Podziękowania dla Ryśka z Grupy Beskidzkiej GOPR i Adama Maraska z TOPR za pomoc przy rozbudowie tego rozdziału oraz za udostępnienie historii ze swoich akcji ratunkowych.
GŁÓWNYM POWODEM, DLA KTÓREGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ W CAŁOŚCI TEN ROZDZIAŁ KSIĄŻKI (podzielony na Rajzyblogu na kilka artykułów), JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE ZAGROŻEŃ, Z JAKIMI MOŻESZ SPOTKAĆ SIĘ W GÓRACH.
Jeżeli nie jest to całkowicie konieczne nigdy, przenigdy się nie rozdzielamy. Jeżeli wyruszyliśmy na szlak w 5 osób, to wracamy w co najmniej 5 (zawsze ktoś może się przyłączyć), ale nigdy nie pozostawiamy kogoś na samodzielny odpoczynek.
KU PRZESTRODZE
26 lipca 1960 roku był dniem, w którym „turyści” zdobyli szczyt nieodpowiedzialności i wykazali się totalnym brakiem wyobraźni. Grupa studentów z Politechniki Częstochowskiej wyruszyła na Świnicę. Niestety los chciał, że jeden z nich osłabł po drodze. Jako że wszystkim pozostałym uczestnikom wyprawy energia dopisywała, to postanowili, że nie będą robić zbędnych przerw i zaczekają na najsłabszego członka ekipy na szczycie. Aby ułatwić mu wspinaczkę, to balast w formie wody i prowiantu sami wniosą za niego na szczyt. Gdy Bogdan S. po pewnym czasie zregenerował się na tyle, aby wyruszyć w dalszą wyprawę, to dotarł na szczyt dosłownie resztkami sił.
Wyczerpany z trudem odczytał kartkę pozostawioną dla niego przez jego „kompanów”. Widniała na niej informacja, że cała ekipa wyruszyła na Kasprowy Wierch, ponieważ na szczycie było zbyt zimno, aby na niego zaczekać, i że spotkają się w schronisku. Wycieńczony Bogdan S. schował się – czy bardziej upadł pomiędzy głazami, licząc pewnie, że ktoś go tego wieczoru jeszcze znajdzie – mowa o roku 1960, a tym samym czasach przed telefonami komórkowymi! Niestety nie miał tyle szczęścia. Po nocnych opadach i wichurach odnaleźli go ledwie żywego dopiero poranni przypadkowi turyści. Ta historia jest jednocześnie świadectwem cudu przetrwania, jak i szczytu głupoty, dlatego warto o niej pamiętać, wybierając się większą grupą w góry.
Przezorny zawsze ubezpieczony
Ubezpieczeniom zostanie w przyszłości poświęcony osobny rozdział, ale już w tym miejscu warto być świadomym, że jeżeli po słowackiej części Tatr będziemy potrzebować pomocy śmigłowca ratunkowego, to taka „przygoda” może się okazać naszą najdroższą atrakcją w życiu! Takie jedno czy dwudniowe ubezpieczenie obowiązujące na terenie Słowacji możemy kupić w Internecie od ręki poniżej 10 zł! Warto o tym pomyśleć.
Niebezpieczne zwierzęta
Czy w Beskidach powinieneś obawiać się zwierząt? Ja osobiście zawsze najbardziej obawiałem się psów, które uciekły z pobliskich gospodarstw, albo tych pasterskich – czasem bardzo agresywnych. Jednak prawda jest taka, że mogą one stanowić problem niezależnie od tego, czy znajdujesz się w górach czy na wsi albo nawet w mieście – szczególnie na Ukrainie i w Rumuni. Kilkukrotnie w życiu podczas zagranicznych wędrówek miałem spotkania z dużymi psami, ale o tym piszę więcej w dalszej części tego rozdziału dotyczącej gór na świecie, bo w naszym kraju jest to marginalny problem.
Dowiedziałem się zresztą od GOPR-owców, że ataki zwierząt na ludzi to bardzo niewielki problem, jednak bardzo działający na naszą wyobraźnię. Jak podaje WHO, rekiny zabijają rocznie od 6–10 ludzi, hipopotamy ok. 500, domowe psy 25 000, a komary nawet 750 000. Jednak to rekinów boimy się najbardziej. Tak samo jak filmowcy zrobili czarny PR rekinom filmem „Szczęki”, tak samo bajka o Czerwonym Kapturku zrobiła wilkom. Od najmłodszych lat wpajano nam, że wilki są złe, a do tego straszono nas wilkołakami.
Wilki – kilka faktów, nie mitów
Jeżeli wędrujesz pieszo lub na dwóch kółkach po europejskich bezdrożach, to może trochę obawiasz się niedźwiedzi, ale na pewno w koszmarach nawiedzają Cię wilki. Poczytałem na temat tych zwierząt, poszukałem oficjalnych statystyk i myślę, że warto abyś kilka z nich poznał.
W 1975 roku populacja wilka w Polsce liczyła ok. 100 osobników, w 1998 już 500, a ostatnie obserwacje z 2018 podają liczby sięgające już 2000 sztuk. Tak, dobrze napisałem. W Polsce może na stałe mieszkać nawet 2 tysiące osobników. Mają się one u nas tak dobrze, że z Polski przedzierają się do Niemiec, zwiększając swoją przygraniczną populację o 38% rok do roku (źródło www.gios.gov.pl – Raport Liczebność i monitoring populacji wilka – Wojciech Śmietana). Bardzo dużo wilków występuje już nie tylko w polskich górach (najwięcej Bieszczadach), ale także w Wielkopolsce, woj. kujawsko-pomorskim i w województwach graniczącymi z Niemcami.
Czy to powody do paniki? Oczywiście, że… nie. To powody do radości, ponieważ wilki odgrywają niesłychanie ważną rolę w przyrodzie (polecam w tym miejscu książkę „Nieznane więzi natury” Petera Wohllebena, w której sporo na ten temat). To jest nasz wielki sukces, że udało nam się odbudować populację dzikiego zwierzęcia, które było na skraju wymarcia. Dzięki wilkom z czasem powinny skończyć się problemy z nadmiarem dzików czy innych zwierząt niszczących uprawy. Tak, wiem, większość osób od razu pomyśli o atakach na ludzi, których w ostatnich latach faktycznie było nawet kilka, dokładnie 3, i to przez jednego, prawdopodobnie chorego, wilka w Bieszczadach, i atakach na zwierzęta hodowlane. W takim razie po kolei.
Zdjęcie z fotopułapki zamieszczonej na terenie łódzkich lasów – źródło Lasy Państwowe
Na szczęście wszystkie ataki na ludzi zakończyły się jedynie płytkimi otarciami, a nie powyrywanymi kończynami jak w filmach. W całej Europie od czasów II Wojny światowej nie zarejestrowanego żadnego śmiertelnego ataku tych zwierząt na ludzi. Choć w jednej z gazet znalazłem wzmianki o czterech takich atakach, na nasze szczęście wszystkie miały miejsce na terytorium odległej Hiszpanii. Mowa tutaj o statystykach dotyczących całej Europy, czyli wliczając w to liczne watahy z Rumuni, Skandynawii i na Bałkanach!
Ataki na zwierzęta faktycznie są dość powszechnie zgłaszane, a co za tym idzie także opisywane w mediach, ale – czas na teorie spiskowe – bardzo wiele z nich umożliwiło hodowcom zarobienie na odszkodowaniu większych pieniędzy niż na zwykłej sprzedaży schorowanych sztuk. Co roku zgłasza się aż dwieście ataków wilków na zwierzęta hodowlane, za co Państwo wypłaca ponad pół miliona złotych rekompensat. Zdarza się, że komisje z ubezpieczalni wykrywają dziwne uszkodzenia ogrodzeń lub zaniedbania właścicieli stad, które umożliwiają te ataki na zwierzęta. Jak było naprawdę? Nie wiadomo, trzeba by spytać zaprzyjaźnionych pasterzy.
Nie twierdzę, że wilki nie atakują zwierzyny hodowlanej, ale jestem przekonany, że takie prawdziwe ataki – bez pomocy ze strony hodowców – zdarzają się o wiele rzadziej niż 200 razy do roku. W naszych lasach mamy od 80 do 200 tys. wolno biegających dzików, odwiedzających nasze miejskie kosze na śmieci, które wydają się prostszą przekąską niż ogrodzone i strzeżone owce. Czy to dużo? Chyba niezbyt, bo, co ciekawe, w Niemczech może ich być nawet od 3 do 5 milionów (źródło WWF). Czy obawiam się ataku wilków, gdy śpię gdzieś na dziko w lesie? Od czasu, gdy poznałem w swoim życiu wiele osób, które w weekend lubią sobie wyskoczyć na samotne spanie pod chmurką – bez namiotu – to już nie. Gdy porozmawiasz z kimś bardziej doświadczonym w tematyce wilków, zrozumiesz, że te zwierzęta zrobią naprawdę wiele, aby nie mieć z nami bezpośredniego kontaktu. To one uważają nas za śmiertelnie niebezpieczne istoty.
Jeżeli powinniśmy się czegoś obawiać, to tylko swojej bezmyślności. Bardzo wiele wypadków z udziałem zwierząt jest spowodowanych przez ludzi, którzy je prowokują. Turysta widzi węża albo żmiję (jedno niegroźne, a drugie jadowite) wygrzewające się na drodze, więc co robi? Oczywiście musi sprawdzić, czy spotkał to bardziej niebezpieczne zwierzę, i zaczyna je dotykać albo zbliża się do niego z aparatem! Co w sytuacji ukąszenia powinniśmy zrobić? Przede wszystkim zachować spokój, bo mamy stosunkowo sporo czasu na podanie surowicy, chyba że jesteś gdzieś na drugim końcu świata. Po drugie nie baw się w survivalowca i nie próbuj wysysać jadu, tylko zaciśnij (ale bez przesady) pasek lub sznurek nad miejscem ukąszenia i wezwij pomoc lub udaj się do pobliskiego schroniska. Więcej na temat pierwszej pomocy w dedykowanym rozdziale.
Ku przestrodze
Pewien czas temu w jednym z beskidzkich schronisk żmija zaatakowała mężczyznę biorącego prysznic! Brzmi to strasznie dziwnie, ale tak naprawdę było. Pechowy turysta wędrował szlakami cały dzień i co kilka godzin robił sobie przerwy, aby nabrać sił na dalszą część wyprawy. Podczas jednej z takich przerw położył swój plecak na ziemi i zachwycał się otaczającymi go widokami. Pech chciał, że jego plecakiem zachwyciła się żmija, która ukradkiem zadomowiła się w swoim nowym mobilnym lokum. Gdy turysta dotarł do swojego celu podróży, zameldował się i pobiegł pod prysznic, aby się trochę odświeżyć. Niestety najprawdopodobniej w sytuacji, gdy chciał sobie ręcznikiem przetrzeć zamydloną twarz, zaczął z zamkniętymi oczami grzebać w plecaku i natrafił tam na niespodziewanego gościa. Z perspektywy żmii niepożądanym gościem była „jakaś” ręka, więc ta, broniąc swojego terytorium, zrobiła, co potrafiła, aby się jej pozbyć. (źródło: Rysiek, GOPR)
Z tej historii płynie jeden bardzo ważny wniosek – aby zawsze mieć na uwadze to, że nasze rzeczy mogą okazać się atrakcyjnym schronieniem dla dzikich zwierząt. Gdy śpisz w namiocie i masz wystawione buty w przedsionku, to rano obowiązkowo postaraj się wysypać z nich potencjalnych nieproszonych gości. Mogą to być żmije, pszczoły, mrówki lub jakieś inne stworzonka. Tak samo, jeśli podczas przerwy ściągamy buty, aby przewietrzyć swoje stopy.
Największe niebezpieczeństwo, jakie może spotkać nas z strony zwierząt, to przypadkowe stratowanie. Trzeba jednak bardzo uważać, aby nie znaleźć się nieświadomie pomiędzy matką, a młodymi, np. warchlakami, bo wtedy wiadomo. Cytując klasyka, „Gdy spotykasz w lesie dzika [z młodymi], to na…”.
Ku przestrodze
Jeśli masz pecha, to nawet na najpopularniejszych miejscach w Beskidach możesz zostać „zaatakowany”. Wokół Szyndzielni można znaleźć wszystkie możliwe kolory szlaków. Wiele z nich biegnie równolegle, tylko na różnych wysokościach. W 2006 r. pewien 28-latek został stratowany przez wystraszonego byka (samca jelenia, bo samica to łania), który usłyszał powyżej siebie grupkę turystów. Wystraszone stado zwierząt ruszyła pędem w dół, przecinając inny szlak, na którym znajdowała się grupka turystów z Ukrainy wraz z 28-letnim przewodnikiem (choć poszczególne media różnią się co do detali). Szczęście w nieszczęściu, że tylko jedno zwierzę zahaczyło kopytem tylko jednego turystę. W szpitalu okazało się, że poszkodowany ma lekką kontuzję barku, której najprawdopodobniej nabawił się podczas upadku na ziemię.(źródło: Rysiek, GOPR)
Aby rozwiać wszelkie wątpliwości, chciałbym doprecyzować, że z tej historii nie płynie taki wniosek, aby robić jeszcze większy hałas niż inne grupki turystów w okolicy, ale taki, aby spodziewać się niespodziewanego i mieć oczy dookoła głowy. Nie wszystkie sytuacje da się przewidzieć.
Jeżeli zwierzę ucieka od nas, to wszystko wskazuje na to, że jest zdrowe. Znacznie większą naszą czujność powinno wzbudzić dzikie zwierzę, które się nas nie boi, bo takie może nie tylko nas poranić (jak wcześniej wspomniany wilk z Bieszczad), ale także czymś zarazić .
Większe zagrożenie możemy sprowadzić na siebie, wędrując po górach z psami. Jak wynika z historii opowiedzianych mi przez GOPR, dzikie zwierzęta bardzo obawiają się kontaktu z ludźmi, bo dobrze wiedzą, że stanowimy do nich zagrożenie. Co innego jednak w sytuacji małego głośnego psa, który wtargnął na ich terytorium i na siłę próbuje wejść w rolę króla zwierząt, obszczekując wszystko, co się rusza. Część zwierząt może być zmuszona do nierównej walki o swoje terytorium, której taki miejski piesek całkowicie nie będzie się spodziewał.
Patrz pod nogi!
Śnieg, lód, woda czy błoto tylko czekają, aby znienacka wskoczyć pod Twoją podeszwę i spowodować upadek. Nawet podczas słonecznej pogody można znaleźć niebezpieczne kamienie, które mogą się odsunąć po nadepnięciu na nie. Jesienią lub wiosną uważaj na oblodzone pojedyncze skały schowane w cieniu. Z wędrówek zimą po szlakach poprowadzonych w kamienistym terenie najlepiej zrezygnować, chyba że posiada się odpowiednie przeszkolenie i sprzęt. Nie ryzykuj tylko dla ładnego zdjęcia, bo już zbyt wiele osób na świecie przypłaciło selfie życiem.
Photo by Jonatan Pie on Unsplash
Podczas nocnych wędrówek
Wszyscy wiedzą, że nocą po górach nie powinno się chodzić, ale i wszyscy wiedzą, że to, co niepopularne, kusi najbardziej. Niezależnie od tego, czy planujesz nocny przemarsz, bieg samotnie czy w grupie po górach, czy wyruszasz w Tatry jeszcze przed świtem, aby wyprzedzić tłumy albo bezpiecznie wrócić z długiej trasy, musisz pamiętać o kilku rzeczach.
Zawsze sprawdź przed wyjściem stan naładowania akumulatorków lub baterii czołówki – osobiście wolę czołówki z bateriami, bo w wielu miejscach możesz je kupić już naładowane – których zadaniem będzie oświetlenie Ci drogi. Jeśli choć raz o tym zapomnisz, to pewnie będziesz na długo o tym pamiętał. Dobrze mieć w zapasie dodatkową miniczołówkę na czarną godzinę. Przyda Cię się w sytuacji, gdy pierwsza zawiedzie, albo gdy przyjdzie Ci wędrować z kimś gorzej przygotowanym do wyprawy – czyli na pewno nie z czytelnikiem Rajzyfiber.
Maksymalny czas świecenia na baterii ?
Miej na uwadze, że maksymalny czas świecenia podawany na opakowaniu czołówek to parametr wyliczany przy najsłabszym trybie świecenia od momentu włożenia świeżych baterii do osiągnięcia poziomu natężenia światła (jak to ładnie romantycznie opisują) księżyca w pełni przy bezchmurnym niebie (technicznie to 0,25 luksa).
Choć w tym przypadku u różnych producentów mogą być przyjmowane inne wartości, dlatego warto się wczytać, porównując sprzęt różnych marek. Czy ten czas z opakowania będzie czasem użytecznego oświetlenia Ci drogi w deszczu, kiedy maszerujesz po czarnej, gruntowej ścieżce? Raczej nie bardzo, dlatego miej to na uwadze.
Ostatnim patentem, który może wpłynąć na bezpieczeństwo podczas nocnych wędrówek, a już na pewno mającym wpływ na Twój komfort psychiczny, jest hałasowanie. Gdy wędrujecie w grupie, czujecie się stosunkowo komfortowo nawet po zmroku i celowo, bądź nie, zakłócacie ciszę nocną. Tym samym nie zaskoczycie dzikich mieszkańców tego obszaru. Jeżeli wybrałeś się na wędrówkę samemu lub gdy trasa zajęła Ci więcej, niż planowałeś, to niezależnie od tego, czy maszerujesz po Beskidach czy Bieszczadach, wielokrotnie w Twojej najbliższej odległości dzikie zwierzęta będą wpadać w popłoch zaskoczone Twoją niezapowiedzianą wizytą. W takich sytuacjach raczej nic Ci nie grozi, ale pamiętasz pewnie historię z Szyndzielnią i jeleniem – lepiej dmuchać na zimne. Najgorsze to zaskoczyć matki z młodymi (dziki, niedźwiedzie, psy), bo może się to skończyć bardzo różnie.
Ja nocne samotne wędrówki po lesie zacząłem praktykować już w gimnazjum, a z czasem zasięg zwiększył się na całe Beskidy. Gdy wędrowałem w ten sposób systematycznie lub zimą (co nie do końca jest odpowiedzialne, ale w tej książce nie chcę nikogo ograniczać, a jedynie ostrzegać i przygotowywać na niespodziewane), czułem się dość komfortowo i kontakt z taką naturą był dodatkową atrakcją – spotkałem np. rysie. Dziś, gdy już raczej nie wybieram się na samotne trasy po zmroku, każdy taki nieplanowany kontakt z przedstawicielem dzikiej fauny stresuje bardziej, to też staram się nie zaskakiwać zwierząt i hałasuję. Sprawdzone metody na generowanie hałasu to oczywiście muzyka z telefonu lub mniej cyfrowa metoda polegająca na rozwieszeniu na plecaku metalowych garnków (lub innych głośnych przedmiotów) na sznurkach. Wspominam o tych metodach w tej książce, ponieważ wiem, że osoby, które pracują w schroniskach czy kasach wstępu do parków, też czasami je wykorzystują w swojej codziennej rutynie i uważają je za skuteczne, jeżeli są zmuszone wracać z pracy w dzikich rejonach gór po zmierzchu.
Akcja GOPR Błatnia 11–12.04.2015 Godz. 2:50 Zgłoszenie zaginięcia w rejonie szlaku czerwonego z Błatniej do Jaworza Nałęża (zgłoszenie podane przez operatora 112)
– Dwóch młodych mężczyzn schodziło w nocy ze schroniska na Błatniej. Jeden z nich poślizgnął się na szlaku i stoczył się po stromym stoku do lasu. Kolega nawoływał i szukał zaginionego, ale nie znalazł go. Dotarł następnie do doliny Jaworza Nałęża do lokalu „Gościniec Szumny”, skąd z telefonu prywatnego zgłosił zaistniałe zdarzenie. Niestety połączenie zostało przerwane i nie udało się ustalić szczegółów zdarzenia…
Na miejsce zgłoszenia do Nałęża udaje się natychmiast patrol policji celem ustalenia i wywiadu z osobą zgłaszającą. Jednocześnie z centralnej stacji GOPR ze Szczyrku wyjeżdża zespół ratowników, zakładając w tych okolicznościach ustalenie i jak najszybsze dotarcie na miejsce zdarzenia. Udaje się ustalić numer kontaktowy do osoby poszukiwanej i wkrótce z nią połączyć. Z rozmowy wynika, że mężczyzna staczając się ze stromego miejsca w lesie, nie doznał żadnego urazu, nie zna jednak zupełnie terenu, jest przemoczony i wychłodzony, idzie jakąś ścieżką. Cenną dla ratowników wskazówką okazuje się informacja, że widział na drzewie znak z wyraźną literą H. Jest więc pewne, że znajduje się w okolicach tzw. Szlaku Harcerzy. Niestety szlak ten jest niedostępny dla samochodu terenowego, więc poszukiwania odbywają się pieszo, co znacznie wydłuża działania. Ok. godz. 5:20 udaje się odnaleźć zaginionego. Jest w kiepskiej formie, ale po podaniu ciepłej herbaty i udzieleniu wsparcia psychicznego udaje się go bezpiecznie sprowadzić do samochodu GOPR. Panowie zostali przewiezieni do miejsca zamieszkania.
I choć wszystko zakończyło się szczęśliwie, na pewno będą pamiętać, że na wędrówkę w góry nocą trzeba dobrze się przygotować, a latarka w telefonie to słaby pomysł na oświetlenie… (źródło: Rysiek)
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Podziękowania dla Ryśka z Grupy Beskidzkiej GOPR i Adama Maraska z TOPR za pomoc przy rozbudowie tego rozdziału oraz za udostępnienie historii ze swoich akcji ratunkowych.
W tym artykule skoncentrujemy się „tylko” na kilku konkretnych składnikach ekwipunku od których mniej lub bardziej może zależeć twoje bezpieczeństwo nawet podczas jednodniowych wypadków na szlak.
GŁÓWNYM POWODEM, DLA KTÓREGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ W CAŁOŚCI TEN ROZDZIAŁ KSIĄŻKI (podzielony na Rajzyblogu na kilka artykułów), JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE ZAGROŻEŃ, Z JAKIMI MOŻESZ SPOTKAĆ SIĘ W GÓRACH.
Zawsze zabieraj ze sobą butelkę (lub bardziej eko – bidon) wody, a nie coli, soku czy piwa – jako główne źródło nawodnienia! Zimą, gdy pragnienie jest mniejsze, nie czujemy tak wyraźnie, że się odwadniamy. Słodki napój może być sensownym urozmaiceniem, które spowoduje, że będziemy po niego sięgać częściej. Zawsze jednak podstawą jest woda. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby do wody dolać trochę syropu malinowego lub wsypać witaminę C. Niejednokrotnie podczas całodniowej wędrówki latem wypijałem 3 lub nawet 6 litrów wody – uzupełnianej ze źródełek – i czułem się z tym bardzo dobrze. Pomyśl, jakbyś się czuł po takiej samej ilości coli czy piwa. Zwrócę tutaj jeszcze uwagę na jeden oczywisty problem. Pomimo że w schronisku można zakupić grzane wino lub piwo, nie traktujemy go jako napój, który powinniśmy mieć w organizmie, wędrując po szlakach, a już na pewno wspinając się po stromych zboczach.
Awaryjna butelka wody
Mała awaryjna butelka wody, leży zawsze na dnie mojego dużego plecaka podczas kilkudniowych trekingów poza popularne trasy. W szczególne upalne dni maszerując po niesprzyjających obszarach (płaskowyże, pustynie lub skaliste szczyty) kilka razy byłem już zmuszany po nią sięgać. Takie pół litra wody nie waży zbyt dużo (ok 0.5kg) a umożliwi w sytuacji podwyższonego ryzyka zachować trzeźwy umysł i podejmować racjonalne decyzje.
Skrzyczne 08.09.2007 Ok. 21:00 dyspozytor przyjmuje zgłoszenie o zgubieniu się trzech turystów w rejonie Skrzycznego. Zgłaszający nie są w stanie opisać miejsca, w którym się obecnie znajdują, są całkowicie zdezorientowani, pogubili części garderoby, jest im zimno i potrzebują pomocy.
Z wywiadu można wywnioskować jeden pewnik, są pod wpływem alkoholu. Choć noc jest dość ciepła i przyczyna zaginięcia jasna, to jednak ratownicy natychmiast ruszają na ratunek. Z centrali wyjeżdża w rejon Skrzycznego czteroosobowy patrol. Najważniejsze jest odnalezienie poszukiwanych zanim się rozdzielą lub dojdzie do wypadku. Po chwili nie można już nawiązać z nimi kontaktu telefonicznego, bo numer jest niedostępny.
W rejonie górnego Ondraszka widoczność ogranicza mgła, więc ratownicy rozpoczynają nawoływania. Na szczęście po chwili z lasu odzywają się głosy – jak się okazuje – poszukiwanej grupy. Jedna osoba zgubiła obuwie i zraniła stopę, wszyscy, choć „znieczuleni”, są mocno wystraszeni – ot dorosłe chłopy. Nie byli to wytrawni turyści, raczej weekendowi spacerowicze nieznający podstawowych zasad bezpieczeństwa w górach. Zdarzenie potwierdziło: góry i alkohol to fatalne i bardzo nierozsądne połączenie.
Odnalezieni zostali zaopatrzeni i przetransportowani przez ratowników do Szczyrku, a tam przekazani patrolowi… policji. (źródło: Rysiek)
Sprawdzony sprzęt
Buty Wyruszasz w trasę z najlepszym sprzętem, jaki znalazłeś w sklepie, dlatego jesteś przekonany, że nic nie powinno Cię zaskoczyć? Nowy polar grzeje rewelacyjnie, nowa kurtka chroni, jak żadna inna, ale nowe buty potrafią poranić Twoje stopy niczym średniowieczne narzędzia tortur. Nigdy, ale to przenigdy nie wybieraj się na kilkugodzinny szlak w nowych butach. Twoja stopa musi się do nich przyzwyczaić, a materiał, z którego są uszyte, powinien się do niej zdążyć dopasować. Takie buty zawsze powinieneś rozchodzić. Polecam potraktować nowe buty trekkingowe jako opcjonalne zimowe buty miejskie, nim będą „gotowe” wyruszyć z Tobą na szlak.
Namiot to tylko namiot? W podróży to coś o wiele więcej. Sprawdź go przed wyjazdem i dbaj o niego w trakcie.
Namiot Podobnie z innymi elementami ekwipunku. Przed wyruszeniem w trasę z nowym namiotem dobrze rozłożyć go najpierw w domu czy ogródku ze dwa razy. Trening czyni mistrza, a i w ten sposób upewnisz się, że niczego nie brakuje w zestawie. Jeśli to Twój nowy namiot, to przeanalizuj także, czy możesz go rozkładać podczas deszczu w terenie bez ryzyka, że zmoknie Ci w międzyczasie plecak, a w nim śpiwór. Wiele nowych namiotów jest w ten sposób skonstruowanych, że najpierw rozkłada się tropik, a na końcu suche wnętrze.
Dobrze poświęcić w domu chwilę, aby dowiedzieć się, w jaki sposób i w jakiej kolejności poskładać ten model namiotu. Każdy doświadczony wędrowiec dba także o sznurki napinające konstrukcję. Nie pozwól, aby leżały one luźno, gdy namiot jest spakowany. W takiej sytuacji masz 99% szans, że się zaplątają. Rozkładając go po zmroku w deszczu, fajnie by było, abyś przynajmniej sznurkami nie musiał się przejmować. Zabezpiecz też śledzie, aby nie pocięły materiałów. Więcej na temat biwakowania, znajdziesz pod koniec tego rozdziału w części dedykowanej rodzinnym podróżą.
Skarpetki na zmianę Spakowałeś swój plecak zgodnie z listami z rozdziału „Sztuka pakowania”? Bardzo dobrze, jednak chciałbym w tym miejscu podkreślić, że o ile skarpetki odgrywają stosunkowo niezbyt istotną rolę w codziennym życiu, to w górach jedną z najważniejszych. Kupiłeś świetne buty za kilka tysięcy złotych i przyoszczędziłeś na skarpetkach? Standard. Po co wydawać na skarpetki 20, 40 czy 100 zł, skoro nie mają nawet atrakcyjnego nadruku? Dobre buty i słabe skarpetki można przyrównać do sportowego samochodu – marka dowolna – który jeździ na starych zużytych oponach z dużego fiata! Opony są ważne, bo to od nich zależy, jak samochód będzie trzymał się drogi, tak samo jak od skarpetek to, w jaki sposób wykorzystasz potencjał Twoich superbutów.
Po pierwsze skarpetki powinny być cały czas suche, bo w innym wypadku mogą zmiękczyć Twój naskórek i doprowadzić do drobnych, ale bardzo uciążliwych zranień. Najzwyklejsze cienkie skarpetki bawełniane się tutaj nie sprawdzą. Jeszcze gorzej, jeśli skarpetki zaczną się gdzieś podwijać, bo nie będą dobrze trzymać się stopy. Odciski gotowe. Jeżeli masz taką możliwość, to szczególnie przy dłuższych przejściach podczas przerw powinieneś dać swoim stopom pooddychać i wyciągnąć je z butów, dzięki czemu przynajmniej częściowo wysuszysz też skarpetki. Jeżeli poczujesz, że Twoje stopy zaczynają pobolewać, to od razu – nie licz, że otarcia czy odciski uda Ci się rozchodzić – nałóż sobie (dedykowany dla stóp) plaster na bolące miejsce i przebierz skarpetki na nowe. Powinno pomóc. Najlepiej (stosunek ceny do ilości zastsowań) sprawdzi się w tym celu plaster w sprayu, tworząc na twojej skórze jakby dodatkowy naskórek. W samochodzie, pociągu czy w schronisku miło też na koniec dnia zamienić specjalistyczne skarpetki na jakieś przyjemne bawełniane, aby Twoje nogi zaczęły się już regenerować.
Na koniec tego akapitu chciałbym się z Tobą podzielić moimi najnowszymi, niezbyt przyjemnymi doświadczeniami. Niezależnie od pory roku lepiej kupić trochę grubsze skarpetki. Te supercienkie na lato, nawet markowe i w starych wysokich rozchodzonych butach, przy dłuższej wędrówce potrafią solidnie pokaleczyć. Jeżeli przez ostatnie miesiące bardzo ograniczyłeś górskie wędrówki – lub chodziłeś w lżejszych butach – to miej na uwadze, że Twoje stopy będą wymagać powolnego ponownego przyzwyczajania do górskich butów i szlaków. Smutne to, ale kiedy po roku czy dwóch przerwy wyruszysz na kilkugodzinny szlak, Twoje stopy będą już stopami mieszczucha, a nie doświadczonego piechura.
Zestaw naprawczy
Wybierasz się w góry z nowym, ale już przetestowanym sprzętem. Wiesz, że możesz w pełni na nim polegać. Niestety nie możesz! Zbyt wiele czasu spędziłem podróżując, aby w pełni polegać na sprzęcie. Pamiętaj, że wszystko może się zepsuć albo ktoś możesz przez przypadek nam coś uszkodzić. Możesz przypadkiem roztargać namiot na kawałku drutu wbitego w ziemie, buty mogą posiadać wadę seryjną, która doprowadzi do odklejenia się podeszwy – to akurat przydarzyło się zimą koledze. Kolce z raczków mogą się powyginać lub łańcuchy utrzymujące je na miejscu pękną nadeptując na ostry kamień – powszechne uszkodzenie. Rozerwane szwy w nadmiernie wypchanym plecaku, na którym usiadłeś, przerwanie sznurówka lub linki wewnątrz kijka trekkingowego.
Czy uszkodzony sprzęt równa się przymusowy powrót do domy, a przynajmniej do najbliższego sklepu z sprzętem turystycznym ? Nic z tych rzeczy! Sztuka polega na tym, aby być przygotowany na te wszystkie potencjalne nieprzewidywane usterki. ZAWSZE należy mieć spakowane w niezbędniku turystycznym kilka podstawowych narzędzi do naprawienie drobnych awarii. Są to taśmy (przezroczystą i powertape), zapasowe sznurki, multitool z kombinerkami, trytytki, klej typu super glue, nitkę z kilka igieł, agrafki, zapasowe troki z klamrami (to te paski służące m.in. do przymocowywania rzeczy na zewnątrz plecaka lub jako zapasowy pasek do spodni.)
Uszkodzenie sprzętu podczas kilkudniowej samotnej wyprawy to nie tylko obniżenie morałów, ale w niesprzyjających warunkach ryzyko dla Twojego zdrowia czy nawet życia (uszkodzone raki, namiot czy rozerwana kurtka). Dla mnie osobiście dopiero przygotowanie się na te wszystkie potencjalne komplikacje pozwala w pełni cieszyć się wolnością w górach. Gdy mam świadomość, że jeśli coś pójdzie nie tak, to jestem na to gotowy i nie zmieni to moich planów.
Apteczka i leki
Dobrze, jeżeli przynajmniej jeden członek wyprawy ma przy sobie apteczkę. Podczas jednodniowego wypadu wystarczy jej minimalistyczna wersja. Nigdy nie wiesz, co się może przydarzyć, czy coś Ci nie zaszkodzi lub czy poranisz sobie stopy. Więcej na jej temat w rozdziale o zdrowiu, a jej skład masz zasugerowany na listach rzeczy.
Jeżeli przyjmujemy jakieś leki (cukrzycy, alergicy), to nie powinniśmy bez nich ruszać się z domu, a już na pewno na górskie wędrówki. Jeśli nasz kompan zażywa takie leki, to zawsze warto mu o tym przypomnieć – na wszelki wypadek – ponieważ podczas porannej gonitwy na pociąg może to każdemu wylecieć z głowy. Dlatego przed samym wyjściem sprawdzaj listy z rzeczami do spakowania z tej książki.
Leki powinieneś zabrać i, co równie ważne, przechowywać w odpowiedni sposób jeszcze z dwóch ważnych powodów. Po pierwsze, nigdy nie masz pewności, że coś nie się wydarzy się coś nieplanowanego i nie będziesz zmuszony wrócić do domu z kilkugodzinnym, jeśli nie kilkudniowym opóźnieniem! Może pojedziesz w Bieszczady na jeden dzień, a tak samo, jak wiele osób, zostaniesz tam na jeden miesiąc albo i dłużej (uwierz mi, że jest to możliwe). Drugi powód. Jeśli służby medyczne znajdą przy Tobie takie leki to, pomimo że będziesz nieprzytomny, to już na starcie będą podejrzewać pewne choroby przewlekłe, a to może okazać się kluczową informacją przed podaniem pewnych substancji ratujących życie.
Po pierwsze nie śmiecimy świadomie, bo co przynieśliśmy w góry, to powinniśmy stamtąd zabrać. Po drugie nie śmiecimy nieświadomie, bo możemy w ten sposób zrobić komuś krzywdę. Rzeczy źle przyczepione do naszego plecaka spadając, mogą wyrządzić krzywdę osobom za lub pod nami – na stromych skałach.
KU PRZESTRODZE
12 kwietnia 1954 na jednej ze ścian Mięguszowieckiego Szczytu ciężko ranny został Andrzej Truszkowski. Poważne obrażenia głowy zostały spowodowane spadającym młotkiem, który upuścił wspinający się wyżej taternik. [źródło Newsweek Extra 4/19]
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Podziękowania dla Ryśka z Grupy Beskidzkiej GOPR i Adama Maraska z TOPR za pomoc przy rozbudowie tego rozdziału oraz za udostępnienie historii ze swoich akcji ratunkowych.
Mapa nigdy nie jest zbędnym wyposażeniem, nawet gdy masz przy sobie telefon z GPS! Pamiętaj, że telefon może się rozładować i w niesprzyjających warunkach pozostaniesz bez możliwości wezwania pomocy, jak i odnalezienia trasy.
Z mapą jest jednak pewien problem, aby przydała się do czegokolwiek, trzeba potrafić ją czytać. O poziomicach już wspominałem w wcześniejszych rozdziałach, jednak, że pasują jak ulał do tej tematyki poczytasz o nich także na końcu tego artykułu? Gdybym wydawał tę książkę 15 lat temu, nawet nie przyszłoby mi do głowy, aby zamieszczać ten punkt. Wtedy niemalże każdy potrafił się posługiwać mapą, lepiej lub gorzej. A już na pewno każdy kierowca podczas dalszych wakacyjnych wyjazdów – bo nie miał innego wyjścia. Sam doskonale pamiętam jeszcze te czasy, gdy podczas wyjazdów rodzinnych odgrywałem z atlasem samochodowym na kolanach rolę pilota – dziś może należało by powiedzieć rolę GPS.
Pojawia się tutaj podstawowe pytanie. Skoro w szkołach nikt nie uczy w praktyce czytania map, to gdzie można wytrenować taką umiejętność? Polecam lokalne finały akcji #CzysteSzlaki – o tym więcej pod koniec tego rozdziału – i INO, czyli Imprezy Na Orientację odbywające się regularnie we wszystkich częściach naszego kraju. Można maszerować, biegać, jeździć na rowerze, samemu, w grupie lub całą rodziną po parkach, lasach, miastach, a nawet – w czym osobiście brałem udział – pod ziemią w kopalniach! Każdy znajdzie coś dla siebie. W najprostszej wersji otrzymujemy mapę z zaznaczonymi na niej punktami, które musimy odnaleźć w terenie. Znalezienie odpowiedniego punktu zaznaczamy na swojej karcie perforatorem – takim prymitywnym dziurkaczem, z niepowtarzalnym układem igieł. Kto szybciej, znajdzie więcej punktów wygrywa. Proste? Pewnie, że tak. Dla bardziej doświadczonych wyjadaczy mapy coraz bardziej przypominają puste kartki z kilkoma dziwnymi kreskami lub stanowią odbicia lustrzane, puzzle albo origami do poskładania itp.
Brałem udział w INO przez całe technikum i jeszcze kilka razy na studiach, ale wiem, że gdy tylko moje pociechy podrosną, to razem będziemy w takich zawodach startować. Umiejętność czytania mapy może się przydać nie tylko w górach, bo przecież ciężko naprawdę zwiedzać miasta bez tej umiejętności. Dodatkowo taka zabawa stanowi rewelacyjny trening dla naszego umysłu i wyobraźni przestrzennej.
Zwracaj uwagę na punkty orientacyjne! Nawet jeśli teraz nie korzystasz z mapy, to jeśli zgubisz się z rozładowanym telefonem, to będziesz w stanie zawrócić. Przy drobinie wprawy w posługiwaniu się mapą będziesz mógł odtworzyć na niej trasę, którą pokonałeś, a może i określić swoją dokładną lokalizację. Bez zwracania uwagi na strumyki, zabudowania, przecinane szlaki i wyróżniające się ukształtowania terenu w gęstym lesie nie będziesz w stanie zbyt wiele zrobić.
Jak zabezpieczyć papierową mapę?
Czy można używać w terenie jednej i tej samej mapy przez wiele lat? Jeżeli teren po którym się poruszamy nie uległ jakimś ogromnym zmianą, to istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że nawet mapa zakupiona 5 lat wcześniej będzie nadal aktualna (przynajmniej w stopniu umożliwiającym sprawną nawigację).
Podróżuję po górach, właściwie od kiedy pamiętam. Zawsze miałem przy sobie mapę. Problem w tym, że standardowa mapa po tygodniu w górach lub nawet jednym deszczowym dniu może ulec zniszczeniu. Miejsca zgięć targają się jeszcze przed wejściem na szlak, a mapy laminowane, dlatego że wytrzymalsze, są też niestety znacznie droższe i nie zawsze pokrywają wszystkie obszary, w które wędrujemy (choć aktualnie jest już z tym całkiem nieźle).
Rozwiązaniem tego problemu jest oklejenie najzwyklejszą taśmą przezroczystą samoprzylepną – do kupienia już od 50 gr – wszystkich miejsc, w których mapa się zgina. Tym zabiegiem przedłużymy jej żywot o wiele lat. Na początku taka mapa może niezbyt dobrze się składać, ale po jej poskładaniu i włożeniu na noc pod coś ciężkiego wróci do swojego pierwotnego kształtu i funkcjonalności.
Jeżeli zainwestowaliśmy już w mapę laminowaną, to nie oznacza, że nie można jej ulepszyć. Pewnie większość osób, które podróżowały z takim wyposażeniem w deszczu zauważyła, że producenci o czymś zapomnieli. Mowa o jej zewnętrznych krawędziach. Dlatego dobrze przed wyprawą okleić zwykłą taśmą przezroczystą tę mapę z czterech stron świata (dosłownie). Jeśli tego nie zrobimy, a będziemy jej używać i przechowywać w wilgotnym klimacie, to na jej krawędziach zaczną pojawiać się denerwujące rozmycia farby lub zacznie się ona nawet rozklejać.
Parafrazując pewną telewizyjną psią gwiazdę – Nie wyrzucaj, zabezpieczaj!
Kolory górskich szlaków
Ten nagłówek należałoby dwa razy podkreślić, zmienić jego kolor na czerwono i napisać drukowanymi literami, bo dotyczy jednego z najpopularniejszych „miejskich” mitów – ale z powodów estetycznych tego nie zrobię.
Nie będę tutaj wspominał o Yeti czy Biedronce na Kasprowym, ale o bardziej powszechnym micie, w który wierzy większość turystów. Mowa tutaj o znaczeniu kolorów szlaków górskich. Czarny kolor szlaku wcale nie oznacza tras najtrudniejszych, a niebieski najłatwiejszych. Wcześniej wspomniane zasady faktycznie obowiązują w górach, ale wyłącznie na stokach narciarskich, a nie trasach pieszych! Pierwszym nasuwającym mi się niepodważalnym dowodem za tym twierdzeniem jest oznakowanie bodajże najtrudniejszego polskiego szlaku górskiego, czyli Orlej Perci, które jest koloru czerwonego, a nie czarnego!
Założenia dotyczące kolorów szlaków górskich:
kolorem czerwonym oznaczane są główne trasy (te najdłuższe, np. Główny Szlak Beskidzki o długości aż 496 km);
kolor niebieski to szlaki bardzo długie, ale niższej rangi niż czerwone;
szlaki żółte, czarne i zielone to trasy dodatkowe lub łączące te główne albo prowadzące z nich do atrakcyjnych pod względem krajobrazowym lub kulturowym miejsc w okolicy;
szlaki czarne to zwykle trasy najkrótsze. Kojarzone jako najtrudniejsze, ponieważ umożliwiają przejście z jednego szlaku na inny lub z punktu rozpoczęcia do docelowego szlaku najkrótszą trasą, a tym samym często stosunkowo stromą.
W teorii szlaki o tym samym kolorze nie powinny się przecinać lub nawet przebiegać w jednej okolicy, aby nie wprowadzać w błąd zagubionych turystów. Niestety z powodu ograniczonej palety barw nie zawsze jest to możliwe. Np. na Klimczoku w Beskidzie Śląskim „spotykają się” w niewielkiej odległości dwa czerwone szlaki – jeden z nich prowadzi do schroniska, a kawałek dalej pod szczytem przebiega drugi.
Dobrze wiedzieć, że w przypadkach, kiedy przebieg trasy pieszej, narciarskiej, rowerowej lub konnej pokrywa się, pierwszeństwo na tej trasie posiadają kolejno: (1) turyści piesi, (2) turyści na nartach, (3) rowerzyści, (4) turyści na koniach.
Uwaga !!!!!
Mniej doświadczeni piechurzy mogą pomylić szlaki piesze z nartostradami, trasami spacerowymi, ścieżkami rowerowymi czy dydaktycznymi. Pamiętaj, że szlaki narciarskie mają zamiast białych dwa paski koloru pomarańczowego, aby lepiej je dostrzec, gdy drzewo albo słupek będzie obklejone śniegiem. Trasy spacerowe mają zwykle znaki o kształcie kwadratu zamiast prostokąta, a rowerowe jeszcze symbol – jak łatwo się domyśleć – roweru. Można spotkać się także ze znakami muszelek (Camino de Santiago – droga świętego Jakuba), krzyży (o religijnym charakterze) itp. Zwracaj na to szczególną uwagę.
Historia kompasów
Jak zapewne wszyscy wiedzą, kompas to chiński wynalazek. Jednak w kilku książkach, które miałem okazję przeczytać – wszystkie wydane w latach 60. i 70. ubiegłego stulecia – autorzy przytaczali tezę, że może on być tak samo europejskim wynalazkiem. Jednak nie o tym jest ta książka, więc przejdźmy do kilku ciekawostek.
Chińskie kompasy początkowo miały formę łyżeczek do wróżenia (ok. II w.), później ryb (X w.) i żółwi. Pierwszy kompas bez wody pochodzi z XII w. Jednak w literaturze przewija się bardzo kontrowersyjny opis dużo starszego „wózka, który zawsze wskazywał południe” już sprzed 4 tys. lat. Kontrowersyjny dlatego, że niektórzy naukowcy uważają, że był to prosty mechanizm bazujący na obrotach kół, a nie na magnetyzmie Ziemi.
Od pierwszych zabaw z łyżeczkami upłynęło bardzo dużo czasu, nim zaczęto wykorzystywać kompas do innych celów niż odprawianie rytuałów magicznych. Co ciekawe, początkowo dla chińczyków kompasy wskazywały najważniejszy kierunek, czyli południe, ponieważ cesarze zasiadali zawsze twarzą w tę stronę. W XII wieku najprawdopodobniej pierwsze z nich pojawiły się na statkach, a już wiek później powoli docierały do krajów arabskich i europejskich. [źródło „Wynalazek kompasu w Chinach i problem jego przekazu do Europy”, Ryszard Sroczyński, 1969]
Na naukę nigdy nie jest za wcześnie.
Jak korzystać z mapy i kompasu
Osobiście uważam, że umiejętność posługiwania się kompasem należy do tych całkowicie podstawowych i obowiązkowych dla każdego, kto chce podróżować – może w tym poglądzie jestem trochę staroświecki. Mój przyjaciel Eliasz jeden z największych podróżników, jakich miałem przyjemność przypadkowo poznać w trasie, polega na swoim kompasie nawet w miastach! (Artykuł jego autorstwa poświęcony m.in. metafizycznym aspektom podróżowania możesz znaleźć w rozdziale „W swoim stylu”.) Niestety niewielu dorosłych to potrafi, a dzieci z kompasem w dłoni wytyka się dziś palcami, jakby pochodziły ze średniowiecza. Jako że na naukę nigdy nie jest za późno, to poniżej zamieszczam uproszczoną instrukcję obsługi mapy i kompasu.
Ile osób korzysta w górach z mapy? Przeprowadziłem na grupie Tatromaniacy na FB ankietę, w której wzięło udział ponad 600 osób i myślę, że warto poznać wnioski z niej płynące. 24% osób chodzących po górach korzysta podczas wędrówki z mapy papierowej 26% zwraca uwagę tylko na szlaki (bez mapy papierowej i cyfrowej w telefonie lub GPSa) 36% korzysta z telefonu komórkowego z załączonym GPS 6% ma mapę w głowie, a 8% schowaną w plecaku na wszelki wypadek.
Czy wiedziałeś, że …
Dziś wszystkie mapy (mi znane, bo podobno są też inne) są skierowane ku północy to znaczy, że północ jest na górze, ale nie zawsze tak było!!!
W starożytności mapy powszechnie były orientowane na północ, ale w średniowiecznej Europie na wschód, ponieważ zmienił się wtedy kierunek naszych priorytetów (na Boski) czyli na Jerozolimę. Stąd także prawdopodobnie pochodzi znaczenie słowo „orientacja” czyli z łaciny „wschód”.
A to ciekawe: Arabowie z kolei „orientowali” mapy ku południu, podobnie muzułmanie, którzy najpierw modlili się ku Jerozolimie (północ od Medyny), a później Mahomet zmienił zdanie i do dziś modlą się ku Mekce (południu od Medyny, ale aby bezbłędnie wyznaczyć poprawy kierunek korzystają z specjalistycznych aplikacji na smartfony).
Wczuj się w rolę – opis sytuacji w której mógłbyś się znaleźć Jest ładna pogoda, około godziny 12:15, jesteś gdzieś w górach i masz dobry widok na okolicę, trochę boli Cię głowa i nie masz bladego pojęcia, gdzie się znajdujesz. W kieszeni odkrywasz mapę – oklejoną taśmą przezroczystą – kompas, korkociąg, resztki makaronu z zupki chińskiej i papierowe wydanie Rajzyfiber. Jesteś spokojny, bo dobrze wiesz, że już za chwilę dzięki poniższej instrukcji bez problemu odnajdziesz drogę do akademika – cel wnioskuję po zawartości Twoich kieszeni.
Przed wyprawą w góry zawsze dobrze upewnić się dwa razy, że wkładasz do plecaka odpowiednią mapę. Na wypadek poważnego zbłądzenia lub zwyczajnej zmiany planów warto spakować też mapy z sąsiadujących terenów – My przyjmujemy, że masz szczęście i mapa, którą posiadasz, dotyczy obszaru, na którym się znajdujesz.
Kładziesz mapę obok kompasu, w taki sposób, aby jego czerwona strzałka wskazywała górę mapy.
Odszukujesz na niej to, co widzisz w oddali w terenie – najłatwiej zacząć od jezior i większych rzek – bo ciężko je przeoczyć – , a później zwróć uwagę na wieże kościelne i inne wyróżniające się zabudowania.
Gdy już wiesz, w której części mapy się znajdujesz, doprecyzujesz swoje położenie – zwróć uwagę na ukształtowanie terenu (poziomice), szukaj wokół siebie szlaków na drzewach, strumieni, skał, kapliczek i innych rzeczy, które mogą być odzwierciedlone na mapie. Jeśli nie widzisz nic takiego, to przespaceruj się kawałek. Skoro nie wiesz, gdzie jesteś, to i tak bardziej się nie zgubisz – nie masz nic do „stracenia”. Lepiej iść w górę niż w dół, bo stamtąd widać więcej.
Jeśli już odnalazłeś swoją pozycję na mapie, to pora na wyznaczenie trasy do najbliższej drogi, szlaku lub miejsca docelowego.
Połóż kompas na mapie w taki sposób, aby jego środek – oś obrotu igły – pokrywał się dokładnie z Twoją aktualną lokalizacją. Pora wyznaczyć azymut, czyli kąt mierzony od kierunku północnego zgodnie z kierunkiem obrotów wskazówek zegara i Twojej planowanej trasy. Mówić prościej, zrób na mapie prostą kreskę od punktu, gdzie jesteś do punktu gdzie chcesz dojść. Gdy położysz kompas na początku tej kreski, to czerwony koniec igły powinien wskazywać wartość 0 stopni nadrukowaną na ramce. Kąt, pod jakim ta narysowania linia odchyla się od kierunku północnego, to Twój azymut. Dla przykładu: kreska, którą narysowałeś, odchodzi idealnie w prawą stronę od środka kompasu – to znaczy, że azymut wynosi 90 stopni. Idąc do celu, powinieneś mieć kierunek północny – czerwony koniec strzałki – zawsze skierowany w lewą stronę.
Znając azymut – czyli ten kąt – możesz wyruszyć w teren i masz pewność, że dotrzesz do punktu docelowego. Jednak pod jednym warunkiem, że zawsze będziesz trzymać kompas tak, aby czerwona strzałka wskazywała 0 stopni, a Ty będziesz szedł w stronę wyznaczaną przez kąt określony na mapie.
Spore zamieszanie na trasie Twojej wędrówki będą wprowadzać wszelkie przeszkody większe od kałuży – która zgodnie z „wojskową definicją”, pomimo że są to zbiorniki wodne, to bez znaczenia militarnego – i ukształtowanie terenu. Obchodząc je, będziesz zbaczał z wyznaczonej kreski na mapie. Dlatego tak ważne jest, aby co pewien czas korygować swoje położenie na mapie i aktualizować kierunek.
Jeżeli masz taki fajny kompas jak ten na zdjęciu, to najwygodniej obrócić sobie tarczę w taki sposób, aby litera N pokrywała się z czerwoną strzałką, a Twój kierunek marszu był na wprost (tam gdzie czerwony trójkąt) (Photo by Hendrik Morkel on Unsplash)
Ze swojego doświadczenia dodam, że kontrolowanie swojej pozycji na mapie jest tak naprawdę trudniejsze, niż się wydaje. Gdy na jednej mapie w danej skali, np. 1:27 000, już będzie Ci to sprawnie wychodziło, to gdy tylko posłużysz się inną, np. 1:50 000 lub 1:10 000, będziesz na nowo musiał „przeskalować” swoje wyczucie odległości – a to chwilę zajmuje. Podobnie zmieniając środek transportu. Przemieszczając się samochodem, rowerem czy kajakiem dystans na mapie będzie zmieniać się w całkowicie innym tempie.
Dwa zdania na temat skali na mapach Gdy na mapie widzisz oznaczenie 1:500 00 oznacza to, że jeden cm na mapie odpowiada 500 00 cm (czyli 500m) w terenie. Aby sobie to łatwiej wyobrazić, zwykle pod taką skalą zamieszcza się także podziałkę liniową. Na tej podziałce widać wyraźnie, że odcinek 1 cm jest podpisany jako 500m, a 2cm jako kilometr itp. Możesz się spotkać – chyba tylko na lekcjach geografii – z pytaniem, która skala jest większa, a która mniejsza. Czym większa liczba tym mniejsza skala – 1:200 jest większa od skali 1:400.
Jeszcze nie tak dawno, nim na dobre spopularyzowały się telefony komórkowe, zanim wyruszyłeś w góry, dobry zwyczaj nakazywał poinformowanie obsługi schroniska o przebiegu Twojej trasy i planowanej godzinie powrotu. Dziś lepiej poinformować kogoś z bliskich o szczegółowych planach przebiegu trasy. Jeszcze przed wyruszeniem z domu i umówić się z „łącznikiem” na wysyłanie np. jednego SMSa dziennie (lub co 3 godz.) z potwierdzeniem aktualnego miejsca i informacją, czy wszystko idzie zgodnie z planem. Szczegółowy planowany przebieg naszej trasy najwygodniej udostępnić bliskim poprzez aplikację „Mapa turystyczna” i wbudowaną funkcjonalność udostępniania.
Musisz o tym pamiętać Mało osób jest świadomych, że telefon, który jest poza zasięgiem, zużywa o wiele więcej energii niż ten, który jest połączony z siecią. Tak samo nie wszyscy wiedzą, że w zaawansowanym smartfonie dla Twojej wygody nieustannie działa masa aplikacji, z których w danej chwili nie korzystasz. Jeszcze więcej energii będzie zużywać Bluetooth, Wi-Fi czy GPS. Jeśli chcesz czuć się w górach bezpiecznie i mieć możliwość wezwania pomocy, kiedy okaże się to potrzebne, to szanuj swoją baterię w telefonie! Wyruszając na szlak, wyłącz wszystko to, co zbędne, a już na pewno Bluetooth i Wi-Fi.
Ku przestrodze
27 lipca 1994 roku dwaj studenci, Rafał i Adam, weszli do szybu byłej kopalni w Szklarach (nieopodal Ząbkowic Śląskich). Nie poinformowali nikogo o swoich planach. Dlatego przyszło im spędzić w kopalni nie godzinę czy dwie, ale aż 24 dni, czekając na ratunek! Gdyby ktoś z ich bliskich wiedział, gdzie zamierzają zejść, pomoc mogłaby do nich dotrzeć pewnie jeszcze tego samego wieczora, a najpóźniej kolejnego dnia. (źródło: liczne doniesienia prasowe)
Od razu po tej historii nasuwa się kolejna ważna uwaga, pomimo że jaskinie przyciągają nas swoją tajemniczością, to powinniśmy się raczej trzymać od nich z daleka. Wejść do jaskini jest stosunkowo łatwo. Stojąc na półce, łatwo jest zeskoczyć w dół 2 m. O wiele trudniej będzie podczas powrotu podskoczyć te 2 metry, aby wrócić do wejścia.
Słowem doprecyzowania – Są 4 bieguny, a nie tylko dwa Kończąc temat orientacji w terenie za pomocą igły magnetycznej muszę doprecyzować, że kompas wskazuje nie kierunek północny, a magnetyczny biegun ziemi. Czy to duża różnica? Dla orientacji na mapie pomijalna, chyba że wędrujesz gdzieś po krańcach północnych naszego globu. Warto odwiedzić stronę www.magnetic-declination.com i sprawdzić, jak duży wpływ może ona mieć na naszą orientację za pomocą kompasu – dla Helsinek i Moskwy to ponad 10 stopni.
Już w przeszłości ta różnica trochę mieszała budowniczym. Z tego powodu w wielu azjatyckich miastach stare zabudowania świątynne lub militarne są obrócone względem geograficznej północy o kilka stopni, a pamiętamy przecież, że dla cesarzy linia południe – północ odgrywała ogromną rolę. Kończąc temat, przypomnienie informacji z lekcji geografii – bieguny magnetyczne Ziemi stale się przemieszczają. Na przestrzeni ostatnich 100 lat różnica wskazań igły magnetycznej dla Polski wynosi aż 3 stopnie!
Czasy przejść i poziomice
Ten fragment artykułu pochodzi z pierwszej części serii „Bezpieczeństwo w górach” więc jeśli go już wcześniej przeczytałeś to śmiało możesz przeskoczyć do kolejnego punktu
Uwzględniaj podczas planowania układ poziomic!!! Co z tego, że szlak na mapie ma tylko kilometr – wynika to ze skali, którą na pewno już potrafisz się posługiwać – skoro w jego okolicy jest aż szaro od kresek, czyli poziomic właśnie.
W jaki sposób prezentuje się różnice wysokości na mapach. (źródło ZPE.gov.pl)
Gdy poziomice są bardzo zagęszczone, oznacza to bardzo duże nachylenie trasy. W złych warunkach ten odcinek może być nie do przejścia, bo ścieżka zacznie przypominać błotną lub śnieżną zjeżdżalnię, a nosząc swoja pociechę na plecach, już całkowicie powinniśmy o takiej trasie zapomnieć.
Na tej grafice bardzo fajnie zaprezentowano, w jaki sposób po rozlokowaniu poziomic można się zorientować jak przebiega nachylenie stoków.
Wyprawa ze zbyt dużym plecakiem także może stanowić wyzwanie ponad nasze siły. Może też być poza zasięgiem osób starszych i kobiet w ciąży lub po prostu zbyt niebezpieczna dla większej wycieczki z dziećmi! Sprawdzenie układu poziomic jest bardzo ważne.
Długość trasy, tak samo jak i kolor szlaku, nie odzwierciedla stopnia jej trudności (więcej na ten temat w dalszej części tego rozdziału). 5 km w Tatrach to inny dystans niż 5 km w Bieszczadach czy Sosnowcu. Dobrym narzędziem, aby ocenić trudność trasy, są punkty GOT PTTK.
Im więcej punktów, tym trasa trudniejsza lub dłuższa (a tym samym trudniejsza). Punkty można znaleźć na niektórych mapach, w Internecie i przede wszystkim w książce „GÓRSKIE ODZNAKI TURYSTYCZNE PTTK – Regulaminy”.
Dlaczego to te punkty tak dobrze odzwierciedlają trudność trasy? Ponieważ są wyznaczane na podstawie długości i różnic wysokości na trasie. Przyznaje się jeden punkt za każdy przebyty kilometr oraz jeden punkt za każde pokonane 100 m sumy różnic poziomów przy przejściach. W podobny sposób oblicza się czasy przejść na mapach.
Czy wiedziałeś, że…
Kto chodzi ze stoperem i wpisuje czasy przejść na mapach?
Odpowiedź jest bardzo prosta – nikt. Czasy przejść na trasach naniesionych na mapach oblicza zwykle bardzo prosty algorytm. Przeciętny piechur pokonuje 4 km w przeciągu jednej godziny, a 100 m podejścia to dodatkowo 10 minut. I tyle.
Dla przykładu – jeżeli planujesz wejść do Schroniska PTTK na Szyndzielni z parkingu samochodowego pod Dębowcem u podnóża góry – najpierw niebieskim szlakiem, a potem zielonym – to długość szlaku wynosi dokładnie 4 km, a suma podejść niemalże 600 m. Sumując, 4 km to jedna godzina czasu przejścia, a 600 m przewyższeń to dodatkowa godzina. Dlatego, jeśli jesteś statystycznym piechurem, to tę trasę przejdziesz w 2 h. Mała dygresja autora – pamiętaj jednak, że statystycznie każdy z nas ma mniej niż dwie ręce i że dość łatwo utopić się w rzece, której średnia głębokość to 10 cm.
Mogłeś zauważyć, że tabliczki przy szlakach podają często całkowicie inne czasy przejść niż te zamieszczone na mapach. Wynika to z faktu, że tabliczki są czasem korygowane przez „żyjących” piechurów, a także z tego, że różne wydawnictwa mogą stosować inne algorytmy. W wielu krajach na świcie całkowicie zrezygnowano z podawania czasów przejść, a skupiono się tylko na odległościach. Miej to na uwadze.
Jeżeli te wszystkie informacje wydają się dla Ciebie trochę zbyt przytłaczające, to najlepiej trasę rozplanować sobie w domu na komputerze (ewentualnie już w pociągu albo schronisku) za pomocą strony internetowej www.mapa-turystyczna.pl albo aplikacji „Mapa Turystyczna”.
Aplikacja zsumuje wszystkie czasy za nas i wygeneruje intuicyjny profil wysokości. Uwzględni też tymczasowo zamknięte trasy! Szczerze mówiąc, zawsze gdy ruszam na „sportowy” wypad w góry – większe znaczenie mają dla mnie wtedy kilometry i przewyższenia niż krajobrazy – korzystam z tej aplikacji. Jednak gdy koncentruje się na aspektach widokowych, trasie rodzinnej czy planuję dłuższy wypad, to mapa papierowa jest wtedy niezastąpiona.
Fizyczne mapy w bardziej intuicyjny sposób odzwierciedlają rzeczywiste odległości, prezentują od razu całą okolicę, a nie tylko jej drobny fragment, wskazują trasy przejść lawin, ciekawe skały, jaskinie, zabytki …. Jeżeli tylko miałeś okazję nauczyć się posługiwania mapą, to doskonale wiesz, że technologia nigdy jej w pełni nie zastąpi – co w tej książce udowadniam wielokrotnie.
Szlaki na świecie
W niektórych regionach, np. w Alpach, kolor szlaku ma wpływ na jego trudność – warto powtórzyć w tym miejscu, że w przeciwieństwie do naszego podwórka – koniecznie sprawdź, czy tak samo jest w krajach, do których się wybierasz. Na Zachodzie rzadziej rozmieszcza się tabliczki informujące o czasach przejść konkretnych odcinków, czasem całych szlaków, co dla polskich piechurów może być trochę denerwujące.
W wielu krajach – chyba nawet w większości – na świecie informacji o czasie wcale się nie zamieszcza. Tak samo jak u naszych południowych sąsiadów – w Czechach – tam na tabliczkach można znaleźć długość trasy, a nie czas jej przejścia. Jak już pisałem wcześniej kilometraż w ciężkim terenie nic nam nie mówi, istotna jest suma przewyższeń. Idąc kilometr pod górę idziemy wolniej niż ten sam kilometr schodząc do doliny.
Za co na pewno warto pochwalić Włochów, Austriaków itp. to za przejrzystą numerację szlaków. W Polsce idzie się szlakiem czerwonym wychodzącym z punktu A do punkt B, a u nich idzie się szlakiem o numerze 123 lub E12 w danym kierunku. Dzięki takiemu oznakowaniu trochę łatwiej przekazywać informację bliskim, gdzie się znajdujemy i gdzie wybieramy, oraz trzymać się obranej trasy w szczególności na obszarach z gęstą siatką przecinających się szlaków.
Poszukaj informacji, jak wygląda aktualna sytuacja z oznaczeniami, bo np. w Gruzji standardem jest to, że lokalni przewodnicy niszczą oznakowania, aby zmusić mniej doświadczonych piechurów do skorzystania z ich usług. W Macedonii szlaki to dwa pasy w naszych narodowych barwach, w innych częściach Bałkanów mogą to być białe koła z czerwoną obwódką lub inne kształty geometryczne.
Podsumowując, niezależnie od tego, gdzie się wybierasz, powinieneś poszperać w internecie i zakupić mapę danego regionu – oczywiście także bardzo dobrze ją przeanalizować. Jeśli wybierasz się poza granice UE to bez mapy nie zajdziesz daleko. Umiejętności orientacji w górskim terenie i korzystania z mapy – nie tylko z GPS! – poza UE należą do tych całkowicie podstawowych. Jeśli masz problem z zdobyciem fizycznej mapy danego regionu możesz posłużyć się aplikacja Mapy.cz, o której więcej piszę w rozdziale poświęconym aplikacją.
#CzysteSzlaki
– nauka posługiwania się mapą w praktyce nie tylko dla najmłodszych
Wpadliśmy kiedyś z kolegą Dawidem na pomysł, w jaki sposób zachęcić ludzi do posprzątania lasów, ale nie tak na siłę tylko przez dobrą rodzinną zabawę. A jako, że każda okazja, aby kogoś czegoś nowego nauczyć jest dobra to połączyliśmy to z nauką posługiwania się mapą i zasad segregowania śmieci – w ten sposób powstała eko-gra terenowa #CzysteSzlaki – w której jak dotychczas wzięło udział ponad 500 osób!!!.
Założenia są następujące:
rodzinne zespoły (czyli maluchy, rodzice, dziadkowie, sąsiedzi, kuzyni i wszyscy inni) wyruszają w teren z specjalnie na tą okazję przygotowanymi mapkami – dedykowanymi dla przedszkolaków,
na mapach zaznaczyliśmy punkty, w których najmłodsi odnajdą pamiątkowe naklejki, które kolekcjonują w naszych eko-notesach,
rodzice w tym czasie na trasie zbierają napotkane śmieci i rozwiązują quiz wiedzy na temat prawidłowej segregacji śmieci,
dla zespołów, które zdobędą najwięcej lików pod zdjęciem zrobionymi w przynajmniej jednym z odnalezionych punkcie wraz z zebranymi po drodze śmieciami (oznaczone oczywiście #CzysteSzlaki) przygotowaliśmy unikalne nagrody (np. drukowaną wersje Rajzyfiber).
Wszystkie informacje na temat #CzysteSzlaki znajdziesz na tej stronie: Finał akcji #CzysteSzlaki. Gdybyś chciał w okolicy zorganizować coś podobnego albo nawet dokładnie takiego samego, to odezwij się do nas, a wesprzemy Cię swoim doświadczeniem i materiałami.
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Podziękowania dla Ryśka z Grupy Beskidzkiej GOPR i Adama Maraska z TOPR za pomoc przy rozbudowie tego rozdziału oraz za udostępnienie historii ze swoich akcji ratunkowych.
GŁÓWNYM POWODEM, DLA KTÓREGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ W CAŁOŚCI TEN ROZDZIAŁ KSIĄŻKI (podzielony na Rajzyblogu na kilka artykułów), JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE ZAGROŻEŃ, Z JAKIMI MOŻESZ SPOTKAĆ SIĘ W GÓRACH.
Poniższy rozdział zawiera uniwersalne zasady, porady i wskazówki, które znajdą zastosowanie w większości gór na świecie podczas jednodniowych, a także kilkutygodniowych wypraw. Doświadczenie, którym dzielę się w tym rozdziale, zdobywałem m.in. w Beskidach, Tatrach, Alpach, Karpatach Rumuńskich, górach Kaukazu, Iranu. Muszę jednak w tym miejscu wyraźnie podkreślić, że rozdział dotyczy przede wszystkim zachowania bezpieczeństwa w Beskidach (i podobnych górach) – jeśli wybierasz się w Tatry (Alpy itp.), czyli w wyższe góry obowiązkowo doczytaj także kolejny podrozdział dedykowany bezpieczeństwu w górach wysokich.
Jak wynika z doświadczeń ratowników górskich, najwięcej wypadków – może nawet 80% – mających miejsce w górach nie jest spowodowanych brawurą turystów, ale nieświadomością zagrożeń.
Nie prowadzi się w szkołach lekcji pod tytułem „jak bezpiecznie wędrować po górach” – chyba, że miałeś to szczęście i odwiedzili Cię GOPR-owcy – dlatego potraktuj tę książkę jako taki elementarz turystyczny, który po przeczytaniu przekażesz swoim dzieciom czy znajomym.
Dla Twojego bezpieczeństwa ważne jest dobre zaplanowanie trasy, aplikacja w telefonie, sprzęt… jednak najważniejsza jest POKORA. Nie ma w górach łatwych tras, do których nie trzeba się przygotowywać. Gdyby tak było, GOPR i TOPR nie mieliby co robić! A jest wręcz przeciwnie. Jak można zobaczyć na stronie Grupy Beskidzkiej GOPR, w ciągu ostatnich 4 lat doszło na ich obszarze do 1641 wypadków turystycznych, 7115 narciarskich i uratowali oni aż 9378 osób (dane z czerwca 2020)! Nagłe załamanie pogody może przerodzić każdy szlak w rwący strumień, a nocny spadek temperatury każdą drogę w lodowisko. Oczekuj nieoczekiwanego – albo przynajmniej załamania pogody!
Podczas wywiadu dowiedziałem się, że pewien procent akcji GOPR polega na ściąganiu rodzin z okolicy schronisk podczas burzy. Zagrożenia życia nie ma, ale sytuacja jest problematyczna. Jesteś z małym dzieckiem w schronisku, do samochodu macie tylko dwie godziny drogi, ale jak je pokonać, aby Twoja pociecha się nie rozchorowała? Mokra śliska błotnista ścieżka lub co gorsza oblodzona zaczyna stanowić realne zagrożenie. Gdybyś był sam, to ta droga nie stanowiłaby dla Ciebie wyzwania, ale jako że jesteś odpowiedzialnym rodzicem, to masz problem. Na pozór błaha sprawa. Jednak potrzebujesz pomocy, a wystarczyło przecież sprawdzić pogodę lub wcześniej wyruszyć na szlak.
Wybierając się w góry z małym dzieckiem, musisz wykazać się jeszcze większą pokorą nawet w stosunku do prostych tras. Wędrując z najmłodszymi, nosidełko turystyczne nigdy nie jest zbędnym bagażem. Jeśli go nie zabierzesz, może się okazać, że czeka Cię kilkukilometrowy marsz ze śpiącym dzieckiem na rękach. Uwierz mi, że jest to o wiele trudniejsze wyzwanie, niż może się wydawać, i to nie tylko w górach, ale podczas wszystkich wędrówek. Jeżeli już raz popełniłeś taki błąd, to gwarantuję Ci, że był to pierwszy i ostatni raz – bo na długo go popamiętasz.
Podczas rozmów z ratownikami dowiedziałem się, że to, co bardzo ich denerwuje, to niczym nie poparte przekonanie turystów „mnie się to na pewno nie przydarzy”. Gdy podczas akcji ratunkowych sprowadza się w bezpieczne miejsca poszkodowane osoby lub, co smutniejsze, ciała ofiar, to mijani turyści spoglądają na całą tę sytuację jak na scenę filmową. Z ich twarzy można odczytać beztroskę, jak gdyby to, co widzą, kompletnie nie prowokowało ich do przemyśleń. Ratownicy dostrzegają podejście w stylu „to się czasem zdarza, ale nigdy nie mnie” zamiast „o kurczę, jednak to się zdarza i to mogłem być ja”. Widok akcji ratunkowych wzbudza podziw przechodniów, zainteresowanie, tło do zdjęć, ale niestety zbyt rzadko prowokuje do myślenia.
Wiem, że nic nie wiem
Osobę, która okazuję pokorę w stosunku do gór, możesz poznać po tym, że pomimo posiadania wieloletniego doświadczenia, zdobytych uprawnień czy jakościowego sprzętu dalej będzie zadawać zaskakująco wiele pytań przed wyruszeniem w trasę. Moja koleżanka Monika kilkukrotnie szczegółowo wypytywała mnie o Orlą Perć, pomimo że uważam, iż to ona posiada o wiele większe doświadczenie zdobyte w Tatrach niż ja. Z kolei inni znajomi, którzy po górach wcale nie chodzą, pytają zwykle jednym zdaniem „Jaka jest Orla”? „Nie może być przecież ciężka, skoro tak wiele osób ją przechodzi”. I to ich cały wywiad i zdobywanie informacji na temat tej trasy. Więcej na temat Orlej Perci znajdziesz w tatrzańskim podrozdziale tej części.
Czym masz większe górskie doświadczenie, tym bezpieczniej przemieszczasz się po górach. Z czego to wynika? Nie tylko ze zdobytej wiedzy czy lepszego sprzętu, ale przede wszystkim ze świadomości zagrożeń, o których słyszałeś lub z którymi się spotkałeś. Pokora do gór rośnie wraz z doświadczeniem!
Niedzielni turyści
Problem z „niedzielnymi” turystami jest taki, że oni nawet nie wiedzą, jak niewiele wiedzą na temat bezpieczeństwa w górach. Bez wiedzy nie ma świadomości zagrożeń. Bez świadomości nie ma pokory, a to ona jest obowiązkowym „ekwipunkiem” każdej bezpiecznej wyprawy.
Zagrożenie w górach to także 500+
Z doświadczeń ratowników wynika, że państwowy program 500+ przyczynił się do wzrostu liczby turystów, a już szczególnie tych, którzy na szlaki wyruszają z małymi dziećmi. Z jednej strony super, bo w końcu góry są dla wszystkich i bardzo dobrze wpływają na zdrowie naszych pociech. Niestety jednak wzrost liczby dzieci na szlakach spowodował także wzrost liczby akcji ratunkowych, w których biorą udział najmłodsi – na szczęście prostych akcji nieobarczonych ryzykiem. Tak jak pisałem już kilka akapitów powyżej, warto powtórzyć, że wyprawy z dziećmi wymagają od rodziców jeszcze większej POKORY i świadomości tego, co może przydarzyć się dzieciom. Dla dorosłych osób spacer po śliskiej nawierzchni może być urozmaiceniem wędrówki, ale dla kilkuletnich dzieci wyzwaniem ponad ich siły. Mam szczerą nadzieję, że Rajzyfiber przyczyni się bezpośrednio do poprawy bezpieczeństwa na górskich szlakach.
Darmowa aplikacja RATUNEK
Najważniejsza aplikacja dotycząca Twojego bezpieczeństwa w górach i nad wodą. Działa naprawdę dobrze – opinia GOPR.
Instrukcja obsługi
Wzywając pomoc, wybierasz gdzie jesteś (ilustracja pierwsza poniżej). Jeżeli masz aktywny GPS i uruchomisz tę aplikację, to odpowiednie służby są w stanie same określić, czy potrzebujesz pomocy w górach czy nad wodą (lub czy „wygłupiasz” się w centrum miasta).
Następnie wystarczy już tylko trzykrotnie kliknąć ten duży przycisk (ilustracja środkowa), aby przesłać do dyspozytorni GOPR prośbę o pomoc.
Gdy już wezwiesz pomoc, nie przemieszczaj się! Pozostań w jednym miejscu, którego lokalizację otrzymały służby ratunkowe w przesłanej wiadomości.
W takiej wiadomości dyspozytor otrzyma spory pakiet informacji: Twoją aktualną lokalizację, stan naładowania baterii w Twoim telefonie (WOW), Twoje dane pochodzące z historii wcześniejszych kontaktów lub (jeśli to pierwszy kontakt) uzupełnione w aplikacji (trzecie okno).
Wystarczą te trzy kliknięcia w ekran, aby służby zdobyły wszystkie potrzebne informacje, a w tym tą najważniejszą, czyli Twoją aktualną pozycję. Zamiast dzwonić na GOPR, skorzystaj z tej aplikacji, bo dzięki niej, nawet gdy się zgubisz, oni już będą wiedzieć, gdzie jesteś!
Aby uzupełnić dodatkowe informacje, należy kliknąć w te trzy szare kropki w prawym górnym rogu ekranu telefonu. Po wezwaniu pomocy oczywiste jest to, że powinieneś pozostać w jednym miejscu i nie przemieszczać się. Mało kto o tym wie, ale po wezwaniu pomocy służby mają możliwość śledzenia Twojej lokalizacji przez następne 30 min, aby wysłać ratowników pod Twoją dokładną aktualną pozycję.
Po wezwaniu pomocy przez tę aplikację od razu zostanie rozpoczęta akcja ratunkowa. Jednak w celu zdobycia kolejnych informacji lub określenia, czy to nie jest przypadkiem głupi żart, ratownicy powinni do Ciebie przedzwonić lub wysłać SMS najszybciej, jak to tylko będzie możliwe, jeśli Twoja lokalizacja będzie wskazywać np. na miasto.
Wzywanie pomocy w starym stylu
Jeżeli wydarzyło się jakieś nieszczęście i co gorsza zostałeś sam z rozładowanym telefonem, to musisz wezwać pomoc „w starym stylu”. Nie myślę tutaj o sygnałach dymnych czy liście w butelce, ale o latarce, krzykach lub gwizdach.
Jeżeli nie możesz się ruszyć, bo np. złamałeś nogę, i potrzebujesz wezwać pomoc, to najważniejsze, co musisz pamiętać, to 6 na 10. Mowa o emitowaniu sygnału 6 razy na minutę z 10-sekundowymi przerwami pomiędzy sygnałami. Powinieneś nadawać sygnał (krzyczeć, świecić latarką, gwizdać gwizdkiem ratunkowym) z przerwami 10 sekundowymi, a następnie odczekać jedna minutę w ciszy (czas na odpowiedź) i powtarzać do skutku. Jeżeli ktoś odbierze taką wiadomość, to sygnał będzie nadawać 3 razy na minutę z 20-sekundowymi przerwami, a po tym nastąpi minuta przerwy.
ZAPAMIĘTAJ! WZYWANIE POMOCY: Emituj 6 sygnałów na minutę z 10-sekundowymi przerwami pomiędzy nimi, potem minuta przerwy.
W krajach zachodnich powszechnie ostrzega się turystów, aby zawsze byli wyposażeni w jakąś jaskrawą – czy jak ja to lubię nazywać „oczozaczepną” – część garderoby, flagę itp. Dobrze sprawdzi się w takiej roli np. samochodowa kamizelka odblaskowa. Po co Ci kamizelka samochodowa w górach? Gdy będziesz zmuszony wezwać pomoc, to taki strój umożliwi ratownikom czy przypadkowym przechodnim dostrzeżenie Cię już z daleka.
Gdy nieszczęśliwie zsuniesz się gdzieś ze zbocza, to jest minimalna szansa, że ktoś zwróci uwagę na taki nienaturalny kolor i wezwie pomoc. Kamizelka samochodowa sprawdzi się jeszcze lepiej nocą. Gdy ktoś skieruje swoją latarkę lub czołówkę w Twoją stronę, to może dostrzec ją ze sporej odległości. Zdarzało się już, że pewna kobieta wzywała pomocy w górach, machając jedyną kolorową częścią garderoby, którą miała na sobie – stanikiem – i to uratowało jej życie.
Kiedy wzywać pomocy?
Odpowiedź jest bardzo prosta i jednoznaczna. Tylko wtedy, kiedy jej naprawdę potrzebujesz.
Co dokładnie oznacza stwierdzenie „kiedy jej naprawdę potrzebujesz”? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć samodzielnie, bo każdy z nas posiada inne umiejętności. Dla jednego będzie to zawiśniecie na linie nad 300-metrową przepaścią, z połamanymi kończynami w środku zimy w samej bieliźnie. Dla kogoś innego będzie to sytuacja, gdy zachód słońca zaskoczy go przy Morskim Oku i nie będzie w stanie zejść samodzielnie do swojego samochodu pozostawionego na parkingu. Taka sytuacja zdarzyła się już wielokrotnie – mowa o tej drugiej.
Z wezwaniem pomocy w górach jest jak z pójściem do dentysty. Nie zgubiłeś się, tylko nie wiesz gdzie jesteś, ale tylko trochę, bo przecież przed chwilą jeszcze widziałeś i nie chcesz też nikomu niepotrzebnie zajmować czasu. Może sam się odnajdziesz. Dokładnie tak samo jest z zębami, niby coś czujemy, ale to jeszcze nie ból albo tylko taki słaby, więc może samo minie po tabletkach. Jednak ból nie mija, a ząb po tygodniu wymaga poważniejszego, droższego i bardziej czasochłonnego leczenia. Tak samo jest z akcją poszukiwawczą. Gdy aplikacja Ratunek wskaże Twoje położenie, to jest dobrze i pomoc przyjdzie szybko – niczym mała plomba w zębie. Ale bez tej aplikacji lub zasięgu zaczynasz przemieszczać się w losowych kierunkach, niczym w mgle – lub dosłownie w mgle – i tracisz całkowicie orientację. Nie daj Boże, abyś jeszcze sobie nogę złamał. No i wtedy przechodzimy do leczenia kanałowego. Poszukiwanie rozpoczyna się później, trwa dłużej, wymaga większej liczby specjalistów i użycia o wiele droższego oraz bardziej specjalistycznego sprzętu.
Dlaczego porównuję akcję ratunkową do wizyty u dentysty? Specjalnie użyłem przykładu ze stomatologiem, bo każdy ma z nim jakieś wyraźne doświadczenia, dzięki czemu może powyższy akapit pozostanie w Twojej pamięci na dłużej.
Nie traktuj wezwania pomocy jako przyznania się do porażki! Po to powstały służby ratunkowe, aby udzielać pomocy potrzebującym.
Informowanie o planach i postępach
Jeszcze nie tak dawno, nim na dobre spopularyzowały się telefony komórkowe, zanim wyruszyłeś w góry, dobry zwyczaj nakazywał poinformowanie obsługi schroniska o przebiegu Twojej trasy i planowanej godzinie powrotu. Dziś lepiej poinformować kogoś z bliskich o szczegółowych planach przebiegu trasy jeszcze przed wyruszeniem z domu i umówić się z „łącznikiem” na wysyłanie np. jednego SMSa dziennie (lub co 3 godz.) z potwierdzeniem aktualnego miejsca i informacją, czy wszystko idzie zgodnie z planem. Szczegółowy planowany przebieg naszej trasy najwygodniej udostępnić bliskim poprzez aplikację „Mapa turystyczna” i wbudowaną funkcjonalność udostępniania.
Musisz o tym pamiętać
Mało osób jest świadomych, że telefon, który jest poza zasięgiem, zużywa o wiele więcej energii niż ten, który jest połączony z siecią. Tak samo nie wszyscy wiedzą, że w zaawansowanym smartfonie dla Twojej wygody nieustannie działa masa aplikacji, z których w danej chwili nie korzystasz. Jeszcze więcej energii będzie zużywać Bluetooth, Wi-Fi czy GPS. Jeśli chcesz czuć się w górach bezpiecznie i mieć możliwość wezwania pomocy, kiedy okaże się to potrzebne, to szanuj swoją baterię w telefonie! Wyruszając na szlak, wyłącz wszystko to, co zbędne, a już na pewno Bluetooth i Wi-Fi.
KU PRZESTRODZE 27 lipca 1994 roku dwaj studenci, Rafał i Adam, weszli do szybu byłej kopalni w Szklarach (nieopodal Ząbkowic Śląskich). Nie poinformowali nikogo o swoich planach. Dlatego przyszło im spędzić w kopalni nie godzinę czy dwie, ale aż 24 dni, czekając na ratunek! Gdyby ktoś z ich bliskich wiedział, gdzie zamierzają zejść, pomoc mogłaby do nich dotrzeć pewnie jeszcze tego samego wieczora, a najpóźniej kolejnego dnia. (źródło: liczne doniesienia prasowe)
Od razu po tej historii nasuwa się kolejna ważna uwaga, pomimo że jaskinie przyciągają nas swoją tajemniczością, to powinniśmy się raczej trzymać od nich z daleka. Wejść do jaskini jest stosunkowo łatwo. Stojąc na półce, łatwo jest zeskoczyć w dół 2 m. O wiele trudniej będzie podczas powrotu podskoczyć te 2 metry, aby wrócić do wejścia.
Zawróć, gdy zbłądzisz
Jeśli podczas wędrówki stracisz szlak, co niestety na obszarach wyrębu drzewostanu jest stosunkowo proste, to zawsze zawracaj! Jeżeli nigdy nie uczestniczyłeś w marszach lub biegach na orientację, jeżeli nie masz w kieszeni kompasu i mapy lub GPS w telefonie, to z każdym kolejnym pokonanym metrem „drogi” możesz się oddalać od miejsca docelowego. Jeżeli spróbujesz iść na azymut (co to jest pisze w tym artykule) lub zwyczajnie w stronę celu (schroniska, szczytu), który jest w zasięgu wzroku, miej na uwadze, że na swojej drodze możesz spaść w przepaść, dać się porwać lawinie lub natrafić na rzekę. Co najgorsze, idąc samotnie na przełaj, jeśli złamiesz nogę, to odnalezienie Cię może zająć bardzo dużo czasu. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, zawrócenie w takiej sytuacji może zaoszczędzić Ci wiele czasu, który poświęciłbyś na pokonanie naturalnych przeszkód i nigdy nie będzie traktowane jako porażka. Każdy może zgubić szlak, ale błądzenie bez planu to już kuszenie nieszczęścia.
Góry spółka z o.o.
Góry to nie spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Adam Marasek zwrócił mi uwagę na jeden szczególny problem w dzisiejszym, szybko pędzącym świecie. To korporacyjne podejście do życia. Planujesz urlop niczym projekt z dużym wyprzedzeniem, konkretnymi zadaniami i celami, które musisz wykonać przed deadlinem – powrotem do pracy. W domu z komputerem na kolanach planujesz trasy, które za kilka miesięcy będziesz miał „za zadanie” przejść. Gdy jesteś już na szlaku, to zamiast się odprężyć i wyluzować, to Twoje korporacyjne nawyki nastawiają Cię na tryb „realizacja targetu”. Niezależnie od panujących warunków na trasie zdobywanie szczytów zaczynasz traktować, jakby nie było od tego odwrotu, bo inaczej poniesiesz porażkę. To ogromny błąd.
Już sama świadomość podejścia korporacyjnego u innych powinna w Twojej głowie zapalić lampkę ostrzegawczą. W pracy walczysz o awans, a ryzykujesz co najwyżej gorszą ocenę w oczach managera. W górach pokonujesz kolejne kilometry dla przyjemności, ale ryzykujesz własne życie! Dostrzegasz różnicę? Góry to nie miejsce, w którym ponosi się porażki, a miejsce, w którym można stracić życie. Jeżeli w tym roku nie udało Ci się zdobyć K2 – każdy ma taki swój szczyt niezależnie od jego wysokości i trudności – to zawsze za rok możesz na niego powrócić.
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Bezpieczna pogoda w górach nie istnieje! To znaczy taka, pogoda podczas której nie może nam się nic złego przydarzyć. W mgle łatwo zabłądzić, przy mżawce, czy na porannej rosie poślizgnąć, w deszczu przeziębić, w mrozie zamarznąć, w upale odwodnić, w słoneczne dni dostać udaru, przy silnym wietrze stracić równowagę, a o burzach nawet nie wspomnę.
Może ten wstęp jest trochę przesadzony, ale po pierwsze pamiętajmy o POKORZE do gór, a po drugie dobrze się komponuje z resztą tego tekstu.
GŁÓWNYM POWODEM, DLA KTÓREGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ W CAŁOŚCI TEN ROZDZIAŁ KSIĄŻKI (podzielony na Rajzyblogu na kilka artykułów), JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE ZAGROŻEŃ, Z JAKIMI MOŻESZ SPOTKAĆ SIĘ W GÓRACH.
Podziękowania dla Ryśka z Grupy Beskidzkiej GOPR i Adama Maraska z TOPR za pomoc przy rozbudowie tego rozdziału oraz za udostępnienie historii ze swoich akcji ratunkowych.
Gdy zapytałem Ryśka z grupy beskidzkiej GOPR o jego zdaniem najgłupsze zachowanie turystów, z którym spotyka się w swojej pracy, to po chwili namysłu odpowiedział: „wyruszanie na szlak w złą pogodę z nadzieją, że się poprawi, choć nic na to nie wskazuje”.
Głupotą nie jest samo wyjście na szlak, jeżeli wiesz, że pada i będzie padać przez cały dzień. Samemu kilkukrotnie w życiu zrobiłem coś podobnego. Dlaczego? Ponieważ albo spałem w namiocie i byłem zmuszony ruszać dalej, albo liczyłem się z tym, że zmoknę, bo na to wskazywała prognoza pogody, ale i tak potrzebowałem ruszyć w góry. Ważne jednak, że był to zwykły deszcz, a nie burza, i że byłem tego świadomy oraz przygotowany na takie warunki. Dobra kurtka, szybkoschnące spodnie, skórzane lub membranowe buty na markowej podeszwie, plecak w pokrowcu przeciwdeszczowym, papier toaletowy w plastikowej torbie, telefon szczelnie zamknięty i portfel głęboko schowany w plecaku załatwiają sprawę. Nie ma nic złego w zmoknięciu podczas całodniowego lub tygodniowego marszu po górach. Normalna sprawa, z którą trzeba się liczyć i być na nią odpowiednio przygotowanym.
Każdy wie, aby sprawdzić pogodę przed wyruszeniem na szlak, jednak nie wszyscy to robią. Widząc słońce za oknem w Katowicach, liczą, że w Tatrach też powinno być słonecznie. Wiele osób, które już poświęcą chwilę na przeczytanie prognoz, sprawdzają je na niewłaściwych (czytaj niewystarczająco dokładnych) platformach i aplikacjach. Z tymi Katowicami to może przesadziłem, ale założę się, że wiele osób sprawdzi prognozę dla Zakopanego, wybierając się 7 km dalej i ponad 1000 m wyżej na Kasprowy Wierch. Gdy w Zakopanem pada deszcz, to istnieje spora szansa, że na niektórych wysokich szlakach w Tatrach pojawią się oblodzenia i to nie tylko jesienią czy zimą.
Historia z akcji ratunkowej
Dyspozytor Centralnej Stacji Ratunkowej GOPR w Szczyrku otrzymuje ok. 14:30 zgłoszenie z rejonu szczytu Babiej Góry od turysty, który z powodu załamania pogody zgubił szlak między Kępą a Diablakiem. W rejon zaginięcia natychmiast zostaje zadysponowana służba dyżurna z Markowych Szczawin. Śpieszą się, podchodząc przez Bronę i Kościółki.
Podczas działań spływają zgłoszenia od kolejnych osób i grup, które z powodu załamania pogody straciły orientację i zgubiły szlak w partiach szczytowych Babiej. Na pomoc oczekuje już w sumie 8 osób. Do akcji włączają się kolejni ratownicy z Zawoi, przeczesując szlak z Krowiarek na szczyt. Gęsta mgła, silny wiatr i opady śniegu utrudniają poszukiwania i choćby kontakt głosowy z ratowanymi.
Ok. 17:00 w rejonie Diablej Kuchni udaje się odnaleźć trzyosobową grupę, w rejonie szczytu, za kamiennym wiatrołapem czekają na pomoc kolejne cztery osoby. Wszyscy choć wychłodzeni i wystraszeni są w stanie iść przy asekuracji ratowników w kierunku Krowiarek. Trzeba utrzymać bezpieczne tempo, a jednocześnie spieszyć na pomoc ostatniemu z poszukiwanych. Na szczęście udaje się go odnaleźć dość szybko i, jak się okazuje, niedaleko szlaku.
Są wszyscy i teraz już zwartą grupą kierują się na Krowiarki. W rejonie Sokolicy spotykają grupę ratowników, którzy prowadzili poszukiwania właśnie od Krowiarek. Ok. 21:30 wszyscy docierają bezpiecznie na parking na Przełęczy Krowiarki. Babia Góra jeszcze raz udowodniła, jak bardzo potrafi być zmienna i kapryśna, a turyści, jak słabo są przygotowani na takie sytuacje. (źródło: Rysiek)
Prognozy pogody
Prognozy pogody dla Tatr powinniśmy sprawdzać na pogoda.topr.pl, tpn.pl/zwiedzaj/pogoda, a dla całego obszaru kraju na www.yr.no, www.meteo.pl (moja ulubiona), mapy.meteo.pl,www.meteoblue.com. GOPR rekomenduje sprawdzanie warunków pogodowych na swojej stronie. Jeżeli jesteś lub wybierasz się w Beskidy, to na stronie beskidy.gopr.plznajdziesz informacje o aktualnej pogodzie. Co ważne nie są to prognozy, ale aktualne informacje aktualizowane przynajmniej dwa razy na dobę (o 8.00 i 13.00) oraz w sytuacji nagłego załamania pogody. Kto to robi? Pracownicy GOPR na Hali Miziowej, w Markowych Szczawinach, Klimczoku, Leskowcu, Przysłupiu i CSR Szczyku. Warto też kontrolować stan pogody w okolicy na ogólnoświatowych radarach burz, są to m.in. Windy.com, MyRadar, map.blitzortung.org.
Lubiłeś geografię w szkole? Jeśli tak, to pewnie pamiętasz, że temperatura u nas w górach spada zwykle o 0,6°C na 100 m różnicy wysokości – choć w zależności od wilgotności powietrza może to być 0,4°C albo nawet 1°C. Miej to na uwadze, sprawdzając prognozy pogody. Będąc w dolinie, na termometrze możesz zobaczyć 15 stopni, przy szczycie już tylko 5, a spora wilgotność i silny wiatr mogą odczuwalną temperaturę obniżyć nawet w okolice zera. W takiej sytuacji może już dość do odmrożenia! Pomimo tego, że w dolinie jest wiosennie, to na szczycie nie rzadko panuje jeszcze sroga zima.
Słoneczna pogoda to cichy morderca
Z każdej strony słyszymy, że przed wyjściem w góry powinniśmy sprawdzić prognozę pogody. To dobrze, bo jak już wiesz, jest to bardzo ważne i na szczęście sporo osób to robi. Niestety niemalże wszyscy zwracają uwagę tylko na deszcz i burze, ale mało kto sprawdza pogodę w kontekście zagrożenia związanego ze słońcem! Zapowiada się ładna pogoda, bezchmurne niebo, to czym prędzej ruszamy na szlak, a po kilku godzinach lub najpóźniej wieczorem czujemy, że coś jest z nami nie tak.
Po pierwsze krem z filtrem Myślę (bo danych takich nie posiadam), że najczęstszym urazem, jaki spotyka wędrowców w górach, są poparzenia słoneczne i to niezależnie od pory roku. Niech pierwszy rzuci tubką kremu ten, kto przynajmniej raz w roku nie poparzy sobie skóry. Najbardziej zdradliwe są wiosny. Wszyscy spragnieni słońca wyruszają na szlaki, odsłaniając co tylko się da (lub wszystko to, co mogą), aby nadrobić zimowe braki witaminy D. Wieczorem jednak już samo ubranie pidżamy sprawia im niemało bólu. Czym wyższe góry, tym mniej cienia, a tym samym więcej oparzeń. Czym cieplej, tym mniej mamy na sobie materiału, a więcej zagrożonych poparzeniem miejsc. Znaczna większość poparzeń jest niegroźna. Ale i takie potrafią uprzykrzyć życie, a już na pewno podczas kilkudniowej wędrówki. Dlatego tubkę z kremem warto trzymać w plecaku przy każdej wędrówce, niezależnie od pory roku. Jeśli masz tatuaże na swoim ciele, to pewnie nawet nie muszę Ci o tym przypominać.
Osłaniaj głowę Mam taką swoją tradycję, że w każdą wędrówkę zabieram przymały, stary, sprany kapelusz (otrzymałem go od rodziców już jakieś 15 lat temu). Żona chciałaby go zameldować w koszu, ale ja mam do niego wielki sentyment, ponieważ towarzyszy mi podczas każdej wyprawy. Mam też świadomość, że to on wielokrotnie uratował mi życie. Wędrując samotnie przez cały tydzień po górach, jesteśmy wystawieni na nieustanne promienie słoneczne. Gdyby nie kapelusz, to wiem, że albo byłbym zmuszony skrócić moje wędrówki, albo musiał bym je w nieplanowany sposób zakończyć. Słyszałem wielokrotnie twierdzenie, że gorsze skutki dla organizmu może mieć przegrzanie niż przemarznięcie. Udar słoneczny to kolejny cichy zabójca.
Gdy byłem młodszy, kilkukrotnie zdarzyło się, że mój kompan (czy raczej kompanka, bo to panie mają częściej problem z zakładaniem na głowę czegoś, co nie do końca pasuje im do stroju) miał wieczorem w schronisku lekkie zawroty głowy, lekko podwyższoną temperaturę czy ogólny dyskomfort. Znasz to?
W jaki sposób najlepiej ochłodzić się podczas marszu? Gdy jest upał, to moczę kapelusz w strumyku i bez wykręcania zakładam na głowę. Rewelacja.
Kapelusz ma też tę zaletę, że może posłużyć jako zaślepka na oczy w pociągu, gdy chcemy się zdrzemnąć. Nieważne jednak, w jaki sposób osłaniamy głowę i skórę przed słońcem, najważniejsze, aby zawsze o tym pamiętać. Każdy prawdziwy włóczykij (nie tylko ten bajkowy) zawsze nosi coś na głowie.
Burze i zagrożenia z nimi związane
Statystyki podają, że na całej naszej planecie jednocześnie występuje przynajmniej 2 tys. burz! Każdego dnia na świecie kilkadziesiąt osób zostaje porażonych, a kilka z nich ponosi śmierć. W ciągu jednej sekundy w atmosferze Ziemi obserwuje się ok. 100 wyładowań elektrostatycznych – powtórzę, jednej sekundy – z czego (w zależności od źródeł na których się opieramy) od 10% do 30% uderza w ziemię, a pozostałe to wyładowania między chmurami burzowymi. Miejsca, gdzie aktualnie dochodzi do wyładowań atmosferycznych, możesz śledzić np. na stronie map.blitzortung.org lub w licznych aplikacjach (Windy, MyRadar).
Jak przetrwać burzę w górach. Pierwsza i najważniejsza zasada: tam, gdzie jest burza na szlaku, tam nie powinno mnie być. Druga zasada: unikaj ryzyka spotkania burzy, wychodząc na szlakwcześnie rano. W Polsce najwięcej burz występuje w godzinach popołudniowych.
Wytyczne
Przed wyruszeniem w trasę sprawdzamy na radarze burz, czy jakieś występują w okolicy lub zmierzają w nasza stronę. Jeżeli nie udało nam się uniknąć tego spotkania, to:
● nawet jeśli nie pada, jak najszybciej (ale bezpiecznie) udaj się do najbliższego schronienia (schronisko, bacówka, szałas…);
● w normalnych warunkach grzmot słyszany po upłynięciu 3 sekund informuje nas, że burza znajduje się w odległości ok. 1 km. Na otwartej przestrzeni grzmot może być słyszany z odległości ponad 20 km. Pamiętaj, że piorun może Cię dopaść nawet w odległości ok. 15–20 km od głównej strefy opadów! Tym samym, jeśli słyszysz burzę, to jesteś w zasięgu piorunów;
● pioruny najczęściej uderzają w wystające (wyższe niż pozostałe) obiekty (najwyższe lub samotne drzewa / metalowe maszty czy inne konstrukcje). W niesprzyjających sytuacjach to człowiek na polanie, na szczycie czy na grani może okazać się „najsmaczniejszym” celem. Nie chrońmy się pod samotnymi drzewami, ponieważ jeżeli piorun w nie uderzy, to albo ładunek porazi też nas, albo mechaniczne uszkodzenia drzewa zrobią nam krzywdę;
● pioruny mają też swoje ulubione cele, które stanowią wyjątki od wcześniejszego punktu, takie jak jeziora czy rzeki, pomimo że drzewa, które je otaczają, są wyższe, to przebywanie na łodzi, w kajaku itp. stanowi spore niebezpieczeństwo;
● grupy osób podczas burzy powinny się rozproszyć, aby w sytuacji porażenia kogoś piorunem liczba ofiar pozostała jak najmniejsza i, co nawet ważniejsze, pozostały osoby, które mogą udzielić pierwszej pomocy poszkodowanym;
● jeżeli piorun uderzy w ziemię lub zostanie zerwana linia wysokiego napięcia, to powinniśmy unikać „naładowanego” gruntu pod stopami, ale jeżeli już znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, to w celu uniknięcia porażenia wystarczy stanąć na jednej nodze lub przemieszczać się „tiptopami”, bo w ten sposób ograniczymy napięcie krokowe.
Okiem inżyniera
Napięcie krokowe, czyli dlaczego małe kroczki ratują życie Dlaczego piorun, który uderzy w ziemię wiele metrów dalej, może nas porazić, a ptaki, które stoją na przewodach wysokiego napięcia są bezpieczne?
Kluczowe znaczenie ma tutaj napięcie krokowe (czyli różnica potencjałów na odległości ludzkiego kroku – ok. 0,5 m do 1 m). Powtórka ze szkoły – prąd płynie tylko wtedy, gdy z jednej strony przewodu (człowieka, ptaka, baterii) ma inny potencjał niż z drugiej. Potocznie mówiąc, prąd w gniazdku płynie właśnie dlatego, że w jednym otworze mamy 230 V, a w drugim 0 V – to jest różnica potencjałów wynosząca 230 V.
W punkcie kontaktu pioruna z ziemią ładunek osiąga najwyższą wartość, a następnie rozchodzi się w każdą stronę, tracąc swój potencjał. Jeżeli sprawdzimy, jak wysokie jest napięcie w punkcie kontaktu i 100 m od niego, to zobaczymy jakąś dużą wartość. Jeśli sprawdzimy, jaka jest różnica potencjału (czyli napięcie) w dwóch punktach leżących w tej samej odległości od epicentrum, to (przynajmniej w teorii, bez uwzględnienia czynników geologicznych i innych) powinniśmy zobaczyć wartość 0.
Już tłumaczę, do czego zmierzam. Jeśli jedna Twoja noga będzie 20 metrów od uderzenia pioruna, a druga 21 m, to na tym jednym metrze dojdzie już do sporej różnicy potencjałów i dlatego przez Twoje ciało popłynie prąd. Jeżeli jedną ręką trzymasz się metalowego łańcucha, którego punkt przyczepienia do skały jest 3 metry od Ciebie, a nogami dotykasz ziemi, to różnica potencjału będzie mierzona na odcinku ponad 4 metrów (3 metry + odległość pomiędzy dłonią i nogą, licząc przez ciało).
Jak radzą sobie ptaki z wysokim napięciem? Tak naprawdę to nie muszą sobie radzić, bo zazwyczaj stoją na jednej nodze i w takiej sytuacji nie ma różnicy potencjałów (bo jest tylko jeden punkt kontaktu z przewodem), a jeśli nawet stoją na dwóch, to i tak odległość pomiędzy kończynami jest zbyt mała, aby doszło do odczuwalnej różnicy potencjałów.
Na koniec bonus w formie ciekawostki dla zainteresowanych. Napięcie w naszych gniazdkach tak naprawdę sięga aż 325 V, a wartość którą znamy, czyli 230 V, to jego wartość skuteczna.
Jeżeli nie mamy innego wyjścia i jesteśmy zmuszeni pozostać na otwartej przestrzeni, to absolutnie nie powinniśmy się kłaść na ziemi (może powstać spore napięcie krokowe). Najlepiej jeżeli usiądziemy po turecku na plecaku lub karimacie albo kucniemy ze złączonymi nogami.
KU PRZESTRODZE
W 1937 roku na Giewoncie zginęły 4 osoby, a około 130 odniosło mniejsze lub większe obrażenia. W 1939 r. na Świnicy po uderzeniu pioruna w szczyt zginęło aż 6 turystów, było też kilkanaścioro rannych. 22 sierpnia 2019 r. poszkodowanych zostało ponad 140 turystów przebywających w okolicach Giewontu i Czerwonych Wierchów. Gwałtowne wyładowania atmosferyczne spowodowały wtedy śmierć czterech osób, w tym dwojga dzieci.
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Podziękowania dla Ryśka z Grupy Beskidzkiej GOPR i Adama Maraska z TOPR za pomoc przy rozbudowie tego rozdziału oraz za udostępnienie historii ze swoich akcji ratunkowych.
GŁÓWNYM POWODEM, DLA KTÓREGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ W CAŁOŚCI TEN ROZDZIAŁ KSIĄŻKI (podzielony na Rajzyblogu na kilka artykułów), JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE ZAGROŻEŃ, Z JAKIMI MOŻESZ SPOTKAĆ SIĘ W GÓRACH.
Poniższy rozdział zawiera uniwersalne zasady, porady i wskazówki, które znajdą zastosowanie w większości gór na świecie podczas jednodniowych, a także kilkutygodniowych wypraw. Doświadczenie, którym dzielę się w tym rozdziale, zdobywałem m.in. w Beskidach, Tatrach, Alpach, Karpatach Rumuńskich, górach Kaukazu, Iranu. Muszę jednak w tym miejscu wyraźnie podkreślić, że rozdział dotyczy przede wszystkim zachowania bezpieczeństwa w Beskidach (i podobnych górach) – jeśli wybierasz się w Tatry (Alpy itp.), czyli w wyższe góry obowiązkowo doczytaj także kolejny podrozdział dedykowany bezpieczeństwu w górach wysokich.
Zanim wyruszysz w góry, zastanów się, czy posiadasz dostateczne doświadczenie. Przed wyjściem poddaj ocenie stan zdrowia i siły, swoje i towarzyszy, a w szczególności dzieci.
II
Przygotuj wcześniej dokładny plan wycieczki, najlepiej udają się improwizacje… dobrze przygotowane. Poczytaj przewodniki, mapy, skorzystaj z usług informacji turystycznej, wskazówek przewodników górskich, gospodarzy schronisk, miejscowej ludności.
III
W górach szybko i często zmieniają się warunki atmosferyczne, niezbędna jest odzież chroniąca przed złą pogodą i zimnem oraz mocne, wysokie buty na profilowanej podeszwie.
IV
Wychodząc na wycieczkę, pozostaw w domu, w schronisku czy u znajomych wiadomość o celu i trasie wycieczki oraz godzinie powrotu. W ten prosty sposób zapewnisz sobie szybką pomoc w razie wypadku.
V
Szybkość poruszania się dostosuj do możliwości najmniej sprawnego uczestnika wycieczki. „Pożeranie kilometrów” prowadzi niechybnie do wyczerpania, a poza tym ogranicza możliwość podziwiania uroków górskiego krajobrazu.
VI
Uważaj na każdy krok – upadki zdarzają się także w łatwym terenie. Szczególnej ostrożności wymagają trudniejsze partie trasy: strome, mokre i zaśnieżone stoki, płaty starego śniegu. Nie zbaczaj ze znakowanego szlaku – jest on zwykle poprowadzony optymalnie zarówno pod względem bezpieczeństwa, jak i wysiłku na pokonanie trasy.
VII
Nie strącaj kamieni, gdyż narażasz innych turystów na poważne niebezpieczeństwo. Miejsce zagrożone przez spadające kamienie przechodź szybko i uważnie.
VIII
Decyzja zawrócenia z drogi to nie hańba, lecz głos rozsądku. Nie wstydź się zawrócenia, gdy załamie się pogoda, nadejdzie mgła lub trasa okaże się zbyt trudna.
IX
Szanuj przyrodę, nie hałasuj, jest to niebezpieczne. Dbaj o czystość i porządek w górach. Usuwając śmieci, dajesz dowód swej kultury.
X
Jeżeli mimo ostrożności zdarzy się wypadek – przede wszystkim zachowaj spokój. Poszkodowanego ułóż w bezpiecznej pozycji, w widocznym miejscu i pod opieką. Przyjętymi w górach sygnałami wezwij na pomoc GOPR.
Dekalog stanowi esencję tego rozdziały, dlatego postanowiłem, że od niego zacznę. Jest to działo Komisji Turystyki Górskiej Zarządu Głównego PTTK (ktg.pttk.pl), jednak, że niewiele osób go zna uznałem, że warto go przekopiować w tym miejscu.
Bezpieczeństwo w górach – zasady ogólne
Przed wyruszeniem w trasę zawsze sprawdź:
komunikaty alarmowe,
pogodę,
przebieg szlaków na mapie,
czasy przejść i nachylenie zboczy,
lokalizację schronisk i skróty „ewakuacyjne”,
zapasy prowiantu i wody,
czy ekwipunek nie jest uszkodzony,
odpowiednią listę rzeczy z rozdziału „Sztuka pakowania”.
Planowanie trasy
Turystyka górska to nie spacer! Zawsze planuj czas przejścia w oparciu o aktualny stan zdrowia wszystkich członków wyprawy, a w szczególności dzieci i osób starszych! Nie wychodź z założenia, że jeśli na studiach dałeś radę przejść tę trasę, to dziś też dasz radę.
Waga ekwipunku
Waga waszych plecaków też odgrywa ogromną rolę. Jeżeli standardowo pokonujesz trasy o 20% szybciej niż sugerowane czasy na mapie, to z dużym plecakiem może to być już +20% do czasu na mapie. Gdy jeszcze za czasów szkoły średniej wędrowałem z dużym plecakiem wypełnionym konserwami i co gorsza słoikami z jedzeniem na cały tydzień (nie było mnie wtedy stać na bardziej „zaawansowane” odżywiane i brakowało mi doświadczenia), potrzebowałem cały dzień na pokonanie trasy, którą bez plecaka pokonywałem w 4 godziny. Standardowy czas przejścia musiałem mnożyć razy 2,5! Miałem wtedy więcej czasu, aby rozkoszować się otaczającą przyrodą, ale także nauczkę na przyszłość, że szklane opakowania to kula u nogi – czy na plecach – podczas dłuższej wędrówki.
Czasy przejść i poziomice
Uwzględniaj podczas planowania układ poziomic!!! Co z tego, że szlak na mapie ma tylko kilometr – wynika to ze skali, którą na pewno już potrafisz się posługiwać – skoro w jego okolicy jest aż szaro od kresek, czyli poziomic właśnie.
W jaki sposób prezentuje się różnice wysokości na mapach. (źródło ZPE.gov.pl)
Gdy poziomice są bardzo zagęszczone, oznacza to bardzo duże nachylenie trasy. W złych warunkach ten odcinek może być nie do przejścia, bo ścieżka zacznie przypominać błotną lub śnieżną zjeżdżalnię, a nosząc swoja pociechę na plecach, już całkowicie powinniśmy o takiej trasie zapomnieć.
Na tej grafice bardzo fajnie zaprezentowano, w jaki sposób po rozlokowaniu poziomic można się zorientować jak przebiega nachylenie stoków.
Wyprawa ze zbyt dużym plecakiem także może stanowić wyzwanie ponad nasze siły. Może też być poza zasięgiem osób starszych i kobiet w ciąży lub po prostu zbyt niebezpieczna dla większej wycieczki z dziećmi! Sprawdzenie układu poziomic jest bardzo ważne.
Długość trasy, tak samo jak i kolor szlaku, nie odzwierciedla stopnia jej trudności (więcej na ten temat w dalszej części tego rozdziału). 5 km w Tatrach to inny dystans niż 5 km w Bieszczadach czy Sosnowcu. Dobrym narzędziem, aby ocenić trudność trasy, są punkty GOT PTTK.
Im więcej punktów, tym trasa trudniejsza lub dłuższa (a tym samym trudniejsza). Punkty można znaleźć na niektórych mapach, w Internecie i przede wszystkim w książce „GÓRSKIE ODZNAKI TURYSTYCZNE PTTK – Regulaminy”.
Dlaczego to te punkty tak dobrze odzwierciedlają trudność trasy? Ponieważ są wyznaczane na podstawie długości i różnic wysokości na trasie. Przyznaje się jeden punkt za każdy przebyty kilometr oraz jeden punkt za każde pokonane 100 m sumy różnic poziomów przy podejściach. W podobny sposób oblicza się czasy przejść na mapach.
Czy wiedziałeś, że…
Kto chodzi ze stoperem i wpisuje czasy przejść na mapach?
Odpowiedź jest bardzo prosta – nikt. Czasy przejść na trasach naniesionych na mapach oblicza zwykle bardzo prosty algorytm. Przeciętny piechur pokonuje 4 km w przeciągu jednej godziny, a 100 m podejścia to dodatkowo 10 minut. I tyle.
Dla przykładu – jeżeli planujesz wejść do Schroniska PTTK na Szyndzielni z parkingu samochodowego pod Dębowcem u podnóża góry – najpierw niebieskim szlakiem, a potem zielonym – to długość szlaku wynosi dokładnie 4 km, a suma podejść niemalże 600 m. Sumując, 4 km to jedna godzina czasu przejścia, a 600 m przewyższeń to dodatkowa godzina. Dlatego, jeśli jesteś statystycznym piechurem, to tę trasę przejdziesz w 2 h. Mała dygresja autora – pamiętaj jednak, że statystycznie każdy z nas ma mniej niż dwie ręce i że dość łatwo utopić się w rzece, której średnia głębokość to 10 cm.
Mogłeś zauważyć, że tabliczki przy szlakach podają często całkowicie inne czasy przejść niż te zamieszczone na mapach. Wynika to z faktu, że tabliczki są czasem korygowane przez „żyjących” piechurów, a także z tego, że różne wydawnictwa mogą stosować inne algorytmy. W wielu krajach na świcie całkowicie zrezygnowano z podawania czasów przejść, a skupiono się tylko na odległościach. Miej to na uwadze.
Jeżeli te wszystkie informacje wydają się dla Ciebie trochę zbyt przytłaczające, to najlepiej trasę rozplanować sobie w domu na komputerze (ewentualnie już w pociągu albo schronisku) za pomocą strony internetowej www.mapa-turystyczna.pl albo aplikacji „Mapa Turystyczna”.
Aplikacja zsumuje wszystkie czasy za nas i wygeneruje intuicyjny profil wysokości. Uwzględni też tymczasowo zamknięte trasy! Szczerze mówiąc, zawsze gdy ruszam na „sportowy” wypad w góry – większe znaczenie mają dla mnie wtedy kilometry i przewyższenia niż krajobrazy – korzystam z tej aplikacji. Jednak gdy koncentruje się na aspektach widokowych, trasie rodzinnej czy planuję dłuższy wypad, to mapa papierowa jest wtedy niezastąpiona.
Fizyczne mapy w bardziej intuicyjny sposób odzwierciedlają rzeczywiste odległości, prezentują od razu całą okolicę, a nie tylko jej drobny fragment, wskazują trasy przejść lawin, ciekawe skały, jaskinie, zabytki …. Jeżeli tylko miałeś okazję nauczyć się posługiwania mapą, to doskonale wiesz, że technologia nigdy jej w pełni nie zastąpi – co w tej książce udowadniam wielokrotnie.
Ciekawostka historyczna
Dawno dawno temu w odległej krainie, pracował sobie pewien matematyk, który dokonał przełomowego odkrycia. Mowa tutaj o roku 1774, górze Schiehallion na terenie Szkocji i Panu Charlesie Huttonie. Matematyk dokonywał pomiarów umożliwiających obliczenie grawitacyjnego odchylenia naszej planety, a co za tym idzie masy Ziemi – i wielu innych planet.
Zespół geodetów przez 4 letnie miesiące dokonywał niezliczonych pomiarów góry, aby na tej podstawie obliczyć jej objętość, a co za tym idzie także masę. Problem, który Pan Hutton musiał rozwiązać – poza tym natury matematycznej – polegał także na przejrzystym uporządkowaniu tej ogromnej liczby pomiarów wysokości góry.
Gdy te wszystkie wyniki zamieścił na mapie, niewiele z tego wynikało. Miał przed swoimi oczami chaotycznie porozrzucane niemalże losowe wartości. Pewnego dnia wpadł na genialny pomysł, aby takie same wartości połączyć z sobą liniami. Eureka. Już po chwili jego oczom zaczęły ukazywać się bardzo intuicyjne w interpretacji kształty odzwierciedlające ukształtowanie terenu – poziomice.
W przeciągu jednego lata rozwinął kartografię i obliczył przybliżoną masę Ziemi na 5 miliardów milionów ton. A Tobie co udało się osiągnąć w ostatnie wakacje?
[źródło „Krótka historia prawie wszystkiego” – Bill Bryson]
Czy przewodnik potrzebny?
Sprawdź, czy potrzebujesz albo czy chcesz skorzystać z usług przewodnika. Wejście na takie szczyty jak Gerlach czy Mnich będzie tego wymagać (ale to już na pewno wiesz, skoro kuszą Cię takie szczyty). Z drugiej strony sprawdź, czy możesz załapać się na wycieczki po Beskidach (albo różnych miastach) z darmowym przewodnikiem z lokalnego punktu Informacji Turystycznej / PTTK itp. – mało kto wie o takich opcjach.
Jeśli trasa wycieczki przebiega przez jakiś Park Narodowy, to musisz doczytać w regulaminie, czy może w tej podróży towarzyszyć wam wasz czworonożny pupil. Zwykle nie będzie mógł.
Start z rana
Czym wcześniej wyruszysz na szlak, tym spokojniejszy i bezpieczniejszy będzie powrót. Jeżeli ruszasz w góry, to nastaw sobie budzik. Wyjście na szlak o świcie i dotarcie do celu około południa czy godziny 14:00 to bardzo rozsądne podejście. Będziesz miał wtedy więcej czasu na powrót, delektowanie się widokami i bez problemu złapiesz transport powrotny (pociąg, PKS czy stopa). Jeżeli po drodze zgubiłbyś szlak lub doznał kontuzji, to w dalszym ciągu pozostanie Ci sporo czasu do zmroku, aby poradzić sobie z „wyzwaniem”. Za dnia również będziesz mieć większą szansę, że spotkasz kogoś na szlaku i otrzymasz pomoc.
W poszczególnych Parkach Narodowych można spotkać się z zakazem poruszania się po szlakach po zmierzchu oprócz tych bezpieczniejszych prowadzących zwykle do schronisk, aby umożliwić spokojne zejście z trasy w okresach, gdy wcześnie się ściemnia.
Ku przestrodze
8 listopada 2013 roku. O 6:39 pracownik schroniska pod Morskim Okiem został poinformowany, że pod drzwiami Starego Schroniska leży niemiecki turysta. Nie dlatego, że jest pijany, ale dlatego, że jest wyczerpany, wychłodzony, ze złamaniem otwartym nogi i zdrapanymi obydwoma dłońmi do krwi. Gdy odzyskał siły, aby porozumieć się z ratownikami, wytłumaczył, że dzień wcześniej wspinał się na Rysy. W pewnym momencie nieszczęśliwie stanął na płat śniegu, który zaczął się osuwać, i złamał nogę. Przekonany o tym, że nie ma co liczyć na pomoc, ponieważ nie ma przy sobie telefonu, a pogoda zniechęcała na wędrówki, zdecydował się doczołgać do schroniska. Wypadek zdarzył się ok godziny 16:00, a dotarł on do celu po 6:30 rano dnia następnego.
Powyższa historia uczy nie tylko tego, aby wyruszać jak najwcześniej, ale i tego, jak ważne są dzisiaj w górach zdobycze technologii, które na co dzień traktujemy jak zabawki. Mowa oczywiście o telefonach. Wybierając się w góry, koniecznie zabieraj ze sobą telefon komórkowy, najlepiej starszej generacji (ich bateria dłużej wytrzyma) lub smartfon z zainstalowaną aplikacją „Ratunek”, umożliwiającą wezwanie pomocy ze wskazaniem pozycji na GPS.
Uzupełnianie zapasów wody i prowiantu
Planuj trasę tak, aby nigdy tego nie zabrakło! Czy wiesz, czym jest prawdziwe pragnienie? Czy zdarzyło Ci się kiedyś, że czułeś silne pragnienie, a pod ręką nie było Starbucksa, Żabki, czy choćby kranu z wodą? Podobno bez tlenu człowiek wytrzyma 3 minuty, bez wody 3 dni, a bez jedzenia 3 tygodnie. Ja wolę się jednak o tym nie przekonywać i zawsze planuję trasy oraz zapasy tak, aby żadnej z tych 3 pozycji mi nie zabrakło. Kwestię zapasu tlenu podczas wędrówek górskich możemy pominąć, chyba że wspinasz się na najwyższe szczyty na świecie. Z jedzeniem też nie jest jakoś najgorzej, bo nawet gdy wyczerpią Ci się zapasy, to jakoś kilka dni, a może i tygodni przetrwasz. Można powiedzieć, że brak jedzenia będzie Ci dokuczał, ale kilkugodzinna „głodówka” raczej Ci nie zaszkodzi. Więcej na temat jedzenia w rozdziale „Kwestia smaku”.
Z wodą jest jednak inaczej. Brak wody w organizmie rzędu 2% masy ciała, o co tak naprawdę bardzo łatwo, szczególnie gdy wędrujesz z plecakiem, a powietrze jest bardzo rozgrzane lub przeciwnie – gdy jest bardzo zimne, a Ty masz kilka warstw ubrań na sobie – przepoconych już ubrań – to spadek Twojej wydajności rzędu już 10%! Pewnie nie pisałbym o tym problemie, gdyby nie fakt, że niestety, ale kilka razy w życiu zabrakło mi wody.
Pierwszy raz w Górach Stołowych w Sudetach byłem, gdy miałem jakieś 19 lat. Do tego czasu wędrowałem głównie po Beskidach lub Bieszczadach, gdzie o cień i źródełka wody bardzo łatwo. Jednak na płaskowyżu sprawa wygląda kompletnie inaczej, ponieważ woda nie ma skąd spływać! Nie ma ponad Tobą podziemnych naturalnych pokładów wody i szczelin, z których by ona wypływała. Na szczęście odległości w tej okolicy nie są zbyt duże i dotarcie do sklepów nie stanowiło dużego wyzwania. Od tego czasu zawsze noszę w plecaku półlitrową butelkę wody na czarną godzinę.
Jeśli mowa o butelce na czarną godzinę, to także i z niej przyszło mi kiedyś skorzystać. Kilka lat później wspinałem się w Rumunii po kamienistych szczytach. Spałem w namiocie przy schronisku i postanowiłem wyskoczyć na cały dzień z lekkim plecakiem powspinać się po trasie, która do złudzenia przypominała Orlą Perć, tylko że trudniejszą i bez drabinek. Piękna, wymagająca trasa prowadząca po szczytach. Pogoda dopisała, słońce grzało, no i po raz drugi okazało się, że nie ma gdzie uzupełnić zapasów wody. Po zapasową butelkę sięgnąłem dopiero po kilku godzinach, od kiedy ta główna mi się wyczerpała, tak aby docenić każdy jej łyk. Na szczęście kilka godzin później zszedłem do doliny i tam już bez problemu nawodniłem organizm.
Mierz siły na zamiary… wszystkich uczestników wyprawy
W początkowych akapitach tego rozdziału podkreślam, aby planować czas przejścia, uwzględniając kondycję najsłabszego członka, a w tym punkcie chciałbym zwrócić dodatkowo uwagę na przygotowanie kondycyjne każdego członka.
Gdyby nie kilka miesięcy przerwy od uprawiania sportu i wędrówek górskich – z powodu remontu mieszkania – nie byłbym świadomy, jak bardzo utrzymanie sprawności decyduje o czerpaniu przyjemności z trekkingu. Jeżeli systematycznie uprawiasz sporty, masz swój plan treningowy, który sumiennie realizujesz, to masz właściwie pewność, że wyprawa na szlak będzie dla Ciebie przyjemnością.
Gdy w każdym tygodniu poświęcałem kilkanaście godzin na zadbanie o swoją sprawność – biegi długodystansowe, także górskie, rower po Jurze i Beskidach, crossfit itp. i brak dzieci – miałem wrażenie, że kilka dni z plecakiem na szlaku to obciążenie fizycznie niestanowiące wyzwania dla nikogo. Ale gdy wracasz do utraconej formy po okresie przerwy, to nagle okazuje się, że ten czas przejścia nie jest wcale aż tak zawyżony, plecak waży jakby więcej, niż pamiętałeś, a po tym wszystkim i zmęczenie jakoś bardziej dokucza. Pamiętaj o tym!
Wędruj po górach systematycznie, na co dzień podnoś swoją sprawność, wtedy dzień na szlaku będzie dla Ciebie przyjemnością, a nie drakońskim wyzwaniem. To jest tym ważniejszy temat, czym dłuższą wyprawę planujesz, ponieważ zakwasy drugiego dnia mogą Cię w najgorszym przypadku mocno ograniczyć.
Jak trenować, gdy brakuje czasu?
Największym moim odkryciem treningowym dla zabieganych rodziców kochających góry jest chodzenie po schodach na 4. piętro z kettlami – początkowo ze zgrzewką wody mineralnej. Oczywiście chodzenie po schodach to nie chodzenie po górach, ale jako substytut rewelacyjnie działa. Przynajmniej raz w tygodniu – a najlepiej dwa – po krótkiej rozgrzewce, biorę obciążenie i robię 10 przejść.
Systematycznie zwiększam ciężar i nie mogę się nadziwić jak szybko widzę efekty. Podkreślam jednak, aby wczesnej skontaktować się z kimś, kto posiada większe doświadczenie treningowe, i aby zdobyć podstawową wiedzę na temat prawidłowej postawy oraz kontrolowanego napinana odpowiednich mięśni. Po pierwsze – nie szkodzić. Unikaj kontuzji.
Powyżej opisany „trening” to tylko jedna składowa. Oprócz tego dużo spaceruj z dziećmi – może być na barana – systematycznie rób pompki, brzuszki i wszystkie inne ćwiczenia, które zaniedbałeś. Rozciągaj się i roluj! Jeśli kilka lat temu bez problemu robiłeś 100 pompek, to dziś pewnie padniesz przy 20. Sprawdź, w jakiej jesteś formie, bo może to będzie stanowić dla ciebie dobry impuls, aby się ruszyć i zacząć to robić systematycznie.
Powtórzę w tym miejscu. Pohamuj z ambicjami zawodowymi. Jeżeli uważasz się za młodego boga, który w swoim naturalnym – miejskim – środowisku może wszystko, to nie znaczy, że w górach też dasz radę zrobić wszystko. Jeżeli wynajmiesz przewodnika górskiego, aby wraz z nim zdobyć jakiś trudny szczyt, to bardzo dobrze. Bo albo Wam się to uda, albo w sytuacji, gdy Twoja samoocena jest zbyt wysoka, to w odpowiednim momencie zawrócicie bez niepotrzebnego ryzyka. Z doświadczenia przewodników wynika, że to młodzi ludzie częściej przeceniają swoje możliwości na szlakach. Najważniejsza w górach jest POKORA!
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
„Po co wyjeżdżasz? Po to, żeby wrócić. Żeby na nowo ujrzeć miejsce, z którego wyruszyłeś, i dostrzec w nim inne barwy. Tamci ludzie też inaczej będą na ciebie patrzyli. Powrót do punktu wyjścia to nie to samo co pozostanie w miejscu”. – rozpocznę cytatem przypisywanym Terremu Pratchettowi
Prawie całe swoje dorosłe życie podróżuję samotnie i stale spotykam się z pytaniem „dlaczego”? Czy nie mam znajomych? Czy coś jest ze mną nie tak? Czy nie potrafię się z nikim dogadać? Czy to jest normalne? Czy jestem nieodpowiedzialny, bo to przecież bardziej niebezpieczne… i tak dalej, i tak dalej…
Dlatego bardzo zależało mi, aby poświęcić samotnemu podróżowaniu jeden rozdział w tej książce. Chcę wyjaśnić wszystkim zadającym powyższe pytania, o co w tym tak naprawdę chodzi. Poza tym może dzięki temu tekstowi uda mi się też zmotywować innych, by pomimo swoich obaw postawili ten pierwszy krok na trasie samotnej wyprawy, i zasugerować im, jak podczas takiej podróży zachować optymalny poziom bezpieczeństwa.
Odpowiadając na pytanie, „dlaczego lubię samotne podróże” i dlaczego rekomenduję je każdej młodej osobie nim rozpocznie swoje „dorosłe” życie:
Dopiero w samotności możemy poznać, kim naprawdę jesteśmy.
Łatwiej złapać stopa, znaleźć nocleg czy zorganizować jedzenie itp.
Możesz odkryć, co naprawdę lubisz (góry, architekturę, jeść mięso, imprezować, siedzieć w ciszy, czytać). Nie musisz się z nikim dogadywać i możesz zapomnieć o kompromisach.
Podczas górskich samotnych wędrówek w naszych umysłach dochodzi do pewnej niepowtarzalnej jedności z otaczającą nas naturą, co można bezpośrednio przyrównać do medytacji.
Jeżdżąc autostopem, zdarzy Cię się, że nie będziesz mieć wspólnego tematu lub dosłownie języka z kierowcą, więc będziesz mieć niepowtarzalną okazję, aby przemyśleć wszystkie swoje dotychczasowe poglądy i wyciszyć się.
Twoja pewność siebie eksploduje na wyższy poziom, bo w sytuacji, gdy możesz liczyć tylko na siebie, musisz sobie zaufać i się wykazać.
W podróżowaniu nie chodzi o miejsca, które odwiedzasz, ale o ludzi, których spotykasz, a będąc samemu, jest ich nieporównywalnie więcej. Łatwiej też znaleźć trwałe przyjaźnie wśród innych samotnych podróżników, ponieważ masz z nimi wiele cech wspólnych i wielką chęć podzielenia się swoimi doświadczeniami. Jeżeli przez kilka dni nie miałeś z kim podzielić się swoimi emocjami, to aż rozrywa Cię od środka, aby coś powiedzieć.
Młode osoby przed wyruszeniem na studia, a już na pewno przed rozpoczęciem pracy po nich, powinny wyruszyć w samotną podróż, aby poukładać sobie pewne kwestie w swojej głowie. W tym okresie całkowicie zmieniamy swój światopogląd, zmieniają się problemy, które dostrzegamy i musimy przewartościować nasze dotychczasowe życie. Na zachodzie nie jest niczym niezwykłym czy też nieodpowiedzialnym pozwolić swojemu dziecku wyruszyć w samotną podróż po Azji, albo jako absolwent uczelni przełożyć rozpoczęcie swojej pracy o kilka miesięcy, aby w taką podróż wyruszyć. Wielokrotnie podróżując autostopem po Zachodzie, słyszałem historie od moich kierowców (czasem młodszych ode mnie), jak to samotnie podróżowali po świecie. To, co chcę w tym miejscu podkreślić, to fakt, że często były to młode dziewczyny! Jestem świadom, że kwestie finansowe dla nas Polaków mogą odgrywać tutaj też znaczącą kwestię, bo to w końcu w Niemczech, Szwajcarii czy Luksemburgu zarabia się nieporównywalnie więcej, ale mimo wszystko jestem przekonany, że głównym powodem, dlaczego polska młodzież nie podróżuje w tym stylu, jest nasze mentalne nastawienie. W krajach bardziej rozwiniętych już wiedzą, zresztą i polska szlachta też to praktykowała, że podróże dla młodych umysłów są niejednokrotnie równie istotne, co wyższe wykształcenie, a połączenie edukacji i podróży może okazać się miksem nie do przecenienia.
Nie tworzysz wokół siebie klosza językowego. Gdy podróżujesz w dwie osoby, to już sam fakt, że rozmawiacie ze sobą w obcym dla lokalsów języku, trochę was od nich odrzuca. Gdy jesteś sam, budzisz większą ciekawość, jesteś z ich perspektywy bardziej „bezbronny”, więc tak, jak było w starożytności czy średniowieczu, tak i dziś pomaga się podróżnym, bo „Gość w dom, Bóg w dom”. W wielu kręgach kulturowych jeżeli Twój wróg z jakiegoś powodu zawita w Twoich progach (wsi), to masz obowiązek go przyjąć jak szanowanego gościa.
Czas na przemyślenia
Samotne podróżowanie otworzy Twój umysł jak żadne inne doświadczenie. Gdy spotkasz na trasie „dziwnych”, pozytywnie zakręconych ludzi, to będziesz miał możliwość porozmawiać z nimi, a nie skrytykować ich wygląd z kimś z kim podróżujesz. Samo odłożenie krytyki (która nie ma najmniejszego sensu, ponieważ jaką trzeba posiadać wiedzę o kimś, aby móc go skrytykować), negatywnych komentarzy na czyiś temat, da Ci więcej czasu, aby spojrzeć na tę osobę z innej perspektywy.
Podróżując z osobami z Twojego codziennego towarzystwa, zamykasz się w pewnej bańce światopoglądowej, a gdy podróżujesz samemu masz niepowtarzalną okazję zbudować swój światopogląd od nowa (o czym więcej piszę w rozdziale „Autostop”). Może to też być początek zmiany towarzystwa, którym się otaczasz, po spojrzeniu na ich podejście do życia, problemy i poglądy z „samotnego” dystansu.
Łatwiej jest zaakceptować pewne niedogodności, ponieważ nie masz się przed kim pożalić, a po kilkudniowej wędrówce bez dostępu do wody łatwiej jest nam znieść własny smród niż ten naszego towarzysza. Jeżeli w podróży odkryjesz, że samotność wcale nie jest taka straszna, jakby się mogła wydawać, to po powrocie do domu możesz bardzo wiele zmienić w swoich codziennych rutynach. Można poznawać innych podróżnych na trasie, CouchSurfingu (CS), Tinderze (bo to rewelacyjna aplikacja turystyczna, a nie tylko do tego, z czym ją kojarzysz – Tinder umożliwia znalezienie w swojej najbliższej okolicy osoby, która chętnie pokaże Ci swoje miasto). Spotkania dla podróżników lub multi-language ogłaszane na CS. Istnieją hostele, które udostępniają sporo przestrzeni do poznawania nowych osób przy barach, w holu czy w barze na dachu.
Do bezpieczeństwa – jeśli nie jesteś Meksykanką, którą poznałem w Kuala Lumpur to pewnie masz swój dobrze działający instynkt samozachowawczy – ufaj mu bardziej niż obcym ludziom! A o meksykance napisze w innym poście.
Podczas samotnych wędrówek po górach noszę często w kieszeni notes, aby zapisywać pomysły, które wskoczą mi do głowy, albo aby móc przemyśleć cytaty lub pewne tematy w nim zapisane. Pomaga to, gdy krajobraz staje się na tyle nudny, że zaczynamy się zwyczajnie nudzić, np. spacerując cały dzień we mgle lub zbyt gęstym lesie.
Uśmiechaj się, a przyciągniesz ku sobie pozytywnych ludzi (ale nie zalotnie).
Jak zacząć?
Wydaje Cię się, że podróżowanie samemu jest o wiele bardziej niebezpieczne niż podróżowanie z kimś? To nie do końca prawda, jeżeli będziesz przestrzegać wskazówek z tej książki. Zresztą wcale nie musisz być samemu w trasie, jeżeli podróżujesz bez stałego towarzystwa. Podróżując samemu, jesteś zwykle o wiele bardziej uważny i ostrożny, niż podróżując w towarzystwie, bo wtedy możesz czuć się zbyt pewnie albo kompletnie nie zwracać uwagi na otaczających Was kieszonkowców. Nie musisz jechać na drugi koniec świata, jeśli chcesz spróbować podróży samemu. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby zacząć od Szwajcarii, Skandynawii czy polskich gór które nie kojarzą się nikomu z wysokimi statystykami przestępczości.
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Polowanie na tanie bilety lotnicze przypomina dziś bardziej grę w kości niż grę strategiczną. Gdy ktoś jeszcze kilka lat temu chwalił się, że rozgryzł ten system (popularny wątek na forach podróżniczych), to dziś jego słowa są już pewnie nieaktualne. Algorytmy ustalające ceny biletów lotniczych należą do tych najczęściej przytaczanych na wykładach na temat sztucznej inteligencji, w kontekście czarnych skrzynek (w naukowym języku określa się tak te algorytmy, które działają dobrze, ale nikt nie jest w stanie wytłumaczyć w jakiś sposób i dlaczego).
Dla zobrazowania tematu przytoczę ceny biletów z 2019 r. WizzAir z Warszawy do Marrakeszu na okres dwóch tygodni z przełomu sierpnia i września. 28 maja bilety kosztowały 1098 zł, 10 czerwca już tylko 736 zł, a 6 sierpnia podskoczyły do 932 zł. Jeżeli więc dobrze obstawiłeś, że najniższa cena przypadnie na początek sierpnia, to „wygrałeś” od linii lotniczych 362 zł kieszonkowego na wyjazd. Podane ceny obejmują lot w dwie strony z bagażem rejestrowanym dla członków klubu WIZZ Dicsount Club.
Zasady gry w „Polowanie na Tanie Loty”
Niewiele można przytoczyć tutaj pewnych zasad tej gry, ale jeżeli koszt biletów to zwykle największy wydatek związany z urlopem, to warto przynajmniej o kilku wskazówkach posłuchać.
1 . Jeśli latasz częściej niż raz do roku, to zapisz się do WIZZ Discount Club (to niestety nie jest reklama), którego koszt członkostwa czasem zwraca się już przy pierwszym wylocie w roku, a na każdym kolejnym oszczędzasz często niemałe kwoty. Zniżki obowiązują też Twojego towarzysza.
2. Posiadaj elastyczny kalendarz. Gdy poszukuję biletów z dużym wyprzedzeniem, to określam datę wylotu w pewnym zakresie dni czy nawet tygodni i od tego, kiedy bilety będą najtańsze, uzależniam wszystko pozostałe. Taka elastyczność czasowa pozwalała zmniejszyć koszt wyjazdu czasem nawet o połowę. Zwykle loty w środku tygodnia są tańsze niż te w weekendy. Genialnym narzędziem do porównywania cen zaprezentowanych na kalendarzu jest mniej znana aplikacja Google Flights (rewelacyjne opcje to „Wykres cen” i „Siatka dat”).
3. Poluj na okazje. Jeszcze kilka lat temu co pewien czas w systemach wyceny biletów lotniczych pojawiały się błędy, które dziś występują bardzo sporadycznie. Dlatego pozostaje nam śledzić promocje. Śledź kilka stron na Facebooku poświęconych taniemu lataniu, aktywuj newslettery na maila, a systematycznie będziesz informowany o tych cenach, które pozytywnie Cię zaskoczą. Wadą takich polowań jest oczywiście data wylotu, gdyż bierzesz, co się nadarzy, a nie to, co Ci pasuje. Pamiętaj, że kto pierwszy, ten lepszy!
4. Omijaj główne lotniska i nastaw się na przemieszczanie. Dzięki takiej strategii zobaczysz więcej, a zapłacisz mniej. Większość tanich lub tańszych połączeń jest obsługiwanych przez lotniska znajdujące się wiele kilometrów (bywa, że i 100) od centrów miast. Jeśli podczas jednej podróży chcesz zobaczyć jak największy kawałek świata (np. Wietnam, Singapur i Malezję lub Macedonię, Grecję i Czarnogórę) wyląduj w najtańszym kraju, a wylatuj z innego (choćby miasta). Dzięki temu rozwiązaniu otwierają się przed Tobą ogromne możliwości, a poza tym nie będziesz musiał się wracać do okolicy, którą już zwiedziłeś. W 2017 roku można było przy odrobinie szczęścia kupić bilet do Wietnamu w jedną stronę od 123 zł!!!.
5. W tym rozdziale mówimy głównie o tanich liniach lotniczych, dlatego z bagażu rejestrowanego powinieneś zrezygnować już na etapie planowania podróży.
6. Szukaj ostatnich, a co za tym idzie też najtańszych, biletów kierowanych do samotnych turystów, które służą zapełnieniu pustych miejsc na pokładzie.
7. Tanie latanie to nie tylko bilety lotnicze ale i transport z oraz na lotnisko. Nie zapomnij sprawdzić, ile może Cię to kosztować, ponieważ choćby w skandynawskich krajach ceny biletów autobusowych mogą przekraczać te lotniczych. Podobnie w sytuacji, gdy wylądujesz w środku nocy po odjeździe ostatniego autobusu odwożącego podróżnych do centrum miasta. W takiej sytuacji Twój wybór ogranicza się do skorzystania z usług taksówki albo wynajęcia samochodu.
Opóźnienie = rekompensata
Pamiętaj, że za opóźnienia mogą przysługiwać Ci rekompensaty nawet do 600 euro!!!
Dotychczas miałem to szczęście, że nie przydarzyły mi się podczas podróży kłopotliwe opóźnienia na lotniskach, jednak moi znajomi mają odmienne doświadczenia. To właśnie od nich dowiedziałem się, że już za 3-godzinne opóźnienie przysługuje pasażerom rekompensata finansowa, którą stosunkowo łatwo jest otrzymać. Poniżej cytuję fragment artykułu z rządowych stron Urzędu Lotnictwa Cywilnego (trudno znaleźć bardziej rzetelne źródło), który potwierdza ich historię.
„W przypadku opóźnionego lotu przewoźnik jest zobowiązany wręczyć każdemu pasażerowi pisemną informację o przepisach dotyczących minimalnych praw pasażerów, w tym prawa do odszkodowania i opieki polegającej na zapewnieniu posiłków i napojów adekwatnych do czasu oczekiwania, umożliwieniu wykonania 2 rozmów telefonicznych oraz zapewnieniu noclegu w przypadku, gdy wylot odbywa się następnego dnia.
Pasażer ma również prawo do odszkodowania, jeżeli w wyniku opóźnienia przybędzie do miejsca docelowego podróży co najmniej trzy godziny po pierwotnie przewidzianej przez przewoźnika lotniczego godzinie przylotu. Odszkodowanie nie przysługuje w przypadku, jeżeli lot został opóźniony z przyczyn niezależnych od przewoźnika (np. złe warunki atmosferyczne, strajk na lotnisku lub niestabilna sytuacja polityczna). O wysokości odszkodowania decyduje długość lotu. Może ono wynosić od 250 do 600 euro, w zależności od długości trasy”.
Procedura reklamacyjna krok po kroku
Wniosek o odszkodowanie składamy w pierwszej kolejności u przewoźnika. Jeżeli w ciągu 30 dni przewoźnik nie odpowie na naszą reklamację albo jego odpowiedź będzie dla nas niesatysfakcjonująca, możemy złożyć skargę do Komisji Ochrony Praw Pasażerów. Do skargi należy dołączyć kopię potwierdzonej rezerwacji na dany lot, kopię reklamacji skierowanej do przewoźnika, kopię udzielonej przez niego odpowiedzi, bądź wskazanie, że pomimo upływu terminu 30 dni odpowiedź na reklamację nie została udzielona”. (źródło: www.ulc.gov.pl/, artykuł pod tytułem „Prawa pasażerów w związku z odwołanym i opóźnionym lotem”)
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Darmowe toalety Jeśli spędzamy w danym mieście kilka dni, to obowiązkowo pierwszego powinniśmy w samym centrum kupić coś w sieciowej restauracji i kawiarni. Oczywiście nie dlatego, aby wspierać globalne sieci, ale po to, aby skorzystać z ich dogodnej „lokalizacji” i zdobyć na paragonie kod do WC. Zwykle w miastach turystycznych drzwi do WC zabezpieczone są kodem (choć nie zawsze i warto się wcześniej upewnić), który jest bardzo rzadko zmieniany. Raz zdobyty kod do takich drzwi może nam pomóc zaoszczędzić kilka (kilkanaście/kilkadziesiąt) złotych w portfelu, ponieważ nie trzeba będzie płacić za publiczne toalety. Kluczem do sukcesu w tym wypadku jest wybranie lokalu najlepiej zlokalizowanego, aby po drodze na miasto lub wracając do hostelu, zawsze mijać go po drodze.
„Darmowi” przewodnicy Jeżeli należysz do grona osób, które podróżują nie tylko po to, aby zrobić sobie selfie na atrakcyjnym tle, ale dowiedzieć się czegoś więcej o otaczającym nas świecie, zapewne już słyszałeś o „free tour”. Jest to idea rozpowszechniona na całym świecie polegająca na tym, że lokalni przewodnicy (zwykle studenci, ale i czasem profesjonaliści lub hobbyści) oprowadzają Cię po swoim mieście całkowicie za darmo.
Jeżeli uznasz, że wycieczka była super, to możesz podziękować swojemu przewodnikowi za poświęcony Ci czas napiwkiem w dowolnej wysokości. Czasem zdarza się, że przewodnik sugeruje wysokość napiwku, co trochę zaprzecza idei, ale to tylko od nas zależy, ile mu wrzucimy do „kapelusza”. Bardzo polecam tego typu aktywności, ponieważ dowiemy się w ciągu godziny lub dwóch znacznie więcej rzeczy, niż mogli byśmy wyczytać z przewodnika, a poza tym mamy okazję poznać też ciekawe osoby (szczególnie wtedy, gdy podróżujemy samotnie).
Wycieczki podzielone są na ogólne i tematyczne, a miejscami zbiórek zwykle są jakieś rozpoznawalne punkty w mieście, do których łatwo trafić. Więcej informacji na ten temat zdobędziemy w punkcie informacji turystycznej lub po wpisaniu w wyszukiwarkę „free tour in …”.
Lody! Zwracaj uwagę na to, co kupują i ile płacą klienci przed Tobą! Ja się z tym osobiście nie spotkałem (albo nie zauważyłem i dałem się naciągnąć), ale wiem, że takie przypadki się zdarzają. Lokalna ludność może mieć lody nakładane łopatką, a „zamożny turysta” tylko łyżką o znacznie mniejszej pojemności.
Zwróć uwagę, jak podawana jest cena! We Włoszech spotkałem się wielokrotnie z tym, że za jedną porcję lodów w pojemniku lub rożku płacimy 2 euro, za dwa smaki 3 euro, a za trzy smaki 4 euro. Co w tym dziwnego? A to, że każda z tych porcji waży tyle samo! Standardowy turysta za kubeczek zapłaci zawsze 4 euro, bo wydaje mu się, że to najlepsza cena za 3 porcje lodów, gdzie tak naprawdę porcję dostaje się jedną, ale podzieloną na 3 smaki. Włoski standard!
Muszę w tym miejscu zaktualizować informację, że w 2020 roku podobny standard zacząłem spotykać i w naszej ojczyźnie. Gałki dwu-smakowe zaczynają kosztować o 50% więcej pomimo tej samej masy co pojedyncze. Uważaj na to.
Napiwki Co kraj, to obyczaj. Dobrze wcześniej rozeznać się, czy w kraju, do którego się wybieramy, napiwki są wliczane w cenę posiłków. Istnieją nawet kraje, w których kelnerzy nie dostają pensji, a utrzymują się wyłącznie z dobrowolnych napiwków. Z kolei w innych nikt nie będzie ich od nas oczekiwał.
W tym miejscu uprzedzam, że czasem w jednym mieście w dwóch restauracjach może to wyglądać inaczej. Kwestia szczególnie istotna dla studentów, którzy zaskoczą się dopłatą na paragonie (po włosku „coperto”) w wysokości 2 euro za osobę. Czasem wystarczy złożyć zamówienie w barze, a nie czekać na kelnera przy stoliku, aby przy 5 osobach pozostawić w swojej kieszeni 10 euro!
Innym razem, wybierając stolik wewnątrz lokalu, unikniemy opłaty, ale gdy z kolei usiądziemy na zewnątrz z widokiem na atrakcje, to będziemy zmuszeni dołożyć się restauracji do opłaty pobieranej przez miasto za korzystanie z chodnika itp.
To, co jeszcze bardziej zaskakujące, to opłata (napiwek wliczony za cenę za litr) za serwis na stacji benzynowej we Włoszech. Samemu się z tym „chyba” nie spotkałem, ale czytałem o tym, więc uprzedzam, aby zwracać uwagę na zwroty w stylu „fai da te” – samoobsługa – i „area servizio”, gdzie doliczą koszt obsługi.
Pytaj o cenę Głupia sprawa, bo kto z nas zamawia coś bez patrzenia do menu – jeśli jesteś multimilionerem to prawdopodobnie nie czytasz tej książki, a już prawie na pewno tego rozdziału – , a jednak się zdarza. Chcesz się na szybko napić małej czarnej, bo jesteś uzależniony od kofeiny? Wpadasz do lokalu, zamawiasz kawę, wypijasz ją na raz czy dwa, i wyciągasz jedno euro, aby zapłacić standardową cenę, a barista pokazuje na rachunek, na którym widnieje cena 4 euro!
Lokale w turystycznych centrach miast mają czasem horrendalne ceny. Lody 100 m dalej mogą kosztować dosłownie 3 razy mniej. Nawet asortyment sklepów typu Carrefour Express może kosztować znacznie więcej w centrum niż na obrzeżach miast itp. Co ciekawe, w większości popularnych miast, nawet w okolicy głównych atrakcji, można też znaleźć sklepy z całym asortymentem po 1 euro. Cena ta, nawet jak na polską kieszeń, okazuje się superatrakcyjną. Kupimy tam napoje, przekąski lub, co może nawet najważniejsze, tanie pamiątki.
Z PAMIĘTNIKA KRZYŚKA – bardzo, bardzo droga herbata Pewnego pięknego dnia, Krzysiek wraz z dwójka znajomych, z którymi był na delegacji w Chinach wybrali się na spacer po okolicy. W pewnym momencie zaczepiły ich dwie młode kobiety z dość standardowym pytaniem „Czy podczas pobytu w naszym kraju mieliście już okazje spróbować prawdziwej Chińskiej herbaty? Ale takiej przyrządzanej w tradycyjny sposób?”. Jako, że nie mili dotychczas tej przyjemności, to zostali zaprowadzeni do schowanej w uliczce malutkiej herbaciarni, w której bardzo wiekowa Pani zaczęła przyrządzać dla nich ten wyjątkowy trunek. Koleżanki znające angielski trochę się śpieszyły więc panowie pozostali pod opieką starszej pani, która znała się na „wywarach”, ale nie bardzo na angielskim. To jest bardzo istotny szczegół tej całej historii, tak samo jak to, że przed wypiciem pieszej filiżanki nie zapytali o cenę trunku. Finalnie starsza pani po przygotowaniu kilku trunków wzbogaciła się o całe 300 euro – sytuacja bez dobrego wyjścia. W ciemnej uliczce dostajesz rachunek na kilkaset euro – co oficjalnie pokrywało się z „cennikiem dla naciąganych turystów” – od starszej pani nie znającej języków obcych…
Darmowe mapy Przy zwiedzaniu większych miast darmowe mapy można dostać na lotnisku, w hotelach lub w punkcie informacji turystycznej. Tam też doradzą, jak się dostać w dane miejsca, jakie są aktualne wystawy w mieście, godziny otwarcia atrakcji itd. Jeżeli te wcześniej wymienione punkty nas zawiodą, to w wielu turystycznych centrach na przystankach można znaleźć bardzo atrakcyjne plany miast z wyróżnionymi głównymi atrakcjami. Wystarczy zrobić zdjęcie takiej mapy i już można biegać od atrakcji do atrakcji.
Jedzenie na trasę Najlepiej kupić w dyskoncie i dobrze przygotować je wcześniej, aby nie przepłacać, gdy nagle dopadnie nas głód (np. 6 euro w Wenecji za kanapkę, którą we włoskim Lidlu skomponujemy za ćwierć tej ceny). Na wypadek gdybyśmy mieli problem ze znalezieniem tańszego sklepu w okolicy, to dobrze przywieść w plecaku z Polski (w zależności od upodobań) pakiet batonów musli (te nie rozpuszczą się, jak czekolada, i nie stracą walorów smakowych, nawet jak zmienią kształt), czekotubki czy mleczka w tubie, chałwy lub coś zdrowszego w stylu mieszanki studenckiej, suszonych owoców i kabanosów (nie psują się, a są dużo lepsze niż batony). Grosz do grosza, a kilkadziesiąt euro w dwa tygodnie zaoszczędzimy.
Cyfrowe bilety lotnicze / kolejowe / wstępu do różnych miejsc Warto zwrócić uwagę, czy można mieć je tylko na komórce w cyfrowym formacie, czy musimy drukować, bo z tym różnie bywa. Dla niewtajemniczonych dodam, że nasze polskie PKP akceptuje bilety w formie elektronicznej. Chrońmy środowisko, jeśli to możliwe i oszczędzajmy papier, a co za tym idzie też pieniądze (w hostelach za wydruk się płaci). Niestety przyznam się, że ja jako „człowiek starej daty” i zwolennik spokojnego snu, jeśli jest to tylko możliwe, wolę bilety wydrukować i mieć dodatkowo ich kopię ściągniętą na telefonie w formacie pdf.
Photo by Mark Daynes on Unsplash
Happy Budda Day – masowe oszustwa
Czyli wielkie fikcyjne święta i niepowtarzalne okazje. W Tajlandii można natrafić na dobrze zorganizowane i działające z dużym rozmachem grupki oszustów, którzy zrobią wszystko, aby wyciągnąć pieniądze od niczego nieświadomych turystów. Jeżeli jakaś spotkana na ulicy osoba/taksówkarz/handlarz/… mówi Ci, że masz duże szczęście, to znaczy, że powinieneś mieć się na baczności. Poniżej historia, która przydarzyła się mojej koleżance.
Z PAMIĘTNIKA PATRYCJI Podczas naszego pobytu w Bangkoku zagadał do nas na ulicy bardzo miły Taj, bo zauważył, że się zgubiliśmy (staliśmy z mapą i szukaliśmy drogi). Spytał, czego szukamy i czy może nam pomóc. Oczywiście zgodziliśmy się, bo dlaczego nie? Bardzo pomocny mężczyzna. Wskazał nam, gdzie iść, i przy okazji zapytał, czy wiemy, że dzisiaj w centrum jest parada z okazji Happy Budda Day.
Wszędzie w mediach wciąż o tym mówią! My bez telewizora, więc skąd mielibyśmy wiedzieć, a nawet gdybyśmy go mieli, to i tak nie oglądalibyśmy przecież tajskich informacji. Czy wiemy, że tego dnia rząd dopłaca za przejazdy specjalnymi tuk tukami (wskazał nam konkretnie takie z żółtym dachem) – akurat stało obok nas kilka takich i parę innych, więc nic nie wzbudziło naszej czujności. Rząd tego dnia niby finansuje turystom przejazdy tą siecią tuk tuków po całym mieście. Super okazja, bo można się przejechać dowolną ilość razy za jedyne 10 bahtów (1 zł).
Powiedział też, że ten tuk tuk zabierze nas w miejsce, gdzie chcieliśmy się dostać (druga strona miasta) za 1 zł. No to my zadowoleni – w sumie czemu by się nie przejechać, skoro jest taka okazja. Dzień wcześniej za dużo krótszą trasę zapłaciliśmy 100 bahtów. No i na skinięcie ręki podjechał do nas jakiś „przypadkowy” tuk tuk – tamten Taj spytał się kierowcy (aby nas nie naciągnął oczywiście), czy on wie, że dzisiaj jest Happy Budda Day i spytał za ile nas przewiezie. Tamten potwierdził, że za 1 zł robi nam wycieczkę po kilku turystycznych miejscach w Bangkoku i będzie za każdym razem na nas czekać. Pojechaliśmy z nim do jakiejś świątyni zadowoleni, że i nam Happy Budda przyniósł szczęście. Tam nas wysadził i obiecał, że zaczeka, aż wrócimy. Weszliśmy do środka zobaczyć kolejną atrakcję, a tam niespodziewanie zagadał do nas kolejny koleś, który nie miał prawa zauważyć, czym przyjechaliśmy.
Tak samo, jak i wcześniej, niezwykle miły Taj zapytał się nas, skąd jesteśmy i czy wiemy, że dziś jest Happy Budda Day. Bardzo wiarygodnie opowiedział nam, o co w tym święcie chodzi. No i w tym miejscu byliśmy już wkręceni na maksa, bo skoro trzecia „przypadkowa” osoba nam już opowiada o tym samym, to coś musi być na rzeczy. Zwiedziliśmy świątynię i wsiedliśmy do tego samego tuk tuka, który cały czas czekał na nas.
Pojechaliśmy do kolejnej świątyni, po czym zawiózł nas do informacji turystycznej. Tam nastąpiła kulminacja programu i wszystko się posypało. Pracownik biura zaproponował nam, że zaplanuje nasz wyjazd (dodam w tym miejscu, że to był nasz drugi dzień w Tajlandii, a mieliśmy przed sobą kolejne 6 tygodni) i że załatwi nam wszystkie noclegi i atrakcje po drodze. Wystarczy mu 2000 $ zapłacone z góry, a on już wszystko za nas załatwi.
Oczywiście to w wielkim skrócie, bo pobyt tam był dość długi, a rozmowa bardzo rozbudowana. Był przy tym niesamowicie wiarygodny. Nawet niepozorne rekwizyty były dużo lepiej rozplanowane niż na planie niejednego polskiego serialu. Na przykład na jego biurku można było dostrzec niepozornie porozrzucane „przypadkowe” skany paszportów turystów i tak się złożyło, że też Polaków! Przypadek?
Ale generalnie w tym momencie zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak i zaczęliśmy googlować pod stołem „Happy Budda Day”. Na szczęście w Internecie jest dużo ostrzeżeń przed tego typu oszustami. Wiec z pokerfacem wyszliśmy stamtąd pod pretekstem braku tak dużej ilości gotówki. Szybko wsiedliśmy do tego samego tuk tuka, którym tu przyjechaliśmy, bo na szczęście wciąż na nas czekał. Zmieszani, wiedząc, że wiezie nas oszust, poprosiliśmy, żeby podrzucił nas do centrum bez kolejnych punktów programu. Na co on upierał się jeszcze, żeby nas zabrać do… sklepu z garniturami i tam nas wysadził.
Tam oczywiście chcieli jeszcze uszyć na Marka garnitur, niestety nie trafili na zbyt podatny grunt, więc szybko stamtąd wyszliśmy i pojechaliśmy do centrum. Zapłaciliśmy gościowi obiecane 10 bahtów, będąc w całkowitym szoku, co właśnie się stało.
I tu uwaga – najlepsza cześć historii: było nam mega gorąco, więc postanowiliśmy wybrać się do McDonalda, aby się schłodzić w klimatyzowanym pomieszczeniu. Siadamy sobie i rozmawiamy na głos miedzy sobą o tym, co się właśnie stało, a obok nas przy stoliku słyszymy dwóch Polaków, którzy… rozmawiają o tym samym! Zostali dokładnie tak samo, jak my, oszukani na Happy Budda Day, z tym że ich zawieźli jedynie do tego sklepu z garniturami. Pośmialiśmy się z tej historii, że taki zbieg okoliczności i że spotkaliśmy się w tym samym Macu zaraz po scamie (ang. przekręcie).
Wycieczki zorganizowane
Gdy byłem studentem, to omijałem szerokim łukiem wszystko, co zorganizowane. Uważałem, że jest to dobra okazja, ale tylko zamożnych turystów, którzy w ten sposób mogą wydać pieniądze, których jako student zwyczajnie miałem niewiele. Dziś już wiem, w jak bardzo błędnym przekonaniu żyłem. Z czasem okazało się, że organizowane wycieczki są naprawdę dobrą okazją, aby zaoszczędzić czas, sporo stresu i spróbować czegoś niezwykłego, czego samemu bym nie znalazł.
Przed zakupem takiej wycieczki należy dobrze się zorientować w cenach. Będąc w Wietnamie, zapłaciłem za całodniową wycieczkę do delty Mekongu z posiłkiem, licznymi degustacjami, bardzo licznymi atrakcjami i super przewodnikiem ledwie kilkanaście złotych. Samemu nie byłbym w stanie nic podobnego zorganizować. Cena była tak atrakcyjna, ponieważ to konkretne biuro podróży organizowało tę wycieczkę, a nie tylko pośredniczyło w sprzedaży, o czym w punkcie kolejnym. Później jeszcze raz korzystałem z podobnej okazji w tym samym biurze (wycieczka po muzeum wojny wietnamskiej ze zwiedzaniem tuneli) i też byłem zachwycony z wycieczki.
W Iranie natomiast żałowałem, że nie wykupiłem podobnej wycieczki (spanie na pustyni, słone jezioro itp.), ponieważ wszyscy napotkani turyści z Polski, którzy się na to zdecydowali, byli zachwyceni.
Podsumowując. Wybierając się za granicę, dobrze poczytać opinie na temat dostępnych do wykupienia na miejscu zorganizowanych wycieczek. To właśnie one mogą okazać się tym, co zapamiętamy z tego wyjazdu i będziemy wspominać przez lata, a gdy dobrze poszukamy, to cena za takie „pamiątki” może okazać się śmiesznie niska.
Nie przepłacaj za wycieczki Wycieczki kilkudniowe do największych atrakcji turystycznych w kraju są rewelacyjną okazją, aby sporo przepłacić. Spędzając kilka dni w Hanoi, wybrałem się na trzydniową wycieczkę do najbliższego ze współczesnych cudów świata, czyli do Ha Long Bay. Jest to na tyle rozpoznawalna atrakcja w tej części Azji – i trochę przereklamowana, o czym więcej piszę na blogu- , że wiele osób odwiedza Wietnam tylko w tym celu.
Niestety przez to „turystyka przemysłowa” błyskawicznie degraduje środowisko naturalne oraz winduje ceny. Wycieczkę wykupiłem w 2016 r. w Vietnam Backpacker Hostels – The Original, w którym spałem – czyli bezpośrednio u organizatora. Zapłaciłem za nią dokładnie 179 euro. Cena zawierała dodatkową atrakcję w formie wakeboardingu za motorówką pośród skał i, jak się okazało, wycieczka była w 100% warta swojej – nie najniższej – ceny. Noclegi na malutkiej prywatnej wyspie (trochę piasku, kilka drzew i skały) z dyskoteką na plaży, dobrym jedzeniem i kajakami z dostępem 24 h kosztowały mnie grosze w porównaniu do tego, co bym zapłacił w biurze wycieczkowym.
Rynek tego typu wycieczek wygląda w ten sposób, że kapitan statku albo organizator udostępnia biurom pośredniczącym poszczególne miejsca na pokładzie w standardowych cenach. Z kolei te biura sprzedają miejsca w cenach w żadnym stopniu nieuzasadnionych. Każdy chce zarobić, a te organizacje się w tym wyspecjalizowały. Za to samo miejsce, to samo wyżywienie, na tym samym statku możemy zapłacić 50 euro albo 250 euro – bez dodatkowych atrakcji. Zawsze staraj się kupować wycieczki u organizatorów, a nie pośredników.
Darmowe zwiedzanie największych atrakcji Kto szuka ten znajdzie – i zaoszczędzi. Jak szukać i planować opisuję obszernie w rozdziale „Planowanie podroży”, a w tym miejscu skupimy się na tym jak zobaczyć jak najwięcej za jak najmniej – czyli najlepiej za zero złotych, euro czy dolarów. Mało osób jest świadomych, że niektóre główne atrakcje w najbardziej turystycznych miastach na świecie są dostępne także całkiem za darmo.
W Londynie większość muzeów jest darmowa. W Berlinie, Barcelonie i Paryżu – tak samo jak w pozostałych -, jeśli tyko dobrze poszukamy informacji, to dowiemy się w które dni w roku, tygodniu czy miesiącu, albo po której godzinie za bilet nie będziemy musieli płacić. Warto podkreślić, że czasem takie darmowe wejściówki też trzeba wcześniej rezerwować (np. Kopuła Reichstagu). W Polsce mamy noc muzeów w którą to całkowicie za darmo – lub za drobną opłatą – możemy odwiedzić większość – nomen omen – muzeów. W innych krajach warto poszukać podobnych okazji.
Warto także skorzystać z zniżek dla kupujących bilety z dużym wyprzedzeniem – niczym w PKP -, albo dla osób poniżej określonego wieku, zwykle 30 lat, ale w Paryżu sporo darmowych biletów wstępu zdobędziemy przed ukończeniem 26 roku życia.
Jeżeli atrakcja, którą chcesz odwiedzić nie pełni tylko funkcji „atrakcji turystycznej” ale lokalni mieszkańcy korzystają z niej w jakiś praktyczny sposób to warto się o tym dowiedzieć. W barcelońskiej Sagrada Familia można za darmo uczestniczyć w porannej niedzielnej mszy świętej i po niej trochę pozwiedzać.
Wejście na Oktoberfest jest wprawdzie darmowe, ale jeżeli chcemy mieć gwarancję, że sobie z złotym trunkiem „wygodnie” usiądziemy i zjemy połówkę kurczaka albo jakiś wurst to musimy miejsce na ławie zarezerwować – najlepiej już rok wcześniej. Chyba, że planujemy odwiedzić to miejsc w godzinach wieczornych, bo pomimo, że namioty są otwarte zwykle do 23 lub nawet później, to po godzinie 20 nie mieliśmy już najmniejszych problemów z znalezieniem wolnych miejsc do siedzenia w większości z nich.
Gdy na swojej mapie miejsc do odwiedzenia – fizycznej lub cyfrowej – zaznaczyłeś jakieś konkretne miejscowości to obowiązkowo powinieneś wyszukać w internecie frazy „darmowe atrakcje w …”, „ darmowe wejścia do/w …”. Na pewno zaskoczysz się jak wiele można zaoszczędzić, jeśli tylko dobrze poszukamy i skoordynujemy nasze zwiedzanie z darmowymi wejściami.
Przy odrobinie szczęścia możesz załapać się także na darmowe posiłki. W Iranie trafiłem na święto Id Al Adha (Kurban Bajram), które przez 4 dni, a w mniejszych miejscowościach nawet przez tydzień nakazywało muzułmanom dzielić się jedzeniem. Tym samym przez kilka dni codziennie w wszystkich meczetach można było zjeść obiadokolację za darmo.
Darmowe wycieczki
Mało osób o tym wie, ale na kilku dużych lotniskach na świecie (Stambuł, Singapur, Rzym, Amsterdam, Tokio…) linie lotnicze dla swoich pasażerów tranzytowych organizują darmowe wycieczki z profesjonalnymi przewodnikami po mieście. W tak atrakcyjnej cenie (czyli okrągłe zero złotych) możemy otrzymać transport do i po mieście, przewodnika, czasem jakieś atrakcje, posiłki itp. Dostępność takich wycieczek zmienia się w zależności od sezonu, ruchu turystycznego itp. Dlatego warto od razu po zakupie biletów zorientować się, czy na lotniskach, na których planujemy dłuższe przesiadki, organizowane są darmowe atrakcje.
Oszczędny transport
Najtańszy to ten autostopowy, rowerowy czy pieszy, ale o tym w tym miejscu pisać nie będę 🙂
Uwaga na taksówki Jeżeli dopiero dotarłeś do nowej okolicy i musisz skorzystać z taksówki, to nim do niej wsiądziesz, zawsze pytaj o orientacyjny koszt przejazdu. Popytaj w kilku pojazdach, najlepiej oddalonych od siebie, aby zapobiegać zmowie cenowej. Przed wyruszeniem w trasę do kolejnej atrakcji dowiedz się od hosta czy recepcjonistki, ile może kosztować Cię przejazd, ponieważ zdarza się, że nieświadomi turyści płacą nawet 10-krotność standardowej stawki (zawsze negocjuj stawki „skutero-taksówek”!).
Bezstresowo można brać taksówki tylko w miejscach z narzuconą przez władze miasta ceną, tak jak np. z lotniska w Teheranie (cena jest stała, wpisana na tabliczkach informacyjnych). Czym nas więcej, tym taniej! Jeżeli zwykle podróżujesz tak, jak ja, czyli samotnie, to przejazd taksówką kompletnie się nie opłaca. Warto wtedy podróżować autostopem, jednak nie zawsze się da. Co można wtedy zrobić i na co trzeba uważać, opisuję w poniższym fragmencie z mojego pamiętniczka z podróży po Kaukazie.
ZA PAMIĘTNIKA SAMOTNEGO WĘDROWCY Podczas ostatniej podróży do Gruzji po wylądowaniu w Kutaisi – lot bezpośredni z Katowic – musiałem się dostać do Mestii (przepiękny górski rejon Swanetia) na kilkudniowy trekking z plecakiem. Niestety z powodu ulewy i niskiej temperatury już po 15 minutach odechciało mi się moknąć przy drodze, próbując złapać stopa.
Jeszcze w samolocie zaczepiłem innych turystów z Polski i tak się szczęśliwie złożyło, że też chcieli się dostać do Mestii. Gdy ponownie ich odnalazłem przed lotniskiem przy postoju taksówek, zdecydowaliśmy się podzielić koszt przejazdu na 3 osoby. Do przejechania 220 km, więc trochę za dużo jak na taksówkę…. Chyba, że uda się wynegocjować dobrą cenę. Ustaliliśmy, że jeżeli zejdziemy z ceną do 70 zł na osobę, to wynajmiemy taksówkę, a jeśli nie to… właściwie nie mamy innej opcji (poza dotarciem do centrum miasta i poszukaniem tam busów, na co musielibyśmy poświecić sporo czasu bez gwarancji sukcesu).
Po przepytaniu 4 kierowców, czy byliby chętni przewieźć nas do Mestii za 200 zł, wróciliśmy na lotnisko z niczym. Wszyscy kierowcy liczą na szybki pieniądz, czyli na kilkunastominutowe trasy do centrum miasta i z powrotem, a nie na takie ponad 4-godzinne (w jedną stronę). Na szczęście jeden z kierowców z powodu braku innej opcji zarobienia – następny przylot za kilka godzin – zdecydował się podjąć dalsze negocjacje, a przynajmniej tak się nam wtedy wydawało. Zgodził się na kwotę 210 zł (oczywiście w gruzińskich larach), po czym wsiedliśmy do starego, ale wygodnego Mercedesa. Na tym przygoda mogłaby się skończyć, ale dopiero teraz zaczyna się przestroga dla innych.
Kierowca zgodził się na taką kwotę, ponieważ liczył – jak się po chwili okazało – , że podwiezie nas kilkadziesiąt kilometrów do kolejnego miasta, w którym znajdzie dla nas tańszy transport i wróci na lotnisko. Oczywiście nie informując nas wcześniej o swoich planach. Gdy byliśmy już po godzinie drogi, ale mając kolejne przynajmniej 3,5 h przed nami, kierowca poprosił nas, aby mu zapłacić. Byliśmy trochę zaskoczeni. Jeszcze bardziej zaskoczyło nas, gdy dodał, że mamy mu zapłacić i przesiąść się do kolejnego auta, które miało nas dowieść do celu.
Był to niezbyt duży pojazd (czytaj ciasny) w znacznie gorszym stanie. Skutecznie odmówiliśmy. Jeden z moich współpasażerów znał podstawy rosyjskiego i to wystarczyło, aby „przedyskutować” temat z kierowcą. Podczas dalszej drogi okazało się, że część jego rodziny mieszka w Polsce i że budowy dróg w górach skutecznie wydłużają czas dojazdu do górskich miejscowości. Szczególnie w sytuacji, gdy nie zaplanowano objazdów i trzeba czekać w aucie, aż robotnicy skończą swoje zadania. Po dotarciu na miejsce każdy udał się w swoją stronę. Godzinę później spotkaliśmy się na umówionej kolacji i wspinaczce na te słynne wysokie gruzińskie wieże, których sporo niezabezpieczonych stoi w okolicy.
Shared economy Powyższa historia to wręcz podręcznikowy przykład takiej ekonomi dzielenia, ale po kolei… Shared economy czyli, jeśli istnieje taka możliwość, dziel się kosztami. CouchSurfing i autostop to ekstremalna forma ekonomii dzielenia, ponieważ to jedna osoba decyduje się wziąć koszt całego przedsięwzięcia (przejazdu lub noclegu) na siebie.
Bardziej łagodna forma tej bardzo szybko rozwijającej się gałęzi gospodarki światowej to BlaBlaCar (współdzielenie kosztu paliwa) czy Aribnb („współdzielenie” kosztu czynszu). Możesz też kupować sprzęt i współdzielić go ze swoją paczką lub rodzeństwem, jeśli wiecie, że nie będziecie mieli potrzeby z tego korzystać w tym samym czasie (nosidełko dla dziecka, plecak, walizki).
Kogo pytać o drogę? Kto pyta, nie błądzi – tak brzmi stare polskie przysłowie, które niestety nie zawsze sprawdza się w praktyce. Na pewno nie pytamy taksówkarzy, jeśli nie planujemy skorzystać z ich usług albo traktować ich odpowiedzi z bardzo dużym dystansem. W dawnej stolicy Wientamu Hue pewien taksówkarz zauważył, że zmierzam gdzieś z dużym plecakiem i dlatego zaproponował mi „pomoc”.
Spytał, gdzie zmierzam. Gdy odparłem, że chcę pieszo dojść do dzielnicy turystycznej z dużą liczbą hosteli, powiedział, że to bardzo daleko w tamtą stronę. Po przejściu kolejnych kilkuset metrów pytałem kolejną osobę i dopiero ona wskazała mi na mapie (telefon był na resztkach baterii), gdzie powinienem się udać do hostelu. Finalnie okazało się, że tamten kierowca wskazał dokładnie przeciwny kierunek, choć od miejsca, gdzie go spotkałem, nie było daleko do celu.
Innym razem w Rumuni w miejscowości Cacica (ciekawostka – po polsku Kaczyki, bo już w 1792 roku górnicy z Bochni i Wieliczki przybyli jako specjaliści do nowo otwartej pobliskiej kopalni soli i do dziś licznie zamieszkują okolicę, jest tam nawet Dom Polski otwarty dla turystów) wędrowałem po mieście w jedną i drugą stronę tylko dlatego, że każda napotkana osoba pytana o drogę wskazywała inny kierunek. Raz kazali mi zejść ze wzgórza na drogę wylotową z miasta, aby następnie kolejne osoby wskazały kierunek na to wzgórze. Masakra, jeśli ma się ponad 20- kilogramowy plecak z zapasem jedzenia na tygodniową wspinaczkę po Karpatach.
W niektórych krajach w grę wchodzi także spanie na dziko, ale na ten temat więcej informacji w dedykowanym rozdziale.
Śpij w środkach transportu Jeśli planujesz przejechać długą, kilkugodzinną trasę, to postaraj się, aby przejazd odbył się nocą. W wielu krajach na świecie masz możliwość skorzystania z kuszetek w pociągach albo ze sleepbusów (autobusów z miejscami do spania). Wtedy upieczesz dwie pieczenie na jednym ogniu. Masz nocleg w cenie transportu i odwrotnie.
Jaki sens ma tracenie całego dnia na przejazd z punktu A do punktu B, jeśli używamy środków transportu publicznego, skoro i tak niewiele zobaczymy, a wyjdziemy z pojazdu bardzo zmęczeni. Jeżeli przewoźnicy nie oferują miejsc sypialnych, to warto wtedy dopłacić do biletu i skorzystać z wyższej klasy. Podliczając koszt biletów i noclegu i tak jesteś do przodu, a szansa, że zregenerujesz siły w wygodniejszym fotelu, jest większa.
Dla przykładu w Wietnamie masz 4 klasy miejsc, począwszy od najgorszych: twarde miejsca, miękkie fotele, twarde łóżka i miękkie łóżka. Zastanów się, co warto wybrać na nocny, 16-godzinny przejazd. Jeżeli docierasz na miejsce rano, to będziesz mieć więcej czasu na znalezienie kolejnego noclegu i czujesz się bezpieczniej, niż wędrując po nowej miejscowości wieczorem lub w środku nocy. Pomiędzy Łotwą a Finlandią kursują nawet nocne promy, które specjalnie zatrzymują się na morzu, aby pasażerowie (głównie kierowcy tirów) mogli się wyspać i zjeść normalny posiłek.
Ekstremalną formą spania w środkach transportu jest spanie w samochodzie. Nam udało się dopracować tą formę do „akceptowalnej perfekcji”. Jeżeli mamy dotrzeć do celu naszej podróży – pola namiotowego czy hotelu bez rezerwacji – późnym wieczorem, a już szczególnie w środku nocy to poświęcając jednorazowo komfort spania możemy zaoszczędzić nawet kilkaset złotych. Następnego dnia meldujemy się na miejscu z samego rana, chwilę regenerujemy się po niewygodach nocy, prysznic, śniadanie i wracamy do uroków wakacji.
Wynajmuj samochody od polaków zagranicą Wybierasz się np. na Islandię. Sprawdzasz czym najlepiej zwiedzać ten kraj i dowiadujesz się, że możesz wybierać pomiędzy niekończącą się pieszą wędrówką w niesprzyjającej aurze albo samochodem. Prawdopodobnie – jak niemal wszyscy – wybierasz samochód. Wchodzisz na stronę wypożyczalni i tam… uderzając Cię ceny wynajmu pojazdów. 10 tysięcy złotych za tydzień lub gdy masz szczęście 10 dni to nie mało.
Co robisz? Rezygnujesz? Czy odwiedzasz fora internetowe w stylu „Polacy na Islandii”, „Polacy na Malcie”, „Polacy w kosmosie” – ta grupa niezbyt liczna – i tam dopytujesz, czyby ktoś nie był skłonny wynająć Ci swój samochód. Od Dawida wiem – który odwiedził Islandię w 2021- , że w ten sposób udało mu się zaoszczędzić połowę kwoty wynajmu pojazdu!!!
Kolejne opcje to cieszące się coraz to większa popularnościom airbnb (wynajmowanie pokoi lub całych domków od właścicieli prywatnych), jednak samemu z tego nie korzystałem. Jeżeli Ty masz swoje doświadczenia związane z tą platformą to daj mi znać – a wspólnie dopiszemy kolejne akapity. Ostatnią standardową, najbezpieczniejszą i jedyną, którą musimy brać pod uwagę podróżując w celach biznesowych (bo wystawiają faktury) jest oczywiście holenderski gigant booking.com. Jak za jego pomocą znaleźć najlepszy nocleg (jeśli chodzi o cenę do jakości) opisuje bardzo obszernie w innym poście.
Największe oszczędność Zamiana hotelu na motel lub hostel, albo dalej hostelu na pole kempingowe to pierwszy sposób na naprawdę spore oszczędności. Jeżeli czytasz moje posty to wiesz, że jestem wielkim fanem spania w namiocie, także podczas wyjazdów rodzinnych – co spakować na taki wyjazd szczegółowo opisuję pod tym linkiem – jest to nie tylko kilkukrotnie tańsza opcja noclegowa od hotelu, ale także niezapomniany klimat i kontakt z naturą. Naprawdę warto, a dla wygodnych dodam, że aktualnie liczne (niestety jeszcze nie wszystkie) pola kempingowe standardem toalet, pryszniców czy kuchni nie odstają od 4 gwiazdkowych hoteli.
Parę euro zaoszczędzisz rezygnując z dopłaty śniadania w hotelu, a zamiast tego wybierzesz się rano do dyskontu (tym bardziej, jeżeli z natury nie masz potrzeby spożywania porannych posiłków).
Obowiązkową opcją dla oszczędnych – szczególnie gdy podróżujemy całymi rodzinami – jest wynajmowanie apartamentów z dostępem do kuchni. Rezygnując z kilku – lub wszystkich – posiłków na mieście na naszej kieszeni może pozostać spora kwota.
Znajdując super okazję na portalu internetowym z ogłoszeniami miejsc noclegowych, postaraj się skontaktować z właścicielem bezpośrednio, a w ten sposób uda może Ci się zaoszczędzić 10, 15 a czasem i 20% ceny.
Czy to wszystkie możliwości ? Oczywiście, że nie.
Szukaj noclegów chodząc po ludziach Będąc na objazdowych rodzinnych wakacjach chcieliśmy zatrzymać się na kilka dni w Dolomitach. Taki mieliśmy plan, które rzeczywistość szybko zweryfikowała, bo okazało się, że w całym regionie nie ma wolnych miejsc namiotowych. Gdy po 6 godzinach poszukiwań miejsc we Włoszech i niezliczonych telefonów udało nam się finalnie znaleźć pole namiotowe w Austrii, które zgodziło się nas przyjąć – niestety tylko na jedna noc i 1h drogi od optymalnej lokalizacji – wybraliśmy się na spacer po okolicy.
Mijając pierwszy budynek po drodze zauważyliśmy, że jest to rodzinny zajazd typowy dla Tyrolu – spory dwupiętrowy biały domu z dwuspadowym dachem. Nie stały przed nim żadne zaparkowane samochody, pomimo że siedzieli na balkonie ludzie, a w ogródku bawiły się dzieci w podobnym wieku do naszych pociech. Skoro nie udało nam się znaleźć pola namiotowego, a na Bookingu i tym podobnych stronach wszystko jest zajęte – ceny zresztą absurdalnie wysokie – nie mając żadnej innej opcji, podszedłem do starszego pana siedzącego na ławeczce przed głównym wejściem – wtedy poznałem najlepszego gospodarza u jakiego przyszło nam kiedykolwiek spać. Okazało się, że właściciel nie zna angielskiego, dlatego za tłumacza posłużył nam siedzący obok niego syn, którego to zresztą dzieci bawiły się w ogródku.
Gdy okazało się, że mają dostępne wolne pokoje to cenę musiał mi trzy razy powtórzyć, bo nie mogłem uwierzyć, że za 30 euro za noc – standardowa cena w okolicy startowała od 150 euro za cokolwiek – udało nam się znaleźć nocleg wraz z śniadaniem w ogromnym pokoju z prywatną łazienką. Podobne pieniądze, a nieraz nawet wyższe kosztowały miejsca na pobliskich polach namiotowych. Nic więc dziwnego, że dwukrotnie przedłużaliśmy sobie pobyt u „Pana kierownika” – jak go nazywaliśmy.
Google Street view – narzędzie do znajdywania noclegów Tą metodę polecił mi jeden z czytelników trzeciego wydania Rajzyfiber. Cała jego sztuczka polega na pospacerowaniu po okolicy do której planujemy się wybrać za pomocą aplikacji Street View i poszukaniu na budynkach tablic informujących o wynajmowaniu pokoi z dołączonymi numerami telefonów. Jest to przeniesiona wcześniejszej metody polegającej na chodzeniu od drzwi do drzwi do XXI w, bo nie ruszając się z domu, możesz obdzwonić lokalnych gospodarzy z pominięciem internetowych pośredników, a tym samym zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt procent ceny wynajmu.
Zakupy
Kupuj przewodniki przez porównywarki cen Będąc w podróży lubię mieć pod ręką papierowy przewodnik, aby bez zamartwiania się o stan baterii i dźwigania ciężkiego powerbanka w jednym miejscu znaleźć wszystkie informacje na temat tego co aktualnie podziwiam. W jaki sposób najtaniej kupić dobry przewodnik? Oczywiście przez internet! Jakie wielkie było moje zaskoczenie, gdy ostatnio podczas standardowych e-zakupów odkryłem, że te same książki w tej samej księgarni mogą mieć dwie różne ceny! W jednej zakładce wszedłem bezpośrednio na stronę księgarni, a w drugiej przez porównywarkę cen. O dziwo ceny tej samej książki różniły się nawet o 40 złotych (to była duża, droga książka)! Morał z tej historii płynie taki, aby kupując w księgarniach internetowych wykorzystywać porównywarki cen.
Czy drogie markowe rzeczy muszą być drogie? Nie muszą!!! Poznaj trzy strategie jak za ułamek ceny kupić produkty z najwyższych półek.
Wyczekuj promocji tematycznych w ramach „tygodnia górskiego”, „tygodnia rowerowego” itp. Najpopularniejsze sieci dyskontowe coraz częściej oferują markowe produkty w absurdalnie niskich cenach. Dla przykładu żona kupiła dla całej rodziny softshelle z HiMountain, które początkowo kosztowały 79zł (co już jest rewelacyjną ceną) po 30 zł za sztukę. Osobą, które dopiero rozpoczynają przygodę z nową aktywnością (górskie wędrówki, bieganie, rower czy snowboard) sugeruję podczas zakupów skoncentrowanie swojej uwagi na markach własnych dyskontów, ewentualnie dużych sklepów sportowych, ponieważ ich stosunek jakości produktów do ceny jest naprawdę bardzo dobry. Nie warto inwestować pieniędzy w markowe drogie produkty, gdy na własnym poziomie nie odczujemy korzyści z nich płynących. Nie przepłacaj! Lepiej wydaj zaoszczędzone pieniądze na podróże.
Wiedzą tajemną dostępną tylko na tajnych grupach na Facebooku, którą odkryła moja żona jest ta na temat namiotów wyprzedażowych – mam nadzieję, że członkowie tych grup nie będą chcieli się na mnie zemścić za ujawnienie ich sekretów. Największa siec dyskontowa w naszym kraju organizuje co pewien czas namioty wyprzedażowe – ponoć jest ich setka w całej Polsce – o których informacji nigdzie na nagłaśnia, a sprzedaje w nich rzeczy z 70% (a bywa i lepiej) rabatem. Namioty działają przy konkretnym sklepie przez określony czas – od kilku dni do kilku tygodni, a następnie przenoszone są do innej placówki. Jest to nie tylko najlepsza okazja, aby kupić za ułamek ceny sprzęt sportowy ale także bardzo dobra, aby zaopatrzyć się w prezenty na cały następny rok dla swojej pociechy (albo i całego przedszkola).
Ostatnią radę „sprzedał” mi mój przyjaciel jeden z pierwszych czytelników wcześniejszych wersji Rajzy. Dawid wyszukuje markowe rzeczy w lumpeksach (sklepach z odzieżą używaną)! Dotychczas kupił w nich np. spodnie za 15zł w internecie dostępne od 90 euro albo kurtki puchowe czy letnie membranowe za mniej niż 100 zł. Typowi bywalcy takich sklepów nie zawracają uwagi na ubrania specjalistyczne, dlatego gdy jesteśmy systematyczni i cierpliwi bez większego problemu natrafimy na markowe perełki, na których nie widać nawet oznak użytkowania.
Pamiątki możesz produkować sobie samemu Zastanawiałeś się kiedyś jakie są główne funkcje pamiątek? Nie licząc funkcji „kurzu-zbieraczy”, mają przypominać nam, o odwiedzonych miejscach lub – co dla mnie jest trochę dziwne i zaprzecza pierwszemu punktowi – naszym bliskim, że o nich pamiętaliśmy podczas naszych wakacji, gdy odwiedzaliśmy miejsca w których nigdy nie byli. Czy pamiątki muszą być kupione na miejscu skoro i tak zwykle zostały tam wcześniej przywiezione z chińskich fabryk. Czy nie wystarczą nam zdjęcia? Jeśli nie potrafimy zrobić jakiś rewelacyjnych to zawsze możemy kupić pocztówki. To za mało? Bez magnesu się nie obejdzie? No to znaleźliśmy na to sposób.
Wpadliśmy na o wiele lepsze rozwiązanie niż kupowanie „lokalnych” chińskich magnesów za miliony monet i transportowanie ich przez pół Europy, aby dać je dziadkom na lodówkę w której tracą się pośrodku dziesiątek innych – a po czasie, podczas odwiedzin nawet nie pamiętamy czy ten konkrety dostali od nas. Dlatego po powrocie zaczęliśmy zamawiać personalizowane magnesy z naszymi zdjęciami i montować je sobie na magnetycznej ścianie w sypialni. Wszystkie magnesy mają te same wymiary – dzięki czemu wyglądają estetycznie, nie ulegają uszkodzeniu w podroży, kosztują dosłownie kilka złotych i co najważniejsze to my jesteśmy na nich wraz z rozpoznawalnymi atrakcjami, które odwiedziliśmy w tle. Coraz rzadziej wywołujemy zdjęcia przez co odbieramy naszym wspomnieniom ich materialną postać, pamiątkowe magnesy kosztują dziś już po kilka euro (więc dla całej rodziny nazbiera się niemała kwota), a takie fotograficzne naszego projektu to połączenie zalet dwóch najpopularniejszych pamiątek w jednym – za ułamek ceny.
Mała dygresja na koniec. Upominki wręczane bliskim, to niekoniecznie muszą być pamiątki! Upominki nie muszą być kupione w sklepach z pamiątkami, ale mogą być na targowisku czy zwykłym spożywczaku: przywiezienie torebki kawy z Bali, tabliczki czekolady z Belgi lub Szwajcarii, przekąsek z Azji, lokalnych przypraw z Turcji czy Indii albo butelki wina z Francji – aby bliscy czy znajomi bez ruszania się z domu mogli skosztować trochę świata, którego my doznaliście. Osobiście to właśnie takie upominki najwyżej cenię – nie mylić ich z pamiątkami, bo po konsumpcji zwykle o nich zapominamy i nie pełnia już funkcji „przypominajek”.
Krótki termin W jaki sposób można zaoszczędzić trochę gotówki, spędzając wakacje w droższych krajach? W taki sam sposób jak w Polsce. Na promocjach. W wielu średnich lokalnych sklepach znajdziesz codziennie uzupełniane oddzielne regały z produktami, których data „najlepiej spożyć do…” mija za kilka dni. Jeżeli robisz zakupy na dzisiejszego grilla, to koniecznie powinieneś odwiedzać takie półki. Są to w 100% pełnowartościowe produkty, które kupisz za 50% czy nawet 30% pierwotnej ceny.
Czy wiedziałeś, że …
Daty ważności na produktach przyjmują dwie formy. Jedna to „data przydatności do spożycia”, umieszczana zwykle na produktach świeżych, mięsach, rybach, które stosunkowo szybko ulegają zepsuciu. Określa ona precyzyjnie, po jakiej dacie nie powinno się go spożywać.
Druga – „najlepiej spożyć do…” – umieszczana na wszystkich pozostałych produktach wskazuje minimalny okres przydatności do spożycia. Minimalny! Tym samym, nawet po kilku dniach od takiej daty, jeżeli produkt był prawidłowo przechowywany, powinien nadawać się do spożycia. Wystarczy otworzyć opakowanie i samodzielnie ocenić jego stan, a istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że będzie w stanie idealnym.
Niech pierwszy rzuci konserwą, paczką chipsów czy choćby zupką chińską ten, kto nigdy nie zjadł ich po terminie – nawet wiele miesięcy po. Piszę o tym, ponieważ, jak szacuje się w raportach, co roku Polacy wyrzucają do kosza 5 mln ton żywności, z czego aż 3 mln nadającej się do spożycia, ale z minioną datą minimalnej trwałości. Każdy z nas może zaniżyć te statystyki!
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Dla kogo jest ten artykuł ? Dla każdego. Niezależnie czy podróżujesz samotnie, czy z rodziną, po naszym kraj czy najdalszych zakątkach naszego globu, rowerem czy samolotem dowiesz się z tego tekstu jak przygotować się do wyjazdu w aspekcie szeroko rozumianych finansów. O tym jak oszczędzać w podróży pisze w kontynuacji tego wpisu.
Wyjazdy wakacyjne, wycieczki, podróże i przygody
To co musimy sobie wyjaśnić na początku, to fakt, że wyjazdy wakacyjne, wycieczki, podróże i przygody to totalnie różne rzeczy, które tylko czasem mogą się pokrywać. Wyjazdy wakacyjne zwykle są najdroższe, bo wiążą się z klasycznym wakacyjnym odpoczynkiem – i wydawaniem pieniędzy na wakacyjne atrakcje i uciechy. Wycieczki – mam na myśli te zorganizowane jednodniowe – też obciążą nasz budżet, choć – o czym pisze poniżej – często są warte swojej ceny.
Podróże to to wszystko co kojarzymy z szeroko rozumianym przemieszaniem się – samochodem, samolotem ale także rowerem, pieszo czy autostopem – i pomimo, że mogą trwać nawet wiele miesięcy to mogą być finalnie tańsze od typowych tygodniowych wyjazdów wakacyjnych. Przygody to natomiast to po co większość młodych – duchem – osób zwykle wyrusza w podróż, czyli wszystko to co nieplanowanego i darmowego przydarza nam się po drodze – to wszystko to co warte jest wspominania nawet po wielu latach. Przygody płatne to nic innego jak atrakcja turystyczna.
Wiem, że wiele osób może się nie zgodzić z tymi moimi definicjami, ale na potrzebę wstępu do tego tekstu powinny wystarczyć, aby skłoniły czytelnika do przemyślenia „czy przygody muszą nas wiele kosztować”.
Wybór odpowiedniego konta w banku i karty płatniczej
Na ten temat muszę napisać trochę więcej, bo szukając nowego konta w banku (wyjaśnię niżej dlaczego) przejrzałem wiele stron, odwiedziłem wiele banków i odbyłem kilka rozmów. Na początek wyjaśniam, że wszystkie poniższe oceny są mojego autorstwa i bazują na tym co znalazłem w Internecie i osobiście potwierdziłem w placówce każdego z banków. Nie jest to (niestety 😉 ) żaden sponsorowany materiał. Informacje tutaj zawarte pochodzą z 2022 roku, więc jeśli nie wykorzystałeś ich od razu, mogą okazać się częściowo „przeterminowane”.
Dobrze pamiętam, jak na początku 2016 roku banki wprowadziły bardzo duże nieoczekiwane zmiany w tabeli opłat – byłem akurat przed kolejnym wyjazdem – kilkukrotnie podnosząc ceny pewnych usług, dlatego też warto też warto sprawdzić, czy konto dotychczas wykorzystywane podczas podróży dalej jest tym najlepszym. Ja do tej pory byłem posiadaczem konta Direct w ING i byłem z niego baaardzo zadowolony. Konto Direct w Polsce jeszcze jako tako się sprawdza, ale podczas podróży zagranicznych może generować już bardzo duże dodatkowe opłaty.
Na co warto zwrócić uwagę przy wyborze konta w banku, jeśli podróżujesz za granicę:
Opłaty związane z przewalutowaniem. Nie mam na myśli tutaj różnicy kursów walut w poszczególnych bankach, a jedynie o dodatkowej opłacie pobieranej za wykonywanie transakcji w walucie innej niż ta na koncie. (O aplikacji Revolut, która w wygodny sposób umożliwia zarządzanie wieloma kontami walutowymi pisze w rozdziale „Aplikacje mobilne”)
Opłata za wypłacanie z bankomatu za granicą. Nie ma co liczyć na znalezienie bankomatu swojego banku za granicą oraz na dokonywanie płatności kartą w każdym punkcie obsługi czy sklepie. Dlatego często jedynie gotówka gwarantuje spokojną głowę, pod warunkiem, że nie mamy jej przy sobie zbyt wiele, a tylko na kilka dni. Tym samym wizyta w bankomacie siłą rzeczy często jest koniecznością.
Opłata za dokonywane transakcje bezgotówkowe za granicą. W wielu krajach nie ma z tym większego problemu i osobiście za granicą czuję się bezpieczniej z plastikiem niż z gotówką. Mowa o płaceniu kartą debetową.
Wirtualna karta kredytowa prepaid. Nie lubię się zadłużać i nosić zbędnego plastiku przy sobie, a niestety za niektóre rzeczy, takie jak rezerwacje noclegów, bilety lotnicze itp. trzeba płacić właśnie kartą kredytową (choć niektóre banki chwalą się, że ich karty debetowe są traktowane przez część systemów rezerwacyjnych jako kredytowe, np. Mlilenium). Na szczęście niektóre klasyczne banki (np. ING) wprowadziły usługę polegającą na utworzeniu prawie darmowego konta (koszt wydania to 0 zł dla osób poniżej 20 roku życia, a dla wszystkich pozostałych 20zł), które w systemach bankowych jest widoczne jako karta kredytowa i bez problemu – co wielokrotnie sprawdziłem – można za jego pomocą płacić za bilety lotnicze i rezerwować noclegi. Fintechy takie jak Revolut oferują podobne usługi za darmo – choć bardziej konserwatywni klienci nie do końca im jeszcze ufają – nazywane jednorazową kartą płatniczą. Jest to w 100% bezpieczna forma płatności, bo podając dane z tej karty, nie musisz obawiać się, że ktoś się zadłuży na Twój rachunek, ponieważ za jej pomocą możesz wydawać tylko pieniądze, które wcześniej przelałeś na konto do niej podpięte.
Dostępność placówek, ponieważ czasem bez wizyty w oddziale w celu wyjaśnienia pewnych kwestii lub własnoręcznego podpisu, się nie obejdzie.
Dodatkowe usługi typu darmowe konta walutowe i darmowe karty płatnicze podpięte do tych kont.
Na koniec to, co nas zawsze interesuje najbardziej – najlepiej, aby było DARMOWE.
UWAGA Przy transakcjach płatniczych i wyciągach z bankomatów należy jeszcze uwzględnić różnice kursów walut. Na początku złotówki są przewalutowane na dolary lub euro, a później na miejscową walutę. Różne banki mogą mieć różne kursy.
O czym warto pomyśleć
Najbezpieczniej brać w podróż 2 karty płatnicze – Visa i MasterCard lub inne. Czasem może się zdarzyć, że w danym kraju używa się kart tylko jednej z tych firm. Przykładem jest Wietnam, w którym Visa nie wszędzie jest akceptowana.
Na kartce w portfelu i w telefonie swój numer wirtualnej karty płatniczej wraz z numerem CVV2 (koniecznym do wykonania transakcji), aby w każdej chwili bezpiecznie zarezerwować nocleg i bilet lotniczy przez Internet bez zbędnego zadłużania się.
WSKAZÓWKA PRAKTYCZNA Przechowując w portfelu jakieś dane, np. numer konta lub wirtualnej karty płatniczej, dobrze jest dopisać jedną cyfrę (o której pamiętamy), aby zabezpieczyć się przed ewentualnym wykorzystaniem tych danych.
Uwaga na bankomaty. Rozdzielaj pieniądze. Najbezpieczniej korzystać z tych montowanych w bankach, a najmniej tych, które są ulokowane bezpośrednio na turystycznych ulicach bez kamer. W kurortach wakacyjnych na całym świecie (również w Polsce) trzeba uważać korzystając z bankomatów. W 2019 roku na Bali dziesiątki turystów utraciło swoje oszczędności, bo przestępcy zeskanowali ich karty przy wypłacaniu z bankomatu. Dlatego ja na koncie z podpiętą kartą płatniczą mam zwykle nieduże kwoty pieniędzy, które uzupełniam poprzez aplikację mobilną, jeśli jest taka potrzeba.
Przed wylotem sprawdź kursy walut wszystkich odwiedzanych oraz tranzytowych krajów i je zapisz. Tylko w ten sposób płynnie wypłacisz odpowiednią sumę w bankomacie lub nie przepłacisz za posiłek na lotnisku – nie wszędzie od razu połączysz się z internetem. Do czasu mojego lądowania w Budapeszcie byłem przekonany, że w każdym bankomacie na świecie na pierwszym ekranie przy wyborze kwoty wyświetlają się najmniejsze wartości. Jednak to nieprawda. Czasem wszystkie kwoty, które wyświetlają się na pierwszym ekranie, po przeliczeniu na złotówki to kwoty powyżej tysiąca złotych. Gdybym nie znał przelicznika, to mógłbym się nieźle przejechać.
W części krajów na świecie, i co może zaskakujące także w Europie – np. w tak popularnej Chorwacji – właściciele bankomatów naliczają swoje dodatkowe opłaty za wypłaty z ich maszyn. Zwykle taka opłata jest stała i nie zależy od wypłacanej kwoty. Informacja o takiej prowizji zawsze powinna zostać wyświetlona podczas logowania się do bankomatu.
Przezorny zawsze ubezpieczony, dlatego posiada trochę gotówki w kieszeni, a już szczególnie monet na opłaty za parkomaty, bilety itp. Głupio wyciągać z bankomatu 5 euro na parking gdy opłata za wypłatę gotówki to dodatkowe 5 euro – takie sytuacje przydarzyły mi się w Chorwacji i Włoszech, gdzie wiele parkomatów akceptuje TYLKO monety.
Najbezpieczniej mieć zainstalowane dwie aplikacje bankowe z różnych banków. Podczas dłuższych zagranicznych podróży możemy zostać zmuszeni do wykonywania przelewów przez telefon (opłaty za mieszkanie, telefon czy ZUS i podatki), dlatego warto dla bezpieczeństwa mieć dwie różne aplikacje. Kilkukrotnie w życiu miałem już z tym problemy. W ING większość przelewów wymaga przepisania kodu otrzymanego sms, jednak za zagranicę taki sms może dotrzeć ze zbyt dużym opóźnieniem, aby umożliwić uwierzytelnienie transakcji i problem gotowy.
Dobrze mieć w banku zawsze jedno bezpieczne konto, na którym trzymamy większość oszczędności i do którego nie wyrobiliśmy sobie karty płatniczej, aby w razie kradzieży/napadu nie utracić wszystkich pieniędzy. Dobrze, gdy to konto będzie miało wysoką opłatę za wyciąganie środków (np. oszczędnościowe), abyśmy nie korzystali z niego przy drobnych transakcjach. W ten sposób zminimalizujemy prawdopodobieństwo, że jakiś haker dostanie się do naszych życiowych oszczędności.
Polska nowoczesną bankowościom stoi
W Polsce wszyscy przywykli do transakcji zbliżeniowych w sklepach, na straganach, w taksówce czy u dostawcy pizzy. Miej jednak na uwadze, że jesteśmy jednym z najbardziej zaawansowanych pod względem technologi płatności zbliżeniowych i w czołówce otwartych na nowości w technologiach finansowych społeczeństwem na świecie. Dyrektor generalny Visa w Polsce ogłosił, że wkrótce Polska, jako pierwszy kraj na świecie, osiągnie poziom 100% jeśli chodzi o liczbę terminali płatniczych z funkcją płatności zbliżeniowych. W 2018 roku dokonaliśmy też po raz pierwszy transakcji internetowych na wyższą łączną kwotę, niż wypłaciliśmy z bankomatów. Jakby tego było mało, w trzech miesiącach przytoczonego roku dokonaliśmy transakcji w Internecie na większą kwotę za pomocą technologi BLIK niż kartami bankowymi.
Dla niewtajemniczonych dodam, że BLIK to Polski wynalazek i do niedawna niedostępny nigdzie indziej na świecie. Sami nie jesteśmy tego świadomi, ale kraje zachodnie pod względem technologi w finansach wyprzedziliśmy o kilka długości. Po co o tym piszę? Gdy byłem się wspinać z kumplem na ferratach w Austrii i Niemczech ogromnym dla nas szokiem – i nie mniejszym problemem – było nieakceptowanie w niektórych kawiarniach, restauracjach czy sklepach płatności kartą! Musieliśmy wrócić do czasów przez nas już zapomnianych i szukać bankomatów, z których w Polsce właściwie przestaliśmy korzystać.
Z tego powodu miej na uwadze podczas wyjazdów, nawet do krajów przez nas postrzeganych jako te bardziej rozwinięte, że płatności gotówką w wielu miejscach są dalej jedyną formą płatności.
Alert BIK i podobne aplikacje
Na koniec zagadnienie nie do końca związane z finansami w podróży, ale w 100% z bezpieczeństwem finansowym. Wyobraź sobie sytuację, gdy wracasz po wakacjach wypoczęty do domu (albo po prostu z pracy), a tam w skrzynce na listy czeka na Ciebie wezwanie od komornika z żądaniem zapłaty za kredyt. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że to nie Ty zaciągnąłeś ten kredyt! