaniem tematyką uczniów. Trafiłem w swoim życiu na nauczycieli pasjonatów, których to lekcje wspominam najlepiej. Z miłą chęcią uczyłem się ich przedmiotów.
Wyzwania przyszłości stawiane indywidualnie przed każdym młodym człowiekiem
Dzieci muszą potrafić wejść w dorosłość i podejmować swoje świadome decyzje. Wielu młodych ludzi nie potrafi planować oraz podejmować długofalowych decyzji. Muszą nauczyć się też żyć w normalnym świecie, a nie tylko w telefonach komórkowych i internecie….
O czym Twoim zdaniem za mało mówi się w mediach?
Media publiczne głównie skupiają się na politycznej walce oraz pokazywaniu złych, katastroficznych informacji. Brak w mediach przekazywania informacji pozytywnych. Młodzież należałoby uświadamiać o możliwościach jakie niesie z sobą nauka w danej tematyce oraz pokazywać jakie efekty daje ciężka praca. Pokazać im możliwości, wskazać potencjalne możliwe drogi rozwoju kariery.
Pomóż nam rozwijać projekt CALM talks – Twoja opinia
Młodym nauczycielom, którzy jeszcze nie „wsiąknęli” w system edukacji… Osoby te mogą posiadać chęci zmieniania systemu edukacji oraz angażowania się w różnego rodzaju projekty edukacyjne, którch celem będzie rozwój dzieci i młodzieży.
Jeżeli nie wiesz czym jest projekt CALM talks to zapraszam na tą stronę – „CALM talks – porozmawiajmy o edukacji”. Tam także znajdziesz pełne pytania. Poniżej zamieszczamy wypowiedź Pani Anny Szajkowskiej. Pełna lista wszystkich wypowiedzi jest dostępna pod tym linkiem – „CALM talks – wszystkie odpowiedzi„.
Jaki był Twój ulubiony przedmiot za czasów szkolnych i dlaczego?
W najmłodszych klasach lubiłam matematykę, bo dobrze mi szła. Potem miałam nauczycieli, którzy byli raczej oceniający niż wspierający i bardzo mnie to zniechęciło. Czułam się też porównywana do chłopców i czułam się gorsza. Takie wrażenie, że matematyka nie jest dla dziewczynek.
W liceum pokochałam biologię, fascynowała mnie, dzięki temu łatwo mi przychodziło uczenie się. Nauczycielka była wymagająca, ale bardzo fajna i nie tworzyła nadmiernej presji, miała humor, uczniowie ją chyba lubili. Ja na pewno – mimo że trochę bałam się odpytywania. Lubiłam też język polski, póki uczyła nas młoda nauczycielka, która z nami dyskutowała i pobudzała do myślenia. Też była bardzo dowcipna i umiała obrócić w żart nawet trudne sytuacje. Nie stresowała nas.
Jaki Twoim zdaniem jest najważniejszy przedmiot w szkole i dlaczego?
Moim zdaniem matematyka uczy myślenia i dlatego jest niezwykle ważna. Bardzo teraz w dorosłości mam poczucie luki edukacyjnej w tym wymiarze. Chyba jednak brakuje w jej nauczaniu podstaw logiki, mój nauczyciel logiki na studiach filozoficznych bardzo nad tym ubolewał i wierzył, że można uczyć dzieci logicznego myślenia na matematyce. Myślę, że to by było fascynujące 🙂
Poza tym dodam, że ważny byłby też przedmiot uczący dzieci krytycznego myślenia, wiem z doświadczenia, że mógłby to być język polski, ale przez większość mojej edukacji nie spełniał tej roli. Analiza lektur pod tezę nie uczy łączenia wątków oraz analizowania tekstu w kontekście. A obecnie młodzież bardzo tego potrzebuje w zalewie informacji i różnych, nie zawsze rzetelnych, źródeł.
Dokończ zdanie. Dobry nauczyciel …..
to taki, który szanuje swoich uczniów, rozumie ich potrzeby psychologiczne i edukacyjne (bo rozumie też proces uczenia), jest otwarty i sam zadbany psychicznie. Jak psycholog – nauczyciel jest narzędziem swojej pracy. Zmęczony, źle wykształcony, źle wynagradzany, przemęczony, bez wsparcia – nie spełni swojej roli. Nawet świetny w swojej dziedzinie przedmiotowej nie będzie dobrym pedagogiem bez tych cech i umiejętności moim zdaniem. Średni w swojej wiedzy z przedmiotu, ale wiedzący i mający to wszystko – może być lepszym nauczycielem.
Jakich przedmiotów lub tematów w szkole dziś brakuje?
Nie uczy myślenia, tylko zapamiętywania. Niestety nie uczy współpracy – a rywalizacji. Nie uczy nas, ze ważne jest to w czym jesteśmy dobrzy, a uczy, ze jesteśmy nie dość dobrzy w innych rzeczach. Nie uczy nad dyskutować i krytycznie myśleć. To z meta poziomu. U podstaw – nie uczy logiki i rozumowania, a powinna moim zdaniem, choć nie znam się i nie wiem jak to zrobić. Niestety nie ma rzetelnej edukacji seksualnej, co jest zgrozą…
Ja marzyłam w szkole średniej o filozofii zamiast religii i tego bym chciała też dla swoich dzieci już od najmłodszych lat – zamiast religii filozofia i etyka, gdzie można realizować też edukację antydyskryminacyjną, uczyć krytycznego myślenia, kultury dyskusji czy kultury życia społecznego. Mi brakowało też na studiach zajęć zapoznających mnie z branżą – byłam zagubiona totalnie, sama musiałam znaleźć ścieżkę zawodową i się w niej odnaleźć. A w moim nieuregulowanym zawodem to jest trudne.
System edukacji – cele ?
Tego to nie wiem, ale na pewno nie powinny stać w sprzeczności z potrzebami rozwojowymi dziecka.
Po co te zajęcia?
Matematyka – już się trochę wypowiedziała, nic nie mam do dodania.
historia – nie wiem czy powinna być kuciem na pamięć dat (może poza jakimiś kluczowymi), fajnie jakby pokazywała różne perspektywy jednego zjawiska i też skłaniała do refleksji a nie łatwych ocen postępowania ludzi. Kontekst historyczny jest kluczowy dla rozumienia historii z mojej perspektywy.
W sprawie Biologii nie jestem obiektywna, ale na pewno warto aby zawierała w sobie praktyczną wiedzę na temat działania naszego ciała, fizjologii, zdrowia człowieka.
WF – tradycyjny na ocenę zabił we mnie radość ze sportu – na pewno nie powinien być na ocenę, raczej rozwijać chęć ruchu 🙂 i pokazywać jak jest ważna dla zdrowia.
Co do informatyki to sama nie wiem, swoją słabo pamiętam. Ale dzieciaki teraz szybko korzystają z internetu więc np. na temat cyfrowego bezpieczeństwa by mogła uczyć – praktyczna wiedza.
Co sądzisz na temat zadań domowych?
Na pewno jest ich za dużo – co do tego nie mam wątpliwości choć nie mam dzieci. Słyszałam to od pacjentów będących rodzicami i od znajomych, którzy są bliżej oświaty. To jest dramat.
Dzieci potrzebują czasu na relaks i trzeba je tego uczyć, bo ja już widzę u pacjentów duży problem ze stresem i przeciążeniem, nie umieją regulować swojego czasu pracy. A można uczyć tego najmłodszych a nie wdrażać ich w jakieś realia jak z korporacji… Bo konsekwencje społeczne będą straszne. Już je powoli widać w gabinetach 🙁
Największe wyzwania edukacji?
Szkoła w modelu jaki znamy już jest archaiczna. Wyzwaniem jest budowanie nowej drogi, to potrwa lata w naszym słabo dofinansowanym systemie oświaty.
Książki warte polecenia
POTRZEBY EMOCJONALNE DZIECKA Praktyczny poradnik dla rodziców i specjalistów, John Philip Louis , Karen McDonald Louis, wyd. GWP.
Powiedziałabym im żeby nie wymagali od siebie doskonałości, bo to hamuje nasz rozwój. I żeby byli dla siebie wyrozumiali i dawali sobie czas na znalezienie swojej drogi w życiu – to zawsze przychodzi z czasem. A jeśli czymś się niepokoją i nie radzą sobie – żeby szukali wsparcia zaufanych dorosłych i nie bali się skorzystać z porady specjalisty, bo terapia ma też pomagać w rozwoju a nie tylko leczyć to co już się zagmatwało.
Czym jest sukces?
Trzeba najpierw odkryć to co jest dla nas osobiście ważne, bo poczucie sukcesu bez poczucia szczęścia i zadowolenia z tego co się robi jest bardzo kruche.
Talent, lenistwo czy ciężka praca?
Bycie najlepszym uczniem mnie zrobiło krzywdę, wdrukowało mi w głowę wiele szkodliwych przekonań, z którymi się potem zmagałam w terapii. I znam sporo takich historii też swoich pacjentów. Nie wiem czy każdy uczeń może mieć dobre stopnie, ale wiem, że potencjał intelektualny nie jest tylko wrodzony (choć można się urodzić z dużym potencjałem albo z niepełnosprawnością), ale też wynika finalnie ze stymulacji rozwojowej w dzieciństwie. Więc zarówno rodzice, jak i nauczyciele mają na to wpływ. Na pewno można zaszczepić w dzieciach chęć do nauki albo ją zabić czy zmniejszyć – i my dorośli za to odpowiadamy.
Bądź świadomy – aktualności
Moim zdaniem za mało stawiamy na wagę dbania o naszą kondycję psychiczną. I w szkole powinniśmy się o tym uczyć. Potem pacjenci słuchają ode mnie podstawowych informacji o stresie, emocjach, fizjologii stresu, konsekwencjach np. niedosypiania itp. i to są dla nich nowe informacje, a to nasze ciało i mózg! Jak mamy dobrze działać, jak nie wiemy, jak działa i jak zadbać o nasz pojazd na życie czyli nasze ciało, też w jego warstwie psychicznej?
czym jest neurodydaktyka, ta dziwnie brzmiąca dziedzina nauki. Zrozumiesz dlaczego nasi przodkowie żyjący setki tysięcy lat temu jeszcze dziś w świecie smartfonów tak skutecznie utrudniają nam uczenie się. Dowiesz się dlaczego nie zapominasz – i prawdopodobnie nigdy nie zapomnisz – jak się jeździ na rowerze lub pływa, ale niewykorzystywane języki obce niemalże natychmiast. Postaram się w tym tekście zamieścić także sporo praktycznych sposobów na to jak skutecznie uczyć się nowych rzeczy przez całe życie.
To wszystko postaram się ubrać w jak najprostszy język, aby każdy czytelnik niezależnie od wieku mógł zrozumieć podstawowe założenia tej zaawansowanej nauki, bo gwarantuję, że ta wiedza może naprawdę wiele zmienić w życiu każdego z nas. Na wstępie chciałbym uprzedzić, że czasem będę stosować uproszczenia i skróty myślowe, aby nie przytłoczyć ilością treści w tym poście.
Film z wykładu na ten temat, który miałem przyjemność poprowadzić w 2024 roku.
Neurodydaktyka – co to takiego?
Jest to stosunkowo młoda dziedzina nauki, której korzenie sięgają lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Jednak dopiero dzięki rozwojowi technologii i obrazowania komputerowego pracy naszych mózgów przez ostatnie 15 lat, mogła rozwinąć skrzydła. Neuro – czyli mózg, dydaktyka – czyli nauczanie, w połączeniu otrzymujemy dziedzinę koncentrującą się na tym, jak nasz mózg się uczy. Praktycznym zastosowaniem wniosków płynących z jej badań są materiały dydaktyczne i metody nauczania przyjazne mózgowi – skuteczne, przyjemne i zoptymalizowane pod kątem odbiorcy.
Czy neurodydaktyka jest ważna dla przeciętnego zjadacza chleba i czy może mieć wpływ na całe nasze społeczeństwo?
Jest to bardziej niż tylko bardzo ważne. Nasz gatunek przetrwał bez wielkich mięśni, ostrych kłów i pazurów, dzięki naszej najpotężniejszej broni – mózgu i umiejętności szybkiego przystosowywania się do zmieniających warunków, czyli uczenia się i innowacyjnego myślenia. Niestety, przez ostatnie 200 lata zaczęliśmy zmieniać nasz świat w niespotykanym dotychczas tempie, ale nie zmieniliśmy tego, jak się uczymy. Podczas rewolucji przemysłowych nasz system edukacji sprawdzał się znakomicie – o tym więcej pisze tutaj – ale dziś, gdy stajemy przed całkowicie innymi, intelektualnymi wyzwaniami, okazuje się totalnie przestarzały.
Dla każdego przeciętnego zjadacza chleba z osobna, wiedza o tym jak się skutecznie uczyć, jest całkowicie podstawowym fundamentem zdobycia lepiej płatnej pracy w innowacyjnej gospodarce 4.0 – o niej z kolei piszę więcej tutaj. Dzięki wnioskom z badań z dziedziny neurodydaktyki możesz więcej zarabiać, lepiej rozumieć otaczający nas świat, szybciej opanować – w końcu – języki obce i tym samym prowadzić lżejsze szczęśliwsze życie. Będziesz także lepszym rodzicem szczęśliwszych dzieci, dla których nauka będzie zabawą, a w szkole będą błyszczeć bez bezsensownego zakuwania.
Dla całego społeczeństwa wdrożenie do systemu edukacji wniosków z badan neurodydaktycznych, umożliwi wyszkolenie bardziej kreatywnych, szczęśliwych, przedsiębiorczych ludzi, którzy bez tracenia swojego tak cennego życiowego czasu opanują w kilka lat to na co my potrzebowaliśmy kilkanaście. Problemy z którymi się dzisiaj mierzymy – zmiany klimatyczne, wyludnienie krajów rozwiniętych i przeludnienie tych rozwijających, kryzys ekologiczny …. – a także technologie, które zaczynamy tak naprawdę dopiero rozwijać – wirtualna rzeczywistość, drony, energia odnawialna, ekologiczny transport, autonomiczna logistyka, druk 3D, mięso z probówki, uprawy wertykalne w centrach miast …. – wymagają wykształcenia całkowicie innego społeczeństwa – specjalistów – niż dotychczas.
Moim zdaniem tylko poprzez wykształcenie bardziej innowacyjnych, obytych z technologią, empatycznych, szczęśliwszych, potrafiących przekuć zdobytą wiedze w praktyczne technologie nowych pokoleń dajemy sobie szansę na przetrwanie kolejnych dekad.
To właśnie dlatego otworzyłem fundacje CALM edu i promuję w niej nowe podejście do edukacji. Pora więc, aby głośno zacząć mówić o tym co nowego dowiadujemy się dzięki neurodydaktyce i zacząć to wykorzystywać w praktyce dla wspólnego dobra.
PS: To co może być w tym wszystkim najsmutniejsze to to, że wiele tych rzeczy, o których za chwile przeczytasz ludzie wiedzieli już od wieków, – do kilku ludowych mądrości zresztą nawiążę – czuli instynktownie oraz potwierdzali te przeczucia w praktyce jak się skutecznie uczyć i jak rozpalać ciekawość w dzieciach. Mało tego nawet głośno o tym mówili i wytykali błędy gdy powstawał ten system edukacji, ale dziś w końcu mamy przemawiające za tymi metodami niepodważalne naukowe dowody. Łatwiej wprowadzać zmiany, gdy przemawiają za nimi twarde dowody – czas więc brać się do pracy, bo jest co robić. Pora na zmiany.
Dlaczego nasi przodkowie przeszkadzają nam w nauce?
Australopitek (żyjący 4-1mln lat temu), tak samo jak wszyscy przed nim, a także nasz gatunek homo po nim, aby przetrwać musiał oszczędzać energię. I to właśnie przez nich, przez naszych prymitywnych przodków mamy dziś takie spore problemy z zapamiętywaniem nowych informacji w szkołach. Dopiero neurodydaktyka znalazła dla nas wymówkę, dlaczego nie potrafimy czegoś zapamiętać. Mózgi nauczą się tylko tego co uznają za pomocne, aby przetrwać, bo na inne rzeczy szkoda im energii.
Trzeba być także świadomym, że mózg dziecka w wieku 6 lat posiada największą liczbę powiązań pomiędzy neuronami, a następnie dość szybko usuwa te wszystkie nieużywane – nawet 60% z nich. Mózg dziecka jest super elastyczny i przygotowany na pochłanianie bez wysiłkowe – ponieważ wysiłkiem jest budowanie nowych połączeń – wszystkich tych informacji, które mogą okazać się dla niego potrzebne, aby przetrwać w swoim otoczeniu. Co ważne innych połączeń potrzebuje dziecko wychowywane w rodzinnie w której tata mówi jednym językiem, mama innym, a mieszkają w obcym kraju, tak samo jak inne umiejętności są istotne dla „przetrwania” dziecka mieszkającego w dżungli amazońskiej, centrum dużego miasta itp. Mózg malucha w wieku 6 lat już mniej więcej wie, co jest dla niego istotne, a które połączenia może skasować, bo przez te miliony lat naszej ewolucji każda zaoszczędzona kaloria – szczególnie w okresie głodu – miała decydujące znaczenie w walce o przetrwanie.
Posiadając już tą wiedzę, możemy dotrzeć do współczesności, gdy to przeciętnych uczeń lub Ty niezależnie od Twojego wieku próbujesz się czegoś nauczyć. I nie potrafisz.
Dlaczego uczenie się jest takie meczące?
Uczenie się to proces podczas którego powstają nowe fizyczne połączenia pomiędzy neuronami (kolce dendrytowe zakończone synapsami), oraz są transferowane pomiędzy nimi fizycznych substancji (to tak w wielkim uproszczeniu bez zagłębiania się w temat). Powtórzę jeszcze raz. Uczenie się to fizyczny proces podczas, którego w naszym mózgu powstają fizyczne „rzeczy” – biologiczne coś. Tak jak budowanie mięśni tak samo i budowanie „wiedzy” (w formie połączeń) jest procesem męczącym i wymagającym odpowiednich substancji. Podczas treningu na siłowni potrzebujesz energii (z węglowodanów i tłuszczy), a później białka, tak podczas nauki potrzebujesz neuroprzekaźników. Jeden i drugi proces wymaga także czasu! Nie da się pewnych rzeczy przyśpieszyć. Co istotne w zależności od indywidualnych predyspozycji, WIEKU, wytrenowania i zainteresowania tematem (a co za tym idzie ilością dopaminy w organizmie) proces ten będzie przebiegać szybciej lub wolniej. Narzucanie jednego tempta przyswajania informacji kilku osobom z założenia jest złym – demotywującym dla części – posunięciem.
Neuroprzekaźniki – uwaga, akapit bardzo naukowy – to substancje wymagane do poprawnej pracy mózgu i fundamentalne w procesie uczenia się, ponieważ bez nich ten proces nie może przebiegać. Neurony wytwarzają neuroprzekaźniki z substancji zawartych w naszej krwi, czyli z związków prekursorowych dostarczanych wraz z odpowiednim jedzeniem. Tempo wytwarzania ich przez nasz organizm narzuca „prędkość” z jaką jesteśmy się w stanie uczyć, a ich zasoby ograniczają ilość wiedzy, którą możemy przyswoić danego dnia – po ich wyczerpaniu musimy odpocząć. To tak w wielkim skrócie i uproszczeniu. Tak, dobrze zrozumiałeś. Zła dieta może uniemożliwić proces uczenia się. Warto powtórzyć – to co jesz może ograniczyć Twój potencjał (podobnie jak długotrwały stres). Pozwalanie dzieciom na jedzenie śmieciowych przekąsek dosłownie je ogłupia.
Co jeść, aby się lepiej uczyć?
Acetylochonina – powstaje z substancji zawartych w mleku, kalafiorze, żółtkach jaj, wątrobie, soi i orzeszkach ziemnych.
Tyrozyna i fenyloalaina – powstają z białek (zwierzęcych i roślinnych), mleka, orzeszków ziemnych i warzyw strączkowych.
Serotonina – z soi.
Za transport tych substancji do mózgu odpowiadają węglowodany przyswajane wraz z białkiem.
Kończąc ten punkt przytoczę statystyki, które pewnie już znasz, ale idealnie tutaj pasują. Mózg jest bardzo energożernym organem. Stanowi zaledwie 2-3% masy ciała, ale zużywa aż 17-20% całej naszej energii i co ciekawe, niezależnie od tego czy podejmujemy się ogromnego wysiłku intelektualnego czy leżymy i odpoczywamy. Mózg potrzebuje tyle energii do podtrzymania gotowości do pracy, a do nauki tych wcześniej wspomnianych neuroprzekaźników. Tak, kawa też pomaga.
Czy coraz trudniej jest się nam uczyć?
I tak i nie. Mózg osoby młodej, szczególnie bardzo młodej uczy się o wiele sprawniej mniej wysiłkowo bo jak już wiesz ma spory zapas niewykorzystanych neuronów czekających na zagospodarowanie lub w późniejszych latach na skasowanie. Jednak osoby w starszym wieku, która dba o swoje zdrowie intelektualne tylko niewiele gorzej. Możesz się nauczyć wszystkiego w każdym wieku! Mało tego. Nowe badania udowadniają, że nasza pamięć „RAM” (pamięć operacyjna) rośnie wraz z wiekiem i dopiero w okolicy 25 roku życia osiąga szczytowy poziom. W tym wieku możemy dopiero przetwarzać jednocześnie od 6 do 8 elementów, gdy u dzieci to jest 1-2 elementy, a u nastolatków do 5.
Mało tego naukowcy z Uniwersytetu w Heidelbergu przeprowadzili badania (opisane tutaj) na ponad milionie osób (!), z których jasno wynika, że mózg człowieka zaczyna zwalniać dopiero po 60 roku życia !!! Mózg osób dojrzałych aż do emerytury nie działa wolniej, ale ma większe zasoby danych do przeczesania i ludzie w tym wieku nauczeni doświadczeniami bardziej roztropnie podejmują wszelkie decyzje (nastolatki bardzo pochopnie).
Po co się tego uczyć?„Po co mi to”?
Faktycznie w XXI w. coraz trudniej jest się nam uczyć rzeczy na pamięć ponieważ nie widzimy w tym sensu mając w kieszeni prosty dostęp do całej wiedzy jaką posiadła nasza cywilizacja (przynajmniej tak się nam wydaje). Skoro nasz umysł musi włożyć spory wysiłek w nauczenie się czegoś nowego to musi być w pełni przekonany, że ten nakład energetyczny mu się opłaci. Homo Sapiens bez trudu uczyło się wytwarzać narzędzia z kamienia, panować nad ogniem i robić włócznie ponieważ opanowanie takich umiejętności w bezpośrednim stopniu zwiększało jego szanse na przetrwanie – ułatwiało pozyskanie tak cennych kalorii i przeżycie.
Dla mnie zapamiętanie daty bitwy pod Grunwaldem, przez większość życia było czymś „ponad siły” ponieważ chodziłem do szkoły imienia Bohaterów Bitwy pod Grunwaldem i data ta była eksponowana przy głównym wejściu do szkoły. Mój mózg przez całe życie wychodził z założenia, że nie ma sensu tracić energii na zapamiętanie czegoś co jest napisane i często w zasięgu wzroku. Masz podobnie? Napisz mi proszę w komentarzu jakiej Ty prostej informacji za żadne skarby nie potrafiłeś zapamiętać.
Można pomyśleć, że z moją pamięcią jest coś nie tak, ponieważ tak naprawdę z lekcji historii nie potrafiłem zapamiętać ani jednej daty. Naprawdę! Było to coś ponad moje siły. Ale za to gdy skończyłem studia, zacząłem czytać książki historyczne dla przyjemności i teraz przechowuję w swojej pamięci sporo różnych dat. Dlaczego tak się dzieje?
Fundamentalny warunek, aby coś zapamiętać
Do zapamiętania informacji wszyscy musimy spełnić przynajmniej jeden z dwóch obowiązkowych warunków:
Znać odpowiedź na pytanie „Po co mi to?” – bo inaczej szkoda naszej energii, chyba że …
Zdobycie i zapamiętanie tej informacji sprawia nam przyjemność.
Odpowiedź na pierwsze pytanie „aby zdać egzamin” też ma sens, ale po egzaminie już go traci więc informacje wyparują. Drugi punkt stanowi argument, dlaczego tak wielką popularnością cieszą się wszystkie programy, magazyny, portale, książki popularnonaukowe czy historyczne. Mózg nagradza nas endorfinami (satysfakcją, przyjemnością) za pozyskanie nowej wiedzy, bo nigdy nie wiadomo, które informacje w przyszłości zwiększą nasze szanse na przerwanie (podniesienie pozycji w „stadzie”, awans w pracy, wygraną w konkursie, zdobycie lepszej partnerki, czy stworzenie innowacyjnej przełomowej technologi która uratuje cywilizacje – o czym w kolejnym fragmencie tekstu).
Czy w XXI w. uczenie się na pamięć ma jeszcze jakikolwiek sens?
W takim razie, wiedząc co jest potrzebne, aby się czegoś nauczyć czy możemy zmuszać dzieci, aby się jednak uczyły na pamięć tych wszystkich podręczników? I tak i nie. Nauka wiedzy encyklopedycznej na pamięć została wprowadzona w Prusach ponad 200 lat temu, aby poradzić sobie z dwoma problemami. Ograniczonym dostępem do podręczników (jeśli nie masz książek to skąd masz czerpać wiedzę – z pamięci)* i prostym systemem oceniania uczniów. Który z kolei miał za zadanie zmusić uczniów do cięższej pracy poprzez dzielenie na lepszych i gorszych – dziel i rządź.
Skoro wszyscy mają dzisiaj smartfony w kieszeni to czy uczenie się czegokolwiek na pamięć z neurodydaktycznego punktu widzenia jest całkowicie pozbawione sensu? Nie do końca. Nasz mózg nieustannie wykonuje niezliczone operacje bez naszej świadomości, aby rozwiązać problemy z którymi świadomie się mierzymy. Aby miał na czym pracować potrzebuje zasobów informacji. Jeżeli musisz zaprojektować swój nowy dom czy choćby karmnik dla ptaków, albo naprawić rower, napisać esej na temat zdobycia Rzymu przez Wandali (co tak na prawdę nie do końca miało miejsce w taki sposób jak to sobie aktualnie wyobrażamy) czy wynaleźć nowy przysłowiowy lek na raka, daj swojemu umysłowi chwilę na „samodzielną pracę” (dzień, może tydzień) ale dopiero po zapoznaniu się z problemem. Czym posiadamy większy zasób zapamiętanej i co jeszcze ważniejsze zrozumiałej wiedzy, tym dosłownie tkwi w naszych głowach większy potencjał.
Kogo dziś potrzebujemy? Jeżeli potrzebujemy kreatywnych i innowacyjnych (dla niewtajemniczonych dodam, że pierwsze to nieszablonowe podejście do problemu, często polegające na przekopiowaniu czegoś działającego gdzieś indziej, a drugie zastosowanie tego pomysłu w praktyce) ludzi, aby zmierzyli się z nowymi wyzwaniami to potrzebujemy uczniów, którzy posiadają duże zasoby wiedzy (w zależności od upodobań ogólnej, szerokiej lub bardzo wąskiej specjalizacji) aby mogli samodzielnie proponować nowe rozwiązania. Później wystarczy umożliwiać im skuteczną pracę w grupach podczas burzy mózgów, aby te rozwiązania jeszcze wspólnymi siłami usprawnić, a na koniec zmusić nowoczesne komputery, oprogramowanie i cały technologiczny świat, aby pomógł nam wprowadzić je w życie.
Podsumowując nie tylko ma sens uczyć się na pamięć, ale nawet musimy, pod warunkiem, że uczymy się tego co nas interesuje i dostrzegamy praktyczne zastosowanie tej wiedzy. Inaczej nawet najsprawniejsze umysły nie będą miały wystarczającej ilości informacji, aby wymyślać nowe przełomowe technologie. Z drugiej strony, gdy ktoś nie chce się rozwijać, rozwiązywać żadnych problemów i wymyślać kreatywnych rzeczy czy idei to nie musisz się niczego uczyć na pamięć, bo wszystko znajdzie w internecie – pod warunkiem, że będzie nauczony jak dokonywać selekcji informacji.
Chodzi o łączenie kropek
Dlaczego w XXI w. naprawdę warto zapamiętywać informacje? W kilku zdaniach o motywacji do nauki (dla zabieganych).
Gdy zacząłem zgłębiać temat w jaki sposób nasz mózg pracuje, dostrzegłem w tych wszystkich naukowych (ciężkich) opracowaniach coś w zasadzie bardzo prostego – łączenie kropek.
Nowe fakty do zakucia w szkole, przeczytane i usłyszane informacje, suche daty i lokalizacje to kropki. Takie punkty w naszej głowie umożliwiają nam wyłącznie zdanie testów i zdobywanie ocen. Są całkowicie bezwartościowe aż do czasu gdy zaczniemy je z sobą łączyć.
Nauka Proces nauki najbardziej wizualnie opisałbym jako łączenie tych kropek. Gdy zaczniesz dostrzegać powiązania pomiędzy poszczególnymi suchymi faktami dopiero zrozumiesz całość.
Kreatywność Z kolei kreatywność to umiejętność łączenia tych istniejących kropek w nowy, oryginalny sposób. Henry Ford jest tutaj dobrym przykładem, bo samemu przyznawał się, że do stworzenia pierwszej linii produkcyjnej (dziś już wiemy, że tak naprawdę nie była pierwsza) zainspirował się odwiedzinami w rzeźni. Tam podczas uboju zwierząt każdy pracownik odcina kawałek mięsa i to co zostaje przekazuje kolejnej osobie, która robi coś podobnego, a w swoich fabrykach Henry po prostu odwrócił ten proces. Każdy kolejny pracownik dokłada swój kawałek pojazdu i przekazuje go dalej, aż zaczynając od nicości poskładają cały samochód. Aby być kreatywnym trzeba mieć bardzo dużo kropek z jak różniejszych tematów. Nieszablonowe łączenie kropek pozwala nam także tworzyć żarty.
Czym naprawdę są kropki? Kropkami nie są dosłowne konkretne punkty w twojej głowie, konkretne neurony. To przenośnia zapamiętanej informacji. Tak naprawdę jeszcze nie wiemy dokładnie w jaki sposób te informacje gromadzimy, jaką przyjmują biologiczną postać. (Luźna myśl – więc może dosłownie kropki to właśnie pojedyncze neurony które łączymy – dosłownie łączymy synapsami?) Tego jeszcze nie wiemy. Jeszcze nikt nie połączył tych kropek. Może Ty dasz radę?
Kilka dodatkowych przemyśleń o łączeniu kropek wrzuciłem na końcu tego tekstu.
Przyjemność z uczenia się
Wróćmy do punktu drugiego na wcześniejszej liście fundamentów procesu nauczania. Dzieci i duże dzieci (czyli pasjonaci) uczą się wielu nowych rzeczy z ogromną łatwością tylko dlatego, że sprawia im to przyjemność. Tak!!! Gdy coś sprawia na przyjemność w naszym mózgu wytwarzana jest dopamina – jeden z hormonów szczęścia – w ogromnym stopniu obniżający wysiłek intelektualny, który musimy włożyć w zapamiętanie czy lepiej w zrozumienie czegoś nowego.
Cytując klasyka:
Ciekawość to pierwszy stopień do …
… wiedzy.
Gdy coś Ci sprawia przyjemność nie tylko, że opanujesz to szybciej ale i zapamiętasz to na lata, a może i na całe życie.
Pani Maria Montessorii już na początku XX w. zauważyła, że jeżeli dzieciom pozwoli się bawić tym czym same chcą, będą robić w tym czymś (układaniu puzzli, wieży z klocków, kolorowaniu, czytaniu, konstruowaniu rakiet) ogromne postępy całkowicie bez wysiłku i czerpały z tego ogromną przyjemność. Bazując na tej prostej, ale przełomowej obserwacji (to tak w wielkim skrócie, bo temat jest znacznie szerszy) na całym świecie postały szkoły, cieszące się nieustannie coraz to większa popularnością które pomagają się dzieciom rozwijać – też w szkołach średnich. Wspierają młodzież, pobudzają ciekawość i ukierunkowują ich zainteresowania, w taki sposób, aby w jak największym stopniu mogli „nieświadomie” się rozwijać i spełniać wymagania stawiane przez standardowy system edukacji.
Dlaczego nie zapomniałeś jak się jeździ na rowerze
Po pierwsze, bo chciałeś się tego nauczyć, aby jeździć jak wszyscy wokoło (odpowiedź na pytanie „Po co mi to”), a po drugie, bo ta czynność jest przyjemna sama w sobie (wytwarza dopaminę). To już wiemy czemu się tego nauczyłeś, choć trzeba przyznać, że jest to niepojętnie skomplikowana umiejętność (ruszanie kończynami, utrzymywanie równowagi, orientowanie się w przestrzeni, zwracanie uwagi na przeszkody, na inne osoby …)
Dlaczego jazdy na rowerze się nie zapomina?
Dokładnie z tego samego powodu co chodzenia, biegania, pisania, gotowania wody … Dopiero neurodydaktyka wykorzystująca nowoczesne narzędzia znalazła na to pytanie prostą odpowiedz. Bo wykonywałeś to wielokrotnie, powtarzałeś tą czynność przez całe godziny, a w sumie to tygodnie jeśli nie miesiące przez lata młodości, a może i przez całe życie. Nasz mózg wzmacnia te połączenia, które często wykorzystujemy. Poszczególne synapsy – te połączenia pomiędzy neuronami – przypominające początkowo wąską górską ścieżkę po wielu powtórkach zaczynają przypominać autostrady, którymi informacje mkną z maksymalnymi prędkościami (dokładnie 320 km/h). Gdy nauczysz się nowego słówka po mandaryńsku to te kilka połączeń zostanie gdzieś w twojej pamięci utworzonych i jeśli będziesz z niego korzystać to, aby sobie ułatwić do niego dostęp wzmacnianych w innym wypadku wyparują. Wyobraź teraz sobie przez jak długi czas ta cała skomplikowana siatka połączeń wykorzystywanych przy jeździe na rowerze była wzmacniana. Już po roku osiągnęła status „neuro-autostrady”, niemalże niemożliwej do zablokowania.
Jaki płynie morał z tej historii?Powtarzanie to wzmacnianie połączęń w Twojej głowie. Znacznie więcej zapamiętasz i na dłużej, poświęcając na naukę godzinę dziennie przez 4 dni, niż jednego dnia 4 godziny w ciągu. I co równie ważne, zapamiętane informacje powinieneś sobie co jakiś czas przypominać (odświeżać połączenia).
Neurodydaktyka w praktyce – w jaki sposób ułatwić sobie zapamiętywanie?
Odżywiaj się zdrowo i jedź urozmaicone rzeczy.
Dużo się ruszaj. Ruch fizyczny jest jednym z najważniejszych warunków zachowania zdrowia umysłowego, bo nie tylko wytwarza dopaminy, ale także zwiększa przepływ krwi w mózgu (ponoć szczególnie przysiady), a to z kolei usprawnia jego pracę. Ruch także zapobiega chorobie Alzheimera – powiedz dziadkom.
Zapamiętując nowe rzeczy, nawiązuj do tego co już znasz! Wyobraź sobie jakie ogromne nakłady energetyczne i przetasowanie w mózgu spowoduje próba nauczenia się czegoś całkowicie nowego niebazującego na tym co już znasz. Powstaje w głowie całkowicie nowy obszar – konstelacja kropek. Dużo łatwiej podpinać nowe informacje do już istniejących dróg przepływów sygnałów, a jeszcze lepiej do „neuro-autostrad”.
Wysypiaj się! – to jest super ważne. Podkreślę! Tylko wyspany umysł może w pełni wykorzystać swój potencjał.
Czytaj książki, bo dzięki nim tworzysz nowe kropki – w odpowiednim dla siebie tempie w przeciwieństwie do treści filmowych i wykładów – odświeżasz to co już wiesz, trenujesz cierpliwość i koncentrację bez których nie jesteś w stanie się niczego nauczyć. [UWAGA nowoczesne technologie- rozpraszacze – mogą bardzo negatywnie wpływać na biologiczne struktury w Twoim mózgu przez co w skrajnych wypadkach nawet uniemożliwić zapamiętywanie nowych treści – uniemożliwić skupianie się i uszkadzać pamięć krótkotrwałą. Miej to na uwadze.]
Angażuj się w proces uczenia – głębokie przetwarzanie informacji. Nie nauczysz się za wiele jeśli przy okazji nauki do sprawdzianu będziesz czatować z znajomymi i oglądać śmieszne filmiki. Nasze mózgi wbrew temu co może się wydawać nie potrafią wykonywać wiele czynności na raz, a wyłącznie koncentrować się na jednej w danej chwili i szybko przełączać się po miedzy innymi. Ale niestety takie przełączanie się szybciej nas wypala i uniemożliwia łączenie kropek. Angażowanie polega też na rozmawianiu w obcych językach, a nie uzupełnianiu pustych pól w tekście i przygotowywaniu zadań z matematyki dla kolegów (niczym w Japońskich szkołach), a nie tylko rozwiązywaniu masy zadań tego samego typu. Chodzi o urozmaicenia i wkładanie wysiłku w proces nauki.
Prześpij się z tymi informacjami
Wszystko co właśnie przeczytałeś zostało najprawdopodobniej zapisane w pamięci, krótkotrwałej. Gdy będziesz wracać do tego tekstu myślami, lub dosłownie będziesz go czytać ponownie to część z tych informacji zostanie utrwalana w pamięci długotrwałej. Jeśli podczas nauki nowych rzeczy, będziesz świadomie postępować bazując na tym co tutaj przeczytałeś, zapiszesz tą wiedzę na dłużej.
A co ma do tego wszystkiego sen?
Czy miałeś tak, że po nauczeniu się czegoś nowego – np. na intensywnym 5 dniowym kursie z programowania PLC, które prowadzę lub szybkim przygotowaniu do matury – czujesz się trochę zagubiony i te wszystkie zdobyte informacje nie do końca potrafią się uporządkować? To normalne. Jeżeli uczyłeś się w świadomy sposób – bo przeczytałeś ten tekst, albo Twój nauczyciel zna podstawy neurodydaktyki – nowymi informacjami wielokrotnie nawiązywałeś do tego co już wiesz i powtarzałeś najważniejsze informacje kilkukrotnie, aby wzmacniać ścieżki przepływu sygnału to po kilku dobrze przespanych nocach wszystko co nieistotnie – niewzmacniane – wyparuje. Po dwóch tygodniach wiedza zdobyta na intensywnym szkoleniu w naszej świadomości zyskuje o wiele logiczniejsza formę, bo wszystko co nas rozpraszało, co powodowało w nas uczucie niepewności czy niezrozumienia najzwyczajniej w świecie zapomnieliśmy.
Zaskakująco wiele sensu ma ludowa prawda, którą słyszymy od starszych pokoleń, że przed podjęciem ważnych decyzji czy po zdobyciu nowych informacji musimy się z nimi przespać, aby poukładały się nam w głowach. Neurodydaktyka to potwierdza!
Nie możesz naprawdę zrozumieć wydarzeń historycznych bez powiązania z sobą tych kropek: data, miejsc, układ geopolityczny ówczesnego świata, religia obowiązująca na danym obszarze, wynalazki …. Nauka historii bazująca tylko na jednej czy dwóch kropkach nigdy nie stworzy stabilnej siatki powiązań i nie pozwoli zrozumieć istoty tych wydarzeń. Najważniejszy jest kontekst. Możesz znać fakty, ale nie zrozumiesz dlaczego doszło do tego do czego doszło, a tym samym nie wyciągniesz nauczki na przyszłość aby nie popełniać tych samych błędów.
Zastanawiałeś się kiedyś dlaczego Hitler porwał za sobą tłumy, dlaczego Europa po ciemnych wiekach średniowiecza wyprzedziła pozostałe dominujące i bardziej rozwinięte (także naukowo i technologicznie) pozostałe cywilizacje? Tak nagle w przeciągu historycznego mrugnięcia okiem. Dlaczego Chińczycy którzy zbudowali w XV w. flotę 62 największych statków jakie do tej pory widział świat, każdy po 120 m długości (przy wsparciu 200 mniejszych) z załogą w sumie 28 tysięcy ludzi pod dowództwem admirała Zheng He, wykonali na nich tylko 7 ekspedycji i sami je sobie zatopili. Pomimo, że wyprzedzali Europejczyków o kilka wieków i bez trudy byli w stanie zdobyć panownie na wszystkich oceanach, nie wspominając już o podboju Ameryk (które może wcześniej także odkryli jako pierwsi).
To są pytania, na które nie da się odpowiedzieć w prosty sposób, ale przy zapamiętaniu wystarczającej liczby kropek i połączeniu ich, te wydarzenia historyczne stają się po prostu logiczne. Wręcz nie mogły się nie wydarzyć. Dzięki łączeniu kropek zrozumiesz dlaczego ławka z włoskiego „banco” (wymowa banko) dała początek bankom, Kampania Wschodnio Indyjska wprowadziła akcje giełdowe, i jak Tempelariusze przyczynili się do rozpowszechnienia niemetalowych pieniędzy. Wszystko, dosłownie wszystko co nas otacza powstało bo ktoś połączył istniejące kropki i mi dziś jesteśmy w stanie zrozumieć (także rozwinąć) otaczający na świat właśnie poprzez łączenie kropek. Gdy nie nauczymy się wystarczającej ilości faktów nie będziemy mieli czego łączyć.
Czym więcej kropek posiadasz tym więcej wyniesiesz z popularnonaukowych programów, magazynów itp. Gdy nie masz kropek, to takie treści będą wyłącznie rozrywką i będą rozwijać w nas błędne przekonanie, że dzięki nim więcej rozumiemy. Powiedz na głos (ważne aby na głos) ile rzeczy zrozumiałeś dzięki ostatniemu odcinkowi milionerów który obejrzałeś czy programu z cyklu National Geographic. Czym więcej wiesz tym więcej łączysz i tworzysz nowych kropek.
Źródła
Większość opisanych powyżej badań i twierdzeń (jeżeli z tekstu nie wynika inaczej) pochodzi z książki „NEURODYDAKTYKA – nauczanie i uczenie się przyjezdna mózgowi” Pani Marzeny Żylińskiej, która moim zdaniem powinna stać się lekturą obowiązkową dla każdego kto chodzi do szkoły – jako nauczyciel albo uczeń. Jeżeli jesteś zainteresowany powyżej opisaną tematyką to obowiązkowo powinieneś po nią sięgnąć.
Dziel się wiedzą! Prezentacja dla nauczycieli i wykładowców
Aktualizacja 2023
Czy w czasach korzystania z AI (np. ChatGPT) w dalszym ciągu powinniśmy się uczyć czegoś na pamięć?
W dobie AI wciąż istnieje potrzeba, aby młodzi ludzie uczyli się wielu faktów w szkole. Oto kilka powodów:
Fundamenty wiedzy: Wiedza o podstawowych faktach jest kluczowa dla zrozumienia bardziej zaawansowanych koncepcji. Bez właściwego zrozumienia podstawowych faktów, młodsi uczniowie mogą mieć trudności z przyswajaniem bardziej złożonych tematów, a nawet niezdolni do weryfikowania poprawności informacji, które otrzymują wygenerowane przez systemy sztucznej inteligencji (niczym wyniku w Google, także i te należy sprawdzać, a najszybciej można to zrobić bazując na swojej wiedzy).
Kreatywność Wiedza o faktach może stanowić punkt wyjścia dla kreatywności. Dzięki wiedzy o faktach, uczniowie są w stanie łączyć różne informacje, aby stworzyć nowe koncepcje lub wyjść z oryginalnymi pomysłami, które dzięki ChatGPT mogą rozwijać, ale bez po faktów nie mają na czym ich tworzyć.
Komunikacja Zrozumienie podstawowych faktów jest kluczowe dla skutecznej komunikacji, a już fundamentalne gdy komunikujemy się z osobami z innych kręgów kulturowych. Młodzi ludzie muszą być w stanie jasno wyrażać swoje myśli i pomysły, a wiedza o faktach pomaga w tym, aby przekaz był zrozumiały dla innych, oraz pozwala dostrzegać poprawność innych punktów widzenia.
Rozwój umiejętności poznawczych Uczenie się faktów pomaga rozwijać umiejętności koncentracji, wytrwałości i poznawcze, takie jak pamięć, myślenie przyczynowo-skutkowe i logiczne myślenie. W XXI w. technologie nas nieustannie bombardują nowymi informacjami i niszczą umiejętności koncentrowania się na jednym temacie. Bez koncentracji, stajemy się „cyfrowymi zombie”.
Zrozumienie przyczyn i skutków Wiedza o faktach może pomóc młodym ludziom w zrozumieniu, jak różne zjawiska i wydarzenia łączą się ze sobą. Uczenie się historii, na przykład, pozwala na zrozumienie, jak różne wydarzenia wpłynęły na obecny stan rzeczy.
Pozwala na prawidłowe wykorzystanie systemów sztucznej inteligencji wiedza o faktach, zwłaszcza w dziedzinach, które mogą być istotne dla pracy z ChatGPT, może być bardzo pomocna. Na przykład, wiedza z zakresu nauk ścisłych, języków obcych, historii, literatury i kultury może pomóc w tworzeniu bardziej precyzyjnych i wszechstronnych odpowiedzi. Znajomość faktów z różnych dziedzin może również pomóc w formułowaniu bardziej trafnych pytań i ulepszaniu interakcji z ChatGPT. Ponadto, posiadanie szerokiej wiedzy ogólnej może pozwolić na lepsze zrozumienie kontekstu i ram, w których ChatGPT działa, co może prowadzić do bardziej skutecznej pracy z tym narzędziem.
Chciałbym także podkreślić na początku tego fragmentu, że nie stanowi on w żaden sposób sponsorowanej treści promocyjnej firmy fotelik.info, która to wsparła mnie merytorycznie podczas jego tworzenia. Po prostu wspólnymi siłami stworzyliśmy obowiązkowy tekst dla – dosłownie – każdego rodzica.
Przedstawicielami fotelik.info którzy wsparli mnie swoją wiedza i doświadczeniem są:
Paweł Kurpiewski – ekspert ds. bezpieczeństwa dzieci w samochodach, biomechanik zderzeń, twórca serwisu fotelik.info. Prowadzi szkolenia, doradza, edukuje. Wykonuje ekspertyzy powypadkowe fotelików. Dzieli się zdobytą wiedzą – prowadzi konsultacje i doradza producentom oraz sprzedawcom fotelików. Twórca akcji społecznej “Ogólnopolskie Inspekcje Fotelików”.
Sławomir Molak – szef kampanii Ogólnopolskie Inspekcje Fotelików
Najgorsze, co może nas spotkać w dziedzinie bezpieczeństwa, to wygodna nieświadomość własnej niewiedzy. Świadomość to pierwszy i tym samym najważniejszy krok w kierunku zapewniania bezpieczeństwa.
Poniżej lista najczęściej popełnianych błędów związane z przewożeniem dzieci. Wiele z nich popełniane także przez świadomych rodziców!
Nim przejdziesz dalej zobacz ten film, aby uświadomić sobie jak bardzo rodzice są nieświadomi ;(
https://youtu.be/F8hQvOzce28
Zapinanie uprzęży z fotelika na dziecko w kurteczce
Kurtki mają to do siebie, że zajmują wiele miejsca, ale tak naprawdę są wypełnione przede wszystkim powietrzem – bo to najlepszy izolator. Pasy bezpieczeństwa, czy to fotelikowe – uprząż – czy samochodowe, aby prawidłowo wykonały swoją pracę, muszą dobrze przylegać do pasażera. W innej sytuacji z powodu luzów mogą się zsunąć lub człowiek może się z nich wyślizgnąć, co prowadzi do obrażeń ciała.
W samochodowych pasach – czego mało osób jest świadomych – właśnie w tym celu stosuje się np. pirotechniczne napinacze pasów, które automatycznie dociskają się do pasażera w momencie zderzenia, aby dobrze pełnić swoją funkcję. Podobnego mechanizmu nie posiada uprząż w foteliku, dlatego nasza w tym rola, aby dopilnować odpowiedniego dociągnięcia uprzęży, a w kurtce jest to zwyczajnie niemożliwe.
Eksperyment do samodzielnego przeprowadzenia „w domu”
Jeżeli nie do końca rozumiesz, dlaczego kurteczka tak bardzo przeszkadza, wykonaj prosty eksperyment. Usadź najpierw w foteliku swoje dziecko z założoną kurteczką i naciągnij jego pasy na tyle mocno, na ile będzie to możliwe. Zaznacz na pasie, za który ciągnąłeś, na ile udało ci się go odciągnąć od fotelika.
Następnie zdejmij kurteczkę i wykonaj tę czynność ponownie. To, na ile uda ci się dodatkowo wyciągnąć pas napinający uprząż, to ukryte luzy, które w momencie wypadku mogły całkowicie zniwelować wszystkie starania dotyczące bezpieczeństwa twojej pociechy.
W jaki sposób poradzić sobie z tym problemem, aby zimą nie przeziębić dziecka? Naszego młodszego syna zapinamy w domu w nosidełku – mamy takie ultralekkie odpinane od skorupy – i przenosimy go do samochodu przykrytego kocykiem.
Pamiętaj, że prawidłowo naprężona uprząż w foteliku to taka, któraNIE przejdzie testu szczypnięcia lub skubnięcia. Nazwy różne, ale chodzi o to, żeby nie dało się za pomocą palców uszczypnąć – podwinąć, nawinąć na palec – naprężonych pasów uprzęży. Uprząż powinna być tak mocno naciągnięta, aby przypominała struny w gitarze.
Film na temat zapinania dziecka w foteliku w kurtce.
Nieprawidłowe zapinanie pasa bezpieczeństwa
lub niezwracanie uwagi, gdy nasza znudzona pociecha podczas dłuższej trasy zaczyna przekładać ręce.
Aby móc nazywać pasy zamontowane w samochodzie pasami bezpieczeństwa, muszą być prawidłowo zapięte, bo w innym przypadku mogą równie dobrze być nazywane pasami zgrozy.
Pasy bezpieczeństwa, które przytrzymują fotelik lub bezpośrednio twoje dziecko, nie mogą być poskręcane. Gdy nie korzystasz z systemu Isofix, pamiętaj, że z pasów musi być wybrany cały luz. Fotelik dla dziecka do 4. roku życia powinien być „na sztywno” połączony z samochodem, a górny odcinek pasa także powinien przytrzymywać fotelik poprzez górny zaczep. Szczegóły znajdziesz w instrukcji obsługi swojego fotelika.
Poprawne zapinanie pasów dzieciom w fotelikach 15–36 kg Dziecko przewożone w foteliku trzeciej kategorii powinno mieć poprowadzone pasy w następujący sposób. Biodrowa część pasa musi być poprowadzona po górnej powierzchni ud, nigdy nie po brzuchu. Barkowa część pasa musi przechodzić przez środek mostka i przez środek barku, tak aby pas ani nie ześlizgiwał się z ramienia, ani nie przechodził przez szyję pasażera.
Zwróć uwagę także na to, czy pas barkowy przechodzi nad czy pod podłokietnikami po obu stronach. W 99% modeli powinien przechodzić pod nimi. Sprawdź w instrukcji twojego fotelika, co zaleca twój producent! Z doświadczenia wiem, że miejsca po których powinien przechodzić pas oznaczone są w starszych modelach fotelików czerwonym kolorem, w najnowszych modelach może to być kolor zielony.
Pasy nie mogą być poskręcane!
Podczas wypadku pasy powinny jak największą powierzchnią przylegać do człowieka, aby siła bezwładności naszego ciała równomiernie się na nich rozkładała – była wyhamowana. Gdy pasy będą poskręcane to cała energia ciała może zostać skumulowana na znacznie węższym odcinku czy wręcz punktowo.
Zbyt wczesne montowanie fotelika przodem do kierunku
lub nieprawidłowe jego pochylenie
Złe pochylenie oparcia i zbyt wczesne montowanie fotelika do kierunku jazdy mogą przyczynić się do dekapitacji. Czy znasz znaczenie tego słowa? Wspominałem o tym wcześniej, ale część osób mogła je usłyszeć także w filmach, bo tam przewija się zwykle w kontekście kary śmierci – w formie ścięcia głowy skazańca. Dlaczego piszę o tym w tym punkcie? Ponieważ przewożąc swoje dziecko zbyt wcześnie przodem do kierunku jazdy, narażasz je na uszkodzenie ciała nazywane „dekapitacją wewnętrzną”.
Uraz ten polega na oddzieleniu się głowy od kręgosłupa, w efekcie czego jest ona utrzymywana na swoim miejscu wyłącznie przez mięśnie i więzadła. W większości dochodzi wówczas do śmierci lub ciężkiego inwalidztwa z niedowładem całego ciała. Operacja ponownego „założenia” takiej dekapitowanej głowy udała się w Polsce TYLKO 1 raz!
Mechanizm dekapitacji
Ten ekstremalnie niebezpieczny uraz jest powodowany tym, że podczas zderzenia główka dziecka zgodnie z prawami fizyki dąży do zachowania pędu, jednak ciało jest przytwierdzone w miejscu. U dorosłych zdarza się to rzadziej z dwóch powodów. Po pierwsze główka dziecka stanowi o wiele większy procent jego masy całkowitej (25%) niż u osoby dorosłej (6%), a co za tym idzie siły rozciągające działające na górny odcinek jeszcze nie w pełni rozwiniętego kręgosłupa – to drugi powód – są relatywnie większe niż u osoby dorosłej. W Internecie po wpisaniu hasła „dekapitacja wewnętrzna” znajdziesz sporo artykułów prasowych opisujących wypadki – choćby z ostatnich lat – w których do takich urazów doszło.
Dekapitacja może też wystąpić gdy fotelik jest tyłem do kierunku jazdy!!!
Do takiego samego zjawiska, ale o znacznie mniejszym natężeniu, może dość w przypadku młodszych dzieci, których fotelik jest zamontowany tyłem do kierunku jazdy. Jeżeli fotelik – nosidełko – twojego niemowlaka ma zbyt duże nachylenie, to znaczy wynoszące powyżej 45 stopni od pionu (fotelik za bardzo leżący), to podczas KAŻDEGO hamowania rozciągasz kręgosłup brzdąca.
Dzieje się tak, ponieważ pozioma składowa siły bezwładności powstała w wyniku hamowania może wyciągać główkę dziecka do przodu, zamiast dociskać do zagłówka. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, do jakich obrażeń może dojść, gdy malutkie dziecko leżące zbyt „płasko” będzie uczestniczyć w zderzeniu czołowym.
Czy przewożenie dzieci tyłem do kierunku jazdy naprawdę chroni je w większym stopniu od odniesienia urazów?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, wystarczy porównać statystyki dziecięcych urazów w wypadkach na terenie Niemiec, gdzie już roczne dzieci zaczynają jeździć twarzą do kierunku jazdy, i Szwecji, w której to rodzice czekają ze zmianą ułożenia dziecka zwykle do 3. roku życia. W przypadku Skandynawów odsetek urazów dzieci w wypadkach samochodowych jest 7-krotnie niższy, do czego w dużej mierze przykłada się układ fotelika. Podkreślę – nie o 7%, ale aż 7-krotnie niższy.
Ze statystyki fotelik.info wynika, że dzieci przewożone tyłem do kierunku jazdy są 5-krotnie bardziej bezpieczne od dzieci przewożonych w fotelikach skierowanych w drugą stronę. Kończąc ten niezbyt przyjemny temat, dodam tylko, że ułożenie dziecka tyłem do kierunku jazdy podczas wypadku powoduje, że jego głowa jest dociskana do zagłówka – tylko tyle! Po prostu dociskana, a nie wyrywana.
Gdy dziecko kopie nóżkami w fotelik
Gdy dziecko siedzące tyłem do kierunku jazdy zaczyna kopać oparcie kanapy, to znaczy, że ma już na tyle długie nóżki, że dosięga nimi do oparcia kanapy. Nic więcej. Nie jest to argument za zmianą ułożenia fotelika. Za zmianą samego fotelika będzie przemawiać dopiero sytuacja, w której to główka będzie wystawać ponad dozwoloną granicę lub dziecko przekroczy masę ciała dopuszczalną do użytkowania fotelika.
Montowanie fotelika obok kierowcy
Polskie przepisy prawa pozwalają na montowanie fotelika dziecięcego z przodu obok kierowcy, ale z kilku powodów jest to bardzo zły pomysł. Po pierwsze, jeżeli dojdzie do zderzenia czołowego i wybuchnie poduszka powietrzna, to niemowlę lub dziecko przewożone tyłem ginie na miejscu. Powód? Wstrząs mózgu porównywalny do uderzenia kijem bejsbolowym przez zawodowego gracza z prędkością ok. 300 km/h.
A co z fotelikami przodem? Niestety i tu dzieci będą znajdować się bliżej strefy zgniotu, a po drugie, gdy dziecku siedzącemu przodem wybuchnie poduszka, to prawdopodobnie połamie mu nóżki. Po trzecie zapomnimy o poduszkach powietrznych gdy… Pomijając wyliczankę, podsumuję, że z analiz światowej biomechaniki zderzeń wynika, że dzieci siedzące w fotelikach montowanych na tylnej kanapie są 40% bardziej bezpieczne, niż te siedzące w fotelikach montowanych z przodu samochodu. Dlaczego więc mamy je narażać?
Wielu rodziców obawia się pozostawiać swojego niemowlaka samotnie na tylnej kanapie bez kontaktu wzrokowego, więc decydują się na taki nie do końca przemyślany krok. Rozwiązaniem problemu okazuje się zwykłe lusterko montowanie na oparciu tylnej kanapy. Rewelacyjny, prosty wynalazek.
Jeżeli jednak zdecydujemy się przewozić starsze dziecko w foteliku montowanym na przednim siedzeniu, bo np. jedziemy małym samochodem dostawczym i nie mamy wyjścia, to należy pamiętać, że właściwe położenie fotela samochodowego znajduje się przed miejscem mocowania pasów na słupku. Podkreślę – nie na jego wysokości lub za nim, bo w takiej sytuacji układ bezpieczeństwa nie zadziała prawidłowo.
Kolejna porcja potencjalnych błędów, które możesz popełniać.
Zbyt długa jazda bez przerwy
Przewożenie dziecka w foteliku powyżej 2 godzin bez przerwy, nawet bez wypadku szkodzi najmniejszym dzieciom. Najzdrowsza pozycja dla malucha to leżenie na czymś płaskim. Niestety w samochodowych gondolach dla najmłodszych – bo też takie można kupić – nie zagwarantujemy bezpieczeństwa w takim samym stopniu jak w foteliku. Przyjmuje się, że co 2 godziny powinno się robić przerwę, aby nasza pociecha mogła przez chwilę poleżeć na czymś płaskim lub zwyczajnie trochę się poruszać. Miej to na uwadze, planując podróż, oraz pomyśl, aby w trasę zabrać jakiś kocyk, który można latem rozłożyć na trawie.
Przewożenie zbyt wielu luźnych przedmiotów
np. zabawek – które podczas zderzenia mogą przeistoczyć się w niebezpieczne pociski.
Czym większa masa zabawki, telefonu, tabletu, zwijanej rolety przeciwsłonecznej, szklanej butelki itp. tym większa energia, z którą może uderzyć pasażerów. Najbezpieczniej jest wkładać wszystkie nieużywane twarde przedmioty do przymocowanego do kanapy, zamykanego plecaka. Jeżeli twoje dziecko przewozi w organizerze zamontowanym na plecach fotela kierowcy lub pasażera kredki, długopisy lub inne spiczaste przedmioty, to dobrze byłoby, aby i one były zamykane, aby w sytuacji wypadku nikomu nie wbiły się w twarz. W trasie soczki przecierowe w szklanych butelkach można zastąpić tymi w plastikowych, które po wypiciu praktycznie nic nie ważą.
Uwaga!!! Pijemy i jemy tylko podczas postoju samochodu!!! Nigdy nie pozwalaj jeść dzieciom podczas jazdy, gdyż grozi to zakrztuszeniem, a ciężko udzielić im wtedy pierwszej pomocy.
Roletki przeciwsłoneczne oferowane jako akcesoria lepiej zamienić na standardowe, tańsze, niemal nic nie ważące osłonki przeciwsłoneczne. Skoro takie są lżejsze, to także są bezpieczniejsze w razie wypadku i nie posiadają ostrych elementów. UWAGA: powyższe zalecenie nie dotyczy oryginalnych rolet będących wbudowaną częścią drzwi samochodu.
Rozwiązywanie na własną rękę problemu opadającej główki
Pomysł napisania tego rozdziału, jak i również powód podjęcia współpracy z fotelik.info wziął się właśnie z tego problemu.
Naszej 4-letniej córce podczas spania w foteliku opadała główka. Początkowo próbowaliśmy montować jej specjalne gadżety, które miały przed tym chronić, ale nic nie było skuteczne, a co gorsza wydawało się wątpliwie bezpieczne. Ku wielkiemu zaskoczeniu, śpiąc na tym samym foteliku, ale zamontowanym w innym samochodzie problem nie występował – wiem, że się powtarzam, ponieważ tą historię obszernie opisałem już wcześniej w punkcie dotyczącym dopasowania fotelików do samochodów, jednak warto ją przypomnieć.
Po kilku rozmowach z różnymi sprzedawcami zdecydowaliśmy się podjechać do specjalistów. Szybko okazało się, że kanapa w nowych „francuzach” ma ostry kąt, a tym samym oparcie fotelika naszej córki było ułożone zbyt pionowo. Niestety nie dało się z tym nic zrobić, więc zostaliśmy „zmuszeni” kupić kolejny nowy fotelik. Przytaczam ten przykład jako przestrogę przed kupowaniem fotelików w przypadkowych miejscach – choć to, w którym my kupiliśmy ten fotelik, reklamowało się jako wyspecjalizowane w tego typu asortymencie. Bądź mądry przed szkodą i ucz się na naszych błędach.
Noga bazy stawiana na schowku ukrytym w podłodze pod wycieraczką
W niektórych modelach samochodów pod nogami pasażera siedzącego na tylnej kanapie montuje się nieduże schowki. Podczas wypadku noga bazy może się do niego zapaść i całkowicie zmienić mechanikę fotelika. Jeżeli w twoim pojeździe występuje taki schowek, to koniecznie zdobądź informacje od producenta, czym można go wypełnić, aby minimalizować jego negatywny wpływ na bezpieczeństwo twojej pociechy.
Historie wypadków
Gdy tylko zdecydowałem się napisać rozdział dotyczący bezpieczeństwa w ruchu drogowym, zacząłem się zastanawiać, kto mógłby podzielić się ze mną swoim doświadczeniem w tym zakresie. Bardzo zależy mi na tym, aby w każdym rozdziale przytoczyć prawdziwe historie, które powinny pozostać w naszej pamięci na dłużej. Dlatego po napisaniu rozdziału o fotelikach spotkałem się z założycielami Fotelik.info jeszcze raz, ponieważ tak jak pracownicy GOPR czy TOPR mają oni możliwość dogłębnej analizy przyczyn wypadków – wykonują ich ekspertyzy.
Podczas tego spotkania mogłem na własne oczy zobaczyć kolekcję fotelików, które uczestniczyły w wypadkach. Poniżej zamieszczam dwie historie, które tego dnia usłyszałem. Zdarzenia, jak i sam przebieg wypadku są prawdziwe, jednak zdecydowałem się na drobne modyfikacje informacji pobocznych, takich jak imiona, nazwiska, cel podróży itp., aby zachować anonimowość osób w nich poszkodowanych.
Dobry ratownik to bezpieczny ratownik
Pamiętaj, że tak, jak dobry ratownik to bezpieczny ratownik, tak dobry rodzic to żywy rodzic. Aby chronić swoje dziecko przed wszelakimi zagrożeniami, musisz zadbać także o siebie. W samolocie to rodzic najpierw zakłada sobie maseczkę tlenową, a dopiero później swojemu podopiecznemu, bo tylko gdy będzie przytomny, będzie w stanie mu pomóc. Podczas wypadku samochodowego jest podobnie. Musisz być przytomny i z jak najmniejszymi obrażeniami, aby móc udzielać pomocy pozostałym poszkodowanym. Prawidłowo zapięte pasy bezpieczeństwa to całkowite minimum!!! Jeżeli nie chcesz tego robić dla siebie, to zrób to z myślą o przyszłości swoich dzieci.
Historia nr 1
W piękny słoneczny dzień cała rodzina państwa Kowalskich wybrała się na cotygodniowe sobotnie zakupy w jednym z pobliskich hipermarketów. Tata trzyletniej Oli jak zwykle prowadził samochód i rozmawiał z jej dziadkiem siedzącym obok o ostatnich osiągnięciach lokalnej drużyny piłkarskiej, której oboje kibicowali. Na tylnej kanapie po lewej stronie dziewczynki prawidłowo zapiętej w solidnym foteliku siedziała jej mama, a po prawej babcia. Panie dyskutowały o tym, co powinny jeszcze dopisać do listy zakupów przed jutrzejszym odświętnym obiadem, na który miała przyjechać z daleka ich dawno niewidziana ciocia Oli.
Gdy mama dziewczynki sięgała do swojej torebki po długopis, aby dodać do listy koperek, jej ciało z ogromnym impetem zatrzymało się na fotelu męża. Siła tego zderzenia była tak wielka, że kobieta zmarła w tym miejscu kilka minut później, nim ktokolwiek zdążył podbiec, aby udzielić jej pomocy.
W tym tragicznym zdarzeniu śmierć poniosła również jej mama – babcia Oli. Całe szczęście, że rodzice Oli byli świadomi, jak zagwarantować swojej córce maksimum bezpieczeństwa na drodze, dlatego dziewczynka wyszła z tego tragicznego w skutkach wypadku bez szwanku, podobnie jak jej tata oraz dziadek, którzy w przeciwieństwie do ofiar mieli zapięte pasy.
Pośrednia przyczyna śmierci mamy i babci Oli to niezapięte pasy. Cała rodzina doskonale wiedziała, jak bezpiecznie przewozić dziecko, jednak z nieznanej przyczyny Panie zapomniały o swoim bezpieczeństwie.
Historia 2
https://youtu.be/FS292K97jTY
Podwójne dachowanie, lądowanie w rowie i złamany kręgosłup.
Historia nr 3
W piękny słoneczny dzień państwo Nowak wybrali się ze swoim kilkumiesięcznym Antosiem do dziadków mieszkających w sąsiednim miasteczku. Chcieli, aby rodzice taty chłopaka zaopiekowali się swoim wnukiem, aby ci mogli zjeść w spokoju uroczysty obiad z okazji trzeciej rocznicy ślubu. Niestety Antek miał tego dnia gorszy humor i nie bardzo chciał w samochodzie współpracować z rodzicami. Całą drogę płakał. Pomimo tego, że mieli do przejechania tylko 15 km, zatrzymywali się co chwilę, aby do niego zerknąć i spróbować go uspokoić.
