Święta w irańskich górach

W tym poście opisuję drugi dzień wyprawy po górach, dlatego jeśli jesteś zainteresowany tym co było wcześniej (schodowa wioska, prezent zamiast bomby…) zapraszam do wcześniejszego posta, link znajdziesz poniżej.

zobacz też: Masluleh – niezwykła górska wioska.

Pełna trasa wyprawy jest zaprezentowana na multimedialnej poniższej mapie.

Dzień 8 Tajemnicza wioska

W takim miejscu wiatr wieje od rana do zmroku

Po przespanej bardzo wietrzniej nocy, sporo czasu zajęło mi złożenie namiotu bo i poranek w takim miejscu należy do bardzo wietrznych. Schowałem namiot choć muszę przyznać, że łatwo nie było. Po mniej więcej 4 godzinach wędrówki zostało mi 10 proc baterii w telefonie, tym samym nastała pora aby gdzieś znaleźć prąd (niestety pod kamieniami go nie było). Wokół mnie same wysuszone słońcem góry, brak roślin i według GPS do najbliższej wioski jeszcze pół dnia drogi. Na nieszczęście zapomniałem wyłączyć mój awaryjny telefon (Samsung Solid) gdy ostatnim razem sprawdzałem czy przynajmniej on łapie zasięg. Telefon starszej generacji powinien wytrzymać co najmniej tydzień pracy na baterii ale w sytuacji gdy pracuje poza zasięgiem to potrafi zużyć cały zapas energii w kilka godzin. Już oczami wyobraźni widziałem jak moja mama przeżywa brak kontaktu z mojej strony, przez kilka dni z rzędu….

Na szczęście ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu usłyszałem dobrze mi znane dźwięki ceremonialne. Udałem się czym prędzej w tamto miejsce z ładowarką w ręku i przeżyłem najciekawsze 3 godziny w moim życiu.

Trafiłem do wioski gdzie mieszka zwykle 20 osób. Jak mieszkają to dowiedziałem się gdy zostałem zaproszony do jednego z domów gdzie udostępniono mi gniazdko aby podładować powerbank. Po chwili okazało si, że dziś jest jakby ichszejsze Boże Narodzenie. Wielkie święto, więc całe rodziny pozjeżdżały się na stare śmiecie odwiedzić dziadków. Po 20 min do domu w którym siedziałem przyleciał pewien nastolatek, jedyna osoba która znała angielski. W ten sposób poznałem mojego przewodnika / tłumacza na następne 3 godziny wyprawy.

Dziś (niedziela) jest koniec najważniejszego święta muzułmańskiego, a to co widzę (filmy) to poranne uroczystości. Zwracam uwagę, że oni się nie ranią. Islam ponoć zabrania sprawiania sobie i innym bólu.

Ja robiłem zdjęcia uroczystości, a wszyscy wokoło nakręcali mnie. Bylem (podobno) pierwszym turystom w historii tej wioski!! Nikt nie pamięta nikogo innego. Zresztą nawet na drodze nieliczne samochody się zatrzymywali tylko po to aby zrobić sobie ze mną zdjęcie!

Przepraszam za ilość, krótki filmików jednak słowa nie opiszą tego jak to naprawdę wyglądało. Nawet zdjęcia nie oddadzą klimatu tego czego byłem świadkiem.

Po głównym punkcie ceremonii czyli odcięciu głowy baranka przyszła pora na spalenie „kukieł” po czym wszyscy udaliśmy się na pyszny obiad do meczetu. W tym miejscu muszę się przyznać, że niestety nie widziałem jak dokonano tego ceremonialnego „mordu” bo akurat chłopak mnie zagadał i odwróciłem wzrok. Że baranka nie ma już z nami wśród żywych zorientowałem się dopiero gdy po drodze do meczetu zauważyłem kałuże krwi i jego odciętą głowę. Niby się tego spodziewałem bo przecież w jakim innym celu ciągnięto go na początku przemarszu za sznurek, ale i tak trochę się zaskoczyłem. Krwi sporo, ale to i tak nic w porównaniu do tego co miałem zobaczyć za 2 dni w stolicy Azerbejdżanu Baku (o czym później). Wracając do meczetu…. Zanim podano nam jedzenie siedzieliśmy sobie w nim dobrą godzinę dlatego mogę podejrzewać, że jeszcze nie tak dawno temu nasz obiad maszerował sobie z nami. Jedzenie było na tyle smaczne, a ludzie gościnni, że drugą porcje spakowali mi na wynos w pudełku. Proponowali mi jeszcze kilka innych rzeczy ale już naprawdę nie mieściły mi się w plecaku.

