Strona w rozbudowie
Miesiąc: styczeń 2020
Odnawiamy taras
Zasada MGDL
czyli weź sprawy w swoje ręce.
Jak wiele potrzeba aby zmienić świat na lepsze? Tego nie wiele, ale wiemy, że od czegoś trzeba zacząć. Dlatego w myśl zasady MGDL:
Myśl Globalnie – Działaj Lokalnie !!!!
Co można zrobić z taką przestrzenią za oknami sali naszych dzieci?
Mamy kwiecień 2023, wiosna trwa więc pora zagospodarować trochę podwórka dla naszych dzieci.



Tak wyglądały dwa weekendy:


A po kilku dniach i zaangażowaniu kilku rodziców można zrobić coś takiego:



A finalnie:


Myślę, że komentarz jest tutaj zbędny.
POWODZENIA, bo jest jeszcze wiele tarasów, placów zabaw do wyremontowania.
Wszyscy rodzice i majsterkowicze ŁĄCZCIE SIŁY!!!
Czy strach jeździ starą Ładą ???
Ten post jest inny niż większość pozostałych. Nie zamieszczę w nim zbyt wielu fotografii, ciekawostek czy porad. To będzie jeden długi tekst wypełniony emocjami, strachem i radością. Było strasznie i strasznie fajnie, nawet zarobiłem 50zł (choć nie chciałem). Ten dzień pomimo, że w mało atrakcyjnym miejscu być może będę pamiętał najdłużej z całej tej wyprawy. To opis jednego z tych dni, w których tyle się dzieje, że aż nie mogą być prawdziwe. A jednak, ta przygoda wydarzyła się naprawdę…
Z pamiętnika podróżnika:
Dzień 10. Pożegnanie z Iranem
zobacz też: Przygoda w górach i dotarcie do Raszt
Dzień wcześniejszy zakończyłem przemęczony, przemoczony po kilkudniowym trekkingu w takim stanie, że nawet nie miałem siły ponarzekać na warunki jakie zastałem w Raszt.(link do opisu dnia wcześniejszego znajdziesz w powyższym boksie) Gdy rano obudziłem się w najgorszym hostelu w jakim przyszło mi spać od razu zacząłem się pakować. Zapłaciłem za te 4 ściany (a tak naprawdę jedną ścianę bo z dwóch stron okna i z trzeciej zabite drzwi do innego pokoju w którymś ktoś pół nocy gadał) 35 zł plus 9zł za możliwość skorzystania z prysznica (!). Było tak brudno, że na parterze znalazłem karalucha, a sam właściciel do ubikacji wchodził w masce (serio!). Szkoda o tym gadać. Dokończyłem słoik nutelli, który został mi z gór i wyszedłem w stronę wylotówki z miasta.


Stopem do Azerbejdżanu
Już 1km od centrum zacząłem łapać stopa. Pięciu pierwszych kierowców zaczynało rozmowę od pieniędzy, więc… szybko odjeżdżali gdy dowiedzieli się, że nie chce zapłacić. Oczywiście nie była to płynna rozmowa bo nie znaliśmy wspólnego języka. Ale zawsze jakość wychodziło na jaw o co im chodzi, bo przecież jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
Z kolejnym kierowcą też pogadać się nie dało, choć przejechaliśmy razem aż 50 km. Gdy miał zjeżdżać z drogi szybkiego ruchu w inną stronę niż potrzebowałem to, zatrzymał się pod mostem. Dzięki niemu nie musiał łapać kolejnego pojazdu w deszczu, choć i tak byłem już przemoknięty do suchej nitki. Szło opornie bo znowu szło o kasę. Aż dziwne bo wcześniej w tym kraju nie przydarzyło mi się nic podobnego. Najwidoczniej północny Iran to już inni ludzie. Może dlatego, że pada, albo, że mają psy, a może dlatego że jedzą ryby (na pustyni ich nie było). Kto wie?
Po chwili podszedł do mnie mężczyzna z zaparkowanego nieopodal samochodu. Nie był poliglotą jednak skutecznie się ze mną dogadał swoim łamany angielskim. I już za to należy mu się pochwała, patrząc na inne poranne doświadczenia z kierowcami. Powiedziałem mu o co chodzi, więc teraz to on zaczął łapać stopa dla mnie. Dziwny motyw.
Niestety bez sukcesów. Więc zaprosił mnie do swojego auta. Odjechaliśmy trochę od głównej drogi bo musiał odwiedzić swój sklep, który prowadził w małym mieście nieopodal gór z których wczoraj zszedłem. Po drodze nie rozumiejąc idei autostopu spytał się mnie dlaczego nie chce płacić za przejazdy. Jako, że jego angielski był słaby to aby nie komplikować nam obu życia, skłamałem, że jestem studentem.
50zł na drogę?
Gdy dotarliśmy do jego sklepu z metalowymi elementami zaprosił mnie do środka. Korzystają z translatora dowiedziałem się, że chce w nim spędzić następne 2 h i ruszyć dalej. Odpowiedziałem mu, że nie mam aż tyle czasu. W takim razie to on – tym razem skutecznie – załatwił mi kolejny transport i wręczył 50 zł na drogę. Odmówiłem – bo przecież nie z powodu braku gotówki jeżdżę stopem – o czym on nie wiedział. Podziękowałem grzecznie i starałem się wytłumaczyć, że nie potrzebuje. Wtedy on uparcie włożył mi te pieniądze do dłoni i ją zamknął, urywając dyskusję. Bardzo nie lubię takich sytuacji bo nie o to mi przecież chodzi aby brać cokolwiek więcej od pomagających mi ludzi niż samą podwózkę.
Ludzie dobrej woli
Kilka lat wcześniej miałem podobną ale poruszającą sytuację w Rumuni. Gdy to bardzo wiekowy kierowca w swoim starym rozsypującym się samochodzie po podrzuceniu mnie kilka kilometrów też postanowił wesprzeć mnie finansowo. Bardzo prawdopodobne, że był to najuboższy i najstarszy z kierowców, z jakim miałem przyjemność podróżować. Jestem też przekonany, że te kilkanaście złotych, które mi tak uparcie wręczył stanowiły dla niego nie mały wydatek. Co robić w takiej sytuacji? Można się kłócić i nie przyjąć tych pieniędzy tym samym „urazić” dobroczyńcę, lub zabrać je i wręczyć po drodze komuś potrzebującemu. Na szczęście świat jest pełen ludzi dobrej woli, którzy sami niewiele posiadając chcą też pomagać innym. Ludzie potrzebują tego aby czuć się potrzebni i mieć świadomość, że są zwyczajnie dobrymi osobami. To nas uszczęśliwia. Tylko czy my mieszkańcy Zachodu nie zapomnieliśmy o tym ….
Po chwili okazało się, że na tych 50 zł się nie skończyło, bo dał jeszcze jakieś pieniądze jego koledze który mnie podwiózł dalej. Podrzucił mnie do miasta oddalonego o ok 40 km. Tam znalazł dla mnie kolejny transport i przekazał kierowcy kasę. Ten kierowca w kolejnym mieście zrobił dokładnie to samo i w ten sposób znalazłem się nieopodal granicy. „Łańcuszek pomocy” w tym wypadku nabiera całkowicie innego znaczenia.
Po spacerze w deszczu przez pół miasta zjadłem na szybko jednego z najlepszych kebabów jakiego kiedykolwiek jadłem i dotarłem do przejścia granicznego.

Przekroczenie granicy
Mówiłem już, że Irańczycy są bardzo uśmiechniętymi ludźmi? Do tego wyluzowanymi i pomocnymi?. Jakby mi ktoś powiedział, że na jakiejkolwiek granicy będę sobie luźno gadał i żartował z celnikami to bym nie uwierzył. A tam tak było. Gdy dowiedzieli się, że jestem z Polski podszedł do mnie jeden młodszy celnik i podał mi rękę. Dziwne, pierwszy raz witam się z celnikiem jakby był moim starym kumplem. Potem przyłączył się drugi i wymieniliśmy kilka miłych zdań. Poopowiadali mi kawy! Bardzo wyraźnie dało się odczuć, że mają nadmiar czas. Kazali mi usiąść i zaczekać bo zaraz jeden z nich miał wrócić z formularzem, który muszę uzupełnić przed opuszczeniem kraju. Po chwili okazało się, że nie ja będę musiał pisać tylko celnik mnie w tym wyręczy. Naprawdę byłem zaszokowany tą „obsługą”. Było naprawdę zabawnie gdy trzeba było przetłumaczyć na perski moje dane do kwestionariusza. Bo jak zapisać po Persku Grzegorz ? Ale daliśmy radę.
Opuściłem granice po stronie irańskiej i znalazłem się na „ziemi niczyjej”. W myślach pożegnałem się z tym niezwykle gościnnym krajem. Byłem już zniecierpliwiony. Niewiele czytałem o Azerbejdżaninie, nie widziałem, żadnego wloga ani nie przeczytałem ani jednego bloga na jego temat. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Jedyne co utkwiło mi w pamięci po rzuceniu okiem na notatkę z przewodnika to fakt, że 100 lat temu eksportował ponad 50% światowej produkcji ropy. Dlatego Miałem cichą, nadzieję, że kolejny kraj do którego granic się zbliżałem, przyćmi swoim bogactwem wszystko to co do tej pory widziałem.
Dalej nie przejdziesz!
Zabawa zaczęła się już przy pierwszym okienku po stronie Azerbejdżanu. Celnik dostrzegł na mojej fotografii paszportowej chrostkę na brodzie, która znikła w naturalny sposób 7 lat temu. Czy taki drobiazg może być problemem? Odwiedziłem z tym paszportem większość krajów, które miałem przyjemność zwiedzać i to był pierwszy celnik, który nie potrafił się zdecydować czy ja to ja! I to mu tak bardzo dawało do myślenia, że po 10 minutach wpatrywania się we mnie wezwał swojego kolegę. Pomyślałem „na szczęście”. Jednak szybko się rozczarowałem.
Przez kolejne 15 minut miałem patrzeć się im prosto w oczy. Na zmianę. Raz jednemu, raz drugiemu i nie mogłem się uśmiechać. Jak to zrobić? Niby sytuacja poważna bo za chwilę mogłem utknąć na „ziemi niczyjej” bez aktualnej wizy do Iranu (ważna tylko na jeden wjazd), ale z drugiej strony dość zabawna. Ostatecznie pojawił się ich przełożony – którego też wezwali – i dopiero ten celnik wpadł na pomysł aby się mnie zapytać co to za kropka na zdjęciu. Czy to jest moje znamię, jakiś pieprzyk czy co? Odpowiedziałem, że to była chrostka i mnie puścili. Pół godziny przy jednym okienku!
Następnie kontrola bagażu tak jak na lotnisku. Kilka taśm do transportu bagażu, kilka okienek i kilkoro celników. Trochę czułem się zagubiony. Wszyscy pracownicy tego przejścia granicznego mijali mnie jakbym nie istniał. Niektórzy wręcz uciekali gdy chciałem do nich podejść z pytaniem. Dlatego ostatecznie informacji udzieliła mi Pani sprzątaczka. Dostrzegła, że stoję i że nie za bardzo wiem co z sobą robić więc podeszła i powiedział co dalej.
Sprawa z paszportem załatwiona, bagaż prześwietlony to najwyższa pora zjeść coś w zachodniej sieciówce. Już od rana towarzyszyła mi ta myśl, że skoro wjeżdżam do bardzo bogatego kraju to zjem jakieś niezdrowe rzeczy na miły początek kolejnego etapu podróży.
Jak zwierzę w kratce
Jakie wielkie spotkało mnie zaskoczenie gdy wychodząc na zewnątrz zamiast nowoczesnego miasta zobaczyłem jeszcze jedno okienko celnika i kraty wokoło. Za tymi kratami kilkudziesięciu mężczyzn wyglądających jak gangsterzy z jakiś posowieckich wiosek. Stare szare sweterki w romby, przykrótkie kurtki, obfite wąsy. Większość z sporymi bojlerami i wszyscy z papierosem w ręku. Nie takiego widoku się spodziewałem. Klimatu dreszczowca dodawała jeszcze pogoda. Chmury przysłoniły całe niebo z których od kilku dni w tej okolicy sączył się leniwie deszcz. Niezbyt liczne latarnie zamiast rozświetlać okolicę błagały cierpliwie, bez skutku o wymianę żarówek.
Przed samym wejściem na „miasto” musiałem pokazać paszport jeszcze raz. Jednak nie byłem już tego tak bardzo pewny, czy aby na pewno chcę wejść do tego miasta. Gdy ludzie za kratami mnie dojrzeli zaczęli coś krzyczeć w moją stronę. Ja wyciągam paszport i wręczam go celnikowi, a tu nagle za kratami budzi się do życia masa facetów. Powstało spore zamieszanie, niczym w filmie o zombi gdy to te stwory dostrzegają smakowitego żywego człowieka. Rozglądam się wokoło i nie wiem co robić, bo Ci mężczyźni nie wyglądali na przyjaźnie nastawionych. Starałem się zachować zwyczajny wyraz twarzy jednak celnik, oddając mi paszport chyba zauważył moje zdenerwowanie i gestem otuchy …. Machnięciem ręki kazał mi wyjść. Super….
Wtedy część z tych facetów – może z 15 – podbiegła do mnie. Na początku nie wiedziałem czy się bronić czy uciekać. Dopiero gdy minęło parę sekund, choć miałem wrażenie, że trwało to znacznie dłużej, zrozumiałem o co im chodzi. Zobaczyli Europejczyka – pomyślałem -, pewnie dostrzegli mój paszport bo stali blisko budki celnika. Człowiek z Zachodu nie jest częstym widokiem na irańskim przejściu granicznym. Obstawiam, że pomyśleli sobie „na pewno chce jechać taksówką do stolicy”. Kto bogatemu zabroni jechać taksówką 300km? Oczywiście odmówiłem, czy raczej szybkim krokiem uciekłem i udałem się w stronę centrum. Kilkoro z nich nie odstępowało mnie przez spory kawałek drogi, jednak gdy zrozumieli, że faktycznie nie wyglądam na zamożnego – wcześniej spędziłem 3 dni w górach – odpuścili. Cały czas próbowałem ukryć na swojej twarzy zaskoczenie wymieszane z przerażeniem.
Jak w kryminale o Zimnej Wojnie
Gdy w końcu zostałem sam, przypomniałem sobie jak jeszcze przed przekroczeniem tej granicy, liczyłem, że za parę minut ujrzę XXII wiek. Jakie wielkie zaskoczenie mnie spotkało gdy zobaczyłem wiek XIX!! I liczyłem już tylko na to aby się z tego miejsca wydostać. Jeśli chodzi o emocje to Azerbejdżan pobił Iran o głowę. Wjazd do Iranu to była „zwykła” podróż geograficzna, a ta to podróż w czasie.
Na chodniku siedzą ludzie z złotymi zębami, na drogach tylko duże Fiaty i Łady. Wszędzie dziura na dziurze (na drogach, chodnikach i ścianach) i bezdomne psy. Już widzę, jak złapałem stopa na raz – pomyślałem rozczarowany.
Początkowo postępowałem zgodnie z planem. Przeszedłem przez miasto, a na wylotówce pomimo wieczoru i deszczu chciałem spróbować złapać jakiegoś tira lub inny pojazd większy od Fiata. Po 15 minutach uświadomiłem sobie, że powodzenie tego planu można śmiało włożyć pomiędzy bajki. Co teraz? Jest wieczór. Okolica szara, niepewna niczym z dobrego kryminału. Pada. Nie mam pieniędzy bo kantor już zamknięty, a o bankomacie mogłem tylko pomarzyć. Jestem sam jak palec otoczony obrazkami z lat młodości moich dziadków. Trochę słabo. Szczerze mówiąc trochę się przestraszyłem. Niby podobne sytuacje zdarzały mi się już wcześniej choćby w Rumuni, Wiedniu czy Wietnamie to na początku nigdy nie wiadomo co dalej.
Zobaczyłem, idąc wzdłuż drogi, że jakiś większy wypasiony samochód jedzie w moją stronę. Niecodzienny widok na ulicy przypominającej kadr z filmu o Leninie. Trochę się ucieszyłem i pokazałem kierowcy z chodnika karteczkę z napisem Baku. A on jedynie machnął ręką. Pewnie tam nie jedzie i pojechał dalej sam. Wtedy się zorientowałem, że w tej okolicy dużym nowoczesnym mercedesem to pewnie jeździ tylko mafia. To też może i dobrze, że się nie zatrzymał.
Po chwili jednak w oddali dostrzegłem, że się zatrzymał i zawrócił. Zatrzymał się przy mnie i zaprosił do środka. No to będzie się działo – pomyślałem. Nasza konwersacja po rosyjsku – ten język idealnie komponuje się z tym co widzę za szybami samochodu, czułem się jak aktor w filmie o szpiegach podczas Zimnej Wojny) przebiegała trochę sprawniej niż te w Iranie. Przynajmniej część słów dało się zrozumieć. Po persku lahestan ( لهستان ), to to samo co po rosyjsku Polsha ( Польша ) czyli Polska, brzmi już bardziej intuicyjnie. Jak się po chwili okazało kierowca jest właścicielem ośrodka wypoczynkowego i miał dwa pomysły jak mi pomóc dostać się do Baku. Autobus lub pociąg. Wybraliśmy ten drugi środek transportu bo miał dojeżdżać jak co dzień o 20.10.

Złote zęby i masa problemów
Znowu się udało – pomyślałem – jednak trochę za szybko. Gdy dotarłem na malutki dworzec okazało się, że – choć z perspektywy czasu wydaje się to oczywiste – nie akceptują kart płatniczych, euro ani dolarów. Mało tego ten kraj leży w innej strefie czasowe o czym też nie miałem pojęcia. Na moim zegarku już 17 więc i czasu do 20.10 mam mniej niż bym się spodziewał, bo tylko dwie godziny.
Stoję sobie przy kasie i błagalnym spojrzeniem proszę młodego biletowego aby przyjął ode mnie dolary lub euro. Trochę stałem przy tym okienku – bo nie było kolejki – niestety otrzymywałem jasną odpowiedź. Chłopak nie znał angielskiego to tylko się zastanowił i po rosyjsku powiedział, że przeprasza ale euro, dolarów i kart nie akceptują. Zrozumiałem też, że i kantor w centrum miasta o tej porze już zamkniętym. A ile tak właściwie kosztuje ten bilet – spytałem? Pociąg z kuszetkami do spania jedzie całą noc do stolicy więc pewnie tanio nie jest. Ale w takiej sytuacji cena nie gra roli! A co mi tam… Dowiedziałem się, że cena wynosili całe 22 zł. No to się szarpnęli. W kieszeni mam sto euro i kilkadziesiąt dolarów, a tu nie mam co z nimi zrobić.
Załamany i bez pomysłu usiadłem na ławce w poczekalni. Po chwili do okienka podeszło kilku kolejnych zainteresowanych biletami na jeden z dwóch kursów z tego dworca – jedynych dwóch kursów. Chciałem każdemu z nich zaoferować wymianę 20 dolarów po bardzo atrakcyjnym kursie ale nie przeszło. Na szczęście jeden z nich był taksówkarzem i po rozmowie z chłopakiem z okienka zdecydował się mi pomóc.
Po raz kolejny tego dnia wyszedłem na deszcz, aby udać się za kierowcą do jego samochodu. Dodam, że moich letnich butach do biegania już od wczoraj miałem staw i czekałem tylko kiedy znajdę w nim pierwsze rybki. Plułem sobie w brodę, że nie zabrałem butów z membraną na tą wyprawę. Jednak kto by pomyślał, że tu aż tak pada kilka dni z rzędu.

Wracając do taksówki.. . Pojechaliśmy do cinkciarza. Wychodzę z starej czarnej Łady i widzę grubszego faceta. Siedzi on na skrzynce,a grupka mężczyzn stoi wokół niego i głośno się śmieje. Taksówkarz podchodzi do niego i tłumaczy o co chodzi. Cinkciarz się uśmiecha, a w jego ustach dostrzegam zęby złote na przodzie i gruby portfel w rękach. Kurs zawyżył sobie o jakieś 20proc. Trudno, nie było innego wyjścia. Negocjacje się nie udały, bo i tak byłem na straconej pozycji. Jednak wymieniłem pieniądze jedynie o wartości 50 zł to też nie byłem wiele stratny.
Szybko wróciliśmy na dworzec. Zapłaciłem taksówkarzowi za drogę pozostawiając spory napiwek i kupiłem upragniony bilet. W tym miejscu mogła by się kończyć moja historia ale to jeszcze nie wszystko. Najciekawsze dopiero przede mną.
Masz ochotę na kaczkę?
Przy okienku stał facet, który zagadał do mnie łamanym angielskim. Pewnie już co nieco o mnie usłyszał od kasjera z okienka bo w tej małej miejscowości pewnie wszyscy się znają. Chwilę pogadaliśmy nim się sobie przedstawiliśmy. Co prawda byłem zmęczony po dzisiejszych przygodach i nie bardzo miałem ochotę poznawać nowych ludzi jednak, że wydawał się być bardzo miły i ciekawy mojej podróżny to dałem mu cukierki z Polski na spróbowanie.
On w zamian zaprosił mnie do siebie na kolacje! Jeszcze rok wcześniej nie zgodziłbym się pójść z nieznanym facetem, wieczorem do jego domu gdzieś na końcu świata w jakiejś zapomnianej azerbejdżańskiej wiosce. Tym bardziej, że nikt z bliskich o tym nie wiedział. Dlatego drogi czytelniku nie postępuj aż tak lekkomyślnie podczas swoich podrózy. Jednak z większym bagażem doświadczeń łatowej przychodziło mi, dać się pochłonąć przygodzie i bardziej korzystać z niespodzianek, które podróż stawiała na mojej drodze. Od pamiętnego autostopu po Europie nauczyłem się jak być bardziej otwartym na ludzi, czerpać z przygody pełnymi wiadrami i częściej zmieniać swoje plany aby jeszcze więcej odkrywać.
zobacz także: Pamiętny autostop po Europie
Gdy tyko zgodziłem się pójść z moim nowym kolegą to on zadzwonił do swojej mamy. Poinformował ją – a przynajmniej tak się domyślam – że będą mieć gościa na kolacji. Do pociągu jeszcze ponad godzinę, więc wystarczająco dużo czasu aby zobaczyć jak mieszkają Azerowie. Drogi z niezliczonymi dziurami biły te poznane na Ukrainie o głowę. Gdy w końcu dotarliśmy Azer – bo tak ma na imię towarzysz – pokazał mi swoje rękodzieła. Zawodowo zajmuje się tworzeniem kreatywnych mebli z drewna, a hobbistycznie jest trenerem zapasów. Swoje kreatywne i niepowtarzalne prace promuje na Instagramie. Później okazało się, że to zaproszenie nie było tak całkiem prywatne bo poszukiwał on kogoś w Europie Zachodniej aby umożliwić mu wejście na nasz rynek. Prace wydawały się solidne jednak pochłonięty podróżą nie miałem do tego głowy więc nie ubiliśmy targu.

Jak u prabaci
Zaproszono mnie do kuchni. Pierwsze co odczułem wtedy, to to że już chyba kiedyś tu byłem. Co oczywiście nie mogło być prawdą. To pomieszczenie do złudzenia przypominało kuchnię mojej prabaci, którą jeszcze pamiętam z najmłodszych lat. Przywitałem się z starszą panią, ubraną też jak moja prababcia i usiadłem przy stole. Na kolacje była kaczka z ryżem, a do picia pyszny domowy kompot. W międzyczasie co chwilę ktoś z domowników, przychodził się ze mną przywitać. Po poznaniu całej rodziny wróciliśmy na dworzec i wbiegłem wprost do pociągu.
Pociąg komfortowy. Łóżka miękkie i czyste z pakowaną pościelą. Nieźle jak za cenę 20 zł. Taniej niż nocleg w hostelu. Za dwa złote, zakupiłem sobie jeszcze gorącą herbatkę do przedziału, żeby się po całym tym męczącym dniu choć trochę rozgrzać. Na koniec spisałem jeszcze sobie jeszcze tą historię, którą czytasz w swoim telefonie aby o niczym nie zapomnieć i zapadłem w głęboki sen.

Niestety nie na długo, bo już po 2 godzinach wsiadła dwójka młodych gadatliwych Azerów i jakoś musieliśmy się razem przemęczyć przez kolejnych 6. Długość trasy to ok 300km, więc nie można powiedzieć, że pędziliśmy co celu z prędkością błyskawicy.
To był dzień pełen wrażeń.
Ferraty – żelazna adrenalina
Lubisz spędzać czas w górach? Przeszedłeś już Beskidy, Tatry, Bieszczady i chcesz czegoś więcej? Masz już za sobą wielodniowe trekingi, zimowe wędrówki na szczyty, biegi nocne i wspinaczkę skałkową? A mimo to w dalszym ciągu poszukujesz urozmaicenia? Jeżeli poszukujesz zdrowej adrenaliny w górach i pociąga Cię Orla Perć ale uważasz, że typowy alpinizm, wspinaczka po lodospadach to już przesada, to mam coś dla Ciebie. Jeżeli przynajmniej na część z powyższych pytań odpowiedziałeś twierdząco to może czas spróbować ferrat? Nie ważne czy masz 13, 20 czy 55 lat możesz sprawdzić się na „ekstremalnej” wspinaczce z wmontowanymi zabezpieczeniami. W tym poście dowiesz się co to jest ta ferrata (lub via ferrata), jak się to „je” i od czego zacząć. Miłej lektury.
Autorska definicja
„Via ferrata” po włosku żelazna droga (ścieżka), czyli trasa w górach (choć nie tylko) z zamontowanymi na stałe metalowymi linami służącymi do asekuracji, oraz drabinkami, prętami ułatwiającymi przejście wymagających (zwykle odwagi, czasem też sprawności fizycznej) tras wyznaczonych na ścianach skalnych.

Odrobina historii ferrat
Tak samo jak wielkim problemem i tematem niekończących się dyskusji jest przydzielenie tytułu pierwszego konstruktora samochodu. (Dygresja czy to był Carl Bezn z swoim trzykołowcem, czy Daimler i Maybach z czterokołowcem, albo jeszcze inny konstruktor pojazdów napędzanych parą lub prądem, którzy byli przed nimi.) Tak samo nie da się precyzyjnie określi kiedy powstała pierwsza ferrata. Ludzie od zawsze wędrowali po wyznaczonych ścieżkach przez górach. Czasem w celu skrócenia sobie trasę pokonywali coraz to bardziej niebezpieczne odcinki, które zyskując na popularności modyfikowali pod siebie. Ryto stopnie i ścieżki w ścianach, z czasem je poszerzano, montowano liny …
Najczęściej przytaczaną historią powstania pierwszych żelaznych tras jest ta przywołująca historie z pierwszej wojny światowej. Żołnierze walczący po obydwóch stronach konfliktu pomiędzy Włochami, a Austro Węgrami toczyli bitwy w Dolomitach. Do starć dochodziło w nawet najtrudniej dostępnych miejscach. Takie lokalizacje zmusiły wojskowych inżynierów do projektowania tras umożliwiających szybkie przemieszczanie się żołnierzy i transportowanie cięższych karabinów na szczyty lub przełęcze. Poza trasami wyznaczanymi po zboczach, półkach skalnych, w wykutych jaskiniach, budowano również te które dzisiaj nazywamy ferratami (udostępnione aktualnie turystom).
W różnych źródłach można natrafić na informacje, że twórcą pierwszej udokumentowanej ferraty, bo już w 1843 r. na górze Dachstein był Friedrich Simony. Trzy dekady później zamontowano też ułatwienia dla turystów na górach Grossglockner i Zugspitze.
Kilka zdań wprowadzenia
Od typowej wspinaczki skałkowej, alpinizmu czy taternictwa ferraty różni:
ogólnodostępność
brak wymogu długotrwałego specjalistycznego przygotowania fizycznego i szkoleń. Potrzebujemy jedynie wprowadzenia do posługiwania się sprzętem do asekuracji podobnym do tego, który znamy z parków linowych. Dzięki temu niektóre trasy mogą przejść dzieci pod opieką osób dorosłych czy nawet tych w starszym wieku. W Aplach widok dziadków wspinających się wraz z swoimi wnukami nie jest niczym wyjątkowym. Wydaje mi się nawet, że w niektórych rodzinach jest to tradycyjny sposób spędzania weekendów na świeżym powietrzu. W Austrii całe rodziny lub grupki znajomych zamiast siedzieć w domu przed telewizorem jeżdżą sobie po całym państwie zaliczając kolejne trasy, a przy okazji odkrywają nowe miejsca w swoim kraju. Super aktywność fizyczna, na świeżym powietrzu doprawiona porcją adrenaliny.

potrzebny sprzęt
to co wymagane to kask, uprząż ale najważniejszym i charakterystycznym ekwipunkiem dla pokonania ferraty jest lonża z absorberem energii. W standardowej wspinaczce skałkowej współczynnik odpadnięcia jest niezbyt duży (ogólnie mówiąc oznacza on jak daleko polecisz po odpadnięciu od ściany) bo gęsto są zamontowane punkty asekuracyjne, do których przypięta jest Twoja lina. W przypadku ferrat sprawa wygląda całkowicie inaczej. Odcinki 3 metrowe lub dłuższe pomiędzy kolejnymi punktami przymocowania żelaznych lin do skał nie należą do rzadkości. Rzeczy, które też warto zabrać na trasę to: odpowiednie buty (moim zdaniem niskie trekingowe sprawdzają się najlepiej), rękawiczki (mogą być rowerowe), długie spodnie z elastycznego materiału, butelka z wodą i gdy wspinamy się w cieniu to coś z dłuższym rękawem.
zobacz też: Rajzyfiber, a w nim liste rzeczy przydatnych podczas wypadu na ferraty.

ile to kosztuje
Z założenia niemalże wszystkie ferraty są darmow dlatego można bez obawy rzec, że są w zasięgu finansowym każdego z nas. Jedyny obowiązkowy wydatek to wypożyczenie sprzętu (najlepiej w Polsce) i transport do krajów gdzie wyznaczono trasy. Koszt jedzenia, transportu i noclegu można zminimalizować wybierając się w kilka osób autem, a następnie tak jak i my zrobiliśmy rozbijać namiot przy parkingach (zdjęcie na górze strony). Czasem na parkingach z przepięknym widokiem.
atrakcje na trasach
jeżeli miałbym do czegoś przyrównać ferraty to na pewno nie do wspinaczki skałkowej. Bardziej do darmowego parku linowego rozciągniętym na sporej wysokości w bardzo atrakcyjnym miejscu. Na takich trasach spotykałem do tej pory nie tylko liny i drabinki ale też liczne mosty linowe (czasem bardzo długie co możesz zobaczyć na drugiej fotografii w tym poście), drabiny poziome, metalowe siatki i inne atrakcje, które zaplanowali dla odwiedzających ich twórcy. Jak się łatwo domyśleć, najwięcej takich „zabawek” jest zamontowanych na niskich trasach w skałkach adresowanych dla dzieci lub początkujących turystów. Najlepszym przykładem jest „Via Ferrate Bambini – Kinderklettersteig” nieopodal Norymbergi – jej plan zamieszczam poniżej.


zaskakujące lokalizacje
Alpinizm możesz uprawiać w Alpach, Taternictwo w Tatrach a wspinaczkę skałkową wszędzie tam gdzie znajdziesz odpowiednie ścianki (sztuczne lub naturalne). A co z ferratami? W Polsce niestety, – przynajmniej z tego co mi wiadomo – nie posiadamy ani jednej trasy ferratowej z prawdziwego zdarzenia.
Cześć osób uważa, że Orlą Perć można pod tą kategorię tras podciągnąć tyle tylko, że nie posiada ona metalowej liny asekuracyjnej na całej swojej długości. W aplikacji FerrataGuide można znaleźć tylko dwie ferraty na terenie naszego kraju choć jedna z nich to trasa turystyczna przez Szczeliniec Wielki, podciągnięta na siłę po tą kategorię i to bardzo na siłę.
Gdzie można znaleźć trasy ferratowe? Odpowiedź nie jest tak oczywista jakby mogło się wydawać ponieważ nie tylko w górach, a czasem np. w centrach miast! Tego typu trasy można spotkać wszędzie tam gdzie komuś chciało się je przygotować i nie ma na to pytanie bardziej precyzyjnej odpowiedzi (choć najwięcej i najciekawsze to oczywiście w Alpach).
Austriacy tak bardzo polubili ferraty, że jedną i to o wysokim poziomie trudności (E) wyznaczyli sobie w samym centrum Salzburga. Trasa ta nazywa się „City Wall Klettersteig” i można za jej pomocą wspiąć się na ogromną skalę na której wybudowano malutki pałacyk Franziskischlössl. Innym zaskakującym przykładem jest trasa z poniższej ilustracji, która zaczyna się w praktyce na terenie kościoła w jednej z austriackich miasteczek. Jeszcze jednym ciekawym przykładem jest trasa w Lipsku wyznaczona na ścianie starej wieży ciśnień, a aktualnie centrum wspinaczkowego.

Oznaczenia trudności ferrat
Nie istnieje jasno i precyzyjnie określony przepis (czy raczej norma) jak wyznaczać poziom trudności poszczególnych tras. Wszystko zależy od autora artykułu, książki i jest to ocena bardzo subiektywna. Jednak w całej Europie przyjmuje się skalę 6 stopniową, a tą cieszącą się największą popularnością jest skala austriacka. W jej skład wchodzą litery od A do F oraz ich wszystkie wariacje B/C , E/F itp. Z kolei w Niemczech skala opisywana jest K1 – K7, a w Francji i Włoszech innymi dziwnymi kombinacjami liter.
Standardowa skala:
A – ferrata o bardzo niskim poziomie trudności, nie wymagająca sprzętu asekuracyjnego poprowadzona po ścieżkach z nielicznymi drabinkami i łańcuchami. Wiele szlaków po Tatrach Wysokich można by podciągnąć pod tą kategorię. Czasem na trasach bardziej wymagających można znaleźć takie odcinki (patrz powyższe mapki) i warto je potraktować jako wygodne miejsce na odpoczynek.
B – ferrata stosunkowo łatwa, wymagająca minimalnego doświadczenia i wskazane lub obowiązkowe korzystanie z sprzętu. Można spotkać się z opiniami, że nasza Orla Perć mogłaby poziomem trudności się tutaj wpasować.
C – ferrata w pełnym znaczeniu tego słowa, wymaga asekurowania się lonżą i pewnego stopnia wtajemniczenia. Zaczynają pojawiać się przeszkody do pokonania, których trzeba użyć trochę siły i wykazać się sprawnością.
D – ferrata poprowadzona w terenie pionowy, często również przewieszony (gdy zawiśniesz na rękach to nogi zwisają Ci w powietrzu). Klamry i stopnie często rozmieszczone daleko od siebie dlatego zasięg nóg dla najniższych osób może stanowić pewien problem. Trasa jest przeważnie bardzo eksponowana (wymagająca wspinania się). Często jedynym sztucznym elementem jest stalowa lina asekuracyjna (ewentualnie proste pręty zamiast szczebli pod stopami). Przejście wymaga silnych ramion oraz dobrej techniki i kondycji.
E – ferrata dla doświadczonych, odważnych i sprawnych „zawodników”. W przeważającej części przewieszony teren skalny, stawiający ogromne wymagania pod względem siły , techniki, zręczności i odwagi . Bywają odcinki, że trzeba się podciągnąć rękoma lub przepinać linę asekuracyjną jedną ręką bez stabilnego podparcia pod stopami wisząc wiele wiele metrów nad ziemią.
F – to co wyżej tylko jeszcze trudniej.
Co jeszcze wpływa na poziom trudności ferraty?
Osoby opisujące w książkach, na stronach internetowych itp ferraty, stosują podstawową zasadę, że stopień trudności ferraty nadawany jest na podstawie najtrudniejszego technicznie miejsca. Jest to w pełni logiczne podejście ponieważ to właśnie ten punkt może zadecydować o tym, że dany wspinacz będzie w stanie ukończyć trase.
Niektóre ferraty wymagają poświęcenia im 15 min, inne 45min ale są też takie gdzie czas przejścia wynosi ponad 10h ! Bywa, że trasa sama w sobie jest prosta, jednakże z powodu jej długości otrzymuje wyższą kategorię trudności. Np. trasa oznaczona jako C może nie wymagać od wspinacza jakiś wyjątkowych umiejętności ale kondycji i cięższego plecaka z zapasami wody oraz jedzenia na plecach (a to zdecydowanie podnosi poprzeczkę). Trzeba o tym pamiętać jeżeli wybieramy się na takie przejście z osobami o słabszej kondycji.
Miej też na uwadze, że sama ferrata to nie cała trasa, którą musisz danego dnia pokonać. Pod część tras można podjechać samochodem lub wejść na nie prosto z kościoła jednak większość z nich wymaga podejścia w wysokie góry. Dlatego bardzo często przy opisach ferrat zamieszczone są informacje o czasie dojścia do punktu startowego, przejścia i zejścia. Pamiętaj o tym, aby nie zostać zaskoczonym przez zmianę pogody, zachód słońca lub upał gdy będziesz docierał na miejsce lub z niego już wracał.


Bezpieczeństwo przede wszystkim!
Wiele osób może postrzegać ferraty jako większy park linowy (zresztą sam je do tego przyrównałem) w którym niewiele złego może się wydarzyć. Takie parki rzeczywiście są zaprojektowane tak aby nikt w nich nie ucierpiał nawet jeżeli spadnie z przeszkody, co w przypadku ferrat stanowi bardzo duże niebezpieczeństwo!
W tym miejscu chciałbym Cię uprzedzić, że ferraty to nie jest tylko zabawa na świeżym powietrzu. Pamiętaj o pokorze do gór niezależnie od aktywności jaką w nich wykonujesz! Na najtrudniejszych trasach ferratowych ryzyko doznania kontuzji lub nawet tragiczniejszego w skutkach wypadku przewyższa to znane z wspinaczki skałkowej. Długość odcinka który pokonasz spadając po odpadnięciu od ściany zwykle jest dłuższa niż przy klasycznej wspinaczce.
Przy niesprzyjających okolicznościach (podczas przepinanie karabinka na pionowej śliskiej drabinie gdzie odcinki mocowania liny są daleko od siebie) Twój lot może wynieść kilka metrów. Dlatego aby zminimalizować ryzyko kontuzji związane z szarpnięciem uprzęży po takim upadku, obowiązkowo stosuje się absorbery energii. Ich zadaniem jest przejęcie przynajmniej części energii kinetycznej twojego upadku aby odciążyć Twój kręgosłup w momencie szarpnięcia po naprężeniu lonży.
Jeżeli przyjmiemy, że sprzęt powinien wytrzymać energię upadku Twojego ciała z pełnym plecakiem to największym ryzykiem pozostaje odbicie się od skał. Niefortunny upadek z wysokości dwóch metrów na ostrą skałę zakończy się pewnym złamaniem, uderzenie głową o ścianę nawet w kasku może doprowadzić do straty przytomności, a uderzenie szczęką o metalowe pręty …. Pomimo tych wszystkich zabezpieczeń ferraty w dalszym ciągu pozostają aktywnością ekstremalną.
Niebezpieczeństwo na „żelaznych drogach” jest też związane z długością trasy (trzeba uwzględnić zapas wody, który musimy nosić, bo zwykle nie ma jej gdzie uzupełnić), burzami (bez komentarza), byciu wystawionym na wielogodzinne ostro słońce lub mroźny wiatr, poślizgnięciem się na oblodzonych powierzchniach, bycie uderzonym przez spadający kamień poruszony przez wcześniejszego wspinacza …. Warto o tym wszystkim pamiętać!
Złote zasada dla początkujących zdobywców ferrat
Pilnuj aby na jednym odcinku ferraty (fragmencie pomiędzy sąsiednimi punktami mocowania żelaznej liny) znajdowała się tylko jedna osoba. Idący poniżej musi zachować odpowiedni odstęp od poprzedzającej go osoby, ponieważ w razie jej odpadnięcia, na skutek działania absorbera, spadnie ona parę metrów poniżej punktu kotwienia swojego odcinka!
Nie śpiesz się! Bo wspinaczka po skalnych szczytach całkowicie inna forma obcowania z przyrodą. Pamiętaj, też że liny zostały poprowadzone aby przypiąć do nich karabinki i zwiększyć nasze bezpieczeństwo, a nie aby się ścigać po trasach. Bardzo nie lubię gdy zwykle młodsi turyści traktują tą formę aktywności jako zabawę na czas. Wspinają się właściwie bez kontaktu z górą, „podciągając się na linie”.
Uważam (to moje osobiste przemyślenia), że kontakt naszych dłoni z skałami po których się wspinamy jest kolejnym niepowtarzalnym aspektem tej formy spędzania wolnego czasu (metal możemy podotykać wszędzie). Wydaje mi się, że właśnie dla takiego kontaktu z naturą człowiek wybiera się na wspinaczkę po górach (a nie po linach). Nie zawsze da się zrezygnować z pomagania sobie żelazną liną, niektóre odcinki wręcz wymagają zawiśnięcia na niej. Warto też zatrzymać się raz na pewien czas i spojrzeć na otaczający nas świat w ciszy z niezwykłej perspektywy. Potraktuj ten niecodzienny „punkt widokowy” jako nagrodę za włożony wysiłek w wspinaczkę.
Aplikacja FerrataGuide – Via Ferrata database (dawniej Alpsky Vudce)
Powyższa aplikacja to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto jest zainteresowany ferratami ponieważ oprócz największego zbioru tych tras znajdzie w niej szczegółowe opisy, wskazówki (np. na temat parkingów), zdjęcia i komentarze innych turystów.
- Przyjemny ilustrowany przewodnik Stowarzyszenia Alpejskiego: „Bezpieczeństwa na via ferratach” – masa praktycznych wskazówek.
- Czeska strona z listą ferrat alpskyvudce.cz – internetowy odpowiednik aplikacji o tej samej nazwie.
- Niemiecka strona www z listą ferrat z genialnymi mapkami, każdej z nich www.bergsteigen.com