Fotelik chłopca znajdował się za siedzeniem pasażera, co bardzo ograniczało mamie dostęp do malucha, a reszta kanapy była zajęta przez dużą torbę z ubrankami i pampersami. Gdy do celu pozostało im mniej niż 5 km, ojciec chłopca ocknął się jako pierwszy i zauważył, że samochód znajduje się na polu, a przez przednią szybę wyleciała jego żona. Trochę dalej na ziemi dostrzegł płaczącego Antosia.
Gdy przyjechała policja, ojciec, który ucierpiał w wypadku najmniej, zeznał, że pasy bezpieczeństwa jego małżonki niewytrzymały wypadku tak samo jak fotelik ich synka, z którego ten nieszczęśliwie wyleciał. Policja zabezpieczyła kilka metrów od samochodu leżący na polu ziemniaków fotelik. Jak pech to pech, a nieszczęścia chodzą parami – jednak nie tym razem.
Po szczegółowej ekspertyzie okazało się, że w chwili wypadku Antoś był wtulony w swoją mamę, która, aby wyłączyć denerwujący dźwięk sygnalizujący niezapięcie pasów, w końcu je zapięła, ale w taki sposób, że usiadła na nich. Największą zagadką pozostaje fotelik, który „wylądował” na polu dopiero kilka minut po zdarzeniu – na szczęście nietragicznym w skutkach.
Historia nr 3
Wjechał w nich TIR z 30 tonami ładunku! Zobacz jak to się skończyło.
https://youtu.be/olfhq6Thdk0
Słowo komentarza na koniec
To nie jest przypadek, że każdy z wypadków opisanych w tym tekście miał miejsce w dobrą pogodę. Jako syn blacharza samochodowego wiem już od najmłodszych lat – warsztat był dla mnie placem zabaw – że więcej poważnych wypadków ma miejsce w pozornie bezpieczną pogodę, gdy sucha nawierzchnia pozwala kierowcom się rozpędzić.
Nic nie jest bardzie zdradliwe od „dobrej pogody”, która pozwala nam stracić czujność.
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Chciałbym także podkreślić na początku tego fragmentu, że nie stanowi on w żaden sposób sponsorowanej treści promocyjnej firmy fotelik.info, która to wsparła mnie merytorycznie podczas jego tworzenia. Wspólnymi siłami stworzyliśmy obowiązkowy tekst dla – dosłownie – każdego rodzica.
Przedstawicielami fotelik.info którzy wsparli mnie swoją wiedza i doświadczeniem są:
Paweł Kurpiewski – ekspert ds. bezpieczeństwa dzieci w samochodach, biomechanik zderzeń, twórca serwisu fotelik.info. Prowadzi szkolenia, doradza, edukuje. Wykonuje ekspertyzy powypadkowe fotelików. Dzieli się zdobytą wiedzą – prowadzi konsultacje i doradza producentom oraz sprzedawcom fotelików. Twórca akcji społecznej “Ogólnopolskie Inspekcje Fotelików”.
Sławomir Molak – szef kampanii Ogólnopolskie Inspekcje Fotelików
Najgorsze, co może nas spotkać w dziedzinie bezpieczeństwa, to wygodna nieświadomość własnej niewiedzy. Świadomość to pierwszy i tym samym najważniejszy krok w kierunku zapewniania bezpieczeństwa.
Powtórzę to zdanie od którego rozpoczynałem pierwszy post tej serii z którym wszyscy moi eksperci się zgadzają:
„często zachowujemy się jak debile, dopóki ktoś nas nie uświadomi”.
I nie są to zbyt mocne słowa, ponieważ chodzi tutaj o życie naszych dzieci! Z doświadczenia ekspertów z fotelik.info, wynika, że aż 70% dzieci jest przewożonych w niewłaściwy sposób. Nie 30 czy 50, ale aż 70% dzieci!!!
Po co dopasowywać fotelik do samochodu?
Pytanie #8
Dlaczego każdy fotelik samochodowy powinniśmy dopasować nie tylko do dziecka, ale także do samochodu?
O tym, że fotelik należy dopasować do dziecka, każdy jest świadomy, ale o tym, że trzeba dopasować go do pojazdu, w którym będzie zamontowany, już nie bardzo. Dlatego postanowiłem zamieścić ten akapit jako jeden z pierwszych na mojej liście pytań dotyczących dopasowania fotelików.
Jeżeli dokonujesz zakupu fotelika w specjalistycznym sklepie i ze strony sprzedawcy słyszysz tylko jedno pytanie dotyczące twojego pojazdu w stylu „ma Pan nowy czy starszy samochód”, to wiedz, że nie jest to profesjonalny doradca, a wyłącznie sprzedawca. Wiek samochodu w żadnym przypadku nie gwarantuje, że jakiś fotelik będzie do niego pasować! Posiadając dwójkę dzieci i dwa samochody do czasu pisania tej książki, zdążyliśmy zakupić już 6 fotelików, z czego niestety aż 5 z nich JESZCZE jako nieświadomi – lub tylko częściowo świadomi – konsumenci. Nasze prywatne doświadczenia z zakupem fotelików stanowią kolejną motywację do napisania tego rozdziału. Pamiętaj, że jeśli nic się nie dzieje, to każdy produkt jest super – tak samo jak ubezpieczenie – ale podczas kolizji może się okazać, że konsekwencje własnej nieświadomości mogą być tragiczne.
Najgorsze, co może nas spotkać w dziedzinie bezpieczeństwa, to wygodna nieświadomość własnej niewiedzy. Świadomość to pierwszy i tym samym najważniejszy krok w kierunku zapewniania bezpieczeństwa.
Ucz się na błędach! Naszych błędach.
Geneza powstania tej serii postów i współpracy z fotelik.info
KARTKA Z RODZINNEJ KRONIKI Decyzje zakupowe dotyczące trzech pierwszych fotelików oparliśmy na opiniach znalezionych w Internecie i konsultacjach ze „specjalistami” w zwykłych sklepach. Podczas zakupu czwartego – dla noworodka – w firmowym sklepie jednej z wiodących marek. Spotkało nas wielkie zaskoczenie. Sprzedawczyni zapytała nas, czy przed zakupem ma zamontować fotelik w naszym samochodzie, aby zobaczyć, czy będzie pasować. Pierwsza myśl „Po co, przecież nikt inny tak nie robi”, ale druga „A właściwie to czemu nie, może dowiemy się czegoś nowego”. WOW, ale się zaskoczyliśmy, gdy ta pani zaczęła mierzyć kąty pochylenia fotelika i tłumaczyć nam, na co jeszcze powinniśmy zwrócić uwagę. Poczułem się jak przedszkolak odkrywający sens alfabetu. Wtedy zaświeciła nam się w głowie pierwsza lampka ostrzegawcza, że dopasowanie fotelika stanowi o wiele większe wyzwanie, niż mogłoby się początkowo wydawać.
Przed wymianą fotelika dla córki na większy, nauczeni wcześniejszymi doświadczeniami, zdecydowanie więcej czytaliśmy na ten temat. Zwracając uwagę na te liczne detale, świadomie dokonaliśmy wyboru. Jednak tylko do czasu. Niestety w jednym ze sklepów, który oferował najlepszą cenę za fotelik, na zakup którego już się zdecydowaliśmy, sprzedawca zadał nam tylko jedno pytanie w stylu „z którego roku macie Państwo samochód?”. Po usłyszeniu odpowiedzi dodał „no to musi pasować”. Skoro „musi” to musi – sprzedawca wyglądał na bardzo przekonanego do tego, co mówi, dlatego nie drążyliśmy tego tematu dalej i bez przymiarki do samochodu zakupiliśmy fotelik. Niestety po 4 miesiącach doszliśmy do wniosku, że nie tylko nie „musi”, a nawet nie pasuje. To, co wzbudziło nasze wątpliwości, to fakt, że gdy córka zasypiała w trasie, to główka leciała jej do przodu. Nie tylko była to dla niej bardzo niewygodna pozycja, ale także bardzo niebezpieczna.
Co zrobić, gdy podczas snu główka naszego dziecka opada do przodu? Najpierw pomyśleliśmy o rogalu – poduszce podróżnej – ale po rozmowach z różnymi sklepowymi specjalistami doszliśmy do wniosku, że takie rozwiązanie może stwarzać jeszcze większe zagrożenie dla naszego dziecka. Dlatego później zainwestowaliśmy w „specjalistyczne” rozwiązanie przypominające rogala, ale przypinane do fotelika i zapinane na rzepy pod brodą dziecka. To także nie do końca się sprawdzało.
Istny plot twist naszych doświadczeń z fotelikami miał miejsce podczas wyjazdu rodzinnego nad morze, kiedy to byliśmy zmuszeni podróżować dwoma samochodami. Przed wyruszeniem w drogę przenieśliśmy ten nowy fotelik do innego starszego samochodu i okazało się, że problem opadającej główki w nim nie istnieje. Wtedy postanowiliśmy podjechać do fotelik.info, aby to oni wytłumaczyli nam, o co w tym wszystkim chodzi.
Eksperci udzielili nam prostej odpowiedzi na nasze pytanie „Co zrobić, gdy główka podczas snu leci do przodu?” Jeżeli producent fotelika na to pozwala, zmienić położenie fotelika – zwiększyć kąt oparcia – a jeśli nie, to wymienić fotelik. Okazało się także, że istnieją udokumentowane przypadki, gdy z powodu opadającej główki małe dzieci potrafiły poddusić się podczas jazdy. W taki sposób 4 miesiące po zakupie drogiego markowego fotelika byliśmy zmuszeni go wymienić – na inny markowy, choć trochę tańszy. Całe szczęście, że pomimo tego, iż ten fotelik nie pasował do naszego nowszego samochodu, to w starszym leżał doskonale. Jaki morał płynie z tej naszej historii? ZAWSZE przed zakupem fotelika należy dopasować go do samochodu.
Jak dopasować fotelik do samochodu?
Nie da się dopasować każdego fotelika do każdego auta. Do niektórych aut nie da się dopasować żadnego fotelika idealnie, lecz tylko akceptowalnie. Tak przynajmniej twierdzą specjaliści, z którymi rozmawiałem. Warto być tego świadomym.
https://youtu.be/grBpjREhhuc
W mniej niż 2 minuty dowiesz się kilku rzeczy na temat dobrania fotelika do samochodu.
Podczas dopasowywania fotelika do samochodu należy zwrócić uwagę na poniższe kwestie:
Czy fotelik nie znajduje się zbyt blisko szyby bocznej. Boczna kurtyna powietrzna podczas wypadku może uszkodzić fotelik, a tym samym wyrządzić krzywdę małemu pasażerowi – może nawet większą niż sam wypadek. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że podczas napełniania uderzy ona z ogromna siłą bezpośrednio w nasze dziecko.
Czy fotelik w kategorii wagowej 15–36 kg montowany przodem do kierunku jazdy, przylega tyłem do kanapy – w tym celu zwykle należy wyciągnąć zagłówek. Jeżeli tak, to następnie należy sprawdzić, czy kąt oparcia fotelika względem pionu nie przekracza 30 stopni, ponieważ w takiej sytuacji siły działające podczas wypadku mogą wyciągnąć dziecko spod dolnego pasa trzymającego uda. Jest to tak zwane nurkowanie pod pasem bezpieczeństwa. Należy także sprawdzić, czy problem nie występuje w drugą stronę. Gdy kąt jest zbyt mały, to dziecku podczas spania główka będzie leciała do przodu.
Jeżeli zamontowano fotelik tyłem do kierunku jazdy, czy osoby siedzące z przodu mieszczą się w fotelu i mają wystarczająco przestrzeni na nogi, bo przy dłuższych podróżach może stać się to bardzo uciążliwe. Czy przedni fotel nie dociska takiego fotelika, jeżeli w instrukcji nie jest to zalecane. Czy noga z bazy dosięga do podłogi – to jest bardzo ważne. Te wszystkie wymienione uwagi są istotne, ponieważ takie szczegóły mogą uniemożliwić prawidłowe zachowanie fotelika.
Czy zamontowana baza na systemie Isofix jest we właściwym położeniu w stosunku do kanapy. Nie powinna także przemieszczać się na boki – ruchy w tej płaszczyźnie można ograniczyć specjalnymi matami.
A to nie koniec! Jak podliczyli specjaliści z fotelik.info istnieje w sumie aż 86 kryteriów, na które zawracają uwagę przy doborze fotelika.
Środek kanapy to najbezpieczniejsze miejsce w samochodzie do zamontowania fotelika – choć nie zawsze jest to możliwe. Taka lokalizacja jest najbardziej oddalonym miejscem od wszystkich potencjalnych punktów zderzenia. Jeżeli przewozisz dwójkę dzieci, to to starsze – bardziej świadome i samodzielne – powinno siedzieć za kierowcą. W sytuacji awaryjnego zatrzymania będziesz mieć wtedy lepszy i bezpieczniejszy dostęp od strony pobocza do tego młodszego. Oczywiście blokada tylnych drzwi przed otwarciem od środka powinna być aktywowana na stałe, jak tylko twoja pierwsza pociecha przyjdzie na świat.
W jaki sposób dopasować fotelik do dziecka?
Na początku musisz wiedzieć, że dziecko przez pierwszych kilkanaście lat swojego życia całkowicie się zmienia. Niby jest to oczywiste, jednak warto to podkreślić, bo właśnie z tego powodu twoja pociecha będzie w życiu potrzebować 3 lub 4 różnych fotelików – a nie tylko jednego czy dwóch uniwersalnych – w zależności od jej wagi, wzrostu i wieku.
Po przeczytaniu tego artykułu nie zostaniesz ekspertem!
Poniższe akapity nie mają za zadanie zrobić z ciebie specjalisty od fotelików samochodowych. Trzeba na to zbyt wiele czasu i wysiłku. Mają za to zadanie uświadomić Cię, jak bardzo skomplikowany jest to temat i na co powinieneś zwrócić uwagę podczas rozmowy ze specjalistą, który pomoże ci dokonać najlepszego z możliwych wyborów.
Warto podkreślić w tym miejscu stwierdzenie „najlepszy z możliwych”, ponieważ czasem idealne, podręcznikowe rozwiązania nie są możliwe do zastosowania w niektórych – także nowych – modelach samochodów. Nie bierz w tak technicznej kwestii odpowiedzialności za bezpieczeństwo swojego dziecka po przeczytaniu kilku – lub kilkuset – komentarzy w Internecie tylko na siebie.
https://youtu.be/VOtoArHpQ6A
Najdroższe i „najlepsze” foteliki nie muszą pasować do Twojego dziecka !
Przy wyborze fotelika skorzystaj z pomocy specjalistów! Czy lekarstwa, od których zależy zdrowie, a czasem i życie, twoich dzieci, także kupujesz po obejrzeniu reklamy na YouTube lub przeczytaniu kilku komentarzy? Specjaliści to osoby, które swoją wiedzę czerpią ze szkoleń, z profesjonalnych materiałów od producentów oraz ekspertyz wypadków samochodowych z udziałem dzieci. Na przykład w fotelik.info szkolenie rekruta trwa aż 3 miesiące, a pełne szkolenie technika zajmuje od 12 do 36 miesięcy. Miej to wszystko na uwadze, zanim nieopatrznie zdecydujesz się na samodzielny wybór fotelika.
Podstawowy podział fotelików:
– 0–13 kg – przynajmniej do pierwszego roku życia
lub nawet kilka miesięcy dłużej – pierwsze foteliki typu nosidełkowego, montowane tylko i wyłącznie tyłem do kierunku jazdy. Mogą być montowane za pomocą pasów bezpieczeństwa – choć to dość niewygodne rozwiązanie i zrzucające na nas odpowiedzialność, czy za każdym razem wszystkiego dopilnowaliśmy – baz montowanych na pas samochodowy lub za pomocą systemu Isofix, który umożliwia ekspresowy montaż i gwarantuje, że fotelik został zamontowany w 100% prawidłowo. W naszej bazie są diody i sygnał dźwiękowy, które ostrzegają nas przed błędami podczas montażu nosidełka.
Zwróć uwagę na to, czy po położeniu twojego dziecka do takiego fotelika, kąt jego pleców względem pionu nie jest zbyt duży – powyżej 45 stopni. Optymalnie jest, gdy kat mieści się w przedziale od 30° do 45°, przy jeszcze mniejszym kącie nasza pociecha będzie już właściwie siedzieć, co powoduje np. opadanie głowy dziecka do przodu podczas snu, a to może skutkować podduszeniem podczas zwykłej jazdy, a w momencie wypadku grozi uszkodzeniem kręgów szyjnych. Natomiast przy zbyt dużym kącie pochylenia fotelika powyżej 45 stopni podczas każdorazowego hamowania siły działające na głowę dziecka powodują rozciąganie kręgosłupa, co znowu nie jest właściwe z punktu widzenia bezpieczeństwa dziecka.
Podczas wypadku samochodowego kąt powyżej 45 stopni jest szczególnie niebezpieczny dla zdrowia i życia dziecka. W prawidłowo dobranym foteliku te rzeczy nie powinny mieć miejsca, a głowa dziecka ma przylegać do oparcia fotelika – każdy, kto skończył politechnikę, na pewno doskonale wie, o czym piszę. Miej na uwadze, że główka noworodka stanowi aż 25% całkowitej masy ciała, gdy w przypadku dorosłego człowieka jest to zaledwie 6%, a tym samym obciążenia działające na kręgosłup dziecka są całkowicie nieproporcjonalne w stosunku do tych oddziałujących na osoby dorosłe.
– 9–18–21 kg do 4. roku życia
dzieci przewozimy w fotelikach z własną uprzężą, którą musimy bardzo mocno dociągać. Jeśli chcesz, aby twoje dziecko było zabezpieczone najlepiej, jak to tylko możliwe – a chyba każdej osobie, która czyta ten rozdział, na tym zależy – powinien to być fotelik montowany tyłem do kierunku jazdy. Foteliki montowane tyłem są aż 5 razy bardziej bezpieczne od tych montowanych przodem. Można powiedzieć, że te montowane przodem są poniekąd historycznym reliktem rozwoju tej branży. Zdecydowanie nie warto ich używać dla dzieci przed ukończeniem 4. roku życia.
Podczas wakacji w 2021 r. w polskich mediach mogliśmy natrafić na informację o tragedii 3,5-letniej Martynki, która na skutek sił występujących podczas zderzenia doznała wewnętrznej dekapitacji. Jej głowa została „zdjęta” z kręgosłupa. Lekarze dokonali cudu i uratowali jej życie, ale po co testować takie foteliki na własnym dziecku?
To, na co warto zwrócić uwagę w tym miejscu, to także kąt pochylenia – o czym pisałem już we wcześniejszym punkcie – a także stabilność mocowania fotelika w samochodzie.
– 15–36 kg
– ostatnia popularna kategoria wagowa dedykowana od 4. do 12. roku życia. Tego typu foteliki montowane są już niemal niczym super sportowe fotele kubełkowe. Bardzo dobrze chronią dziecko przed zderzeniami bocznymi – jeśli najniższa część zagłówka znajduje się co najwyżej na wysokości ust dziecka – i umożliwiają prawidłowe poprowadzenie standardowych pasów bezpieczeństwa.
Bardzo ważnym elementem jest zwrócenie uwagi na przebieg pasa bezpieczeństwa, którym zapinamy dziecko w foteliku:
czy część biodrowa pasa jest prowadzona płasko po wierzchu ud dziecka (nie może wchodzić na brzuch), aby w sytuacji zderzenia nie uszkodzić narządów wewnętrznych,
czy część barkowa pasa przechodzi w foteliku pod podłokietnikiem i przez prowadnicę w okolicy zagłówka fotelika,
czy finalnie jego górna część przechodzi przez środek mostka i przez środek barku. Jest to bardzo ważne, ponieważ jeśli pas będzie się zsuwał z ramienia lub przechodził bardzo blisko szyi, to nie będzie mógł zagwarantować bezpieczeństwa młodego pasażera. Jeśli zaś będzie ułożony na skraju ramienia, to dziecko wypadnie z górnej części pasów podczas zderzenia.
– kategoria >36 kg
– mniej popularna kategoria fotelików, którymi powinniśmy zainteresować się w dwóch sytuacjach. Obowiązkowo, gdy nasza pociecha przed ukończeniem 12. roku życia przekroczy dopuszczalny zakres wagowy dotychczasowego fotelika. Zakupem takiego fotelika warto zainteresować się także, gdy chcemy podnieść poziom bezpieczeństwa i wygody naszych nastolatków. Każdy przyzna, że fotele są znacznie wygodniejsze od kanapy, posiadają podłokietniki i umożliwiają spanie w pozycji siedzącej – bez opadającej głowy podczas jazdy. W przeciwieństwie do kanapy, w bardzo dużym stopniu chronią także szyję i głowę przy zderzeniu bocznym.
Do kiedy dziecko powinno jeździć w foteliku? Zobacz materiał
https://youtu.be/JbVFelTTF1M
Homologacje
Zawsze zwracaj uwagę na to, czy fotelik posiada homologację. Akceptowalne to przynajmniej ECE R44-04 lub nowsza i bezpieczniejsza ECE R129 zwana “i-Size” – to one decydują, czy fotelik został dopuszczony do legalnej sprzedaży.
Następnie OBOWIĄZKOWO sprawdź jego wyniki w testach zderzeniowych: ADAC, test.de – Niemcy, AA – Wielka Brytania, OEAMTC – Austria, NHTSA – USA. Sama homologacja nie gwarantuje, że fotelik jest naprawdę bezpieczny, a jedynie że spełnia minimalne wymagania. Nawet drogi markowy fotelik z logiem producenta samochodów lub cenionej zachodniej marki zabawek bez odpowiednich testów nie zagwarantuje, że jest bezpieczniejszy od najtańszego zakupionego w supermarkecie. Dlatego zawsze pytaj sprzedawcę, czy może ci pokazać wyniki testów dla tego konkretnego modelu fotelika, który chce ci sprzedać. Wyniki tych testów znajdziesz m.in. na stronie moich rozmówców.
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Ten fragment książki będzie miał inną strukturę niż pozostałe rozdziały, ponieważ napisałem go w formie odpowiedzi na pytania, które powinni zadać sobie wszyscy rodzice przed włożeniem dziecka do samochodu.
Chciałbym także podkreślić na początku tego fragmentu, że nie stanowi on w żaden sposób sponsorowanej treści promocyjnej firmy fotelik.info, która to wsparła mnie merytorycznie podczas jego tworzenia. Przez kilka miesięcy zabiegałem o możliwość przeprowadzenia wywiadów z ekspertami z tej firmy, której nadrzędnym celem – zgodnie z ideą Rajzyfiber – jest uświadamianie w kwestiach bezpieczeństwa.
Dlatego wspólnymi siłami stworzyliśmy obowiązkowy tekst dla – dosłownie – każdego rodzica.
Przedstawicielami fotelik.info którzy wsparli mnie swoją wiedza i doświadczeniem są:
Paweł Kurpiewski – ekspert ds. bezpieczeństwa dzieci w samochodach, biomechanik zderzeń, twórca serwisu fotelik.info. Prowadzi szkolenia, doradza, edukuje. Wykonuje ekspertyzy powypadkowe fotelików. Dzieli się zdobytą wiedzą – prowadzi konsultacje i doradza producentom oraz sprzedawcom fotelików. Twórca akcji społecznej “Ogólnopolskie Inspekcje Fotelików”.
Sławomir Molak – szef kampanii Ogólnopolskie Inspekcje Fotelików
Najgorsze, co może nas spotkać w dziedzinie bezpieczeństwa, to wygodna nieświadomość własnej niewiedzy. Świadomość to pierwszy i tym samym najważniejszy krok w kierunku zapewniania bezpieczeństwa.
Podrozdział dotyczący przewożenia dzieci w fotelikach rozpocznę dość kontrowersyjnym stwierdzeniem, z którym jednak wszyscy moi eksperci się zgadzają:
„często zachowujemy się jak debile, dopóki ktoś nas nie uświadomi”.
I nie są to zbyt mocne słowa, ponieważ chodzi tutaj o życie naszych dzieci! Z doświadczenia ekspertów z fotelik.info, wynika, że aż 70% dzieci jest przewożonych w niewłaściwy sposób. Nie 30 czy 50, ale aż 70% dzieci!!! A oni wiedzą, co mówią, ponieważ już od lat dokonują kontroli, w jaki sposób rodzice przewożą swoje dzieci – filmiki z tych kontroli można zobaczyć na ich kanale na YouTube.
Nawet pięciogwiazdkowy, drogi, markowy fotelik nie gwarantuje bezpieczeństwa dziecku podczas wypadku, jeżeli będzie użytkowany w nieprawidłowy sposób!!!
Najczęściej popełniane błędy
Poniżej lista najczęściej popełnianych błędów – także przez świadomych rodziców -, które w razie wypadku zagrażają bezpieczeństwu twojego dziecka.
Lista jest interaktywna, abyś mógł sobie zaznaczyć, które błędy zdarza Ci się popełnić (robisz to dla siebie, nikt tego nie zobaczy, więc zaznacz szczerze)
przewożenie dziecka w kurtce,
zbyt słabe zaciągniecie uprzęży w przypadku dzieci młodszych korzystających z fotelików wyposażonych w uprząż własną,
nieodpowiednie dopasowanie fotelika do dziecka ze względu na wagę, wzrost i wiek dziecka – o czym może świadczyć opadająca główka podczas spania,
używanie fotelika, który nie przechodził testów zderzeniowych lub dostał w testach zderzeniowych ocenę niedostateczną,
w przypadku dzieci w wieku pow. czterech lat nieprawidłowe poprowadzenie dolnego odcinka pasów bezpieczeństwa (odcinka biodrowego) po brzuchu dziecka …
… lub nieprawidłowe poprowadzenie górnego odcinka pasa bezpieczeństwa (odcinka barkowego) nie przechodzącego przez środek mostka dziecka oraz przez środek barku,
skręcenie pasów po zapięciu – nie leżąc płasko na udach lub klatce
niewłaściwy montaż fotelika w samochodzie,
nieprawidłowe dopasowanie fotelika do samochodu – uniemożliwia prawidłowy montaż
pozwalanie dziecku na korzystanie z telefonu komórkowego lub tabletu, które podczas zderzenia mogą zadziałać niczym młotek lub pocisk,
wyłączona blokada tylnych drzwi przed otwarciem ich od środka,
montowanie w samochodzie zwijanych rolet przeciwsłonecznych,
zbyt wczesne montowanie fotelika przodem do kierunku jazdy,
i jeszcze wiele więcej.
Jeśli myślisz, że powyższe błędy nie zdarzają się naprawdę, a stanowią wyłącznie fikcję literacka to zobacz ten film.
Obszerne omówienie wszystkich powyższych błędów i kilku dodatkowych znajdziesz w 3 części tego artykułu, a tymczasem dowiedzmy się co warto dowiedzieć się przez zakupem fotelika.
Czy foteliki są nam naprawdę potrzebne?
Pytanie #1
Mnie wożono bez fotelika i dalej żyję. Czy foteliki są nam naprawdę potrzebne? Kosztują tak dużo, a przecież mogą nigdy się nie przydać. Czy na krótkie trasy także powinienem zapinać dziecko w foteliku? Mnie się wydaje, że to jest jakaś kolejna ideologia albo lobby koncernów produkujących foteliki.
Po pierwsze argument „… i dalej żyję” jest tak głupi, że go nie skomentuję – każdego roku zbyt wiele osób nie może tego zdania powtórzyć. Pomimo rozwoju nauki, szerszego dostępu do informacji, badań i statystyk coraz częściej na urodzinach dzieci można usłyszeć powyższe twierdzenia – nie od dzieci, ale od ich rodziców. Wszyscy jesteśmy przytłoczeni ilością docierających do nas każdego dnia informacji, dlatego przestajemy myśleć racjonalnie. Nie ma sensu próbować mądrze odpowiedzieć na powyższe pytania inaczej, jak przytaczając oficjalne statystyki policji – dostępne na stronie policja.pl temat „Wypadki drogowe – raporty roczne”.
Trochę statystyki
Na polskich drogach w 2019 roku doszło do 2387 wypadków z udziałem dzieci w wieku 0–14 lat. Niestety aż 68 dzieci w tym wieku poniosło śmierć, a kolejne 2621 doznało obrażeń! Mowa tutaj o ponad dwóch i pół tysiąca poszkodowanych dzieci przed ukończeniem 15. roku życia! Na szczęście statystyki z 2020 roku są o wiele niższe – 1541 wypadków z udziałem dzieci – jednak wynika to przede wszystkim z faktu, że przez ten pandemiczny rok byliśmy uziemieni w naszych domach.
Znając te statystyki, czy w dalszym ciągu uważasz, że jest to marginalny problem, którym nie warto zawracać sobie głowy?
Kartka z rodzinnej kroniki – Państwa Czekała
Z własnego tragicznego doświadczenia mogę tylko dodać, że w przeciągu 6 dni na początku 2021 roku – wyłącznie w najbliższej rodzinie – doszło aż do dwóch wydarzeń na drogach. W jednym zginął mój brat, w drugim zaledwie 300 metrów od naszego domu w tył samochodu żony, którym podróżowała wraz z naszą 4-letnią córką, wjechał inny kierowca. Nigdy wcześniej nie słyszałem, aby ktoś z najbliższego kręgu uczestniczył w kolizji, a w tym tragicznym tygodniu doszło aż do dwóch. Nie znasz dnia ani godziny, dlatego bezpieczeństwo polega na byciu cały czas przygotowanym. Na całe szczęście żona nie wyszła z założenia – jak niektórzy rodzice – że skoro mam tylko kawałek do przejechania, to nie muszę zapinać dziecka w foteliku. Siła, z jaką uderzył w nie ten drugi samochód – przy prędkości zaledwie kilkunastu kilometrów na godzinę – była na tyle duża, że pomimo dobrze zaciągniętej uprzęży w foteliku na ciele malucha pojawiło się kilka siniaków. Strach pomyśleć, jaki finał mogłaby mieć ta drobna kolizja, gdyby córka nie była zapięta.
Czym są „antymandaty”?
Pytanie #2
Czym są antymandaty?
Tak zwane „antymandaty” to środki zabezpieczenia rodziców przed otrzymaniem mandatu niegwarantujące pełnej ochrony zdrowia i życia dzieci podczas wypadku. Do najpopularniejszych z nich należą podstawki, boostery, podkładki samochodowe i klamry montowane na pasach, ale także foteliki marketowych marek, lub nawet foteliki marek premium, jednak zakupione z drugiej ręki.
Przed podjęciem decyzji o zakupie antymandatu obowiązkowo zobacz filmiki z testów zderzeniowych fotelików, pseudofotelików, podkładek itp. To, co tam zobaczysz, na długo pozostanie w twojej pamięci.
Podstawki, boostery i podkładki samochodowe
Pytanie #3
Dlaczego podstawki, boostery czy podkładki samochodowe nie gwarantują bezpieczeństwa mojemu dziecku? Przecież są akceptowane przepisami prawa.
Faktycznie zgodnie z przepisami prawa można na podkładkach przewozić dzieci powyżej 15 kg, ale tylko na tylnej kanapie. Tego typu „zabezpieczenia” mają sens wyłącznie wtedy, gdy dziecko w wieku poniżej 12 lat nie mieści się już w pełnym foteliku.
Test zderzeniowy podkładki i kilku dobrych fotelików.
Po co te rzeczy powstały?
Po pierwsze: to historia motoryzacji. To z nich dawno, dawno temu, po wprowadzeniu kolejnych usprawnień, wyewoluowały foteliki dla dzieci powyżej 4. roku życia.
Po drugie: to prawo rynku. Jeśli ktoś chce coś kupić, to znajdzie się chętny, aby mu to sprzedać. Jest to przede wszystkim tańsza i wygodniejsza do przenoszenia alternatywa, chroniąca w minimalnym stopniu dzieci, ale tylko podczas wypadków czołowych.
Jeżeli z jakiegoś powodu chcemy lub jesteśmy zmuszeni z nich skorzystać, to należy mieć świadomość, że: – przy silnym zderzeniu czołowym przy nieprawidłowo poprowadzonych i naprężonych pasach dziecko siedzące przodem może wślizgnąć się pod odcinek pasa biodrowego – zanurkować – co zwykle skutkuje uszkodzeniem organów wewnętrznych. Dodatkowo, jeśli przodem do kierunku jazdy jest przewożone zbyt małe dziecko, może dojść u niego do uszkodzenia kręgów szyjnych;
– przy jakimkolwiek – nawet słabym – zderzeniu bocznym dziecko nie jest w żaden sposób chronione i istnieje ogromne ryzyko doznania obrażeń głowy.
Więcej informacji do przemyślenia znajdziesz w dalszej części tego tekstu, w której to omówię powszechne błędy przy przewożeniu dzieci w fotelikach. Nie chodzi tylko o zakup dobrego sprzętu, ale także o prawidłowe jego użytkowanie.
Fotelik samochody z supermarketu?
Pytanie #4
W supermarketach mogę kupić nowe foteliki samochodowe za rozsądne pieniądze. Dlaczego jest to niedobry pomysł?
Tanie foteliki z supermarketu to kiepski pomysł. Pomimo że w dyskontach i hipermarketach możemy coraz częściej kupić bardzo dobre jakościowo niedrogie marki własne produktów spożywczych, to z fotelikami sprawy nie mają się już tak dobrze. Oczywiście w takich miejscach możesz czasem kupić coś, co kosztuje niewiele i wygląda rewelacyjnie, jednak nie masz pewności, jak taki fotelik zachowa się podczas wypadku.
Jeżeli kupując buty, smartfon czy zegarek jesteś w stanie dopłacić krocie tylko za markę, to w przypadku asortymentu mogącego uratować życie twoich najbliższych powinno być to podejście priorytetowe – w dużym sklepie znajdziesz wiele innych rzeczy, na których można zaoszczędzić. Poza tym każdy fotelik należy dopasować do dziecka i także OBOWIĄZKOWO do swojego samochodu.
Z kroniki fotelik.info
Historia pewnego wypadku do którego doszło przy prędkości 20–30 km/h
Pewnego ładnego styczniowego dnia w mieście przy niedużej prędkości w bok samochodu przewożącego dwójkę dzieci – 6-latkę i kilkumiesięcznego chłopaka – wjechał inny pojazd. Na pierwszy rzut oka przy takiej prędkości nie mogło wydarzyć się nic poważnego. Tata tej dwójki, który prowadził pojazd, zaliczył jedynie drobne stłuczenia, malec w foteliku wyszedł z wypadku bez nawet najmniejszych obrażeń, ale siostra niestety nie miała już tyle szczęścia.
Fotelik dziewczynki nie należał do fotelików godnych polecenia, czego pierwszym dowodem było to, że obrócił się na kanapie w momencie zderzenia. W testach zderzeniowych też nie otrzymał wysokich ocen – co rodzice powinni wcześniej sprawdzić. Na domiar złego dziewczynka była przewożona w kurtce – był styczeń – miała źle zapięte pasy, a fotelik nie był właściwie do niej dobrany. Zmiana pozycji fotelika oraz wszystkie wymienione wcześniej błędy doprowadziły do wybicia głową dziewczynki bocznej szybki. To niestety spowodowało bardzo solidne pokaleczenie twarzy. Blizny po ranach ciętych i szarpanych będą musiały towarzyszyć tej sześciolatce aż do 26. roku życia, ponieważ żaden z odwiedzonych specjalistów nie chce wcześniej podjąć się tej rekonstrukcji.
Najgorsze w tej historii jest to, że gdyby wszystkie te błędy nie wystąpiły jednocześnie, to prawdopodobnie skończyłoby się na drobnych skaleczeniach.
Staram się żyć ekologicznie, dlatego nie kupuję zbyt wielu nowych rzeczy, a gdy już coś mam, to wykorzystuję to jak najdłużej przez wiele lat. Czy mogę dla mojej pociechy kupić foteliki z drugiej ręki?
W rozdziale dedykowanym bezpieczeństwu w górach napisałem, że o wiele lepiej kupić dla swojej pociechy markowe, ale używane buty niż nowe jednak gorszej jakości. W przypadku fotelików zapomnij o tym! Tak samo jak ze sprzętem wspinaczkowym, wszelakiego rodzaju kaskami – rowerowymi, snowboardowymi, wspinaczkowymi czy do jazdy konnej – tak samo jest z fotelikami.
Podczas wypadku – nawet drobnego – dochodzi w nich do mikrozniszczeń, które nieodwracalnie obniżają skuteczność ochrony przy kolejnej niebezpiecznej sytuacji. Więcej na ten temat w dalszej części tego rozdziału.
Wyjątkiem od tej reguły może być wyłącznie zakupu fotelika od kogoś, kogo znamy i darzymy dużym zaufaniem. Jeśli w twojej rodzinie kilkuletni kuzyn wyrósł ze swojego fotelika, który nigdy nie uczestniczył w kolizji drogowej, to istnieje spora szansa, że w tym foteliku będziesz mógł przewozić bezpiecznie swoje dziecko, ale mimo wszystko skonsultuj to ze specjalistą. Pozostaje jednak jeszcze pytanie o stan technologii takiego urządzenia. Jeśli kuzyn ma klika lat, to technologie ochrony zastosowane w tym foteliku będą, delikatnie mówiąc… przestarzałe. Dziedzina ta rozwija się obecnie w takim tempie, że prawidłowo zabezpieczone dzieci we współczesnych fotelikach jako jedyne wychodzą bez żadnych obrażeń nawet z najcięższych wypadków. Czy historyczne technologie zadziałałyby równie dobrze? Odpowiedz sobie na to pytanie samodzielnie…
Dział ekspertyz powypadkowych fotelik.info bada dogłębnie wypadki z udziałem dzieci, a część wyników tych badań jest udostępniona na wystawach “Foteliki z historią” w Warszawie i w Gliwicach oraz w postaci filmów dokumentalnych na ich kanale na YouTube.
Pamiętaj także, że foteliki się starzeją i posiadają daty przydatności do użytkowania z powodu pogarszających się z czasem właściwości materiałów energochłonnych. Eksperci rekomendują wykorzystywanie fotelików z kategorii 0–13 kg i 9–18 kg przez okres pięciu lat od daty zakupu (miej na uwadze, że nie znamy daty produkcji), a dla fotelików z kategorii 9–36 kg lub 15–36 kg ten okres jest wydłużony do 10 lat, ponieważ dzieci siłą rzeczy korzystają z nich znacznie dłużej, zatem foteliki z tej grupy wagowej produkowane są z myślą o znacznie dłuższym czasie eksploatacji.
Dobrze wiedzieć
Jeżeli w naszym samochodzie uczestniczącym w kolizji znajdował się fotelik, to zgodnie z zaleceniami producentów powinniśmy go wymienić. Za jego wymianę może zapłacić ubezpieczyciel z polisy OC sprawcy!
Aby uzyskać rekompensatę, należy dopilnować, aby w notce sporządzonej przez policjantów lub oświadczeniu spisanym przez uczestników na miejscu zdarzenia, znalazła się informacja o fotelikach w pojeździe.
Warto tutaj podkreślić – opierając się na uzasadnieniach wyroków sądowych – że przy wypłacie odszkodowania nie odgrywa roli prędkość, z jaką doszło do kolizji, oraz fakt, czy w foteliku podczas zderzenia siedziało dziecko. Każdy z producentów fotelików w instrukcji obsługi zawiera informację o konieczności wymiany fotelika, który znajdował się w pojeździe uczestniczącym w kolizji – bez żadnych dodatkowych warunków.
Dlaczego wymiana fotelika po kolizji jest aż tak istotna?
Pytanie #6
Co się dzieje z fotelikiem podczas wypadku czy nawet drobnej kolizji? Dlaczego to tak ważne, aby go wymienić?
Mówiąc o fotelikach, posłużę się analogią do kasku rowerowego, bo tak naprawdę jedno i drugie działa na podobnej zasadzie. Z tym, że kask stanowi tutaj znaczące uproszczenie, które łatwiej będzie nam zrozumieć.
Wyobraź sobie sytuację, w której podczas niegroźnego upadku na rowerze w parku, przewracasz się w taki sposób, że uderzasz głową np. w asfalt i twój kask skutecznie chroni cię przed obrażeniami. Jesteś dorosły, więc szybko się podnosisz i zapominasz o tym fakcie, bo w końcu wszystko zadziałało tak, jak powinno. Jednak niefortunnie upadek się powtarza – przyjmijmy, że masz gorszy dzień i jesteś bardzo zmęczony – wszystko przebiega niemalże tak samo. Z tą tylko drobną różnicą, że przy kolejnym uderzeniu twój kask rozsypuje się na kilka kawałków i tym razem to Ty organoleptycznie sprawdzasz twardość nawierzchni. Nie brzmi to zbyt dobrze.
Nasze kaski rowerowe, tak samo jak wszystkie inne środki ochrony życia – np. poduszki gazowe powszechnie nazywane powietrznymi w samochodach – gwarantują swoimi atestami wyłącznie jednokrotne zadziałanie. Dlaczego? Podobnie jak w przypadku samochodów, kaski rowerowe (także foteliki) konstruuje się w taki sposób, aby w jak największym stopniu pochłonęły siłę uderzenia i w efekcie prawidłowego zadziałania ochroniły skutecznie człowieka.
W jaki sposób środki bezpieczeństwa pochłaniają dziś energię?
W najprostszy. To znaczy ulegają uszkodzeniu, ponieważ siła uderzenia jest ukierunkowana na odkształcenie materiałów – dokładnie tak samo jak strefa kontrolowanego zgniotu w pojazdach. W przypadku kasków stosuje się rozprężoną polistyrenową piankę (EPS), której struktura wewnętrzna ulega uszkodzeniu po przyłożeniu do niej siły. Wyobraź sobie styropian, który uderzasz kilkukrotnie. Czy za każdym razem wraca do wcześniejszej formy? A gdy uderzysz go zbyt mocno?
Czy kobieta ciężarna powinna zapinać pasy?
Pytanie #7
Dziecko w brzuchu mamy. W jaki sposób zadbać o bezpieczeństwo? Czy zapinać pasy, jeśli tak to w jaki sposób?
Najlepszym „fotelikiem” dla naszego dziecka jest brzuch matki. Miękki, ciepły, w idealnym rozmiarze, dlatego to tak ważne, aby go odpowiednio zabezpieczyć. Polskie prawo nie wymaga od kobiety w ciąży zapięcia pasów w samochodzie, jednak jest to bardzo nieodpowiedzialne podejście. Każdy, kto doświadczył wypadku z niezbyt dużą prędkością lub miał okazję przetestować symulator zderzeń – polecam – wie, z jakimi siłami mamy do czynienia, nawet przy niewielkich prędkościach.
Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, gdy ciężarna kobieta uderza głową lub brzuchem o kokpit w samochodzie przy prędkościach rzędu 20 czy 30 km/h. Rezygnacja z używania pasów to proszenie się o najgorsze, gdy to, co najlepsze, jeszcze nie przyszło na świat.
Prawidłowo poprowadzony pas u ciężarnej kobiety przebiega – w dolnej części – pod brzuchem tak aby w sytuacji hamowania opierał się na kościach miednicy poniżej kolców biodrowych przednich górnych, a w górnej tak, aby przechodził nad brzuchem, pośrodku mostka pomiędzy piersiami i pośrodku barku. Wyczerpujące informacje na ten temat znajdziesz na stronie internetowej kampanii Ciąża i pasy www.ciazaipasy.pl
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Ten fragment książki (ten artykuł) powstał dzięki współpracy z Moniką Osińską-Żabką i nie jest to post sponsorowany, a typowy uświadamiający jak wszystkie pozostałe w rozdziały Rajzyfiber.
Monika Osińska- Żabka– aktywna mama dwóch wynoszonych dziewczynek, chustoświrka, certyfikowana doradczyni noszenia AND, prezes towarzyszenia „Śląsk w chuście”. Kobieta o wielu talentach: autorka e-booka „Start do chustonoszenia”, nadsztygar w kopalni, twórcza autorka treści na YouTube, założycielka Szkoły Noszenia, właścicielka sklepu internetowego meababywearing.pl, pasjonatka podróży i trekkingów z dziećmi…
Słowem wstępu
dla osób niewtajemniczonych wyjaśnimy, że rozróżniamy 5 głównych „narzędzi” służących do transportowania dzieci. Jako że jest to książka o szerokorozumianym podróżowaniu, a rozdział dedykowany jest górom, to wózki dziecięce od razu sobie odpuścimy – poza nielicznymi, najlepiej asfaltowymi trasami opisanymi na Rajzyblogu, w terenie się nie sprawdzają.
Głównym celem Rajzyfiber jest uświadamianie na temat bezpieczeństwa – i zdrowia – dlatego wisiadła także nie będą w tym rozdziale szerzej omawiane, a jedynie w kilku zdaniach wyjaśnię, dlaczego są aż tak bardzo szkodliwe dla „pasażerów”. Pozostają nam jeszcze chusty, nosidełka ergonomiczne oraz nosidełka turystyczne i to na tych trzech pozycjach się skoncentrujemy.
Z chustami do noszenia dzieci jest jak burgerami, niby to coś nowego, modnego, cieszącego się coraz to większą popularnością, ale tak naprawdę już w starożytnym Rzymie były powszechnie znane – hamburgery, jak i chusty – i na pewien czas zapomniane.
Wiele wskazuje na to, że „prachusty” – wykonane ze skór zwierząt lub większych liści – są tak stare jak nasz gatunek i w bardzo dużej mierze przyczyniły się do naszej ekspansji na cały świat. Ten rodzaj nosidełek poprzez bardzo bliski kontakt matki z dzieckiem pozytywnie wpływa na jego rozwój emocjonalny, poczucie bezpieczeństwa, termoregulację, ale także, co dla przetrwania naszego gatunku było równie istotne, umożliwiał kobietom pracę – np. zbieranie pokarmów – ucieczkę i długie wędrówki. Do dnia dzisiejszego we wszystkich częściach świata można bez problemu znaleźć prymitywne ludy żyjące zgodnie ze swoją tradycją, posługujące się na co dzień czymś, co bez zastanowienia nazwalibyśmy chustami do noszenia dzieci – jeśli nie wierzysz, sprawdź w Google Grafika.
Sierra Leone – Do dziś dnia kobiety na całym świecie pracujące przy zbiorach wspierają się chustami tak samo jak tysiące lat temu, dzięki czemu są w stanie zarobić, aby utrzymać rodzinę (Photo by Annie Spratt on Unsplash)
Dlaczego w takim razie jeszcze 15 lat temu niosąc dziecko w chuście, można było zostać wielką atrakcją na ulicy?
Monika wspominała, jak na początku jej przygody z chustami kobiety potrafiły do niej podchodzić i wypytywać o tę „ciekawostkę” czy nowinkę. My – czytaj gatunek ludzki – wielokrotnie na przestrzeni dziejów udowadnialiśmy, że lubimy porzucić coś sprawdzonego, aby na jakiś czas zachłysnąć się czymś innym, nowym, czymś, na co w końcu nas stać. Tak było z wózkami dziecięcymi.
Wózki dziecięce, trochę historii
Pierwszy zbudował Wiliam Kento w 1733 r., potem musiało minąć wiele lat nim w 1889 r. Wiliam H. Richardson udoskonalił jego konstrukcję o obracane przednie koła i wyjmowany kosz. Jako że był to wynalazek bardzo ułatwiający życie, początkowo na jego zakup mogli pozwolić sobie wyłącznie zamożni mieszkańcy Zachodu.
Przeróżne oryginalne modele, ciężkie – nawet z metalową karoserią – i ogromne świadczyły o zamożności ich właścicieli. Kolejny przełom nastąpił, gdy pojawiły się samochody. Po co komuś wózek, który nie mieści się do bagażnika? Dopiero od tego czasu zaczęto je optymalizować, ich konstrukcje stawały się coraz lżejsze i tańsze, a co za tym idzie mogło pozwolić sobie na nie coraz więcej osób.
[źródło „1001 wynalazków, które zmieniły świat” – Challoner Jack]
Nasze babcie doskonale pamiętają czasy pre-wózkowe i prawdopodobnie będą także świadkami post-wózkowych. Nie trudno znaleźć dziś starszą kobietę, która z zawiązanymi oczami, jedną ręką gotując, a drugą sprzątając, będzie w stanie związać nowoczesną chustę, którą „widzi” pierwszy raz na oczy. Może trochę przesadziłem z tym multitaskingiem, ale podobna historia przydarzyła się naprawdę Monice. Gdy podczas nauki wiązania chust w mieszkaniu klientki do pokoju nagle weszła jej babcia i bez zastanowienia – dosłownie w mniej niż 2 minuty – pokazała im, jak to się kiedyś robiło.
Wózki stały się już produktem dla mas, nauka poszła do przodu, postawy ekologiczne wyszły z cienia, w międzyczasie zaczęliśmy mówić na głos o znaczeniu emocji w naszym życiu i to wszystko nieubłaganie doprowadziło do wyciągnięcia z babcinych szaf ich chust – tylko w bardziej nowoczesnym i zaawansowanym wydaniu.
Maluch w dobrze dobranym nosidle to najlepszy kompan, a nie utrudnienie.
Dlaczego chusty są aż tak drogie?
To pierwsze pytanie, które zadałem Monice. I myślę, że to pierwsze pytanie, które zadaje sobie każdy, kto odwiedza specjalistyczny sklep, bo na pierwszy rzut oka, to po prostu kawałek materiału.
Cena chusty wynika m.in. ze: złożoności procesu wytwarzania, specyfiki tkaniny i surowców, jakości przędzy, splotów – dobra chusta rozciąga się tylko w tych kierunkach, w których tego potrzebujemy. Tkanina ta może także być zaprojektowana w taki sposób, aby ułatwić początkującym jej zawiązanie.
Na rynku są dostępne egzemplarze nawet za 1500 zł. Czy są one ze złotych nici lub z wbudowanym GPS? Nic z tych rzeczy – bo te ze złotymi nićmi zaczynają się dopiero od 3,5 tys. zł! Takie sztuki od 1500 zł wytwarzane są w większości ręcznie, a patrząc na wielkość tego materiału – zwykle pomiędzy 4 a 5 metrów – musi to być czasochłonna praca. Spory wpływ na cenę ma też rodzaj i jakość przędzy oraz sposób przygotowania chust do użytkowania.
Czy laik doceni produkt, który zakupi za takie pieniądze?
Pewnie nie, tak samo jak tylko nieliczni potrafią docenić naprawdę drogie wina. Żeby poczuć i docenić tę różnicę, trzeba przenosić sporo chust z różnych „półek cenowych”. Warto podkreślić w tym miejscu, aby podczas zakupu pierwszej chusty kompletnie nie sugerować się ceną czy opisem „sprzedawcy”, a opinią specjalisty, który nam doradza – gdy jest godny zaufania, nie będzie rekomendować tylko tych drogich modeli. Chusta wytworzona przez markowego producenta jest dla nas także, gwarantem bezpieczeństwa naszej pociechy, ponieważ wykazuje się ona ogromną wytrzymałością – ponoć do 700 kg, a niektóre modele nawet 1 tony.
Z pamiętnika Moniki
Zapewnienia producentów to jedno, ale czy ten kawałek materiału naprawdę jest aż tak wytrzymały, jak twierdzą? Kilka lat temu Monika miała okazję to sprawdzić. Na pewnej ruchliwej drodze ich samochód niespodziewanie odmówił posłuszeństwa. Los chciał, że nie było tam pobocza, więc dla swojego bezpieczeństwa musieli go w jakiś sposób czym prędzej przepchnąć w bezpieczne miejsce, w którym mogliby zaczekać na pomoc.
Przepchanie wyładowanego Renault Laguny w kombi nie należało do łatwych zadań, dlatego szybko wpadli na pomysł, aby go odholować na linie. Udało się im zatrzymać jeden z przejeżdżających samochodów i… niestety, jako że nieszczęścia chodzą parami, okazało się, że takowej liny nikt z nich nie posiada.
Potrzeba matką wynalazków, dlatego zdecydowali się wykorzystać to, co mieli pod ręką i zdaniem producentów powinno się sprawdzić – chustę – w ich wypadku ze splotem skośno-krzyżowym. Po odholowaniu samochodu kilkaset metrów dalej na parking i rozwinięciu chusty okazało się, że była ona w nienaruszonym stanie. Żadnych naciągnięć, odkształceń i tym podobnych oznak zużycia – oprócz oczywistych zabrudzeń.
Nosidła (turystyczne i ergonomiczne) sprawdzają się także rewelacyjnie podczas zwiedzania zabytkowych miast.
Co wybrać – chusta, nosidełko ergonomiczne albo turystyczne
Poniższa tabelka ma wyłącznie charakter poglądowy, zawiera uproszczenia i skróty myślowe, dlatego przed zakupem sprzętu dla siebie, poczytaj więcej na ten temat, a w przypadku chust i nosidełek ergonomicznych obowiązkowo skonsultuj się z ekspertem.
Chusta
Nosidło ergonomiczne
Nosidło turystyczne
Od kiedy można używać ?
Można używać od urodzenia, opcja dla najmłodszych
Najlepiej stosować, gdy dziecko samo siedzi, wcześniej (od ok 3–4. miesiąca) tylko we współpracy z doradcą
Można używać dopiero, gdy potrafi już samo chodzić i jasno sygnalizuje swoje potrzeby
Rozkład ciężaru dziecka
Ciężar dziecka równomiernie rozkłada się na barki, tułów oraz biodra
Ciężar dziecka równomiernie rozkłada się na barki, tułów oraz biodra
Ciężar dziecka jest podtrzymywany na naszych biodrach
Możliwość regulacji
Bardzo dużo możliwości zmiany pozycji dziecka i sposobu wiązania zarówno z przodu jak i z tyłu.
Sporo możliwości zmiany rozkładu ciężaru dziecka. Może być noszone z przodu lub tyłu, mamy też możliwość regulacji napięcia pasów.
System nośny pochodzi z dobrych plecaków o dużym litrażu, więc regulacja tylko za pomocą pasów.
Zalety i wady względem sezonu
Latem spora potliwość, ale zimą przylegające ciało dziecka do rodzica jest ogrzewane są też specjalne pokrowce lub duże kurtki, aby chusta weszła do środka.
Latem spora potliwość (mniejsza w porównaniu z chustami), choć są dostępne siateczkowe modele, zimą dziecko jest ogrzewane przez rodzica i dodatkowo są dostępne softshellowe osłonki.
Latem miły przewiew pomiędzy rodzicem a dzieckiem, jednak zimą pasażer wystawiony na zimy wiatr i brak osłony.
Pakowność – dodatkowe miejsce
Brak miejsca na ładunek, dlatego nerki biodrowe lub saszetki mogą stanowić praktyczne dopełnienie kompletu.
Na dłuższe wędrówki te z dodatkowymi kieszonkami oraz dopinanymi karabinkami, aby podwiesić np. bidon. Tu też przydadzą się nerki biodrowe.
Zwykle pod siedzeniem dziecka znajduje się kilkulitrowy plecak, który powinien w pełni wystarczyć dla asortymentu malucha.
Ergonomia poruszania się
Dziecko jest mocno przytwierdzone do rodzica zarówno z przodu, jak i na plecach, dzięki czemu poruszając się, nie przenosimy obciążeń związanych z naszym ruchem na kręgosłup dziecka. Maluch porusza się w harmonii z rodzicem.
Podobnie jak w przypadku chusty dziecko jest przytulone do rodzica zarówno z przodu, jak i na plecach, dzięki czemu poruszając się, nie przenosimy obciążeń związanych z naszym ruchem na kręgosłup dziecka. Maluch również porusza się w harmonii z rodzicem.
Dziecko jest odsunięte od rodzica o około 30 cm, dzięki czemu faza ruchu rodzica dociera do dziecka z opóźnieniem. Może to powodować obciążenie kręgosłupa i potrzebę częstej zmiany pozycji dziecka. Maluch powinien trochę maszerować sam, a trochę być niesiony – naprzemiennie
Uwagi
Umożliwiają zachowanie największej bliskości z dzieckiem – oddziela was tylko kawałek materiału – co może być istotne dla jego komfortu psychicznego (i często mam także). Przy noszeniu dziecka bardzo ogranicza z przodu widoczność tego, co znajduje się pod naszymi nogami, a tym samym w „urozmaiconym” terenie zwiększa ryzyko wywrotki. Przy noszeniu na plecach ten problem odpada.
Aby ograniczyć potliwość „tragarza”, warto wybrać modele siateczkowe lub z bardzo przewiewnych tkanin (len, ramia, bambus), które przynajmniej częściowo zwiększą przewiewność materiału. Jeśli malca niesiemy z przodu, to podobnie jak chusta bardzo ogranicza widoczność tego co mamy pod nogami.
Obowiązkowo musi być wyposażone w strzemiona, – takie jak u koni przy siodle, lub podpórkę pod nogi – aby nie obciążać bioderek pasażera! Dziecko powinno być już w stanie zwrócić uwagę, że coś mu nie pasuje. Najlepiej z wszystkich opcji umożliwia pociesze podziwianie widoków. Gdy maluch zaśnie, dobrze podłożyć mu pod głowę jakąś maskotkę lub poduszkę przywiązaną do nosidełka.
Podsumowanie
Najbardziej wymagające, ale jeśli nauczysz się ją prawidłowo wiązać, to okaże się najlepszym wyborem w mieście oraz na szlaku.
Jeśli nie masz chęci, czasu na szkolenie lub obawiasz się, czy dobrze zwiążesz chustę, to będzie najlepszy wybór dla ciebie tak samo w mieście, jak i na szlaku.
Jeżeli dotychczas sporo wędrowałeś z dużym plecakiem, to takie nosidełko będzie dla ciebie naturalnym wyborem, ale sprawdzi się tylko podczas wędrówek z większym dzieckiem (powyżej 18 miesięcy) i niestety nie na co dzień w mieście.
UWAGA !!!! Nigdy nie wędruj ze swoją pociechą w chuście lub nosidełku samotnie po rzadziej uczęszczanych szlakach!!! W sytuacji banalnej kontuzji – ból w kolanie, kręgosłupie – a już na pewno poważniejszej, jak skręcenie kostki, zdarzenie to może przerodzić się w poważne zagrożenie zdrowia dla twojego dziecka. Gdy utkniecie na jakiejś mniej popularnej trasie poza zasięgiem sieci komórkowej, to możecie być zmuszeni czekać na wsparcie wiele godzin.
Jak dobrać odpowiedni model?
Aby dobrać odpowiedni model, KONIECZNIE należy zasięgnąć porady specjalisty – np. Moniki. Konsultacja taka przypomina konsultację przy zakupie fotelika samochodowego [o tym w kolejnym poście] i dokładnie temu samemu służy, czyli zapewnieniu komfortu i bezpieczeństwa dla naszej pociechy oraz dla noszącego. Usługa jest darmowa, jeśli prowadzi do zakupu sprzętu, w innym wypadku osobno płatna. Fajną opcją, z której skorzystaliśmy, było tygodniowe testowanie – niczym jazda testowa – 3 różnych modeli nosidełek ergonomicznych, nim zdecydowaliśmy na ten jedyny.
Na co doradca zwróci wam uwagę?
Przede wszystkim na właściwe dopasowanie nosidełka do wieku i możliwości dziecka, ale również na odpowiednią regulację dla rodziców. Dobrze, jeśli wybierane przez was nosidełko będzie rosło razem z waszym maluchem, wtedy produkt, który kupujecie, posłuży wam nie przez kilka miesięcy, ale nawet kilka lat!
Podobnie jest z doborem chusty – to doradca wskaże wam, jaki będzie odpowiedni rozmiar chusty, oraz dobierze wiązanie adekwatne do rozwoju malucha oraz waszych możliwości i umiejętności. W przypadku doboru chusty ważna jest też jej gramatura, splot, skład czy nawet kolorystyka – to w gestii doradcy jest, aby noszenie sprawiało wam radość. Oczywiście możesz także zakupić tańszy, chiński produkt przez Internet i zrezygnować z konsultacji, jednak wtedy to Ty ponosisz odpowiedzialność za nieprawidłowe ułożenie dziecka, które bezpośrednio będzie zagrażać jego zdrowiu – np. wygięciu kręgosłupa, zbyt duże lub słabe dociśnięcie ciałka – lub generować bóle w twoim ciele.
Pamiętaj, że aby zadbać o komfort swojego dziecka, najpierw należy zadbać o swój własny, ponieważ maluch to instynktownie wyczuje. Dlatego tak ważne jest odpowiednie dopasowanie tego asortymentu nie tylko z powodów zdrowotnych, ale także miłej wspólnej atmosfery na szlaku.
Czego na pewno nie wybierać – wisiadełka
Lubimy mieć wybór i producenci zrobią wszystko, aby zaspokoić tę naszą potrzebę – i oczywiście na niej zarobić – nawet wtedy, gdy zaoferują nam coś bardzo szkodliwego dla użytkowników. Najlepszym tego przykładem są wisiadła, które powstały jako alternatywa do nosidełek.
Czym one się różnią między sobą?
Po pierwsze, jak sama nazwa wskazuje, wisiadełka powodują, że nogi naszego dziecka wiszą sobie swobodnie przez cały czas. W przeciwieństwie do nosidełek posiadają one bardzo wąski pas pod kroczem, na którym całe ciało malca sobie po prostu wisi. Czy Ty czujesz się komfortowo z myślą, aby siedzieć kroczem na wąskim pasku materiału, gdy twoje nogi swobodnie zwisają przez kilka godzin? A pomyśl, że maluszek nie ma jeszcze w pełni wykształconych bioderek i mięśni, dlatego przy takim noszeniu strasznie obrywają jego panewki biodrowe.
Mało tego, wisiadła, pomimo tego, że są reklamowane jako ergonomiczne, tak naprawdę nie mają nic wspólnego z tym słowem, ponieważ z powodu wąskiego oparcia i przyjmowanej pozycji przez malucha narażają jego kręgosłup na obciążenia – często wymuszają proste plecy malca.
Wiele wisiadeł, a niestety także markowych nosidełek, umożliwia ułożenie dziecka twarzą do kierunku spaceru, co przez specjalistów jest bardzo odradzane. Mowa tutaj o przebodźcowaniu i zaprzeczeniu sedna idei stosowania nosidełek – także chust – czyli bliskości z rodzicem, a co za tym idzie poczuciu bezpieczeństwa. Dziecko skierowane w naszą stronę jest w nas wtulone oraz może w każdej chwili „schować się” – odciąć – od źródła stresogennego. Wystawione przodem do świata, może czuć się zagubione, tym bardziej, że nas nie widzi i nie może się w nas wtulić. Jak Ty byś się czuł wystawiony w takiej pozycji na przytłaczającą ilość bodźców z każdej strony.
Kijki trekkingowe i karabinki bardzo przydają się na szlaku.
Akcesoria
Najbardziej uniwersalnym „narzędziem transportowym” wymienionym w tym podrozdziale bez wątpienia jest chusta. Jest ona superlekka, może zmieścić się w każdym plecaku – to ważne, gdy pakujemy ją tylko na wszelki wypadek – może posłużyć nam za kocyk, przewijak, ułatwia karmienie piersią.
Gdy jesteś bardziej kreatywny, wykorzystasz ją także jako hamak – też na szpitalnym łóżeczku – parawan, ręcznik, linkę holowniczą czy nawet w ostateczności awaryjne ubranie dla rodzica. Sposoby wykorzystania chusty ogranicza tylko nasza wyobraźnia.
Niezależenie jednak od ilości zastosowań chusty, tak samo jak i nosidełek ergonomicznych warto pomyśleć o kilku dodatkowych akcesoriach do spakowania, kupnych lub DIY.
Na poniższej liście możesz zaznaczyć sobie, które rzeczy masz już spakowane:
softshellowa osłonka przeciwwiatrowa (dostępne dla chust i nosideł),
osłonka przeciwdeszczowa (lub o wiele za duża kurtka przeciwdeszczowa),
zabawki, aby dziecko miało się czymś zająć w trasie – dobrze sprawdzi się „silikonowa biżuteria” mamy zawieszona na szyję (nie zgubi się, a będzie w zasięgu dziecka),
osłonka na głowę dla malucha – najlepiej z daszkiem i tylną zasłonką na szyjkę,
okularki z filtrem – jeśli nasza pociecha potrafi utrzymać takie na nosie,
nerka lub saszetka na biodra – zamiast plecaka, aby drobne rzeczy mieć zawsze pod ręką (krem z filtrem, portfel itp.),
bidon zawieszany na karabinku,
dwa małe ręczniki szybkoschnące czy bambusowe pieluszki – podczas wędrówki w ciepłe dni w miejscu kontaktu rodzica z dzieckiem (na brzuchu lub na plecach) naprawdę bardzo mocno można się pocić, dlatego pomiędzy nosidełko a koszulkę warto włożyć taki ręcznik – drugi w tym czasie schnie podwieszony do plecaka towarzysza.
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Dla wielu osób rodzinny wyjazd pod namiot to raczej koszmarne wizje lub jeszcze gorsze wspomnienia z dzieciństwa. Dla nas są to niezapomniane przygody, które potrafią przyćmić nawet te „szalone” marzenia podróżnicze z czasów młodości. Uczucie swobody, kontakt z naturą, niczym nieograniczona mobilność, sporo nowych znajomych, niezliczone grille oraz ogniska.
Nie wyobrażamy sobie lepszej formy wakacji, aby móc w pełni odkrywać uroki naszego kontynentu. Do tego wszystkiego nocowanie w namiocie jest stosunkowo niedrogie i pozwala na wiele spontaniczności – zwykle nie wymaga wcześniejszych rezerwacji.
Wierzę, że dzieci, dla których spanie w namiocie jest czymś całkowicie normalnym, gdy tylko podrosną, będą mieć ciekawsze życie od ich „hotelowych” rówieśników. Późniejsze podróże biwakowych nastolatków nie będą ograniczone przywiązaniem do luksusu, a tym samym będzie je stać na więcej przygód.
Jeżeli nie wierzysz – jak jeszcze do niedawna wielu z naszych znajomych – że wakacje pod namiotem z małymi dzieci to dobry pomysł, to zapraszam na swojego bloga. W 2021 roku wybraliśmy się na objazdowe wakacje po Europie z 6-miesięcznym maluchem i 4-letnią córeczką. Zwiedzając po drodze całą przepiękną Słowenię, zaliczając liczne trekkingi w Dolomitach, wypoczynek na plażach w Chorwacji i wiele, wiele więcej. Fotorelację z wyjazdu wraz z praktycznymi wskazówkami znajdziesz w postach pod tytułem „Słowenia baśniowa kraina” i „Rodzinne wakacje 2021” (wkrótce) .
Gdzie rozbić namiot
Zdecydowaliście się na wyjazd pod namiot i co dalej?
Tutaj mamy przynajmniej dwie opcje. Albo wybierzemy się na pole – namiotowe lub na wsi za domem wujka – albo na dziko. Oczywiście opcja rozbijania się z małymi dziećmi gdzieś na dziko nie wydaje się na pierwszy rzut oka najlepszym pomysłem, ale jednak warto wziąć ją także pod uwagę.
Od niedawna w Polsce lasy państwowe wyznaczyły specjalne miejsca, w których możemy legalnie rozbić się na dziko w lesie: czaswlas.pl – program „Zanocuj w lesie”. Czy istnieje lepszy sposób, aby rozpalić w dzieciach miłość do przyrody niż spędzenie z rodzicami kliku dni – i nocy – w sercu lasu? Taka mała survivalowa rodzinna przygoda może być wstępem do późniejszej kariery harcerskiej. Jeżeli ciągnie was na łono natury, ale przeraża myśl o sąsiedztwie dzikich zwierząt, braku dostępu do ciepłej wody, toalety czy elektryczności, to warto zdecydować się – przynajmniej na początku – na pole namiotowe.
Nasza ulubiona miejscówka na Słowenii. gozdnajasa.com
Pola namiotowe czy kempingowe wbrew wyobrażeniu tych wszystkich, którzy nigdy z nich nie korzystali, stanowią pośrednie ogniwo pomiędzy spaniem na dziko i luksusowym hotelem. Mieliśmy okazję rozbijać się na niedużym glampingu z polem namiotowym, który oferował dostęp do w pełni wyposażonej nowoczesnej kuchni z dwoma ekspresami do kawy i luksusowymi łazienkami, w których to umywalki były wykute w kamieniach. O darmowych pralkach, suszarkach, Wi-Fi, własnej pasiece – ze świeżym miodem na śniadanie – szklarni i ściance wspinaczkowej nie muszę wspominać, bo wszystko to było i tak przyćmione przez lokalizację w jednej z najpiękniejszych dolin, jakie odwiedziłem w życiu.
Przygotowanie posiłków na polu namiotowym niw różni się wiele od gotowania w domu. A łazienki ….
Na terenie największego kampingu, na jakim spaliśmy, były aż dwa ogólnodostępne aquaparki – pomimo tego, że leżał nad samym morzem – w tym jeden z basenem o długości prawie 50 m – dystans olimpijski na kampingu! – niezliczone place zabaw, supermarkety, a nawet codzienne przedstawienia teatralne, iluzjonistyczne i kilka koncertów jednocześnie.
Największe pole namiotowe na jakim spaliśmy – Umag Park w chorwackim półwyspie IstriaTakie atrakcje znajdziesz dziś na największych polach namiotowych.
Innym razem rozbiliśmy namiot na malutkim polu namiotowym z basenem w środku lasu, gdzie to na śniadanie mogliśmy konsumować rosnące wokół nas pomidory, winogrona i niezliczone inne owoce. Tak to dzisiaj wygląda! Oczywiście można natrafić także na absurdalnie drogie miejsca, nieoferujące nic więcej od rozbicia się na dziko. O tym, jak unikać takich fatalnych miejscówek, rozpisuję się w rozdziale na temat planowania podróży w części „Poszukiwanie noclegów”.
Namiot jako baza czy mobilny nocleg
Bardzo dużo czasu zajmuje znalezienie odpowiedniego pola namiotowego, które będzie odpowiadało tak samo dzieciom, jak i rodzicom, a do tego będzie dogodnie zlokalizowane. Niewiele mniej czasu zajmuje rozstawienie rodzinnego namiotu i kampingowego wyposażenia – stolik, krzesła, lodówka itp. Sporo czasu zejdzie nam także, aby wszystkie bagaże wygodnie rozlokować na czas pobytu i jeszcze więcej stracimy na ich ponowne spakowanie. Podsumowując, podczas objazdowych wakacji bardzo wiele czasu i ENERGII tracimy na każdorazowe rozbicie, a następnie schowanie naszego dobytku. Czy takie częste, czasem wręcz codzienne przemieszczanie się ma sens?
Dla wielu osób nie ma sensu, więc rozbijają się raz i traktują namiot jako stacjonarną bazę wypadową – jedną przez całe wakacje. Dla innych ma sens, bo dzięki temu można zobaczyć o wiele więcej, nie tracąc czasu na powroty – spędza się wtedy połowę czasu mniej w samochodzie, ale niestety traci sporo energii na rozbijanie.
Ponowne pakowanie wszystkiego i rozkładanie potrafi zmęczyć.
Podczas moich samotnych podróży z plecakiem na rozbicie i następnie poskładanie dobytku schodziło mi ok. godziny codziennie, dlatego co noc spałem gdzieś indziej. Gdy nasza rodzinka liczyła 3 osoby, to czasem spędzaliśmy na danym polu namiotowym jedną, a standardowo dwie noce. Od czasu, gdy do zespołu dołączył Leo, zwykle pobyt wydłużył się do 3 lub nawet 5 nocy. Wyciągnęliśmy wnioski z naszych doświadczeń i udało nam się znaleźć – przynajmniej dla nas – złoty środek , a także stworzyć zasadę „1 godzina na osobę”
Zasada „1 godzina na osobę”
Jeżeli do atrakcji, którą chcemy odwiedzić, mamy do przejechania – z naszego aktualnego pola namiotowego – ponad godzinę w jedną stronę przypadającą na każdego członka rodziny, to warto się spakować i znaleźć coś bliżej.
Dla przykładu: gdy podróżujecie w 4 osoby (2 dorosłych + 2 dzieci) i do atrakcji, którą chcecie odwiedzić, macie ponad 4 godziny w każdą stronę, to warto spakować sprzęt i rozbić się gdzieś bliżej miejsca docelowego. Jeżeli przejazd zajmie Wam mniej czasu, to lepiej zostać na miejscu i wrócić wieczorem.
Oczywiście czym dzieci starsze, tym sprawniej przebiega proces pakowania i rozkładania, więc każda rodzina powinna zoptymalizować tę zasadę pod siebie.
Dlaczego na każdą osobę przypada aż godzina?
Czas i – co może nawet ważniejsze – energia potrzebne do znalezienia kolejnego pola namiotowego (czytanie opinii, obdzwanianie wolnych miejsc itp.) plus dojazd do tego miejsca i z powrotem, a następnie dojazd do atrakcji (bo mała szansa, aby dany camping był także tą atrakcją) sumuje się na sporą ilość czasu.
Można także przyjąć pośrednią strategię, polegającą na naprzemiennym spaniu kilku dni na docelowych „bazowych” polach namiotowych, a podczas dłuższych dojazdów pojedynczych nocy w hotelach.
Jak przeżyć na polu namiotowym
Wszyscy pomagają
Bardzo ważne, aby dziecko pomagało przy rozkładaniu namiotu, bo dzięki temu będzie się czuło docenione! Będziemy mieć je też w zasięgu naszego wzroku, no i nie będzie nam przeszkadzać z powodu braku zajęcia. Dla 4-latka może to być podawanie narzędzi, śledzi czy podtrzymywanie konstrukcji, a za kilka lat może będzie już w stanie rozłożyć samodzielnie cały namiot, w przeciwieństwie do większości osób dorosłych.
Wszystkie ręce na pokład
Sprawdź przed wyjazdem
Koniecznie rozłóżcie namiot przed wyjazdem na wakacje, aby przypomnieć sobie, jak go najszybciej rozkładać, i sprawdzić, czy nie jest uszkodzony, zapleśniony oraz czy niczego w nim nie brakuje. Gdy jest to wasz nowy nabytek, to obowiązkowo wszystko posprawdzajcie w domu, bo szkoda, aby po kilku czy kilkunastu godzinach jazdy okazało się, że nie macie w czym spać.
Oznacz śledzie
Podczas przeglądu asortymentu dobrze jest pomalować śledzie jakąś jasną, rzucającą się w oczy farbą albo oznaczyć je odblaskowymi naklejkami. Dzięki temu podczas rozkładania lub kompletowania namiotu – nie tylko wieczorem – nie przeoczycie żadnego z nich w trawie, a podczas nocnych spacerów do toalety nie potkniecie się o nie. Tego typu oznakowanie może odegrać jeszcze ważniejszą rolę, gdy podczas burzy któraś z linek ześlizgnie się ze śledzia i będziesz zmuszony czym prędzej odnaleźć go, aby na nowo naprężyć tropik – karkołomne zadanie nocą podczas burzy.
Nie wyrzucaj, wykorzystaj!
Nie wyrzucaj starego namiotu, gdy ten ulegnie uszkodzeniu, ponieważ sporo z jego elementów może Wam posłużyć jako zapasowe części do tego nowego. Linki przydadzą się choćby na pranie, a stara nieprzemakalna podłoga idealnie sprawdzi się jako podłoga w namiotowym przedsionku, w którym podczas długotrwałych ulew może gromadzić się woda i błoto. Po drobnych przeróbkach – wzmocnieniu brzegów powertapem, zrobieniu otworów pod śledzie – można wykorzystać ją także jako wytrzymałą osłonę zabezpieczającą pozostawione na dworze krzesła, stolik, grilla itp. podczas silnych burz. Stary tropik – ta cienka, lekka, zewnętrzna powłoka – po rozwieszeniu pomiędzy drzewami lub kijkami trekkingowymi sprawdzi się dobrze jako daszek przeciwsłoneczny, pod którym będą mogły spędzać czas mniejsze dzieci.
Zapasowe pampersy
Po dniu pełnym wrażeń kilkulatki mogą spać jak zabite, dlatego może się im zdarzyć że prześpią moment, w którym powinny wstać do toalety. Nawet jeśli w domu dziecko nie śpi już w pampersach, to może się mu przydarzyć w namiocie niemiła niespodzianka, a przemoczony pierwszej nocy śpiwór będzie musiał nam towarzyszyć do końca wyjazdu. W namiocie, jak i podczas każdej wyprawy w góry lepiej od pampersów o konstrukcji majtek sprawdzą się te klasyczne rozpinane, bo można je zakładać bez ściągania z dziecka wszystkich warstw ubranych na nóżki.
Wymieniajcie się dzieciakami
Wybraliście się w końcu na wymarzone aktywne wakacje z maluchami np. na Słowenię? Super! Jesteście już na miejscu, wszystko jest dokładnie tak, jak zaplanowaliście, ale po kilku dniach zaczyna Wam brakować sportowych wyzwań? Ciągnie was w stronę wspinaczki, skoków ze spadochronem, downhillu i wielu innych sportów ekstremalnych, z których korzystają wszyscy bezdzietni wokół was? Wyjściem z takiej sytuacji jest zaprzyjaźniona rodzina o podobnych upodobaniach do waszych, której dzieci są w zbliżonym wieku. Jeden dzień wy macie wszystkie dzieciaki pod opieką, innego robicie coś razem, a kolejnego odkrywacie uroki okolicy zarezerwowane „tylko dla dorosłych”. Win, win, win – wszyscy będą zachwyceni takim układem.
Jeżeli nie posiadasz własnego kampera, to pomyśl o zainwestowaniu w ogromny namiot. Czym was więcej, tym większy potrzebujecie namiot i jeszcze większy przedsionek, aby było miejsce na wspólne posiłki, gry i zabawy podczas deszczowych dni. Innym wyjściem z ulewnych opresji jest zatrzymywanie się tylko na tych polach namiotowych, które oferują ogólnodostępną świetlicę. Zwykle ma ona formę sporej wiaty, czasem nawet domku prostej konstrukcji, w której można miło spędzać czas, aby nie zrobić krzywdy pozostałym współtowarzyszom podróży zamkniętym w jednym namiocie. Gdy dobrze poszukamy, to świetlica będzie połączona z kuchnią, będą tam także ekspresy do kawy oraz Wi-Fi. Bajka. Przy odrobinie szczęścia nasze dzieci znajdą tam także towarzystwo do zabawy. O czym więcej można marzyć?
Baseny czy ogromne place zabaw na bardziej popularnych polach namiotowych to standard.
Zagraniczne pola namiotowe – jak nie zbankrutować
Promocje z krótką datą przydatności W jaki sposób można zaoszczędzić trochę gotówki, spędzając wakacje w droższych krajach? W taki sam sposób jak w Polsce. Na promocjach. W wielu średnich lokalnych sklepach znajdziesz codziennie uzupełniane oddzielne regały z produktami, których data „najlepiej spożyć do…” mija za kilka dni. Jeżeli robisz zakupy na dzisiejszego grilla, to koniecznie powinieneś odwiedzać takie półki. Są to w 100% pełnowartościowe produkty, które kupisz za 50% czy nawet 30% pierwotnej ceny.
Czy wiedziałeś, że …
daty ważności na produktach przyjmują dwie formy.
Jedna to „data przydatności do spożycia”, umieszczana zwykle na produktach świeżych, mięsach, rybach, które stosunkowo szybko ulegają zepsuciu. Określa ona precyzyjnie, po jakiej dacie nie powinno się go spożywać.
Druga – „najlepiej spożyć do…” – umieszczana na wszystkich pozostałych produktach wskazuje minimalny okres przydatności do spożycia. Minimalny! Tym samym, nawet po kilku dniach od takiej daty, jeżeli produkt był prawidłowo przechowywyany, powinien nadawać się do spożycia. Wystarczy otworzyć opakowanie i samodzielnie ocenić jego stan, a istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że będzie w idealnym stanie.
Niech pierwszy rzuci konserwą, paczką chipsów czy choćby zupką chińską ten, kto nigdy nie zjadł ich po terminie – nawet wiele miesięcy po. Piszę o tym, ponieważ, jak szacuje się w raportach, co roku Polacy wyrzucają do kosza 5 mln ton żywności, z czego aż 3 mln nadającej się do spożycia, ale z minioną datą minimalnej trwałości. Każdy z nas może zaniżyć te statystyki!
Noclegi w sezonie
Jeżeli odważyliście się wybrać na wakacje bez dokonywania rezerwacji – wiele osób uważa, że wymaga to odwagi – lub spontanicznie pozmienialiście plany, to w sezonie, a już szczególnie nad morzem, możecie mieć spore problemy ze znalezieniem wolnego „pitcha” [Pitch – tak się nazywa miejsce, na którym możecie rozstawić namiot lub zaparkować kampera, zwykle z dostępem do gniazdka z prądem, a czasem też wodą]. W górach na ogół jest łatwiej, jednak w wakacje w wielu alpejskich kurortach także stanowi to nie lada wyzwanie. Aby zwiększyć swoje szanse powodzenia, powinniście pojeździć po okolicznych polach namiotowych z samego rana, bo jest pewne małe prawdopodobieństwo, że ktoś inny także zmienił plany i anulował rezerwację. Gdy do wieczora nie znajdziecie stałego wolnego miejsca na kilka najbliższych dni, to część ośrodków może zaoferować wam „awaryjny” nocleg na jedną noc. Dzięki temu kolejnego dnia, już z samego rana będziecie mogli wznowić poszukiwania. Jeżeli jesteście bardzo, ale to bardzo pozytywnie nakręceni na to, aby zobaczyć jak najwięcej, i nie przykładacie kompletnie żadnej uwagi do wygód, to bieżcie też pod uwagę awaryjną możliwość spędzenia pojedynczej nocy w aucie – przy okazji zaoszczędzicie też kilkaset złotych. Warto taką ewentualność przećwiczyć przed wyjazdem, bo „przespanie”, czy raczej spędzenie, nocy w 4 osoby w całkowicie załadowanym samochodzie może być nie lada wyzwaniem – dodatkowa rozkładana skrzynia bagażowa montowana podczas postoju na dachu też może się przydać.
Dostęp do prądu
Na niektórych polach namiotowych, a szczególnie na kempingowych, prąd jest już wliczony w cenę. Jeśli chcesz z niego skorzystać, to musisz „tylko” wpiąć się swoim przedłużaczem w gniazdko na terenie twojego pitcha. Problem w tym, że takie „gniazdka” wymagają skorzystania ze specjalnej wtyczki (zabezpieczonej przed warunkami atmosferycznymi i ogniem) z niebieskimi klapkami. Dlatego warto jeszcze przed wyjazdem zaopatrzyć się w odpowiednią przejściówkę dla naszego przedłużacza. Na większości pól kempingowych można je oczywiście zakupić, ale znacznie drożej niż w standardowym sklepie. Przedłużacz z rozdzielaczem (wieloma gniazdkami) przyda się także, gdy w miejscu publicznym – np. łazienka czy kuchnia – wszystkie gniazdka będą już zajęte, a będziemy chcieli podładować telefon czy zagotować wodę, aby przygotować śniadanie. W niektórych sklepach można znaleźć solidne przedłużacze dedykowane do zastosowań na świeżym powietrzu, które są zabezpieczone przed deszczem i poranną rosą. Dobrze, gdy przedłużacz ma przynajmniej 10 metrów, bo przyłącza prądu przypadają zwykle na 8 pitchów.
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
to nie dzieci chodzą z nami w góry, tylko my z dziećmi!!!
Powtórzę raz jeszcze: nie zabieramy dzieci na trasę przygotowaną pod dorosłych, ale to dorosłych zabieramy na wycieczkę zaplanowaną pod dzieci. Zaplanuj trasę w taki sposób, aby nie zniechęcić najmłodszych członków wyprawy. Jeżeli trasa będzie dla nich zbyt ciężka lub zbyt nudna – bez atrakcji w stylu: plac zabaw przy schronisku, gry słowne, zawody na spostrzegawczość, opowiadanie historii – to przez wiele kolejnych lat góry będą kojarzyć im się z karą, a nie przygodą.
Dobrym sposobem jest tutaj nagradzanie podopiecznych po osiągnięciu celu. Smacznym obiadem lub deserem w schronisku, przekąską na szczycie i pamiątkowymi odznakami – o nich sporo informacji w dalszej części tego rozdziału. Wtedy podczas kolejnych wyjść w góry będą towarzyszyły im miłe wspomnienia, a co za tym idzie większa motywacja do osiągania kolejnych celów. Gdy naprawdę się postaramy, to z czasem nasze pociechy będą wyciągać nas w góry, a nie odwrotnie.
Podziękowania dla Ryśka z Grupy Beskidzkiej GOPR i Adama Maraska z TOPR za pomoc przy rozbudowie serii postów o górskiej tematyce.
Do zaplanowania jednodniowego wypadu w góry w towarzystwie dzieci należy przyłożyć się niczym do rozplanowania tygodniowych wakacji. Już trasa dojazdu powinna uwzględniać: przerwę co 2 godziny, aby dzieci się rozprostowały, miejsca w których można skorzystać z toalety, oraz ewentualne atrakcje.
Pakując się jako dorosły, wiesz, czego będziesz potrzebować, i nie zabierasz niczego na zmianę, tak na wszelki wypadek gdybyś się ubrudził jedzeniem, a potem wpadł do kałuży, następnie byś się przepocił i to wszystko jeszcze przed dotarciem na początek szlaku. Z dziećmi dokładnie tak to może wyglądać. Spakowanie wystarczającej liczby ubranek, pampersów, chusteczek, ciepłych rzeczy, ciepłych rzeczy na wszelki wypadek…
Już nie mówiąc o kurtkach przeciwdeszczowych, czapkach, rękawiczkach, kapeluszach i całym asortymencie potrzebnym do… wszystkiego, co może się wydarzyć. Planując trasę, warto posprawdzać, czy nie będzie zbyt stromo, zbyt monotonnie, czy przy schroniskach będą place zabaw itp.
Dojazd to też część wycieczki
Nie zawsze wyjazd w góry, to tylko wyjazd w góry. Najmniej ciekawym etapem dla młodego podróżnika jest dojazd. Spędzenie kilku godzin w samochodzie zakrawa dla dzieciaka o torturę. Jeśli trasa ma zająć nam ponad 3 godziny, to dlaczego by nie rozbudować dojazdu o dodatkowe atrakcje – można też zaplanować transport na śpiocha.
Więcej na ten temat oraz kwestię bezpieczeństwa dzieci podczas jazdy samochodem bardzo szeroko omawiam w rozdziale dedykowanym zmotoryzowanym. Tam znajdziesz odpowiedź na pytanie, dlaczego aż 70% osób w nieprawidłowy sposób przewozi swoje dzieci, najczęściej popełniane błędy i dlaczego głośniczek Bluetooth w samochodzie to prawdziwy skarb.
Odradzam natomiast montowanie monitorów, smartfonów czy tabletów przy dziecięcym foteliku, ponieważ wiele badań – o nich piszę w innej książce i na blogu – dowodzi, jak bardzo ważna jest dla rozwoju naszego mózgu nuda. TAK, każdy mózg, aby normalnie funkcjonować, potrzebuje się czasem ponudzić, a nowoczesne gadżety często prowadzą do przesycenia informacjami – co może mieć tragiczne skutki w przyszłości.
Jakie trasy wybierać?
Najlepiej takie niezbyt męczące, w których twoje dziecko będzie czuło się swobodnie (Błędne Skały, Szczeliniec Wielki). Czy takie, gdzie w razie potrzeby można wjechać lub zjechać kolejką linową, co finalnie może okazać się najlepszą atrakcją (np. Szyndzielnia). Dobrze planując trasę, uwzględnić należy na niej jak najwięcej schronisk stanowiących najlepsze punkty odpoczynku, czy jak już wspomniałem wcześniej – nagradzania. Wiele sprawdzonych przez nas tras opisuję na Rajzyblogu w poście „Gdzie się wybrać z dziećmi w góry”. Jeśli nie masz nosidełka turystycznego, to wędrując z wózkiem, dość istotnie ograniczasz swoje górskie destynacje. Na Szyndzielnie z trudem, ale pewnie dasz jeszcze radę wjechać, podobnie na Morskie Oko i w kilka dolin, ale Błędne Skały na pewno odpadają.
Pierwsze samodzielne wyjście Mai w góry. Szczeliniec Wielki — Góry Stołowe.
WAŻNE !!! Jeżeli spodziewacie się kolejnego członka rodziny już za kilka tygodni, to warto wcześniej takie wyjście skonsultować z lekarzem. W takiej sytuacji nawet najprostsza trasa dla wysportowanej kobiety może przypominać wejście na K2.
Długość trasy
Pamiętaj, że dzieci i osoby starsze potrzebują znacznie częstszych przerw, aby zregenerować siły. Poruszają się też znacznie wolniej niż osoby dorosłe, które są skoncentrowane na celu i mają znacznie dłuższe nogi. Jeśli nasza luba podróżuje w nosidełku lub chuście, to także potrzebuje przerw, podczas których będzie mogła zmienić pozycję ciała.
Kolejne ponadprogramowe przerwy to te na zmianę pampersów i dokarmianie. Jeżeli przy schronisku znajduje się plac zabaw – wspominałem już, że warto o tym pomyśleć podczas planowania – to pozwól się na nim „wyszaleć” podczas przerwy. Pamiętaj o tych wszystkich dodatkowych kwadransach podczas sumowania czasów przejść.
Etap planowania macie już za sobą. Pozytywne nastawienie jest. Pogoda dopisuje, pierwsze kroki na trasie już też za wami i tu nagle zaczyna się… marudzenie. Niby wszyscy bardzo chcieli wybrać się w góry, jednak po godzinnym marszu poziom motywacji najmłodszych uczestników totalnie się załamał. Jak sobie poradzić z takim kryzysem, możesz przeczytać w kolejnym punkcie.
Motywacja na szlaku
W jaki sposób podczas dłuższej monotonnej wędrówki najlepiej poradzić sobie ze znudzeniem najmłodszych członków wyprawy?
Rówieśnicy!!!
Jeśli to tylko możliwe, na wędrówkę zapraszamy rodziny z dziećmi w podobnym wieku. Jeśli to jednak niemożliwe, bo zwyczajnie nie mamy takich znajomych, z którymi przyjemnie spędzimy czas, chodząc po górach – a wiadomo, że nie każdy to lubi – to przy odrobinie szczęścia spotkamy kogoś takiego na szlaku i wspólnie pomaszerujemy dalej. Jeśli jednak i to nie wypali to będziemy musieli sami pomyśleć o uatrakcyjnieniu marszu np. poniższa metodą.
Metoda na Noddy’ego
(bajkowego detektywa z krainy zabawek), który w każdym odcinku poszukuje wskazówek, aby rozwiązać zagadkę. Moja córka poszukiwała „wskazówek” (szlaków) przez całą drogę przez las, a tym samym zamiast się nudzić, wypatrywała z podekscytowaniem kolejnych oznakowanych drzew. Metoda dobrze sprawdzi się niezależnie od tego, czy nosisz swoją pociechę na plecach w nosidełku czy to ona wyznacza trasę. Jeżeli dzieci potrafią już liczyć, to można też wprowadzić trochę rywalizacji. Kto pierwszy dostrzeże szlak albo dotknie drzewa, na którym jest on namalowany (to znacznie podkręci tempo spaceru) dostaje punkt i tak przez całą drogę.
Porada od czytelnika – Mambowe Lasy: „Motywacja kilkulatków w plenerze – często stosujemy na grzybach albo na szlaku przy kryzysie. Zarzucamy temat – „ciekawe, czy w tym lesie rosną mamby, tak jak w X?” (przykład z kiedyś). Jedno z nas (a najlepiej starsze rodzeństwo – wtedy motywacja jest też dla nich, bo czują się wtajemniczeni 🙂 ) idzie trochę z przodu i podrzuca mamby czy inne małe słodkości (zależy, co dziecko lubi). Takie mambowe lasy pod koniec dnia w plenerze to skarb :D”
Gry słowne i na spostrzegawczość
Nie do końca są to motywatory, ale na pewno „czasuumilacze” i odciągacze uwago od monotonni długiego marszu. Podczas takiego spaceru na świeżym powietrzu bez problemu można pouczyć się literek (na jaką literkę zaczyna się …. albo przeliteruj), matematyki (ile to jest coś plus/minus coś innego, liczyć na przemian bez wymawiania cyfry 7 i wszystkich liczb w których się zawiera), geografii (skąd się bierze woda w rzekach), biologi (kto pierwszy znajdzie dąb, kasztan, sosnę …. lub motyla, mrówkę) orientacji na mapach (o tym później). Często gramy w odgadywanie zwierząt (co ma długą szyję ….). Można też wymyślać kreatywne historie poprzez powiedzenie kilku zdań, a potem kolejna osoba kontynuuje. Ważne aby nie było nudno.
Cel uświęca środki
Może z psychologicznego punktu widzenia nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale jeśli nie zadziałały trzy powyższe metody to musimy sięgnąć po nagrody. My – jak na razie – takiego problemu nie mamy ale wiem, że dla wielu rodzin nie ma innego wyjścia jak właśnie obietnica bajecznej nagrody w stylu „już czuję smak tych rewelacyjnych naleśników z lodami, które zjemy w schronisku”, „w schronisku będziesz mógł sobie kupić co chcesz”, „jutro w nagrodę pojedziemy na basen”, „jak wejdziesz bez marudzenia to z powrotem zjedziemy kolejką” albo po powrocie dostaniesz swoje wymarzone … Nie jest to dobre podejście do zachęcenia do chodzenia po górach ale każdy rodzic wie jak to naprawdę wygląda podczas negocjowania z swoimi dziećmi – trzeba mieć jakieś asy w rękawie – my pójdziemy z Tobą do kina jak Ty pójdziesz grzecznie z nami w góry – tak wiem, że brzmi to strasznie. Wadą materialnych nagród jest niestety wyrobienie w dziecku nawyku, że po górach chodzi się dla nowej zabawki, a nie dlatego że porostu fajnie spędza się czas z rodzicami – fajniej z rówieśnikami, gdy można z nimi porywalizować – chyba, że tą nagrodą jest odznaka turystyczna!!!!
Droga jest celem
Przeciwne nastawienie do powyższego też zadziała, szczególnie w przypadku najmłodszych dzieci, dla których nagroda w postaci dotarcia do schroniska jest zbyt odległa i trudna do zrozumienia. Małe dzieci (poniżej 4 lat) żyją chwilą obecną; dla nich przyszłość nie ma znaczenia. Dlatego, jeżeli chcemy je przyzwyczaić do chodzenia po górach zamiast noszenia ich, musimy wykazać się ogromną cierpliwością. Podczas drugiej w całości na swoich nóżkach wycieczce mojego prawie 3-letniego synka obraliśmy sobie za cel Szyndzielnię. Czas z mapy 2.5h, faktyczny prawie 5 h bez robienia standardowych przerw, oprócz jednej na zjedzenie dwóch bananów. Trasa zajęła nam tyle czasu nie dlatego, że synek szedł bardzo powoli, ale dlatego, że „sprzątał las”. Jeżeli leżał jakiś kamyk na szlaku, to należało go podnieść i albo postawić na innym kamieniu, albo rzucić w las. Z patykami podobnie, choć pełniły także rolę kijka do podpierania się, pistoletu, sztangi lub dinozaura. Przerw nie było, ale postojów kilkuminutowych niezliczona ilość.
I to było coś pięknego. Nie motywowałem synka, aby się ruszał, bo musimy dojść do schroniska na czas, ale pozwalałem mu odkrywać przyrodę i przyzwyczajać do długiego spaceru, który myślę, że upłynął mu niepostrzeżenie – bo cały czas był czymś zajęty i sam narzucał swoje tempo. Od dzieci powinniśmy uczyć się doceniania samej trasy, a nie tylko skupiania się na celu, nie dostrzegając tego, co znajduje się między punktem startu a metą.
Odznaki, niczym medale
… dumnie przypięte do dziecięcego plecaka, dowodzą dotychczasowych osiągnięć jego właściciela. Bez dwóch zdań odznaki to główny powód, dla którego moja pięciolatka dopytuje się „kiedy znowu pojedziemy w góry?”. Dzieci od zawsze kochają kolekcjonować – kto z nas nie zbierał pokemonów, karteczek czy świeżaków – nie ważne co, ważne, aby mieć tego coraz więcej i móc się pochwalić przed rówieśnikami. Odznaki to nie tylko pamiątka, to także trofeum, na które trzeba sobie zasłużyć, i materialny dowód swojego sukcesu, z którego przez lata można być dumnym. Myślę, że to naprawdę dobra motywacja.
Odznaki turystyczne to rewelacyjna nagroda, motywator i pamiątka w jednym.
Odznaki turystyczne
Najlepsza motywacja, pamiątka, trofeum jakie może można zdobyć w górach. Samemu przez całe życie zbierałem punkty GOT PTTK i te za Imprezy na Orientacje (w skrócie INO). Polecam traktować książeczki GOT, w których zapisujemy trasy, jako pamiątkę i kroniki rodzinnych wypraw. Jeśli to dla nas za mało, to warto pomyśleć o założeniu osobnego zeszytu formatu A4 „Kroniki rodzinnych wypraw”, do którego po każdej trasie będziecie dopisywać jej przebieg, przygody, rysować ilustrację, wklejać wszystkie bilety, zdjęcia czy pocztówki i wbijać pieczątki w schroniskach – a finalnie można za taką kronikę dostać kolejne odznaki.
Wierzę, że po latach taki zeszyt wspomnień będzie dla nas czymś bezcennym, do czego wielokrotnie wrócimy z łezką w oku i uśmiechem na ustach. Warto poczytać więcej na temat dziecięcych, młodzieżowych i rodzinnych Odznakach Turystycznych na stronie: http://www.mlodziez.pttk.pl/dla-was/odznaki.
Poniższa lista stanowi streszczenie regulaminów i ma charakter wyłącznie orientacyjny. Przed przystąpieniem do zbierania punktów na konkretną odznakę zapoznaj się z jej aktualnym regulaminem.
Pamiątkowe odznaki do zakupienia w schroniskach
Wiek 0 – 999 – Brak stopni
W niemalże każdym schronisku górskim w Europie, które odwiedziliśmy oraz w niektórych górskich miejscowościach turystycznych można było zakupić pamiątkowe odznaki lub naszywki. Niedrogie, trwałe, unikatowe i niepodrabialne pamiątki, którymi można się pochwalić na swoim plecaku w gronie piechurów. W Polsce jeżeli chodzi o typowe pamiątkowe odznaki – naprawdę ładne – największym producentem jest strona odznakaturystyczna.pl/
Kolekcja przykładowych odznak turystycznych do zakupienia w Austriackich i Szwajcarskich schroniskach (wystawiona na sprzedaż na Allegro)
GOT PTTK
Nazwa
Wiek
Stopnie
„W góry„
5 – 7 lat
Brązowa (15 punkty), srebrna (30 p) i złota (45 p)
„Popularna„
od 7 lat
Jeden stopień (60p)
„Mała„
od 7 lat
Brązowa (120 p), srebrna (360 p) i złota (720 p)
W dedykowanej książeczce GOT PTTK należy dokładnie rozpisywać przebieg przebytych tras oraz potwierdzać wraz z datą punkty rozpoczęcia, pośrednie i zakończenia wycieczki poprzez pamiątkowe pieczątki z schronisk PTTK (lub z jakiegokolwiek sklepu zawierającą nazwę miejscowości, a gdy nie ma takiej możliwości, można dołączyć np. pamiątkowe zdjęcie).
Przyznaje się jeden punkt za każdy przebyty kilometr oraz jeden punkt za każde pokonane 100 m sumy różnic poziomów przy podejściach – dlatego punkty GOT idealnie nadają się do oceniania poziomu trudności trasy, pod względem kondycyjnym.
Przebycie danej trasy może potwierdzać także wykwalifikowany przewodnik PTTK. W jednym roku można zdobyć tylko jeden stopień odznak. Punkty dla poszczególnych tras rozpisane są w „Trasach punktowanych do GOT PTTK”. Dostępne są też kolejne bardziej wymagające odznaki (Duże” i „Za wytrwałość”).
Nowe odznaki dla najmłodszych turystów „W góry” – od lewej: brązowa, srebrna i złota
Dziecięca odznaka turystyczna
Do 10 lat – tylko jeden stopień
4 wycieczki w przynajmniej dwóch dyscyplinach turystycznych**. Młody turysta zdobywając odznakę, prowadzi Pamiętnik PTTK w dowolnej formie. Każda wycieczka powinna być dokumentowana wpisem zawierającym: datę, dyscyplinę turystyki, przebytą trasę i czas jej trwania. Wpisu do książeczki może dokonać opiekun. Młody turysta może w książeczce zbierać ozdobne pieczątki z wycieczek, bilety wstępu itp.
**Za dyscyplinę turystyczną uważa się: pieszą nizinną i górską, rowerową, kajakową, narciarską, żeglarską, jeździecką, samochodowo-autokarową oraz w ramach imprez na orientację.
Odznaka Turystyczna Disney i PTTK
Do 12 lat – Dwa rodzaje: Miki i Donald
4 wycieczki w przynajmniej dwóch dyscyplinach turystycznych (Za dyscyplinę turystyczną uważa się: pieszą nizinną i górską, rowerową, kajakową, narciarską, żeglarską, jeździecką, samochodowo-autokarową oraz w ramach imprez na orientację..)
Młody turysta zdobywając odznakę, prowadzi Pamiętnik PTTK w dowolnej formie. Każda wycieczka powinna być dokumentowana wpisem zawierającym: datę, dyscyplinę turystyki, przebytą trasę i czas jej trwania. Wpisu do książeczki może dokonać opiekun. Młody turysta może w książeczce zbierać ozdobne pieczątki z wycieczek, bilety wstępu itp.
Odznaki Disney są w dalszym ciągu – piszę te słowa w 2022 r. – dostępne w kilkunastu lokalnych oddziałach PTTK (trzeba je obdzwonić lub podpytać mailowo). Są naprawdę atrakcyjne, dlatego warto się o nie postarać.
Siedmiomilowe Buty
Do 10 lat – Srebrna (30 p) i złota (50 p)
Odznaki można zdobywać podczas wycieczek rodzinnych, szkolnych, harcerskich itp. 1 km wycieczki pieszej = 1 punkt, z tym że dzienna wędrówka nie może przekraczać 8 km. Wycieczka musi odbywać się na terenach nizinnych i wymienionych w regulaminie terenach wyżynnych kraju np.: Góry Świętokrzyskie, Masyw Ślęży, Góry Stołowe. Koniecznie przeczytaj regulamin!
Popularna Odznaka Turystyki Pieszej
Od 8 lat – Jeden stopień (60p)
Odznaki można zdobywać podczas wycieczek rodzinnych, szkolnych, harcerskich itp. 1 km wycieczki pieszej = 1 punkt, z tym że dzienna wędrówka nie może przekraczać 8 km. Wycieczka musi odbywać się na terenach nizinnych i wymienionych w regulaminie terenach wyżynnych kraju np.: Góry Świętokrzyskie, Masyw Ślęży, Góry Stołowe. Koniecznie przeczytaj regulamin!
Turysta Juniorka i Turysta Junior
Od 12 lat – Jeden stopień
Podstawowym warunkiem zdobycia odznaki jest odbycie w ciągu 12 kolejnych miesięcy 6 wędrówek turystycznych pieszych, kolarskich, kajakowych itp. Uwzględnia się również wycieczki autokarowe połączone z wyżej wymienionymi formami wędrowania trwającymi nie krócej niż 3 godz.
Odznaka Turystyczna Rodzinka
12 dowolnych wycieczek w 12 miesięcy wpisanych do pamiętnika, w których musi uczestniczyć członek rodziny. Wycieczki muszą być unikalne (niepowtarzalną trasą) z dowolnej dyscypliny turystki**
Młodzieżowa Odznaka Krajoznawcza PTTK
Spędzenie 6 dni na wycieczkach jedno- lub kilkudniowych i uzyskanie potwierdzeń odbycia wycieczek. Podczas uczestniczenia w wymaganej liczbie wycieczek należy zwiedzić co najmniej: trzy obiekty zabytkowe + muzeum + rezerwat przyrody, park krajobrazowy lub narodowy (do wyboru) + miejsce pamięci narodowej + obiekt współczesny.
Bazowa Odznaka Turystyki PTTK
Dziecięca bez limitu wiekowego (2 bazy)
Mała powyżej 4 lat (4 bazy)
Aby zdobyć poszczególne odznaki, należy odwiedzić dla dziecięcej 2 różne studenckie bazy namiotowe, a dla małej 4 bazy i nocować w przynajmniej 2 z nich.
Dziecięca Odznaka Narciarska
5–10 lat – 3 śnieżynkowe stopnie
Należy uczestniczyć w imprezie narciarskiej (kursie nauki jazdy, wycieczce, zawodach) organizowanej przez jednostkę PTTK lub członka PTTK posiadającego stopień Przodownika lub Instruktora Turystyki Narciarskiej PTTK. Jedna odznaka na sezon. Jest też odmiana młodzieżowa odznaki.
OInO – Odznaka Imprez na Orientację
Popularna za udział w 5 imprezach
Mała – Brązowa (20 p), srebrna (50 p) i złota (100 p)
W zależności od rangi Imprezy na Orientację otrzymuje się odpowiednią liczbę punktów, które potwierdza organizator w naszej książeczce OInO (Odznaki Imprez na Orientację). Oprócz wymienionych tutaj odznak istnieje jeszcze całkiem sporo dedykowanych do bardziej doświadczonych piechurów.
Od lewej Popularna, mała brązowa, mała srebrna i mała złota.
WAŻNE! Przed rozpoczęciem zdobywania każdej z odznak zapoznaj się z jej pełnym regulaminem oraz upewnij się, czy w dalszym ciągu odznaki są dystrybuowane. Wiem z doświadczenia, że PTTK wypuszcza masę okolicznościowych odznak – co jest fajne – jednak informacji o większości z nich nie aktualizuje na poszczególnych lokalnych stronach internetowych – co jest bardzo niefajne. W celu zdobycia sprawdzonych informacji warto wysłać maila lub przedzwonić do najbliższego biura PTTK.
Pakowanie
Najmłodsi nie przeczytają samodzielnie „Rajzyfiber”, dlatego masz dwie opcje: możesz spakować ich samemu albo wydrukować im poniższa rysunkową listę rzeczy do spakowania i pozwolić się im wykazać. Nie zapomnij dorzucić do swojego plecaka coś dla ochrony głowy, skóry i oczu dziecka przed słońcem i uszu przed wiatrem.
Dziecko podczas biegania na szlaku może się spocić, wpaść w błoto itp., więc ubrania na zmianę też warto spakować. Nadmiar pampersów, majtek – tak wiem, że to oksymoron, bo tego nigdy nie za wiele – będzie dobrym pomysłem, ponieważ dzieci wkręcone w zabawę mogą się czasem zapomnieć.
Jeśli używacie nosidełek, to pamiętaj, że maluch w przeciwieństwie do ciebie się zbytnio w nich nie męczy, a tym samym będzie mu znacznie zimniej niż Tobie! Nawet wiosną, a czasem wietrznym latem warto pomyśleć o rękawiczkach, dodatkowych skarpetkach, czapeczce itp.
Sprawdzone przez nas listy rzeczy, które warto spakować do plecaka, znajdziesz w rozdziale „Sztuka pakowania” (link poniżej). Na liście znajdziesz także pozycję „saszetka – niezbędnik turysty”, którą warto zawsze mieć przy sobie i dla maluchów koniecznie uzupełnić o kolorowe plastry, coś na oczyszczenie skaleczeń, notatnik z wyrywanymi kartkami na pamiątkowe pieczątki i latarkę – aby zaglądać do dziupli i jaskiń.
Zainwestuj w dobre buty i skarpetki dla swojej pociechy. Zwykłe adidaski sprawdzą się tylko w ciepłą i suchą pogodę, bo gdy dziecko „przypadkiem” wskoczy do kałuży, przejdzie przez wilgotną trawę czy wpadnie w śnieg, to te buty w oka mgnieniu staną się wilgotne niczym gąbka. Nie wspominając o sytuacji, gdy podczas górskiej wędrówki złapie was deszcz. Jeżeli naprawdę nie macie innych butów, to dobrze na wszelki wypadek wrzucić do plecaka drugą parę na zmianę i dodatkowe skarpetki.
Dzieci już tak mają, że lubią zgłaszać wszystko na ostatnią chwilę. Tak samo jak z pójściem do toalety – „Ja muszę już TERAZ” – twoja pociecha powie ci, że ma pokaleczone stopy, a nie że zaczyna ją coś w bucie pobolewać. Zwróć na to uwagę, bo inaczej może się zniechęcić na przyszłość, a ty będziesz miał co nosić po drodze do celu.
Czy warto kupować dobre markowe buty na jeden sezon?
Warto, ale nikt przecież nie powiedział, że muszą być nowe. Bez trudu znajdziesz w Internecie oferty sprzedaży używanych markowych dziecięcych butów trekkingowych – zresztą nie tylko dla dzieci – które wyglądają jak nowe, a kosztują ok 100 zł lub nawet mniej.
Lepiej kupić markowe, ale używane buty niż tańsze, gorszej jakości, ale nowe.
Dobre buty nie powinny się ślizgać, przemakać, obcierać, przepacać stopy, a dodatkowo powinny zabezpieczać kostkę przed skręceniem. Zaoszczędzone pieniądze zainwestuj w dobre skarpetki, bo to od nich zależy komfort użytkowania butów. Jeśli nie potrafisz znaleźć dziecięcych trekkingowych skarpetek, to kup dedykowane do jazdy konnej, narciarskie lub jakiekolwiek inne, ale grubsze i z jakościowego materiału.
Czy używane buty nie będą miały negatywnego wpływu na dopiero co kształtującą się stopę? Po rozmowie na ten temat z fizjoterapeutą dziecięcym mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że nie. Wcześniejsze dziecko na pewno nie zdąży ich rozchodzić, a twoje nie spędzi w nich wielu miesięcy, bo za chwilę będzie już potrzebować większy rozmiar.
Zapas napojów i prowiant
Flora bakteryjna jelit osoby dorosłej jest już w pełni wykształcona, w przeciwieństwie do tej u małych dzieci. Warto więc dla nich spakować więcej wody na drogę – my możemy uzupełniać ją ze źródełek po drodze.
Dla najmłodszych warto pomyśleć o termosie z ciepłą wodą, aby przyrządzić dla nich rozgrzewające mleczko lub kaszkę. Dla starszych butelka z filtrem uzupełniana z źródełek powinna wystarczyć.
Co zabrać do jedzenia w drogę dla 7-miesięcznego malucha? Rewelacyjnie – przynajmniej w naszym przypadku – sprawdzają się musy w tubkach. W celu wzbogacenia diety naszego malca, niewygodnie zabierać w trasę słoiczki w przeciwieństwie do musów z dodatkiem kaszek, ryżu itp. Podczas całego dnia poza domem takie tubki z musami to wygodne i czyste rozwiązanie – nasz maluch potrafi wyssać taką tubkę szybciej niż jego o 4 lata starsza siostra.
Uśmiechnij się naturalnie ….
Jeśli chcecie być eko, to w Internecie bez problemu kupicie tubki do wielokrotnego uzupełniania domowymi musami czy przecierami. Wtedy macie gwarancję, że nie karmicie swoich pociech dodatkowym cukrem, chemią i w sporym stopniu ograniczacie plastikowe odpadki. Na trasie sprawdzą się także suszone owoce, kanapki, ewentualnie czekotubki, domowe placki chlebowe i pozostałe rzeczy opisywane w rozdziale „Kwestia smaku”.
Wyrabiaj nawyki
Czym skorupka za młodu nasiąknie ….
Orientuj się Naucz trochę starsze dzieci zwracać uwagę na punkty orientacyjne. Jeżeli wyrobi sobie nawyk, aby zwracać uwagę na to, co mija, to jest spora szansa, że w przyszłości trudniej będzie mu się zgubić, a już na pewno łatwiej odnaleźć. Wędrując po szlaku, możesz co pewien czas zwracać jego uwagę na jakieś wyróżniające się drzewo, na oznakowania i skrzyżowania szlaków, na głazy, zabudowania itp., aby później zadawać nawiązujące do tego pytania. Dzięki temu wyprawa powinna być ciekawsza, pamięć wytrenowana, a spostrzegawczość i kreatywność rozwijana. Łatwiej też w przyszłości zda egzamin z topografii dla kandydatów do GOPRu, lub wcieli się w rolę tajnego agenta z Tożsamości Bourne’a.
Spodziewaj się niespodziewanego – plan awaryjny
Ustal plan awaryjny i miejsce zbiórki – jeżeli podróżujesz w sezonie po atrakcjach turystycznych albo po bardzo zatłoczonych szlakach np. w Bieszczadach – Połoniny i Tarnica – czy po prostu robisz zakupy w centrum handlowym, to w tłumie łatwo stracić z oczu nadaktywną, kilkuletnią pociechę. Co wtedy robić? Najlepiej przygotować się już wcześniej na taką sytuację i ustalić awaryjne miejsce zbiórki – przyda się punkt wcześniejszy – lub wyjaśnić jej, co w takiej sytuacji zrobić – kogo prosić o pomoc. Jeżeli dziecko ma już 5 lat, to albo samo dotrze do umówionego punktu, albo wezwie pomoc. W takiej awaryjnej sytuacji rewelacyjnie sprawdzi się smartwatch z wbudowanym telefonem i GPS.
Nauka posługiwania się mapą – dla najmłodszych
Chcesz, aby w przyszłości twoje dziecko sprawnie posługiwało się mapą i nie należało do tych osób, które potrafią zgubić się w centrum handlowym? Zacznij z nim w domu trening na orientację i rozwijaj wyobraźnie przestrzenną! Wystarczy, że na kartce papieru narysujesz plan mieszkania – czym młodsza pociecha tym więcej szczegółów – i zaznaczysz na nim wielkim X – z powodu bajek o piratach to zawsze MUSI to być X – miejsce schowania jakiejś zabawki albo przekąski! Następnie przekonaj dzieci, aby wcieliły się w poszukiwaczy skarbów i edukacyjna zabawa gotowa.
Gdy dziecko trochę podrośnie, można podnosić poprzeczkę, zwiększając zakres zabawy do mapy swojego podwórka, osiedla, czy zaznaczać punkty na mapie centrum handlowego albo parku. Jeżeli będziecie chcieli więcej, to zapraszamy was na akcje na orientację o nazwie #CzysteSzlaki i zawody INO – Imprezy Na Orientacje. Nawet się nie zorientujesz, jak szybko twoja pociecha z mapą w ręku będzie w stanie oprowadzać rodzinne wycieczki po odwiedzanych miejscowościach.
To zdjęcie naprawdę nie było pozowane.
Gdy uda ci się zarazić twoją pociechę zamiłowaniem do gór, to na etapie wczesnoszkolnym warto sięgnąć po książkę „W góry” Piotra Karskiego z wydawnictwa Dwie siostry. Idealna pozycja, aby przez zabawę uczyć i ucząc bawić młodych górskich podróżników. Kolejną pozycją, której nie powinno zabraknąć w dziecięcej biblioteczce prawdziwego piechura to kompendium wiedzy na temat najwyższych polskich gór czyli „Tatry. Przewodnik dla dużych i małych” Pawła Skawińskiego (byłego dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego) i Barbary Gawryluk z bogatymi ilustracjami Adama Pękalskiego wydanej przez Wydawnictwo Literackie.
Wyrabiajmy nawyki
Czym skorupka za młodu nasiąknie… Dlatego świeć przykładem i zbieraj śmieci po drodze które znosimy do dolin, a nie porzucamy w schroniskach – jagody, uważane przez niektórych naukowców za najzdrowsze owoce na świecie, też warto zbierać. Kolekcjonując choćby kilka papierków czy plastikowych butelek po drodze, wpoimy dzieciom na całe życie, aby nie śmiecić. Pomyśl, jak będzie wyglądać świat za 30 lat, gdy je tego nauczymy, a one nauczą swoje dzieci. Warto spróbować. O naszym pomyśle na promocję pozytywnych nawyków przeczytasz w podrozdziale #CzysteSzlaki.
Jednym z najmilszych pozytywnych nawyków czy też zwyczajów górskich, które warto nauczyć swoje pociechy jest pozdrawianie się na szlaku.
Pozdrawianie się na szlaku
Ten akapit nie dotyczy bezpieczeństwa, ale dobrych zwyczajów i kulturalnego zachowania na szlaku. Po pierwsze nie hałasujemy, bo albo przepłoszymy zwierzęta, które mogą kogoś stratować, albo nie usłyszymy, gdy ktoś będzie wzywać pomocy. Nie wspominając już o tym, że nikt nie wybiera się w góry, aby przebywać w towarzystwie głośnych osób.
Okazujemy szacunek wszystkim napotkanym osobom poprzez pozdrowienie się nawzajem. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale my ludzie mamy silną potrzebę przynależności do grup. Członkowie tej samej społeczności okazują sobie wzajemnie większy szacunek. Dlatego mijający się kolarze czy biegacze zwykle się pozdrawiają i tak samo wygląda sytuacja na szlakach. Osoby kochające góry, które znają turystyczne zwyczaje, obowiązkowo pozdrawiają się wzajemnie. W zależności od wieku mijanego turysty zwykle pozdrawiamy się słowami „cześć” lub dzień dobry.
Dzień dobry, cześć czy ahoj…
W tym miejscu chciałbym uprzedzić, że możesz się też czasem spotkać z pozdrowieniami w różnych językach lub, jak stary zwyczaj nakazywał, staropolskim „Szczęść Boże” (niczym w kopalniach). Życzyło się tak, aby opatrzność boża czuwała nad mijanym turystą i aby wrócił bezpiecznie do domu.
Nie zaskocz się też, gdy usłyszysz marynarskie „ahoj”. Nie usłyszysz go najpewniej od wilka morskiego spędzającego wakacje w górach, ale od czeskiego turysty. Dlaczego Czesi pozdrawiają się słowem znanym z bajek o piratach?
Istnieją dwie teorie na ten temat:
Pierwsza głosi, że Czechom strasznie brakuje dostępu do morza, więc na otarcie łez zaczęli się pozdrawiać po marynarsku.
Druga, równie prawdopodobna, jest taka, że słowo AHOJ to tak naprawdę skrót od łacińskiego „Ad HOnorem Jesu” – tłumaczone jako „Ku chwale Jezusa”. Ta druga teoria szczególnie dziwnie brzmi, jeśli uwzględnimy fakt, że Czesi są najbardziej ateistycznym z wszystkich narodów europejskich.
Dawniej, jeszcze przed czasami dużych sklepów sportowych z tanim sprzęt turystycznym, w górach nigdy nie panował taki tłok jak dziś. Z jednej strony świetnie, że wiele osób aktywnie spędza swój wolny czas, ale z drugiej w długie weekendy musimy cierpliwie odstać nawet kilka godzin, nim zwolni się miejsce na upragnionym szczycie.
Wcześniej zdarzało się, że przez cały dzień mogłeś spotkać tylko jedną osobę i wręcz wypadało do siebie zagadać i zamienić kilka zdań. Rozmowa taka przypominała angielskie „How are you – OK, thanks” polegająca na zapytaniu jak daleko jest jeszcze do schroniska pomimo, że dobrze wiedziałeś, a druga osoba zwykle pytała, czy daleko na szczyt, choć także dokładnie wiedziała. Jeśli byłeś naprawdę zainteresowany rozmową, to wtedy dopytywałeś o jakość szlaku, czy gdzieś się nie traci, na co trzeba uważać itp. Dzisiaj takie rozmowy mają miejsce wyłącznie na nielicznych, mniej popularnych szlakach.
Rzeczą, nad którą wielu „tradycyjnych” piechurów ubolewa, to proporcjonalny zanik zwyczaju pozdrawiania się wprost proporcjonalny do liczby turystów na szlaku. Czym mniej popularna trasa, tym więcej osób cię pozdrowi, a czym bardziej popularna, tym więcej osób dziwnie się na ciebie spojrzy i potraktuje jak zagadującego dziwaka. Zdarzyło mi się, że mój towarzysz, niewtajemniczony w te zwyczaje, dopiero po kilkunastu napotkanych osobach zaczynał podejrzewać, że albo się wygłupiam, albo tą trasą wędrują tylko moi znajomi.
Uczmy dzieci tego sympatycznego, zanikającego powoli zwyczaju pozdrawiania się na szlaku!
Śmieci pozostawione w górach przez samozwańczych „turystów” mogą stwarzać znacznie większe zagrożenie dla bezpieczeństwa i zdrowia, niż mogłoby nam się wydawać na pierwszy rzut oka.
Śmieci na szlaku niczym kawa w schronisku podnoszą ciśnienie. Jaki wpływ na zdrowie psychiczne mają porozrzucane śmieci w lesie, nie muszę tłumaczyć. Warto przypomnieć to, o czym w szkole wielokrotnie się mówi, czyli o pożarach spowodowanych przez porzucone szklane butelki. Fragmenty porozbijanych butelek mogą nas poważnie poranić podczas upadku lub wspinaczki na skalistym szlaku, nie mówiąc już o zagrożeniu dla zwierząt. Piękny owczarek niemiecki moich rodziców w wieku 7 miesięcy nieodwracalnie uszkodził sobie nogę, właśnie nadeptując na jedną z rozbitych butelek pozostawionych w lesie. Młoda suczka będzie już do końca życia utykać z powodu bezmyślności ludzi. Na szczęście dzięki szybkiej wizycie u weterynarza nie wykrwawiła się. Jaki los spotkałby w takiej sytuacji dzikie zwierzęta, to wszyscy wiemy.
Papierki po jedzeniu czy resztki pozostawione gdzieś na trasie zachęcają zwierzęta do zbliżania się do ludzi. Takie znaleziska utwierdzają je tylko w przekonaniu, że człowiek to chodząca lodówka i że warto do nas podchodzić. Turyści, którzy bezmyślnie karmią zwierzęta, jedynie je w tym fakcie utwierdzają.
Czy dokarmianie naprawdę jest złe? I tak i nie. Gdy robią to leśnicy i inne wyspecjalizowane służby, to oczywiście jest to pozytywne, ale gdy robią to przypadkowi przechodnie, to już inna bajka. Zwierzęta przyzwyczajone do dokarmiania mogą czasem upomnieć się o swoje i zaatakować albo przynajmniej nastraszyć całkowicie przypadkowych turystów. Tak jak dziki nauczyły się poszukiwać jedzenia w śmietnikach polskich miast, tak samo inne zwierzęta, np. niedźwiedzie, mogą poszukiwać jedzenia na szlakach.
Kończąc tę argumentację, należałoby jeszcze przytoczyć fakt, że zwierzętom nasze jedzenie może zaszkodzić, a torebki plastikowe mogą je udusić, gdy niefortunnie zaplątają się im na głowie lub zostaną połknięte.
Raz do roku z okazji Dnia Ziemi dzieci z pobliskich szkół wyruszają w góry i zbierają śmieci. Super, ale dlaczego tylko raz do roku? Czy nie możemy posprzątać codziennie choć trochę, tak przy okazji. Swój pokój też sprzątasz tylko raz do roku? Nie musisz odpowiadać… Nauczyliśmy się, że tak jak w walentynki wystarczy raz do roku pokazać komuś swoje uczucia, tak samo raz do roku okazujemy miłość do gór.
Zebranie dosłownie kilku papierków, butelek czy siatek nie zajmie nam więcej niż 7 minut, a ich ciężar po przypięciu do plecaka nie będzie nam zbytnio ciążył – zresztą konsumując swoje zapasy i tak mamy coraz mniej do noszenia. Jeśli tylko zmotywujemy więcej osób, to wpływ takich działań na nasze otoczenie będzie ogromny. Jeśli nauczymy nasze dzieci zbierania śmieci, to gwarantuję ci, że nigdy nie wpadnie im do głowy pomysł, aby jakiś papierek zostawić na trasie. A to już inwestycja w naszą przyszłość. Kto wie, może doczekamy czasów, gdy podobne akcje nie będą miały już racji bytu. Oby.
Proponuję, aby każdy chętny przywiesił sobie do plecaka reklamówkę, do której podczas wędrówki wrzuci kilka odpadków znalezionych na trasie, a następnie zrobi zdjęcie swoim znaleziskom i wrzuci na Instagram z oznaczeniem #CzysteSzlaki. Niech ta reklamówka w górach i zdjęcie na twoim profilu motywuje też innych do podobnych działań.
Pamiętaj tylko, aby śmieci znieść do miasta i pozostawić w koszu przy parkingu, przy przystanku czy na dworcu, a nie w schronisku górskim! Bo podrzucając śmieci do schroniska, co prawda sprzątasz szlak, ale niepotrzebnie generujesz pracę dla jego obsługi, bo w ostateczności i tak ktoś będzie musiał to znieść lub zwieść.
Nie wstydźmy się sprzątania śmieci po innych, niech wstydzą się ci, którzy je pozostawili!
Lokalne finały akcji #CzysteSzlaki
Organizujemy także lokalne finały akcji #CzysteSzlaki. Są to eko-imprezy na świeżym powietrzu dla całej rodziny. Połączenie imprezy na orientację dla najmłodszych z edukacją na temat segregacji śmieci i sprzątaniem przyrody. Osoby, które wrzucą zdjęcia z imprezy wraz z tagiem #CzysteSzlaki otrzymują od nas nagrody – zwykle jest wśród nich także limitowane wydanie tej książki.
Dzięki takiej imprezie wszyscy zyskujemy zaskakująco wiele:
nasza planeta zyskuje kolejny mały kawałeczek czystej przyrody,
rodzina zyskuje wspólny aktywnie spędzony czas na świeżym powietrzu,
dzieci uczą się korzystać z mapy, poruszać po szlakach turystycznych, jak również wyrabiają sobie eko-nawyki,
mieszkańcy danego miasta odkrywają nowe ciekawe miejsca i szlaki,
uczestnicy zabawy uczą się, jak prawidłowo segregować śmieci,
zwycięzcy otrzymują nagrody 🙂
Chcemy pokazać mieszkańcom miast, że szlaki turystyczne można znaleźć nie tylko w górach, ale także w ich najbliższej okolicy.
Festiwale #CzysteSzlaki w 100% wpasowują się w założenia Rajzyfiber, bo wierzymy, że dzięki takiemu „turystycznemu treningowi” w okolicy miast zwiększamy bezpieczeństwo w górach. Nie tylko dzieci będą mogły wyrobić sobie nawyki bezpiecznego poruszania się po szlakach, ale także rodzice. Dziadkowie przypomną sobie czasy młodości, kiedy to jeszcze nikt nie korzystał z GPS i tę wiedzę będą mieć okazję przekazać dalej.
Twoja kolej. Teraz Twój ruch. Jeśli chcesz zorganizować takie wydarzenie w swojej okolicy, to daj znam znać. Podzielmy się z tobą naszym doświadczeniem, materiałami i pomożemy przy promocji.
Wysokie góry
W tym akapicie nie mam na myśli zdobywania razem z dziećmi niebezpiecznych tatrzańskich czy alpejskich szczytów, ale takie trasy, które prowadzą ogólnodostępnymi ścieżkami do wyżej położonych schronisk. Dla osoby dorosłej są to zwykłe trasy, które nie wymagają żadnej dodatkowej asekuracji – choćby trasa czarnym szlakiem do Doliny Pięciu Stawów. Wędrując po nich z dziećmi można by już jednak pomyśleć o dodatkowych zabezpieczeniach, bo przewrócenie się na „schodach”, potkniecie na kamieniach czy ujechanie na żwirze może mieć opłakane skutki.
Gdy nasza pociecha kończy 5 lat i jest przykładem młodocianego sportowca, to może nam towarzyszyć już przy większości standardowych, niezbyt wymagających górskich wędrówek. Pomimo tego, że kondycyjnie podczas takiego 6- czy nawet 8-godzinnego trekkingu dorówna nam tempem, to z przewidywaniem konsekwencji swoich czynów już nie bardzo.
Wędrując po Dolomitach do schroniska Fratelli Fonda Savio – naprzeciwko słynnych trzech sióstr „Tre Cime di Lavaredo” – mijaliśmy przede wszystkim rodziny z dziećmi w różnym wieku. Nie ma się co dziwić, ponieważ trasa do schroniska w jedną stronę zajmuje tylko 2 godziny, a docierając do celu, możemy podziwiać z każdej strony majestatyczne skalne szczyty. Niezwykle piękna trasa przez większość czasu prowadząca w bezpiecznym terenie. Pomimo tego, że trasa w świadomości turystów jest dedykowana dla rodzin z dziećmi, to ku naszemu zaskoczeniu jej ostatnie 30 metrów prowadziło po drabince i wymagało asekuracji łańcuchami (zdjęcie poniżej). To był dla nas szok. Na szczęście nie stanowiło to większego wyzwania dla naszej 4-latki, jednak kosztowało nas sporo nerwów.
Wędrując po Dolomitach do schroniska Fratelli Fonda Savio ….
Jeszcze więcej stresu mieliśmy przy zejściu, pomimo tego, że była to ta sama trasa. Na pewnym odcinku szlak prowadził w poprzek stosunkowo stromego zbocza, a w kilku miejscach przecinały go małe osuwiska. Podczas drogi do góry, mając już w zasięgu wzroku nasz cel, przeszliśmy ten odcinek jakby nigdy nic. Schodząc, dla naszej 4-latki trasa wydawała się już o wiele nudniejsza i co kilka kroków próbowała biegać za motylami. Zachowywała się nieuważnie do tego stopnia, że ostatecznie przypięliśmy ją do siebie kilkoma paskami, aby się zbytnio nie oddalała, a w sytuacji potknięcia, można było ją podciągnąć. Warto w tym miejscu wspomnieć o dodatkowych przerwach na „bieganie za motylami”, dzięki czemu dzieciaki choć na chwilę zaspokoją swoją ciekawość i doładują akumulatory cierpliwości na kolejny odcinek.
Bazując na doświadczeniach rodzin, których dzieci są już starsze od naszych, to na kolejne wyprawy w bardziej wymagający teren na pewno zakupimy: dla 5-latki pełną uprząż z szelkami, jedną uprząż dla rodzica i linę z przymocowanymi karabinkami po obydwu jej końcach – lub elastyczny pas asekuracyjny. Karabinki umożliwią ekspresowe zapinanie liny przed trudniejszymi odcinkami w porównaniu do zawiązywania standardowych ósemek.
Via ferrata także dla kilkulatków
O tej tak bardzo popularnej rodzinnej aktywności na Zachodzie piszę na początku fragmentu na temat podróżowania po górach za granicą, dlatego jeśli nie wiesz, o co chodzi, to cię do niego odsyłam – „Żelazna Adrenalina„.
Gdy pierwszy raz trafiłem przypadkiem na żelazną trasę dedykowaną dla dzieci, byłem w lekkim szoku. Mowa o „Via Ferrate Bambini – Kinderklettersteig” nieopodal Norymbergi, którą można bez wyrzutów sumienia podciągnąć pod darmowy park linowy rozwieszony na skalnej ścianie. Jeżeli twoje dziecko ma już 5 lat i doświadczenie ze wspinaczką po parkach linowych, to spokojnie może rozpocząć przygodę na tego typu najprostszych trasach.
Niemiecka via ferrata dedykowana dzieciom (Via Ferrata Bambini).
Kolejną trasą, z którą powinno poradzić sobie przeciętnie sprawne dziecko, jest ferrata ulokowana we włoskich Dolomitach „Cascate di Fanes” prowadząca pod malowniczym wodospadem. Muszę w tym miejscu podkreślić, że w przeciwieństwie do pierwszej wymienionej trasy ulokowanej na stosunkowo niskiej skale, to ta druga wymaga już pewnej odwagi, gdyż prowadzi po eksponowanej, stosunkowo szerokiej ścieżce. Fundamentalną sprawą przed wyruszeniem z dziećmi na taką trasę jest upewnienie się, czy widok stromych przepaści nie jest dla nich paraliżujący – o umiejętnościach w posługiwaniu się sprzętem myślę, że nie muszę tutaj wspominać.
Na tej stronie znalazłem też opisy kilku prostych tras dedykowanych dzieciom, jednak samemu ich nie zaliczyłem, dlatego tylko dzielę się linkiem, gdyby ktoś potrzebował – link
W okolicy Cascate di Fanes (ferraty pod wodospadem)
Wchodząc na Rysy, byłem świadkiem, jak pewien ojciec na siłę chciał zarazić pasją do wspinaczki swoje dwie 12-letnie córki. Dwie przerażone dziewczynki – na szczęście wyposażone w kompletny sprzęt do ferrat – były sprowadzane krok po kroku przez swojego ojca. Na pierwszy rzut oka było po nich widać, że nie sprawiało im to przyjemności, było to ponad ich siły i że będą to doświadczenie nie najlepiej wspominać – w przeciwieństwie do ich taty, który jest na pewno strasznie dumny, że wspólnie zdobyli Rysy.
Dzieląc swoją pasję z dziećmi, nigdy nie róbmy tego ich kosztem.
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Nim przejdziemy do głównego tematu tego rozdziału, jakim jest wędrowanie z dziećmi po górach, chciałbym się z tobą podzielić swoimi przemyśleniami, dlaczego warto podróżować z podopiecznymi.
Kilka rodzicielskich przemyśleń na temat podróżowania z dziećmi
(nie tylko po górach i nie tylko dla rodziców)
Należę do tego grona osób, które od zawsze marzyły o zostaniu rodzicem. Po skończeniu studiów, jak większość młodych, chciałem jeszcze tylko na chwilę zdążyć doświadczyć pełni życia, niezależności, podróżować bez zobowiązań. Minęło kilka kolejnych lat i zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno już chcę rezygnować z tego „idealnego” – czytaj wygodnego – życia. Byłem szczęśliwy na 100% i nie mogło już być lepiej – tak przynajmniej wtedy myślałem.
Niestety z jakiegoś powodu postrzegałem rodzicielstwo jako zakończenie tego fajnego okresu w życiu. Myślałem, że od momentu, gdy stajemy się rodzicem, musimy się ustabilizować, „uspokoić”, ograniczyć itp. Myślałem tak do czasu, gdy to – prawie 10 lat temu – pierwszy raz pojechałem na Woodstock. Ogromny festiwal, niekończące się morze namiotów, nieprzebrane tłumy ludzi, głośna muzyka, czyli na pewno nie jest to dobre miejsce dla rodzin z dziećmi. Jakie ogromne było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłem tam mnóstwo naprawdę małych dzieci. Zaledwie kilkulatków. Większość z nich biegała ze słuchawkami budowlanymi na uszach i z „wytatuowanymi” niezmywalnymi markerami na ramieniu – na wszelki wypadek – numerami kontaktowymi do rodziców.
To tylko jedno z bardzo wielu maluchów na Woodstocku, ten wsłuchuje się w wywiad z noblistą podczas Akademii Sztuk Przepięknych. Taki obrazek totalnie zmienił mój tok myślenia.
Mało tego. Podczas Pol’and’Rock festiwalu – bo taką nazwę polski festiwal Woodstock aktualnie przyjął – organizowane są animacje dla najmłodszych i specjalne strefy dla rodziców z dziećmi, gdzie można znaleźć przewijaki i miejsca do karmienia. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że posiadanie dzieci to nie jest koniec, ale dopiero początek czegoś nowego. Bardziej męczącego, ale i ciekawszego w życiu. Pomyślałem wtedy, że jeżeli nawet na taki festiwal można przyjechać ze swoimi pociechami, to znaczy, że wszędzie można się z nimi świetnie bawić.
Dlaczego mamy błędne wyobrażenie na temat rodzicielstwa ?
Po latach już lepiej rozumiem, dlaczego miałem wcześniej takie błędne wyobrażenie na temat rodzicielstwa. Pewnie zbyt wiele razy słyszałem do starszych osób z dziećmi, że nie mogą się z nimi ruszyć tam, gdzie by chcieli, że nie mogą pojechać przez następne kilkanaście lat do Afryki czy Indii. Że dzieci nie są kompatybilne z namiotami, zwiedzaniem świata ani kilkudniowymi górskimi wypadami. Teraz dopiero dostrzegam, że te wszystkie zdania to były wyłącznie wygodne wymówki. Bo z dziećmi w dalszym ciągu możesz wszystko robić, tylko musisz się do tego lepiej przygotować! Między innymi właśnie po to powstała ta książka, aby rodzicielstwo nie było zakończeniem podróży, ale dopiero jej wielkim otwarciem, bo podróżowanie z rodziną to totalnie inny poziom doświadczania przygód.
Nie bez powodu zakończyłem wcześniejszy akapit sformułowaniem o „doświadczaniu przygód”, a nie czymś w stylu odbywania wycieczek czy spędzania wakacji. Z rodziną naprawdę można mieć przygody, a nie tylko urlop. Nie miałem o tym pojęcia, dopóki nie wybraliśmy się rodzinnie – już w czwórkę – na objazdowe wakacje z namiotem po Słowenii, Chorwacji, włoskich Dolomitach i austriackim Tyrolu. To nie były takie typowe wakacje, gdzie wszystko jest wcześniej zarezerwowane, wycieczki popłacone, a posiłki w cenie. W naszym wypadku wyglądało to bardzo podobnie do moich wcześniejszych autostopowych samotnych podróży. Wtedy to dawałem się porwać przygodzie i wyruszając z rana, nigdy nie wiedziałem, gdzie dotrę wieczorem – w końcu i tak wszędzie mogłem spać w namiocie.
W jaki sposób można robić takie rzeczy całą rodziną z 4-latką i 9-miesięcznym niemowlakiem na pokładzie? Oczywiście z autostopu zrezygnowaliśmy, ale wszystko inne pozostało. Wspólnie dawaliśmy się porwać przygodzie – fotorelację z tych wakacji wraz ze szczegółowym opisem, jak tego dokonaliśmy, znajdziesz na moim blogu #aktywnaRodzinka. Rano zastanawialiśmy się, które atrakcje oznaczone uprzednio pinezkami na mapie chcielibyśmy tego dnia odwiedzić, a popołudniu dopiero, uwzględniając to, gdzie ostatecznie dotarliśmy, zastanawialiśmy się, gdzie będziemy nocować. Gdy jakieś pole namiotowe lub kraj bardzo się nam spodobał, to zostawaliśmy w nim kilka kolejnych dni. Bardzo dużo wędrowaliśmy po przepięknych górach – o czym więcej w dalszej części tego rozdziału – wiele zwiedzaliśmy także miast i miasteczek, ale też znaleźliśmy trochę czasu na „odpoczynek z dziećmi” nad wodą czy w aquaparkach.
W Alpach często można naprawdę wysoko podjechać samochodem, co jest idealne gdy podróżujesz z dziećmi. Zostawiasz samochód na parkingu i kilka kroków dalej ukazują Ci się już takie widoki.Z dziećmi trzeba zarezerwować też miejsce w grafiku na czas nad wodą, place zabaw i wszelakie atrakcje dla najmłodszych.Po drodze w góry trzeba robić co 2 lub 3h przerwy – tutaj w Kopali złota w Złotym Stoku.Najważniejsze podczas górskich rodzinnych wypadów jest „gra zespołowa”.
Czy rodzinne wakacje naprawdę mogą być udane?
Czy takie wakacje były udane? TAK, i to na 130%. Wyszło o wiele lepiej, niż się spodziewałem, ale też wróciliśmy zmęczeni o wiele bardziej, niż można byłoby przypuszczać. Tylko rodzice wiedzą, jak bardzo męczące jest nieustanne pilnowanie, aby maluch niczego nie połknął – śpiąc na polu namiotowym wysypanym żwirem – nic go nie ugryzło lub by kilkulatka nie oddaliła się w nieznanym kierunku. Takie wakacje z dziećmi to istny ultramaraton, który pozwala odpocząć dopiero po powrocie do domu. Przebywanie 24 godziny na dobę razem, w namiocie, samochodzie, bez prywatności, stale się przemieszczając, bez chwili ciszy do wytchnienia nie brzmi może zachęcająco, ale tylko doświadczony rodzic wie, jak wielkie szczęście się z tym wiąże.
Na zdjęciu: po lewej pokój dziecięcy, a po prawej sypialnia w salonie z kuchnią – namiotowe życie 😉
Taki rodzic nie traktuje też pewnych niedogodności jako powodu do narzekań, ale akceptuje je – choć oczywiście każdy może mieć chwile słabości – bo czas, gdy rodzinna przygoda się toczy, to czas, gdy zarażamy swoją pasją. Zdążały się także gorsze noce, zmiany pampersa w najmniej spodziewanych okolicznościach, przesiadywanie w samochodzie przez długie godziny, narzekania na brak atrakcji czy możliwości wyszalenia się przez najmłodszych, problemy ze znalezieniem noclegu, otwartego sklepu, biegunki…. Wiele z tego będziemy mile wspominać.
Wiem, że dla większości osób takie wakacje to raczej letni koszmar niż spełnienie marzeń, ale wiem, że dla niektórych czytelników brzmią pozytywnie i rozwiewają pewne wątpliwości.
Jeśli masz już te dwadzieścia parę lat i boisz się, że z powodu rodzicielstwa będziesz musiał zrezygnować z jakieś pasji czy konkretniej – z miłości do prawdziwych przygód – to Ci odpowiadam, że nie tylko nie będziesz musiał, a nawet nie będziesz mógł!
Jak być dobrym rodzicem ?
Parafrazując słowa wypowiedziane przez serialowego Bogotę „Wiesz, co znaczy być dobrym ojcem? Zachowuj się tak, jakbyś nie miał dzieci. Jeśli kochasz przygody, to nie rezygnuj z tego. Inaczej znienawidzisz dzieci i wtedy będziesz złym ojcem. Nie możesz porzucić swojego DNA. Jeśli jesteś podróżnikiem, bądź nim”. To mądrość serialowa w stylu Paulo Coelho, jakich wiele, ale myślę, że naprawdę coś w niej jest.
Bardzo chciałbym być takim ojcem, którego własne dzieci nie będą uważać za nudziarza. Być takim rodzicem, który będzie swoje pociechy inspirował do podejmowania wyzwań, pokazywał im, jaki świat jest piękny. Chciałbym, jak tylko będą gotowe, przekazać im to, na zrozumienie czego potrzebowałem ponad dwudziestu lat życia, aby miały więcej czasu na korzystanie z tej wiedzy i mogły zrobić, zobaczyć oraz doświadczyć jeszcze więcej.
Przekazać im, że trzeba bardzo cierpliwie i wytrwale realizować swój plan, jeśli chce się do czegoś w życiu dojść, ale także wiedzieć, kiedy porzucać plany, aby dać się porwać przygodzie i w pełni cieszyć się życiem. Bo przygoda zaczyna się dopiero wtedy, gdy kończy się planowanie. Chciałbym, aby moje dzieci, gdy już podrosną, dostrzegły we mnie swojego kompana, tego samego otwartego na świat nastolatka, jakim byłem, gdy odważyłem się wyruszyć w swoją pierwszą wielką podróż. Mam nadzieję, że Rajzyfiber pomoże także wielu innym młodym ludziom postawić swój pierwszy mały krok ku wielkiej przygodzie odkrywania, na jak niezwykłym i wspaniałym świecie przyszło nam żyć.
Dolina Soczi w zachodniej Słowenii to najpiękniejsze miejsce jakie widziałem w życiu na własne oczy – szczęście tym większe, że odkrycia dokonałem wspólnie z rodziną.
Podróżowanie z rodziną umożliwia pełniejsze przeżywanie zachwytów
Z swoich doświadczeń wiem, że nie da się w pełni, ale tak naprawdę całym sobą, zachwycać miejscami odkrywanymi w samotności. Widziałem w życiu wiele zapierających dech krajobrazów. Tych miejsc zbyt pięknych, aby robić im zdjęcia, bo żadna fotografia nie jest w stanie w pełni odzwierciedlić magii, którą sobą prezentują.
Wspomnienia w naszej pamięci pozostaną zachwycające na zawsze dlatego, że dopełniają je nasze emocje, dźwięki i zapachy tamtej chwili. Podczas samotnych podróży czułem, że brakowało mi kogoś, z kim mógłbym dzielić ten zachwyt, bo nawet najlepsza fotografia będzie tylko cieniem tego miejsca. Gdy w zachwycie towarzyszy ci twoja druga połówka lub przyjaciele, to osiągasz pełnię podróżniczego szczęścia. Jeśli w tej chwili towarzyszą ci także twoje dzieci, to wypełnia cię uczucie spełnienia, forma wewnętrznej rodzicielskiej dumy, że w tak młodym wieku pokazałeś im oszałamiająco piękny fragment natury – nawet jeśli dla nich będzie to tylko góra kamieni i kilka drzew. Dlatego właśnie warto podróżować z dziećmi.
Nie mierz życia liczbą oddechów, a zachwytów zapierających dech w piersiach.
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Magiczne plastry (z księżniczkami) zawsze należy mieć gdzieś pod ręką. SienaTo oczywiście nigdy nie jest tak, że małe dzieci zawsze doceniają miejsce, które odwiedzają. Zwykle nie doceniają …Co zobaczymy to nasze.
czytaj też: Podstawowym wyposażeniem podczas podróży z dziećmi jest odpowiednie nosidło – jakie wybrać i jak dobrać do siebie i dziecka? (post już jutro)
Gdy rodzice odpoczywają dzieci przejmują pałeczkę.Czy trzeba pytać „Czy Cię się tu podoba?” ? Dolina Soczi – SłoweniaNajważniejsze, że podczas podróży każdy z rodziny znajdzie coś co go zainteresuje.To zdjęcie naprawdę nie było pozowane. Gdy połączymy podróże z edukacją to można …. …. to można razem szczyty zdobywać !!!!!
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Znudziło Cię się domowe podwórko i chcesz zobaczyć coś nowego? Marzysz, aby odciąć się od cywilizacji i poczuć dzikość przyrody. Czy zwiedzając kolejne kraje, starożytne miasta lub blisko- i dalekowschodnie kultury, odczuwasz potrzebę wyskoczyć gdzieś poza miasto. Niezależnie od powodów, jeśli masz okazję, to zawsze warto wyskoczyć w góry. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu wszystkie góry świata są niepowtarzalne. Inne formy ukształtowania terenu, inne kolory, inne skały, inne zwierzęta, inne krajobrazy, zapachy, ludzie, wyzwania, smaki… I różne zagrożenia!
Wszystkie całkowicie inne wszystkie tak samo piękne.
Odkrywaj!
Najpopularniejsza atrakcja i najpiękniejsza panorama Gruzji – Kazbegi (Stepancminda)
GŁÓWNYM POWODEM, DLA KTÓREGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ W CAŁOŚCI TEN ROZDZIAŁ KSIĄŻKI (podzielony na Rajzyblogu na kilka artykułów), JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE ZAGROŻEŃ, Z JAKIMI MOŻESZ SPOTKAĆ SIĘ W GÓRACH.
Na dobry początek tego rozdziału chciałbym zaprezentować najlepszych powodów, dla którego warto wyjeżdżać w góry zagranicę. Aby spróbować zrobić coś nowego czego u nas się nie da.
Myślę o czymś, co w Polsce niestety nie jest dostępne, a na Zachodzie cieszy się ogromną popularnością. Mowa o żelaznych drogach, czyli via ferratach. W Austrii, Włoszech, Szwajcarii czy nawet Niemczech są ich setki głownie w Alpach, ale czasem poprowadzone nawet w centrach miast – np. „City Wall Salzburg”. Niektóre dedykowane dla wszystkich, niezależnie do wieku i sprawności, inne tworzone są pod dzieci, ale najciekawsze są te budowane dla odważnych i sprawnych. W Tatrach pierwszą z nich otwarto dopiero w wakacje 2021 roku i to niestety po Słowackiej stronie. Zainteresowany ? Zapraszam do poniższego tematu.
Ferraty – żelazna adrenalina
Jeżeli poszukujesz zdrowej adrenaliny w górach i pociąga Cię Orla Perć ale uważasz, że typowy alpinizm, wspinaczka po lodospadach to już przesada, to mam coś dla Ciebie. Jeżeli przynajmniej na część z powyższych pytań odpowiedziałeś twierdząco to może czas spróbować ferrat? Nie ważne czy masz 13, 20 czy 55 lat możesz sprawdzić się na „ekstremalnej” wspinaczce z wmontowanymi zabezpieczeniami.
Ferraty czyli co?
Autorska definicja
„Via ferrata” po włosku żelazna droga (ścieżka), czyli trasa w górach (choć nie tylko) z zamontowanymi na stałe metalowymi linami służącymi do asekuracji, oraz drabinkami, prętami ułatwiającymi przejście wymagających (zwykle odwagi, czasem też sprawności fizycznej) tras wyznaczonych na ścianach skalnych.
Standardowa trasa ferratowa o średnio-wyższej trudności Plan trasy z powyższego zdjęciaFerraty to także dodatkowe atrakcje niczym drabinki na Orlej Perci ale w maxi skali.
Wszystko na temat ferrat: jak zacząć, co trzeba wiedzieć, jaki brać sprzęt, oznakowania tras i niebezpieczeństwa obszernie opisałem w tym poście – Ferraty – żelazna adrenalina
Oznakowanie tras górskich na świecie
W niektórych regionach, np. w Alpach, kolor szlaku ma wpływ na jego trudność – w przeciwieństwie do naszego podwórka o czym pisze w tym poście – koniecznie sprawdź, czy tak samo jest w krajach, do których się wybierasz. Na Zachodzie rzadziej rozmieszcza się tabliczki informujące o czasach przejść konkretnych odcinków, czasem całych szlaków co dla polskich piechurów może być trochę denerwujące. W wielu krajach na świecie informacji o czasie wcale się nie zamieszcza. Tak samo jak u naszych południowych sąsiadów – w Czechach – tam na tabliczkach można znaleźć długość trasy, a nie czas jej przejścia. Jak już pisałem wcześniej kilometraż w ciężkim terenie nic nam nie mówi, istotna jest suma przewyższeń. Idąc kilometr pod górę idziemy wolniej niż ten sam kilometr schodząc do doliny.
Za co na pewno warto pochwalić Włochów, Austriaków itp. to za przejrzystą numerację szlaków. W Polsce idzie się szlakiem czerwonym wychodzącym z punktu A do punkt B, a u nich idzie się szlakiem o numerze 123 lub E12 w danym kierunku. Dzięki takiemu oznakowaniu trochę łatwiej przekazywać informację bliskim, gdzie się znajdujemy i gdzie wybieramy, oraz trzymać się obranej trasy w szczególności na obszarach z gęstą siatką przecinających się szlaków.
Poszukaj informacji, jak wygląda aktualna sytuacja z oznaczeniami, bo np. w Gruzji standardem jest to, że lokalni przewodnicy niszczą oznakowania, aby zmusić mniej doświadczonych piechurów do skorzystania z ich usług. W Macedonii szlaki to dwa pasy w naszych narodowych barwach, w innych częściach Bałkan mogą to być białe koła z czerwoną obwódką lub inne kształty geometryczne.
Podsumowując, niezależnie od tego, gdzie się wybierasz, powinieneś poszperać w internecie i zakupić mapę danego regionu – oczywiście także bardzo dobrze ją przeanalizować. Jeśli wybierasz się poza granice UE to bez mapy nie zajdziesz daleko. Umiejętności orientacji w górskim terenie i korzystania z mapy – nie tylko z GPS! – poza UE należą do tych całkowicie podstawowych – praktyczną instrukcję obsługi mapy i kompasu znajdziesz tutaj. Jeśli masz problem z zdobyciem fizycznej mapy danego regionu możesz posłużyć się aplikacja Mapy.cz, o której więcej piszę w rozdziale poświęconym aplikacją.
Przykładowy kierunkowskaz w Austrii.
Bezpieczeństwo w górach na świecie
Na górskich szlakach poza granicami naszego pięknego kraju musisz zwrócić szczególną uwagę na:
Baterie w telefonie
Wędrując po mniej turystycznych górach (Gruzja, Iran, Rumunia), mam w kieszeni smartfon do robienia zdjęć. W plecaku powerbank i dodatkowy, naładowany, ale co ważne wyłączony, telefon starszej generacji. Dlaczego starszy? Bo jego bateria wystarczy na kilka dni. Warto powtórzyć w tym miejscu, że telefon, który próbuje złapać zasięg, zużywa o wiele więcej energii niż ten, który go nawiązał. Dlatego telefon, który normalnie może działać przez tydzień, podczas wędrówki poza zasięgiem może rozładować się po niecałym dniu!
W takich warunkach szczególnie szanowałem baterię. Jednak po trzech dniach w takim terenie i po kilku próbach kontaktu z rodziną, aby potwierdzić, że jest super nawet ta zapasowa mi się rozładowała. Na szczęście kilka godzin później natrafiłem na wioskę, której nie było na mapach (pisze o tym w poście o Świętach w Irańskich górach).
Sprawdzanie butów przed założeniem
Jeśli śpisz w namiocie, ale buty z oczywistych powodów trzymasz przed nim, to rano przed ich założeniem sprawdź koniecznie, czy ktoś się w nich przez noc nie zdążył zadomowić. Jeśli wędrujesz po pustyni czy dżungli, podejdź to tego zagadnienia ze szczególną ostrożnością, ponieważ skorpiony, żmije lub inne stworzonka mogą potraktować buty jako przyjemne schronienie.
Biwakowanie na dziko
Na temat wyboru najlepszego miejsca do rozbicia namiotu można napisać całą osobną książkę, dlatego więcej na ten temat w innym poście. A tu przytoczymy tylko kilka istotnych informacji.
Przy wyborze miejsca należy uwzględniać ukształtowanie terenu, kierunek wiatrów, spadające kamienie czy spływającą wodę, szlaki dzikich zwierząt, niebezpieczeństwo z strony bezdomnych psów, grunt ….. oraz legalność.
Co kraj to obyczaj. Co kraj to inne prawo i inne podejście do jego respektowania. To, że gdzieś nie można się legalnie rozbić wcale nie oznacza, że policja na to nie pozwoli – podobnie jest z autostopem, bo to często martwe przepisy. Mowa tutaj nie tylko o lasach, ale nawet o miejskich parkach. Jeśli chodzi o góry to poza parkami narodowymi i z dala od ludzkich osad zwykle nie powinniśmy nikomu przeszkadzać – ciężko przeszkadzać będąc przynajmniej kilka kilometrów od kogokolwiek. Rozbijanie namiotu gdzieś na Wschodzie nie powinieneś spotkać większych ograniczeniami, pod warunkiem że nie rozbijamy się komuś na polu czy w sadzie – a jeśli nawet to dobrze zrobić to późnym wieczorem i ruszać dalej wcześnie rano. Jakkolwiek dziwnie może to brzmieć w regionach występowania dzikich zwierząt czy przy dziko wypasanej trzodzie każdy ogrodzony obszar może być dla nas najbezpieczniejszym z możliwych wyborów.
W Gruzji to właściwie ciężko nie rozbijać się na dziko. Na zdjęciu jedyna wioska, jaką miałem na kilkudniowej trasie więc nie obeszło się bez pukania po drzwiach i zakupie lokalnie produkowanego jedzenia.
Rozbijając się w Europie sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana. We Włoszech nigdzie nie wolno rozbijać się na dziko, ale np. w Szwajcarii jest to już całkowicie legalne pod warunkiem, że nasze obozowisku będzie znajdować się powyżej linii drzew i oczywiście poza terenem parków narodowych. W Polsce też się trochę zmienia w tym temacie, bo w 2021 roku wyznaczono specjalnie strefy w lasach do biwakowania „na dziko” – czaswlas.pl – program „Zanocuj w lesie”. Każdorazowo przed wyruszeniem za granicę z zamiarem biwakowania na dziko należy sprawdzić informacje na ten temat.
Psy pasterskie i bezdomne
W Polsce poradziliśmy sobie z bezdomnymi psami w miastach, ale na Wschodzie ten problem dalej istnieje. Jeśli planujesz rozbijać namiot gdzieś na obrzeżach, to warto o tym pamiętać. Kolejny problem to psy w mniejszych miejscowościach, które bardzo usilnie będą chciały Ci udowodnić, kto rządzi na danym odcinku drogi. Niejednokrotnie najadłem się w ten sposób strachu. Czasem wystarczy udawać, że sięga się po kamień, a pies już po chwili będzie wiedział, że lepiej odpuścić – mimo, że kamienia nie znajdziemy. Innym razem pomogą nam kijki w rękach, które także mogą odstraszyć zwierzynę. Ostatecznością jest użycie gazu pieprzowego, który podczas takich podróży po Wschodzie dobrze mieć w kieszeni spodni.
Nie wszystkie psy spotkanie w dzikim terenie są groźne. Na fotografii gruziński przyjaciel, który towarzyszył mi przez dwa dni. Razem raźniej. Kilku krotnie towarzyszyły mi też konie, prosiaki, raz byk i lis ….
O wiele większym wyzwaniem są stada psów pasterskich. Miałem okazję spotkać się z nimi na terenie Narodowego Parku Piatra Craiuliu, nieopodal rumuńskiej miejscowości Brasov. Przepiękna całodniowa trasa prowadząca szczytami górskimi. Droga powrotna na pole namiotowe wiodła u podnóża uprzednio zdobytych szczytów przez liczne w tej okolicy pastwiska. Obszar tego parku jest zamieszkany m.in. przez wilki czy niedźwiedzie, więc i psy pasterskie należą do tych większych.
Normalnie gdy podczas trekkingu w oddali widzisz stado owiec, to taka sytuacja nie jest zbytnio stresująca – chyba że masz lęk przed owcami. Jeśli dostrzegasz pasterzy i słyszysz z tamtej strony szczekanie ich psów, to czujesz się raczej bezpiecznie. Tak samo było tamtego dnia. Do czasu, gdy wataha tych psów odłączyła się od owiec i ruszyła w moją stronę, a młody pasterz próbujący je dogonić, został za nimi daleko w tyle. Czy takie psy są groźne? Z założenia mają odstraszać wilki i niedźwiedzie… Słyszałem o nich już wcześniej i byłem świadomy, że zdarzały się w Rumuni pogryzienia turystów na szlakach, dlatego w mojej kieszeni były przygotowane na taką okazje petardy hukowe. Zadziałało rewelacyjnie, nie wyrządzając nikomu krzywdy.
Choroba wysokościowa
W Polsce raczej Ci się nie przydarzy, ponieważ – przynajmniej oficjalnie – zaczyna występować po przekroczeniu 2500 m n.p.m., a jak zapewne wiesz w naszym kraju na tej wysokości znajduje się tylko mały kawałek skały.
Jednak, podczas zagranicznych wycieczek o przekroczenie tej „magicznej” bariery nietrudno. Bez problemu na znacznie większe wysokości można wjechać kolejką górską, samochodem czy zwyczajnym pociągiem, nie mówiąc już o wyciągach narciarskich. Gdy pojawi się u Ciebie zmęczenie – nie spowodowane wysiłkiem -, bóle głowy, zaburzenia żołądkowo-jelitowe i problemy z snem to wiedź, że warto zwolnić.
Mnie osobiście taka przypadłość nigdy nie spotkała, ale zaskoczyła jednego z moich znajomych podczas trekkingu po Chile, pomimo, że kompletnie nic na to nie wskazywało. Kuba – bo tak miał na imię – podróżował po tym kraju od kilku dni i wydawało mu się, że jego organizm zdążył się już zaaklimatyzować. Wybrał się więc wraz z grupką europejskich turystów na zorganizowany trekking. Jako, że jest osobą sprawną i dobrze mu się tego dnia szło, postanowił narzucić sobie trochę szybsze tempo, zostawiając grupkę emerytów za plecami. Wspominał mi, że tego dnia czuł się naprawdę dobrze, aż zaskakująco dobrze. Gdy tu nagle, całkowicie niespodziewanie przy wysokości zbliżającej się do 4 tys m n.p.m zrobiło mu się ciemno przed oczami, na szczęście miało to miejsce na szerokiej drodze.
Totalnie go odcięło. Stracił równowagę i orientację. Jedyne co pamięta z tamtej chwili, to świadomość że kładzie się na ziemi w miejscu w którym stał. Po kilku minutach dotarła do niego reszta grupy, która przesunęła go z trasy na bok. Po kilku kolejnych minutach zaczął odzyskiwać wzrok i powoli wracać do równowagi. Posiedział w tym miejscu jeszcze półgodziny i spokojnym tempem wszyscy mogli kontynuować trekking. Strach pomyśleć jakie opłakane skutki może mieć podobna sytuacja na wąskiej ścieżce prowadzącej po stromym zboczu.
Andora to państwo ulokowane dość wysoko w Pirenejach. Na zdjęciu podest do którego można podjechać autem znajdujący się na wysokości 2 tys. m n.p.m czyli udając się na „spacer” na okoliczne szczyty możemy zachorować na tą przypadłość.
Czym są spowodowane wysokogórskie przypadłości? Ciśnieniem atmosferycznym. Czym wyższa wysokość tym niżesz ciśnienie, a te powoduje zaburzenia składu mieszanki powietrza, co ostatecznie powoduje ograniczenie w niej ilości tlenu. Gdy powoli wspinamy się – lub żyjemy – na wyższe wysokości to nasz organizm ma czas, aby z zmianą składu powietrza sobie poradzić. Dlatego większość czasu podczas himalajskich wypraw poświęca się na aklimatyzację w obozach rozłożonych na różnych wysokościach, a także wspinanie się trochę nad nie, aby z powrotem zejść do obozu w którym nocuje. Słyszałeś na pewno o osobach zdobywających najwyższe szczyty bez tlenu? Jest to możliwe, ale tylko po bardzo długim przygotowaniu wyjątkowo silnych organizmów.
Odżywanie w górach
Na ten temat poświęcam cały rozdział (serię postów) w książce zatytułowany „Kwestia smaku” ale to o czym warto wspomnieć w tym miejscu to to, że często przez kilka dni możesz nie mieć możliwości zdobycia czegokolwiek do zjedzenia. W Gruzji niejednokrotnie chodziłem po wsiach próbując coś kupić.
Dla samotnego wędrowcy
Jeżeli nie masz pojęcia po co ktoś miałby się wybierać samotnie w góry i to jeszcze gdzieś daleko poza granicami jego ojczystego kraju to zapraszam do lektury rozdziału „W swoim stylu – Samotne wędrówki”, a może się przekonasz.
Gruzja to wymarzona kraina dla każdego samotnego (choć nie tylko) wędrowcy. Monumentalizm Kaukaskich szczytów, dzikość przyrody i malutkie średniowieczne wioski pochowane w górach to coś czego zdjęcia nie oddadzą.
Kontakt z bliskimi
Przed wyruszeniem na mniej popularne trasy, czyli zwyczajnie wszystkie kilkudniowe, koniecznie powinieneś – lub powinniście – poinformować kogoś bliskiego o szczegółowym planie wprawy. Najlepiej, gdy ta osoba będzie znać języki obce, bo te umiejętności mogą okazać się kluczowe w sytuacji zagrożenia Twojego życia.
Planowany przebieg trasy i miejsca biwakowania można zaznaczyć na papierowej mapie albo w aplikacji Moje Mapy Google (przykład takiej trasy znajdziesz w poście na moim blogu „Święta w irańskich górach”) lub poprzez korzystanie z pinezek w aplikacji MAPS.ME (jak z nich korzystać, dowiesz się w rozdziale o aplikacjach). Następnie należy umówić się na SMS informujący o tym, że wszystko u Ciebie ok. Przynajmniej jedna wiadomość na dzień.
Ustal częstotliwość kontaktów
Wędrując po górach w Iranie, nie potrafiłem połączyć się z siecią aż przez 3 dni (jedno z powyższych zdjęć obrazuje sytuację) ! Na szczęście moja rodzina wiedziała, że dopiero po upływie 3 dni od ostatniej wiadomości powinni zacząć się przejmować. Będąc jednak szczerym samemu ze sobą, gdy w takiej sytuacji przydarzy nam się wypadek/napad/kontuzja, pozostaniemy zdani wyłącznie na siebie, dlatego tak ważna jest pokora i dobre przygotowanie.
Trzymaj się planu!
Oczywiście w takiej sytuacji kluczowe jest trzymanie się planu. Co z tego, że Twój brat ma na swoim biurku szczegółowy przebieg Twojej wyprawy, gdy już na samym początku stwierdziłeś, że tylko na chwilę zejdziesz z trasy, aby wykąpać się w rzece w dolinie 2 godziny drogi od zaplanowanego szlaku? Poślizgnąłeś się, skręciłeś kostkę, wpadłeś do rzeki, wylądowałeś spory kawałek dalej, na drugim brzegu i zalało Ci telefon. Nieciekawa sytuacja…
Możesz też w SMSach informować na bieżąco o zmianach planów. Dobrze, aby te informacje były gdzieś zapisywane, bo zwykle obcojęzyczne nazwy topograficzne, tak istotne w tej sytuacji, niełatwo zapadają w pamięć naszym bliskim.
Kilka zdjęć z rodzinnego albumu na zachętę
W wcześniejszym akapicie nawiązuję do samotnych wędrowców, dlatego dla równowagi w tym chciałbym zachęcić do rodzinnych górskich wędrówek w Alpy i inne piękne góry, aby zarażać kolejne pokolenia głodem przygody!
Gdy w rodzinie pojawiają się dzieci to nie koniec przygód, a dopiero początek największej z nich!
Czy warto wybrać się w Pireneje (góry na granicy hiszpańsko-francuskiej)? Jeśli podziwiasz obiekty wpisane na listę UNESCO i kochasz górskie szczyty to OBOWIĄZKOWO. Dolomity to nie tylko najpiękniejsze góry, ale także bardzo rodzinne.W włoskich Dolomitach nie trzeba się nachodzić, aby móc podziwiać zapierające dech widoki. Idealne dla osób starszych i rodzin z dziećmi. Dwu godzinny spacerek i taka nagroda – posiłek w schronisku pośród górskich szczytów.Słowenia to najbardziej niedoceniany kraj w Europie. Na zdjęciu najwyżej położona droga w Europie. Wypad za miasto – Słowenia.Góry to nie tylko szczyty. W Słowenii takie kaniony to standard 🙂Najpiękniejsze miejsce na Ziemi jakie dotychczas odkryłem, i miałem to szczęście, że odkryłem je z bliskimi.
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Podziękowania dla Adama Maraska z TOPR za pomoc przy rozbudowie tego rozdziału oraz za udostępnienie historii ze swoich akcji ratunkowych.
Adam Marasek – ratownik i starszy instruktor ratownictwa TOPR, wieloletni zastępca naczelnika TOPR, Przewodnik Tatrzański I klasy, Przewodnik wysokogórski IVBV, Instruktor Narciarski PZN, Instruktor Narciarstwa Wysokogórskiego PZA.
Bardzo zapracowany twórca treści z tematyki bezpieczeństwa w Tatrach jako: autor cotygodniowej kroniki TOPR dostępnej na stronie www.topr.pl/organizacja-topr/archiwum/. Od lat współpracuje z licznymi czasopismami min. „Taternikiem”, „Wierchami”, „ Tatrami” czy „Tygodnikiem Podhalańskim”.
Możesz wybrać się z Panem Adamem na tatrzańskie szczyty – Gerlach, Lodowy, Wysoka, Kiezmarski – lub spotkać na licznych prelekcjach, szkoleniach lawinowych i skitourowych.
GŁÓWNYM POWODEM, DLA KTÓREGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ W CAŁOŚCI TEN ROZDZIAŁ KSIĄŻKI (podzielony na Rajzyblogu na kilka artykułów), JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE ZAGROŻEŃ, Z JAKIMI MOŻESZ SPOTKAĆ SIĘ W GÓRACH.
Wiatr Wędrując po górach, zwykle zwracamy uwagę na wiatr jako zagrożenie tylko w kontekście łamanych gałęzi nad naszymi głowami lub przewracanych drzew. W Tatrach oczywiście spadające gałęzie stanowią zagrożenie, ale wiatr może być jeszcze bardziej niebezpieczny. Halny pędzący w porywach z prędkością przekraczającą 140 km/h najzwyczajniej w świecie może nas zdmuchnąć ze szlaku prosto w przepaść. W Beskidach czy Bieszczadach takie zagrożenie nie występuje, dlatego nawet o tym nie myślimy.
Wieje mocny wiatr? Zrezygnuj z takich tras. Boisz się ekspozycji? Zrezygnuj z takich tras. Na zdjęciu Orla Perć.
Lęk przed ekspozycją Jeżeli masz lęk wysokości lub przestrzeni, to hasło „ekspozycja” na szlaku powinno być Ci doskonale znane, ponieważ to jest to, czego powinieneś unikać. Trasa eksponowana to taka, która przebiega nad przepaściami, po półkach skalnych itp., czyli wymaga od nas pewnej odwagi i zaufania do samego siebie. Jeśli na myśl o wysokościach zaczyna Ci się kręcić w głowie, to eksponowanych szlaków unikaj jak ognia. Przejście po drabince bez zabezpieczenia np. na Orlej Perci może Cię zablokować.
„Letni” śnieg na szlaku W Tatrach zdarza się, że nawet w środku lata jesteśmy zmuszeni przejść przez płat śniegu. Zimą, gdy śniegu się spodziewamy, to zabieramy odpowiedni sprzęt (np. raki) – latem postępują tak jedynie bardziej doświadczeni wędrowcy – oraz czytelnicy Rajzyfiber. A powinni wszyscy, którzy odwiedzają wyżej ulokowane szlaki.
Niestety latem, gdy przypadkowi turyści traktują biały płat śniegu jako ciekawostkę – scenerię do zdjęć – ich czujność przygasa i może to doprowadzić w najlepszym wypadku do drobnej kontuzji, w najgorszym do tragedii. Nawet najmniejszy płat śniegu może być powodem wezwania ratowników, jeżeli się na nim poślizgniemy, a o to nie trudno – raki mile widziane. Niedopuszczalne jest zjeżdżanie na takim płacie śniegu, ponieważ nie mamy pewności, że przylega on solidnie do podłoża, a nikt nie chciałby ześlizgnąć się wraz z nim z stromego zbocza prosto w przepaść.
Dla zobrazowania „letniego” śniegu na szlakach zdjęcia wykonane 8 lipca 2021 na Orlej Perci w okolicy Koziej Przełęczy.
Słońce Zwracałem na to uwagę w rozdziale poświęconym ogólnym zasadom bezpieczeństwa w górach, ale w tym miejscu należy to powtórzyć. Słoneczna pogoda, bezchmurne niebo w Tatrach mogą stanowić ogromne niebezpieczeństwo, ponieważ na wyższych szlakach nie znajdziemy nigdzie cienia. Wędrując przez kilka godzin eksponowanymi trasami, możemy naprawdę solidnie się „podpiec”. Okulary przeciwsłoneczne z filtrem UV, krem z filtrem, nakrycie głowy i zasłonkę na kark zarówno latem, jak i zimą powinniśmy zaliczać do wyposażenia podstawowego.
Burze Podczas wędrówki nawet po niskich górach burze zawsze stanowią bezpośrednie zagrożenie życia. W Tatrach zagrożenie to nawet wzrasta, ponieważ znajdujemy się bliżej chmur, nierzadko w bezpośrednim sąsiedztwie metalowych lin czy drabinek. Obszerny artykuł na temat burz w górach znajdziesz tutaj.
Lawin O lawinach piszę obszernie kilka akapitów niżej ponieważ tatrzańskie zasługują na osobną sekcję
Jesteś młody, ruszasz w góry – pomyśl o rodzicach
Niewiele młodych osób ciągnie w Beskidy. To nie są najwyższe, najdziksze, najpopularniejsze, najlepsze na insta góry. Mój brat też jest dobrym przykładem potwierdzającym tę tezę. Raz w życiu, na moje 17. urodziny, udało mi się wyciągnąć go na wspólną wędrówkę po górach – po Beskidach – którą przez długi czas wspominał jako coś baaaardzo nudnego. Jeden, jedyny wspólny wypad w góry w całym naszym życiu, aż tu nagle pewnego dnia w wieku dwudziestu kilku lat zakochał się w Tatrach. I tak mu zostało. To jego wielka – niestety zbyt późno odkryta – prawdziwa miłość.
Zaskakująco wiele młodych osób chcących poczuć niezależność i sprawdzić swoje siły wyrusza w Tatry. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby podeszli do takiego wyjazdu odpowiedzialnie. Jak się dowiedziałem, ratownicy TOPR często muszą rozmawiać z ich rodzicami. Dlaczego? Nie tylko w sytuacjach, gdy wydarzy się jakieś nieszczęście, ale nawet gdy padnie bateria, albo w młodym człowieku włączy się tryb DOROSŁOŚĆ – nie mylić z trybem odpowiedzialność. Taki młody człowiek nie pozostawiając żadnych informacji rodzicom o celu podróży, regionie czy nawet kraju, rusza w trasę. Często wiedzą oni tylko tyle, że pojechał w góry. Gdzieś w góry. Jeśli nie ma z nimi kontaktu przez długi czas – kilka dni – rodzice nie mając innych pomysłów, dzwonią do TOPR w nadziei, że się czegoś dowiedzą. Podobno jest to bardzo standardowa sytuacja.
Trasa na Morskie Oko
Co może wydarzyć się podczas drogi na lub z Morskiego Oka? Pewnie pomyślisz, że niewiele, właściwie to nic niebezpiecznego. Też tak myślałem, ale okazuje się, że całkiem sporo. Sytuacje te dotyczą:
Kondycji i zdrowia Dużo osób – w porównaniu do innych tras – na tej asfaltowej drodze opada z sił, a nawet ma zawały serca! Nie dlatego, że występuje tam magiczny trójkąt tatrzański – na wzór tego bermudzkiego – ale dlatego, że trasa ta cieszy się tak ogromną popularnością, że wiele osób uważa ją za drogę dla każdego, także bez przygotowania.
Myślisz „chcę wyskoczyć w Tatry” i pierwsze, co przychodzi Ci do głowy, to Morskie Oko – bo pewnie każdy tam kiedyś był. Niestety, jeśli całe dnie siedzimy na kanapie i naszą największą aktywnością jest wjechanie ruchomymi schodami na wyższe piętro galerii handlowej, to ta trasa może nas „zniszczyć”. Doskonale pamiętam, jak za dzieciaka podczas wycieczek szkolnych nauczyciele, a nawet rówieśnicy, męczyli się niemiłosiernie. Osoby, które systematycznie się ruszają, potraktują tę trasę jako trochę cięższy spacer, a osoby zasiedziałe, jak wyzwanie ponad siły.
Stawów i mięśni Długie asfaltowe zejście w nieodpowiednich butach może nam nieźle zniszczyć stopy. Bardzo męczy psychikę, a jeszcze bardziej mięśnie i stawy. Skręcenia kostek, uszkodzenia stawów, potłuczenia podczas poślizgnięć, to wszystko się zdarza na tej trasie. W chłodniejsze dni wiosną czy jesienią nietrudno tutaj na asfalcie znaleźć jeszcze śnieg lub niespodziewane oblodzenie.
Tłumów Wybrałeś się ze swoją pociechą pieszo na Morskie Oko. Gratulacje, postawa godna pochwalenia i wybór idealny. Jednak gdy Twoja kondycja zostaje w tyle za wytrzymałością przedszkolaka, to już po chwili nieuwagi możecie się rozdzielić i nieszczęście gotowe. Tłumy przy schronisku przy Morskim Oku też stwarzają takie samo zagrożenie – zgubienia swojej pociechy. Nie ma zbyt wielu miejsc w górach, gdzie tak łatwo zgubić się w tłumie, jak na tej trasie.
Lawin Tak dobrze przeczytałeś. Trasa na Morskie Oko prowadzi przez obszary zagrożone zejściem lawin. Zawsze o tym pamiętaj, że nawet idąc tutaj w tłumie turystów, nigdy nie możesz czuć się w pełni bezpiecznie.
Które szczyty w Tatrach mają ponad 8 tysięcy ? (Photo by Piotr Musioł on Unsplash)
Ośmiotysięczniki w Tatrach
Na początek pytanie: Ile w Tatrach znajduje się ośmiotysięczników?
Nie przewijaj od razu w dół. Zastanów się i udziel odpowiedzi.
Jeśli odpowiedziałeś, że żaden, to miałeś rację, ale jeśli odpowiedziałeś, że sporo, to też miałeś rację. Jak to możliwe?
Odpowiedź należałoby zacząć od „to zależy”, ponieważ to pytanie nie doprecyzowuje 8000 czego? Metrów, a może stóp – to w nich mierzy się wysokość w Wielkiej Brytanii i jej byłych koloniach. Pasjonaci gór marzą o zdobyciu Wielkiej Korony Tatr. Składa się na nią 14 szczytów, których wysokość przekracza 8 tys. stóp angielskich i które od kolejnego najbliższego najwyższego szczytu oddziela przynajmniej 100-metrowa przełęcz. „Naszych” 14 najwyższych szczytów nawiązuje tym samym do Korony Himalajów. Mowa o 14 najwyższych szczytach na naszej planecie, których wysokość przekracza wcześniej wspomniane 8 tys. – jednak w tym przypadku metrów. Po polskiej stronie granicy nie znajduje się żaden szczyt z Wielkiej Korony Tatr, ale mamy 2 ośmiotysięczniki. Pierwszy z nich to oczywiście nasz najwyższy szczyt, czyli Rysy (8199 stóp), a drugi, zmierzony ostatnio w 2018 roku na dokładnie 2438,58 m, to Mięguszowiecki Szczyt (8000,6 stopy).
Warto zobaczyć
Przygotowując materiały do tej książki, sporo czytałem. Przyznam się, że bardzo lubię czytać i staram się to robić w każdej wolnej chwili. Co pewien czas staram się też sprawdzać w innych źródłach informacje zawarte w książkach. Chcę się upewnić dla czystego sumienia, że informacje te są rzetelne. Tak było i tym razem.
Przeglądając kilka książek – tytułów świadomie nie zamieszczam – oraz masę stron internetowych, natrafiłem na dziwne liczby. Doprecyzowując, mam na myśli nieprawidłowe wartości po przeliczeniu z metrów na stopy – w nawiązaniu do Korony Tatr.
Po podstawieniu pod wzór „wysokość w metrach”/0,3048 otrzymujemy wysokość podaną w stopach. No i tu zaczynają się schody. W wielu źródłach pojawiają się dokładnie te same błędne wartości, jak gdyby ktoś raz popełnił błąd i go rozpowszechnił. A następnie nikt później już tego nie sprawdził. Gerlach ma 2655 m czyli według mnie 8711, a w wielu publikacjach pojawia się wartość 8743 stóp
Poniżej zamieszczam czołówkę listy szczytów Korony Tatr z oficjalną wysokością podaną w metrach powszechnie publikowaną w stopach oraz moją poprawkę.
Gerlach – 2655 m ?? 8743 stóp / według mnie 8711, Łomnica – 2634 m n.p.m., czyli 8642 stóp, Lodowy Szczyt – 2627 m n.p.m, czyli 8619 stóp, Durny Szczyt – 2623 m n.p.m, czyli 8606 stóp,
Jeśli wiesz coś więcej na ten temat, jeśli znalazłeś błąd w moich obliczeniach, albo znasz przyczynę, dlaczego te wartości się różnią, daj mi proszę znać.
I w tej książce (serii postów) też prawdopodobnie znajduje się wiele błędów, choć mam nadzieję, że są to tylko literówki, które zawsze „muszą” się znaleźć. Jednak jeśli znajdziesz jakieś błędy merytoryczne, to proszę daj mi znać, aby kolejna wersja Rajzyfiber oraz jej wydanie internetowe w formie Rajzybloga tych błędów nie zawierały – o literówkach też możesz dać znać.
Zimą okulary to konieczność! Następnym razem ich nie zapomnę, bo dopisuję do Rajzylisty. Dolina Pięciu Stawów Polskich.
Lawiny oraz zimowe wprawy w Tatry
Jak już zdążyłem wspomnieć w obszerniejszym rozdziale dedykowanym zimowym wyprawom w Beskidy – koniecznie go przeczytaj, ponieważ ten punkt stanowi dla niego tylko uzupełnienie – z zagrożeniem lawinowym możemy się spotkać od Bieszczad, aż po Sudety, jednak najczęściej występują one w Tatrach. Z informacji, które można przeczytać na stronie TOPR, wynika, że od 1909 roku na obszarze Tatr Polskich zarejestrowano 250 przypadków zasypania zwałami śniegu, podczas których niestety aż 90 osób nie udało się uratować. Jeżeli obawiasz się lawin – jak każdy zimowy wędrowca przebywający na terenie ich występowania – przed wyruszeniem w trasę, zapoznaj się z komunikatami TOPR i GOPR dotyczącymi regionu, w który się wybierasz.
WAŻNE !!!
Najważniejszą informację jaką powinieneś zapamiętać na temat lawin to, że w Tatrach najwięcej wypadków przydarza się przy II stopniu zagrożenia lawinowego, a w Alpach przy III-cim. Bierze się to stąd, że sporo osób uznaje II stopień za niegroźny, przy którym nic nie powinno się wydarzyć. Nie lekceważ go i nie ryzykuj swojego życia.
W Tatrach nie ogłasza się V stopnia! Przy tym stopniu zagrożone są całe doliny i położone w nich miejscowości. Dlatego III stopień to już niemal najwyższy z ogłaszanych, a nie tylko środkowy, jakby mogło się wydawać.
Warto także zapoznać się z informacjami dostępnymi na YouTube w cyklu przygotowanym przez TOPR „Akademia Górska TOPR„ oraz na kanale „Kursy Lawinowe” (lista filmów – kursylawinowe.pl/poradylawinowe/) – kanały bardzo mało popularne, jednak o ogromnej wartości merytorycznej. Oczywiście żaden film czy najlepsza książka nie zastąpią profesjonalnego kursu lawinowego!
Jeżeli uczestniczyłeś w szkoleniach lawinowych lub z zakresu zimowej turystyki, to możesz śmiało przeskoczyć do kolejnego rozdziału, a jeśli jeszcze w nich nie brałeś udziału, to bardzo solidnie przemyśl, czy aby na pewno powinieneś wybrać się w Tatry zimą.
Jeżeli jesteś zdecydowany na zimowe wyjście w Tatry, to po zapoznaniu się z komunikatem na stronie TOPR warto zainwestować w odpowiedni podstawowy sprzęt, jakim są raki! Nie raczki! Warto pomyśleć także o rakietach śnieżnych – o nich więcej w rozdziale dedykowanym Beskidom zimą, bo właśnie w tych górach warto je wypróbować. Czekan i liny bez profesjonalnego szkolenia na nic Ci się nie przydadzą.
W Tatry tylko w rakach, a nie w raczkach !!!
Pan Adam prosił, aby bardzo wyraźnie podkreślić, że raczki są przydatne tylko na bardzo łatwe wycieczki w niestromym terenie. Nie nadają się do wchodzenia gdziekolwiek indziej jak po płaskich dolinach!
„Problem w tym , że wiele osób zimą chodzi w raczkach w trudnym terenie i przy oblodzeniu. Taki sprzęt dobry jest zimą do chodzenia po Dolinkach Reglowych (Doliny Białego, Doliny Strążyskiej, Doliny za Bramką, Ku Dziurze) a, i to nie zawsze. Prawdopodobnie stąd się bierze przekonanie wśród turystów, że można ich używać np. w wejściu na Rysy, Chłopka itp. [coś w stylu „dać palec, a turyści bezmyślnie potraktują to jak zgodę na całą rękę” i będą ich używać wszędzie – red.]. W TOPR-ze śmiejemy się, że raczki są dobre zimą na Krupówki, ale nie wyżej” – słowa Pana Adama.
Pokrywa śnieżna jest na ogół dobrze związana i stabilna. Należy zachować szczególną ostrożność na stokach bardzo stromych* lub ekstremalnych*. Pierwszy stopień to już informacja o możliwym zagrożeniu, nie lekceważ go! Wyzwolenie lawiny jest na ogół możliwe jedynie przy dużym obciążeniu dodatkowym** w nielicznych miejscach na bardzo stromych* lub ekstremalnych stokach*. Możliwe jest samoistne schodzenie małych*** i średnich lawin***.
Stopień 2
Częściowo niekorzystne warunki Stopień zagrożenia: UMIARKOWANY
Pokrywa śnieżna jest na ogół związana dobrze, ale na niektórych stromych stokach* jest związana umiarkowanie. Poruszanie się wymaga umiejętności oceny lokalnego zagrożenia lawinowego, odpowiedniego wyboru trasy oraz zachowania elementarnych środków bezpieczeństwa na wszystkich stromych stokach*, a szczególnie na wskazanych w komunikacie lawinowym, jako niekorzystnych pod względem wystawy lub wysokości.
Wyzwolenie lawiny jest możliwe przeważnie przy dużym obciążeniu dodatkowym**, szczególnie na stromych stokach* wskazanych w komunikacie lawinowym. Samoistne zejście bardzo dużych lawin*** jest mało prawdopodobne.[Uwaga autora – NAJWIĘCEJ OSÓB POSZKODOWANYCH W TATRZAŃSKICH LAWINACH JEST WŁAŚNIE PRZY TYM STOPNIU ZAGROŻENIA – NIE LEKCEWAŻ GO]
Stopień 3
Warunki w znacznej mierze niekorzystne Stopień zagrożenia: ZNACZNY BARDZO NIEBEZPIECZNIE
Pokrywa śnieżna na wielu stromych stokach* jest związana umiarkowanie bądź słabo. Poruszanie się wymaga bardzo dużego doświadczenia i umiejętności oraz posiadania bardzo dużej zdolności do oceny lokalnego zagrożenia lawinowego. Należy unikać stromych stoków*, szczególnie wskazanych w komunikacie lawinowym, jako niekorzystnych pod względem wystawy lub wysokości.
Konieczne jest zachowanie elementarnych środków bezpieczeństwa. Wyzwolenie lawiny jest możliwe nawet przy małym obciążeniu dodatkowym**, w szczególności na stromych stokach* wskazanych w komunikacie lawinowym. W pewnych sytuacjach duże***, a w nielicznych przypadkach także bardzo duże lawiny*** mogą schodzić samoistnie
Stopień 4
Warunki zdecydowanie niekorzystne Stopień zagrożenia: WYSOKI
Pokrywa śnieżna na większości stromych stoków* jest słabo związana. Zaleca się zaniechanie wszelkich wyjść w teren wysokogórski. Należy pozostawać w granicach umiarkowanie stromych stoków* oraz brać pod uwagę zasięg lawin z wyżej położonych stoków.
Wyzwolenie lawiny jest prawdopodobne nawet przy małym obciążeniu dodatkowym** na wielu stromych stokach*. W niektórych przypadkach należy spodziewać się licznych samoistnych dużych, a często bardzo dużych lawin.
Stopień 5
Warunki skrajnie niekorzystne (sytuacja katastrofalna) Stopień zagrożenia: BARDZO WYSOKI
Pokrywa śnieżna jest słabo związana i dalece niestabilna.
Zaleca się zaniechanie wszelkich wyjść w góry i pozostanie w obszarach nieobjętych zasięgiem zagrożenia lawinowego.
Należy spodziewać się schodzenia licznych samoistnych bardzo dużych*** i często ekstremalnie dużych lawin*** nawet na umiarkowanie stromych stokach*.
W Polsce ten stopień nie jest ogłaszany.
Wyjaśnienia
*Ogólne wskazówki na temat stoków, na których występuje tendencja do schodzenia lawin, może zawierać komunikat lawinowy (np. wysokości bezwzględne, wystawa stoków, formy terenu).
teren średnio stromy: stoki o nachyleniu mniejszym niż 30 stopni
teren stromy: stoki o nachyleniu równym lub większym niż 30 stopni
*Ogólne wskazówki na temat stoków, na których występuje tendencja do schodzenia lawin, może zawierać komunikat lawinowy (np. wysokości bezwzględne, wystawa stoków, formy terenu).
teren średnio stromy: stoki o nachyleniu mniejszym niż 30 stopni
teren stromy: stoki o nachyleniu równym lub większym niż 30 stopni
teren ekstremalny, bardzo stromy: obszar o nachyleniu większym niż 40 stopni lub szczególnie niekorzystny ze względu na rzeźbę terenu, pokrycie, bliskość grzbietu
**Obciążenie dodatkowe
małe: np. pojedynczy narciarz/snowboardzista jadący płynnie bez upadków, mała grupa (2–4 osoby) narciarzy / osób poruszających się na nartach lub na rakietach zachowująca należyte odstępy odciążające (minimum 15 m), pojedynczy piechur/wspinacz poruszający się na nartach lub rakietach
duże: np. pojedynczy piechur/wspinacz, mała grupa narciarzy / osób poruszających się na nartach lub na rakietach śnieżnych niezachowująca należytych odstępów odciążających, duża grupa narciarzy / osób poruszających się na rakietach (5 i więcej osób), dynamicznie zjeżdżający narciarz/snowboarder, skuter śnieżny, ratrak.
Historia raków i czekanów
Najstarsze sanie wykorzystywane przez ludzi do ślizgania się po śniegu, które udało nam się znaleźć, mają już ok. 9 tysięcy lat i pochodzą z północnej Europy. Najstarsze łyżwy do ślizgania się po lodzie to wynalazek Finów mający już 5 tysięcy lat – w Finlandii jest 187 888 jezior, więc naprawdę ich potrzebowali.
Pierwsze udokumentowane raki – tym razem uniemożliwiające ślizganie się – powstały w 1818 r podnóża Mount Blanc we wsi Courmayeur i były dziełem rolniczej kuźni braci Grivel. Pierwsi Alpiniści pasjonaci chcąc wspiąć się na ten najwyższy szczyt, wędrowali w okolicy tego warsztatu. We wcześniej wspomnianym roku, ktoś w końcu wpadł na pomysł, jak ułatwić sobie życie, i poprosił kowali, aby do skórzanej podeszwy butów zamontowali stalowe gwoździe. I tak narodziły się pierwsze raki. W podobnym okresie poproszono braci Grivel o wykłucie pierwszych czekanów, ułatwiających pracę poszukiwaczom kryształów górskich.
Raki, jakie znamy dzisiaj, to także dzieło warsztatu Grivelów, ale są projektu Oskara Eckensteina, który wpadł na pomysł, aby wykorzystać do ich produkcji stal pochodzącą z szyn kolejowych kładzionych w bardzo mroźnych obszarach naszego globu. 12-zębowe raki powstały w 1929 roku. Było to dzieło następnego pokolenia rodziny Grivelów – Laurenta Grivela.
Firma Grivel funkcjonuje do dziś i produkuje szeroki asortyment dla turystyki górskiej. Informacje zawarte w tym tekście pochodzą z jej oficjalnej strony, a także off.sport.pl i książki „1001 wynalazków, które zmieniły świat” pod redakcją Jack Challonera.
***Klasyfikacja wielkości lawin
Rozmiar
Nazwa
Klasyfikacja toru lawiny
Potencjalne szkody
Typowa długość i objętość lawin
1
zsuw
przemieszczenie śniegu z minimalnym zagrożeniem zasypania (głównie możliwość spowodowania upadku)
stosunkowo mało niebezpieczny dla ludzi
długość lawiny <50 m, objętość <100 m3
2
mała
osiąga koniec stoku
może zasypać, zranić lub zabić człowieka
długość lawiny <100 m, objętość <1000 m3
3
średnia
osiąga płaskie części doliny (o nachyleniu znacznie poniżej 30°) na dystansie poniżej 50 m
może zasypać, zniszczyć samochód osobowy, uszkodzić ciężarówkę, może zburzyć mały budynek, połamać pojedyncze drzewa
długość lawiny <1000 m, objętość <10 000 m3
4
duża
osiąga płaskie części doliny (o nachyleniu znacznie poniżej 30°) na dystansie powyżej 50 m i może osiągnąć dno doliny
może zasypać i zniszczyć dużą ciężarówkę, pociąg, może niszczyć kilka budynków i fragmenty lasu
długość lawiny w granicach 1–2 km, objętość <100 000 m3
5
bardzo duża
osiąga dno dolin, największe znane lawiny
może dokonywać znaczących zmian w krajobrazie, możliwe katastrofalne zniszczenia
długość lawiny około 3 km, objętość >100 000 m3
Samorzutne schodzenie lawin: lawiny powstałe bez udziału człowieka
Wystawa: kierunek kompasu zgodny z linią spadku stoku
Najlepszym podsumowaniem tej części książki są słowa przypisywane do szwajcara Wernera Muntera, uznawane za najwybitniejszego eksperta zajmującego się lawinami:
„Fachowcu od lawin pamiętaj, że lawina nie wie, że jesteś fachowcem”.
Werner Munter
Chcesz wesprzeć osoby, które w swojej pracy często ryzykują życie, aby pomagać w górach innym? WESPRZYJ FINANSOWO FUNDACJE TOPR i GOPR !!! Więcej informacji znajdziesz na stronach: fundacja.gopr.pl i fundacja.topr.pl.
I Ty możesz rozmową uratować komuś życie
Wbrew temu co wielu osobom się wydaje, aby uratować komuś życie nie trzeba ryzykować własnego albo odważać się na jakieś heroiczne czyny niczym z filmów o superbohaterach. Wystarczy oddać krew, szpik kostny, zgłosić dziurę w drodze szybkiego ruchu czy przekazywać nagrania z niebezpiecznymi zachowania piratów drogowych na przejściach do pieszych. Te zachowania nie wymagają z naszej strony nawet najmniejsze odwagi – chyba, że boisz się igieł -, tak samo jak spotkanym na szlaku „turystom” przestrzeganie przed podążania w niebezpieczne regiony gór. Pisze te słowa ponieważ wielokrotnie spotykałem osoby, kompletnie nie przygotowane na panujące warunki – tak samo latem jak i zimą. Podobna sytuacja miała miejsce 2 tygodnie temu podczas mojej ostatniej wędrówki po tatrzańskich dolinach.
Z pamiętnika wędrowcy Jest styczeń2022 w Tatrach ogłoszono III stopień zagrożenia lawinowego. Miałem w planach wędrówkę na Kasprowy Wierch, ale po telefonicznej rozmowie z pracownikiem TOPR zdecydowałem się na spacer po dolinach. Po kilku bardzo przyjemnych godzinach spokojnego marszu schodząc z przełęczy Iwanickiej zauważyłem, że grupka 7 młodych osób – na oko studentów – obrała żółty szlak prowadzący z Schroniska na Hali Ornak do doliny Chochołowskiej. Rano odwiedziłem tą dolinę i widziałem początek tego szlaku, który nie był przez nikogo przetarty – tym samym szczególnie niebezpieczny -, a do tego wszystkiego prowadził przez obszar zagrożony zejściem lawin o czym informowały liczne tablice. Dlatego postanowiłem do nich zagadać i odradzić im tamtą drogę, bo nie wyglądali na doświadczonych wspinaczy. Pierwsza osoba, która prowadziła grupę wprost na przywitanie powiedziała, że są przygotowani, bo na 7 osób aż dwie – pierwsze – posiadają raczki. 3 osoby z tej paczki nie miały nawet spodni tylko termobieliznę i wysoko podciągnięte wełniane skarpetki. Jakby tego było mało dwóch nie miało czapek, a dwie inne szły w letnich butach sportowych. Śniegu było ponad kolana, ale nikt z nich nie założonych stuptutów, pomimo, że dwie pierwsze z ekipy miały przypięte je do plecaków.
Moim zdaniem, każdy kto mija grupkę turystów wybierający niebezpieczny szlak powinien do nich zagadać i zwrócić im uwagę na panujące zagrożenia. Jeżeli nie wszyscy zawrócą to przynajmniej może nam się uda przemówić do rozsądku tym najmniej doświadczonym i zmotywowanym na osiągnięciu celu członkom ekipy, którzy idą z resztą tylko tak przy okazji – aby nie siedzieć samemu cały dzień w apartamencie – mogącym nie być w pełni świadomym zagrożeń, na które będą wystawieni.
Z kroniki TOPR – Dron ratuje życie trójki turystów
Piątek 21.01.2022, o godz. 17.20 poprzez aplikację „Ratunek” powiadomiono Centralę TOPR, że w rejonie Kopy Kondrackiej utknęło 3 turystów. Po wezwaniu pomocy padły im telefony, tak, że nie było z nimi dalszej łączności. Warunki panujące w górach były tak trudne, że pierwszej ekipie ratunkowej nie udało się do nich dotrzeć. Po 23-ciej ratownicy z pierwszej grupy dotarli do schroniska na Kondratowej, z którego później wyjechali z zadaniem dostarczenia dronem turystom pakietów grzewczych i płachty biwakowej – co na szczęście udało się w jednej z kilku prób. Ta nowatorska w Tatrach akcja tym razem powiodła się i pozwoliła oczekującym na pomoc turystom przetrwać do czasu przybycia ratowników.
Ponieważ ze względu na panujące i prognozowane warunki nie można było użyć śmigłowca na Kondratową celem dotarcia do turystów po 5.30 wyruszyli podzieleni na grupy kolejni ratownicy. Idąc na nartach, a w wywianych ze śniegu miejscach w rakach, po 11.20 ratownicy z pierwszej grupy dotarli do turystów. Gdyby nie dostarczenie dronem pakietów grzewczych i płacht biwakowych turyści mogliby nie doczekać na ratowników, gdyż sami nie byli odpowiednio wyposażeni na warunki w jakich wędrowali. Tylko dzięki determinacji, umiejętnościom ratowników i technologii udało się turystów uratować. Niech to zdarzenie będzie przestrogą dla innych turystów, którzy nie bacząc na panujące warunki wybierają się w Tatry. Pamiętajcie, że nie zawsze uda się Wam zadzwonić po pomoc, nie zawsze i nie za każdą cenę (własnego życia) ratownicy będą w stanie dotrzeć na czas i nie zawsze po Was przyleci śmigłowiec.
Powyższy akapit to streszczenie opisu akcji w całości dostępnego na stronie www.topr.pl artykułu pod tytułem „KRONIKA TOPR 23.01.2022 „ .
Małe dzieci, alkohol i brak butów Zagrożenie zdrowia, a w niektórych przypadkach i życia może występować nie tylko na wysokogórskich trasach ale także w dolinach. Pierwsze, chyba najbardziej oczywiste zagrożenie to lawiny, które tak się składa, że schodzą właśnie z wysokich gór aż do dolin, kojarzonych przez ogół społeczeństwa za bezpieczne miejsca – trasa na Morskie Oko, dolina Chochołowska czy Pięciu Stawów to tylko przykłady lokalizacji z zagrożeniem schodzenia lawin o czym więcej w kolejnym akapicie.
Pomijając tony pędzącego z ogromnym impetem z stromych zboczy śniegu, zagrożenie stwarza także niska temperatura połączona z ludzką głupotą. Bardzo wielką nieodpowiedzialnością jest ciągnięcie kilkumiesięcznych dzieci w sankach – jeszcze większa w wózkach – na kilkugodzinne spacery tatrzańskimi dolinami. Byłem świadkiem jak takie „ciepło otulone” maluchy trzęsły się z zimna. Rodzić, który ciągnie sanki w przeciwieństwie do malucha jest w ciągłym ruchu, więc inaczej odczuwa panującą temperaturę.
Ludzie w adidaskach, bez czapek czy z alkoholem w ręku to także nie są rzadkie widoki w dolinach, zatłoczonych nawet zima niczym Krupówki – zresztą ubranych tak jakby się na nie wybierali. Nie będę krytykował górskiego „morsowania” bo na to szkoda moich słów.
Najbardziej ekstremalnie idiotyczną – przepraszam za to słowo ale inne nie pasowało do kontekstu – zimową tatrzańską historią o jakiej słyszałem, była ta gdy to pewien turysta postanowił zdjąć buty na szlaku, ponieważ był przekonany, że w skarpetkach będzie się mnie ślizgał. Głupio? Ale to nie koniec, bo te buty ostatecznie zgubił i finalnie był zmuszony wezwać pomoc!!! Chciałbym zobaczyć miny tych ratowników, którzy go zobaczyli stojącego na śniegu w samych skarpetkach i usłyszeli, że tak się jakoś złożyło, że podczas wędrówki zgubił swoje buty. Aż samo pcha mi się na język zdanie, autorstwa Alberta Einestana „Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej.”
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Twoja opinia
Informujemy, iż w celu optymalizacji treści dostępnych w naszym serwisie, dostosowania ich do Państwa indywidualnych potrzeb korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Dalsze korzystanie z naszego serwisu internetowego, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje stosowanie plików cookies.