Warto przeczytać

Jeżeli dla kogoś szybkie ceremonialne zabicie zwierzęcia, podchodzi pod wielkie okrucieństwo (a jestem przekonany, że dla części czytelników tam będzie) to przypominam, w jakich warunkach z powodu Wigilii Bożego Narodzenia transportowane i „torturowane” są nasze karpie. Więcej na temat świadomego podróżowania i otwartości na inne kultury piszę w książce Rajzyfiber, którą możesz pobrać z tej strony Rajzyfiber czyli o świadomym bezpiecznym podróżowaniu i sztuce pakowania plecaka.


Nie taka stara wioska?

Co bystrzejsza osoba może, dostrzec na filmach, że ta wioska wygląda na stosunkowo nową i do tego wybudowaną na bardzo nieurodzajnym trenie. Jeśli ktoś docieka dlaczego miejscowi w ostatnich latach mieliby się w tej okolicy osiedlać to już tłumaczę. Ludzi nie wybudowali sobie tych kilku nowych domów w tym miejscu z powodów wypoczynkowych, handlowych, turystycznych ale z powodu klęski żywiołowej. Kilka kilometrów dalej (współrzędne 37°14’10.4″N 48°50’48.7″E ) gdzie podjechałem samochodem z tym nastolatkiem i jego tatą, nad przepaścią i zieloną „oazą w dolince” znajdują się opuszczone o wiele liczniejsze i starsze zabudowania. Mieszkańcy tej osady wyprowadzili się kilka lat temu po trzęsieniu ziemi gdy cała wioska zaczęła „wędrować” po zboczu i pojawiły się w gruncie szczeliny. Część mieszkańców wybudowała się zaledwie kilometr od starszej osady (powstało tam nowoczesne osiedle domków jednorodzinnych na pustyni), a pozostali Ci bardziej odludni trochę dalej.

Opuszczona osada z powodu osuwania się gruntu

Co za niezwykłe przeżycie, wręcz magiczne. Być światkiem takich prawdziwych uroczystości nie dotkniętych jeszcze wirusem komercji. Czysta tradycja. Zero turystyki.

Mój przewodnik, uczeń technikum i jego tata, którzy przyjechali do wioski na święta.

Po kolejnych kilku godzinach wędrówki docierałem do jednego z nielicznych punktów orientacyjnych na mapach w moim telefonie czyli do większego skrzyżowania dróg, a to w takich regionach zwykle oznacza przynajmniej kilka domków i jakiś sklep. Sklep jest wyjątkowo istotny, bo co prawda zapas jedzenia mam jeszcze spory, ale woda w takim klimacie znika dość szybko.


No to na skuter

Nim dotarłem do skrzyżowania to na jednym z punktów widokowych na trasie spotkałem 3 mężczyzn, a przy nich zaparkowany samochód i skuter. Tradycyjnie już poproszono mnie do zrobienia sobie z nimi wszystkimi kilku zdjęć. Tym razem jednak te zdjęcia przypominały te pozowane gdy uściskasz rękę prezydenta na jakimś wiecu. Kto był kim w tej scence? Nie wiem, ale jeden nich przypominał trochę sołtysa podziwiającego z góry swoją wieś.

Aby mi się odwdzięczyć za „modeling” starszy pan wskoczył na skuter i zasugerował aby się do niego przyłączył. Po skuterowych przygodach w Wietnamie taki transport w 2 osoby nawet z ogromnym plecakiem na małym skuterki nie wydawał mi się niczym niebezpiecznym, dlatego zdecydowałem się skorzystać z zaproszenia. Przejazd drogą przebieg bardzo sprawnie jednak gdy zjechaliśmy do wioski i mknęliśmy po wąskich chodnikach to kilkukrotnie amortyzatory pojazdu nie sprostały naszej masie i trochę nas obiło. Przejażdżka skuterem to zawsze miłe urozmaicenie spaceru więc przewietrzony i delikatnie naładowany adrenaliną grzecznie podziękowałem udając się w dalszą drogę.

Dom jak dom, jednak jak na górską wioskę to prezentował się okazale.

Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu wioska ta okazała się małym miasteczkiem z bardzo ładnymi nowoczesnymi otynkowanymi (co nie jest standardem w ciepłych krajach) domkami jednorodzinnymi. Mogę przypuszczać, że przynajmniej część z nich została wybudowana przez młodych ludzi, którzy się dorobili w miastach i czasem wracają w swoje rodzinne strony.

Gdy dotarłem do pierwszego (przypuszczalnie jedynego) sklepu zaopatrzyłem się w wodę i kilka lodów na drogę. Standardowo mój spacer przez miasto stał się wydarzeniem bo podbiegło do mnie kilkoro dzieciaków, które mi towarzyszyły podczas dalszej wędrówki, a dorośli zagadywali i robili sobie zdjęcia.

Zbliżał się wieczór więc jak co dzień przyszła pora na obowiązkowe zadanie czyli znalezienie bezpiecznego noclegu poza miastem. Gdy tylko minąłem ostatnie zabudowania dostrzegłem, że za miastem rozciąga się zaskakująco zielona dolinka. Niezbyt długa i szeroka (może na 100 metrów w najszerszym punkcie) ale wystarczająca aby się w niej niepostrzeżenie rozbić. Szybko zorientowałem się, że przez jej środek przepływa strumyk dzięki, któremu jest tutaj aż tak zielono. Zdecydowałem, że rozbiję się jak najbliżej jego brzegu.

Nauczony doświadczeniami z wcześniejszych podróży wiedziałem, że kluczem aby spokojnie spędzić tą noc będzie rozbić namiot w taki sposób aby nie był widoczny z drogi (spiąć 3 lata wcześniej w namiocie na parkingu pod Amsterdamem, zaliczyłem już przygodę z pijaną młodzieżą). Nigdy nie wiadomo też czy kierowcy mogliby zgłosić właścicielowi fakt, że ktoś koczuje na jego działce (teren gdzie się rozbiłem był ogrodzony siatką). Drugie zagrożenie to zwierzęta. Nie obawiałem się tych dzikich ponieważ w okolicy widziałem zbyt wiele swobodnie pasących się zwierząt hodowlanych ale co do bezdomnych psów to już pewności nie miałem. Zresztą nawet samotne krowy stanowiły jakieś drobne zagrożenie bo mogłyby przejść nocą przez strumyk i mnie przypadkowo zdeptać. W sadzie jak to w sadzie nie było problemu z znalezieniem suchych gałęzi to też w bezpiecznej odległości od namiotu, rzeki i drzew rozpaliłem sobie niezbyt duże ognisko.

Wieczór minęła bardzo spokojnie, a dźwięki pobliskiego strumyka szumem wody szeptały mi kołysankę do ucha. Po dwóch dniach wspinaczki po wysuszonym krajobrazie nocleg ten przypominał spanie w saharyjskiej oazie.

Poranny widok na dolinkę w której spędziłem ostatnią noc.

Dziewiąty dzień wyprawy po Bliskim Wschodzie

Jak co rano wstałem, spakowałem swoje rzeczy czym prędzej aby nikt mnie nie zauważył. Wilgotne powietrze z strumyka przyczyniło się do powstania przyjemnej porannej mgiełki, która z kolei niestety skutkowało osadzeniem się kropelek rosy na tropiku. Polak to zawsze znajdzie powód aby ponarzekać. Gdy namiot by już przypięty do plecaka w taki sposób aby mógł wyschnąć na moich plecach podczas wędrówki, pora na śniadaniem. Standardowo smacznie i pożywnie Nutella z bananem zawinięta w pieczywko. Na szczęście ognisko które rozpaliłem przed spaniem jeszcze się nie wypaliło więc mogłem sobie na spokojnie te placki chlebowe podgrzać resztkami żaru. Uzyskałem w ten sposób coś w stylu chrupkich naleśników z Nutellą i bananem na ciepło. Kto by pomyślał o takim wręcz hotelowym śniadaniu na takim odludziu.

W kolejnej wiosce już standardowo. Idę sobie, a tu ludzie zagadka i pytają czy mogą sobie zrobić ze mną zdjęcie. Potem symboliczny uścisk dłoni i kilka fotek. Sam nie do końca wiem po co. Ale dalej takie zachowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem jednym z pierwszych – jeśli nie pierwszym – zagranicznym turystą w tej okolicy. Co ciekawe domy po południowej stronie gór przypominają te które znamy z filmów o bliskim wschodzie. Z tej okolicy w wilgotnych dolinach – do złudzenia przypominają naszą zabudowę. Ładne, standardowe, otynkowany czyste i zadbane.


Z głową w chmurach

Wędrując wyżej, po 3 godzinach wspinaczki dostrzegłem chmury zawieszone na szczytach gór. Miałem nadzieję, że w nie choć na chwilę wejdę i dadzą mi odrobinę ulgę w tą upalną pogodę. Trzeba uważać o czym się marzy bo marzenia czasem się spełniają. Te chmury towarzyszyły mi już przez kolejne 36 godzin aż do opuszczenia kraju. Chmury, które zatrzymały się na szczytach to nic innego jak mgła, w tym przypadku bardzo gęsta mgła. Początkowo traktowałem to jak bardzo przyjemne odświeżenie i orzeźwienie ale po kilku godzinach chodzenia w mgle można zapomnieć o suchym skrawku ubrania. Już dawno nie czułem takiej wilgotności, silnego wiatru i zimna. Tego dnia rozpoczynałem wędrówkę właściwie po pustyni, na zegarku dopiero południe, a ja już mam obawy czy przypadkiem nie przemarznę …

Niestety jako, że większość dalszej część trasy przebyłem w gęstej niczym mleko mgle nie zrobiłem żadnych zdjęć. Jednak abyś mógł zobaczyć to czego ja wtedy zobaczyć nie mogłem i bardzo się zaskoczyć jak prezentuje się ta okolica wystarczy, że w Zdjęciach Google wpiszesz Olesbelangah bo to nazwa okolicy do której dotarłem.

(Autor zdjecia @MustSeeIran) Te zielone, góry to naprawdę w dalszym ciągu Iran, a nie Alpejskie widoczki.

Ja niestety z powodu tej gęstej mgły dopiero po powrocie do Polski dowiedziałem się w jak atrakcyjnej i zaskakującej okolicy spacerowałem. Jednak wracając do opowieści…

Z krajobrazu pustynnych gór nagle przeobraziły się one w zielone pastwiska. Na tej podstawię mogłem wnioskować, że mgła jest tutaj stałym lokatorem. Wilgotny front z nad Morza Kaspijskiego systematycznie sprowadzał na okolicę opady. Po drodze mijam kilka osad pasterskich i coraz liczniejsze samochody. Co któryś się zatrzymuje i pasażerowie pytają po angielsku czy niczego mi nie potrzeba. Zawsze odmawiam. Choć na dwa jabłka się skusiłem i byłyby to najlepszej owoce jakie kiedykolwiek jadłem. Wysiłek robi swoje.

Gdy ok godziny 14 dotarłem do przełęczy zaczęło się schodzenie. Według mapy pozostało mi jeszcze jakieś 50km asfaltem do najbliższego miasta pośród zielonych lasów. Oby nie w mgle – pomyślałem.

Po kolejnej godzinie w mgle spotkałem parę irańczyków, którzy poprosili mnie o zrobienie im zdjęcia. Wow. W końcu nie ja na pierwszym planie. Oczywiście na drugim zdjęciu miałem już być ja.

Sympatyczna parka, z którą spędziłem kilka godzin i przejechałem kilkadziesiąt kilometrów.

Tą parą okazało się małżeństwo. Wykładowca uniwersytecki ekonomi i pielęgniarka w szpitalu. Sporo pogadaliśmy. Zaproponowali mi podwózkę i obiad. Z powodu fatalnej pogody nie miało sensu odmawiać. Zatrzymaliśmy się w pobliskiej restauracji. Jeszcze nigdy tak szybko nie zjadłem obiadu. Niby miałem pół plecaka jedzenia ale co ciepły kebab to ciepły kebab.

Po obiedzie za który oczywiście nie pozwolili mi zapłacić zaproponowali, że może podrzucą mnie do Raszt i znajdą dla mnie tani hotel. Czemu nie. W deszczu nie ma sensu chodzić po górach, a z prognozy którą mi pokazali wynika, że padać będzie do końca tygodnia. W ten sposób będę dwa dni do przodu w stosunku do planu. Zjeżdżając niżej samochodem nie mogłem uwierzyć swoim oczom. Zielone zbocza, gęsty las, krajobraz niczym wycięty z naszych Beskidów, choć może szczyty trochę wyższe.

Czy to Beskidy, Tatry? Nie to północny Iran

Po dotarciu do miasta para znalazła dla mnie tani nocleg. Pierwszy strzał 60 euro. Trochę dużo jak na autostopowicza. Drugi już trafny bo niecałe 50 zł w samym centrum. Co prawda warunki tragiczne ale o tym napiszę Ci później.

Nie często podczas podróży naprawdę się boję i czuję że jestem w czarnej …. Ale tak wyglądała sytuacja gdy wkroczyłem do Azerbejdżanu. Historią niczym z rosyjskiego horroru podzielę się z Tobą już wkrótce w kolejnym poście (który jak tylko napisze podepnę w tym miejscu)

Masluleh – niezwykła górska wioska

W jaki sposób dotarłem do tej miejscowości i dlaczego wybrałem ją jeżdżąc palcem po mapie dowiesz się wcześniejszego posta (który, gdy tylko napiszę podepnę w tym miejscu).

Poniżej mapa całej trasy trekingu w irańskich górach.


Wioska niczym ryżowe tarasy

Miejscowość Masluleh została wybudowana na stromym zboczu prawdopodobnie już przed 1000 lat na wysokości 1000 m n.p.m. Jej rozpiętość w pionie to aż 100m i jest zamieszkiwana oficjalnie przez odrobinę ponad pół tysiąca osób.

Będąc na miejscu okazało się, że jest to bardzo popularny punkt irańskiej turystyki ponieważ liczba odwiedzających wielokrotnie przewyższała liczbę mieszkańców.

Dlaczego Ci wszyscy ludzie tutaj przyjeżdżają ?

Jak zobaczycie na poniższych zdjęciach strome zbocze wymusiło na mieszkańcach budowanie domostw w dość oryginalny sposób. Tutaj jest aż tak stromo, że dach każdego budynku jest „ogródkiem” tego wybudowanego wyżej. I kolejny, kolejnego….

Miejscowość Masluleh

Dzisiaj niefortunnie wypadło święto narodowe z okazji jutrzejszego jednego z dwóch najważniejszych świat w religii islamskiej. Nigdy bym nie uwierzy czego jutro zostanę przypadkowym świadkiem. Tyle krwi jeszcze nie wiedziałem na żywo ale o tym w dalszej części.

Niestety niczym Biedronka w niedziele niehandlową tak i tutaj informacja turystyczna była zamknięta. Nie dobrze, bo nie kupiłem sobie wcześniej mapy. Nawet w tutejszych hotelach nie posiadali map górskich tego regionu, a jedynie bezwartościowe ulotki. Jak się później okazało, po powrocie do Polski znalazłem w internecie informacje, że część gór w tym kraju nie została jeszcze szczegółowo opisana. To wyjaśniałoby dlaczego znalezienie mapy tych gór zwyczajnie nie było możliwe. Nie widząc jeszcze o tym fakcie zapytałem kilka osób gdzie taką mapę mogę zdobyć. Po kilku próbach natrafiłem dopiero na kogoś kto zna angielski. Była to młoda irańska turystka, bardzo chętna mi pomóc.


Dom / wioska, która czyni szalonym

Czy kojarzycie poniższą ilustrację?

Już wiem skąd autor komiksów czerpał inspiracje 🙂

Jest to kadr z bajki „12 prac Asteriksa”. Nasz główny bohater wraz z Obeliksem weszli do „domu, który czyni szalonym” aby załatwić pewną sprawę. Problem polegał jednak na tym, że cały czas byli przekierowywani z jednego okienka do innego. Każde okienko było na innym piętrze, a ludzie którzy tam pracowali sami nie za wiele wiedzieli. Dlaczego do tego nawiązuje ? Ponieważ poszukiwanie mapy w tym mieście wyglądało identycznie!

Biegałem z dziewczyną po całym miasteczku. Raz w górę, a raz w dół. Od jednego domku do kolejnego i tak bez przerwy. Na początku poszukiwaliśmy jednego mieszkańca, który uważany jest tutaj przez wszystkich za jakiegoś nieoficjalnego „wodza” wioski (sympatyczny pan z poniższej fotografii ).

Wszystkowiedzący artysta

Po rozmowie z nim dostałem kilka propozycji wynajęcia przewodnika za kilkaset złotych na wyprawę na pobliski szczyt (8h w każdą stronę). Podziękowałem grzecznie i powtórzyłem, że jestem gotowy spędzić w górach trzy, a może i 4 dni na samotnej wędrówce.

Bardzo odradzano mi taką wędrówkę, tak samo jak w każdym innym miejscu gdy zrezygnowałem z usługi lokalnego przewodnika. Później wraz z nowo poznaną koleżanką odwiedziliśmy jeszcze kilka domków. Los chciał, że każdy z nich znajdował się zawsze na drugim końcu osady. Można było oszaleć niczym w wcześniej przytoczonej kreskówce.

No to w drogę

Po półtorej godziny takiej zabawy w „podchody” z mieszkańcami spojrzeliśmy sobie w twarz z dziewczyną i się roześmialiśmy. Mieliśmy już tego zwyczajnie dość. Ja biegałem z 20kg plecakiem, cały czas po schodach, a ona zamiast spędzać czas z swoją rodziną to mi towarzyszyła. Wiedzieliśmy, że nic więcej nie uda nam się wskórać, a jedynie będziemy odsyłani do innych osób, które chcą zarobić albo, które nic nie wiedzą. Odpuściliśmy.

Po tej wspólnej przygodzie trochę się poznaliśmy dlatego wymieniliśmy się profilami na Instagramie. to co zaskakujące w tym kraju, zwykle gdy kogoś poznawałem wymienialiśmy się Instagramem. Niezależnie od wieku każdy ma konto w tej aplikacji gdy u nas jej popularność dopiero się rozkręcała.

Przed wyruszeniem w góry potrzebowałem zdobyć zapasy wody i witamin na drogę. W plecaku miałem już zapakowanych 11 placków chlebowych zakupionych bezpośrednio w piekarni w Isfahan, kilogram bakaliowej mieszanki studenckiej i słoik nutelli. Pozostaje kwestia wody i bananów. Bez problemu kupiłem jedną kiść od bardzo wiekowego właściciela lokalnego sklepiku. Gdyby długość paznokci, liczba zmarszczek i braki w uzębieniu przeliczały się bezpośrednio na wiek właściciela to pewnie byłby on już…. nieśmiertelny. Co ciekawe w lodówce z napojami stały energy drinki polskiego producenta. Gdy dowiedział się, że pochodzę z Polski wypowiedział kilka zdań z uśmiechem na twarzy, których nie zrozumiałem. Próbował mi też sprzedać połowę swojego sklepu ale grzecznie odmówiłem i wyszedłem.

Dopiero po wyjściu uświadomiłem sobie, że za 6 bananów zapłaciłem po przeliczeniu jakieś 20zł. Trochę drogo jak na kraj w którym na ulicach rosną palmy, choć przyznam, że nie mam zielonego pojęcia ile ta przyjemność kosztuje tutaj normalnie.

Witaj przygodo

Zapasy uzupełnione więc pora coś zjeść i przygotować się do drogi. Jeszcze tylko ostatnie selfie…. Plan w wielkim skrócie. 100km drogą pieszo przez góry i nocowanie w namiocie. Zapas na trasę to 4.5 l wody, 11 plackowatych chlebów, Nutella, dżem marchewkowy i orzechy.


Nie ma problemów, są wyzwania i prezenty

Wyzwania? Brak mapy, szlaków turystycznych i tylko jedna prawidłowa droga przez góry. To są tak mało zaludnienie i słabo odwiedzane tereny, że nawet mapy z GPS są wyjątkowo skromne. W gruncie rzeczy jedna droga wystarczy więc w drogę…

Jedyna droga w góry z Masluleh prowadziła – jak się łatwo zresztą domyśleć – w górę przez kilka kolejnych kilometrów. Początkowo asfaltowa, po chwili rozjechana gruntowa aby kolejnego dnia zamienić się niemalże w piaszczystą. Z Google Map i Maps.me wynikało, że ta kręta droga przeprowadzi mnie przez wysokie (4 tys. metrów wysokości) góry. Przez kolejny dzień nie powinienem natrafić na żadne osady ludzkie. Jeśli nigdzie nie skręcę to może cały i zdrowy wyląduje po wilgotnej stronie pasma.

Podczas pierwszej przerwy obiadowej (placek + banan + nutella) minął mnie jeden samochód.

Po 15 minutach przejechał ponownie obok mnie ale tym razem się zatrzymał. Trochę się zaskoczyłem o co może chodzić. Czy komuś może przeszkadzać moja samotna wędrówka? Kierowca wysiadł i mi pomachał. Podszedł do bagażnika i coś z niego wyciągnął. Może karabin, bombę albo sztylet (z jakiegoś dziwnego powodu to były pierwsze rzeczy o których pomyślałem)?

Trochę się pomyliłem bo było to pudełko z słodką pastą z szafranu! Dla niewtajemniczonych dodam, że szafran jest najdroższa przyprawą na świecie bardzo popularną w tym kraju. Irańczycy go uwielbiają. Zdarza się, że w domach popijają sobie herbatki szafranową zaparzoną tylko na tej złocistej przyprawie.

Pasta z szafranem przypomina konsystencją skrystalizowany miód, a smakiem …. No cóż, nie jadłem do tej pory nic podobnego do czego można by ją porównać. Pierwsze trzy dni stanowiła dla mnie wielki przysmak ale po dodawaniu jej w takiej ilości jak na zdjęciu do każdego placka, po tym czasie miałem jej serdecznie dość.

Okazało się, że w taki wyjątkowy dzień czyli w wigilię święta Id Al Adha (Kurban Bajram) jedzenie nie jest ludzkie tylko boskie i należy nim się dzielić (pisałem o tym święcie wcześniej i o darmowym jedzeniu w meczetach). Od kilku dni, codziennie wieczorami jadałem w innym meczecie – każdy w ten sposób celebruje to święto –  ale nie spodziewałem się, że ta tradycja znajdzie mnie nawet w górach. Pozytywnie.

Czym wyżej tym okolica bardziej wysuszona, a kolor zielony z czasem zaczął należeć do tych zapomnianych odcieni na palecie barw krajobrazu.

W kolejnym poście, (który znajdziesz pod linkiem poniżej) opisuję jak w górskich wioskach, które próżno szukać na mapach obchodzi się tradycyjnie święto Kurban Bajram. Uprzedzam, że będzie krwawo, jednak na zachętę dodam, że zamieszczę kilka filmów z tych uroczystości.

zobacz też: Święta w irańskich górach

Stara strona

Bardzo się cieszę, że zawitałeś na mojej stronie internetowej – w jej nowym wydaniu.

Niestety, jako że wszystko wymaga czasu, bo przecież nie od razu i Rzym zbudowano, jestem dopiero w trakcie jej uzupełniania.

Jeżeli poszukujesz postów, które znasz z jej wcześniejszej odsłowny i nie potrafisz ich znaleźć w tym miejscu to możesz cofnąć się w czasie. Odwiedź starszą wersję strony pod tym linkiem.

Zamknij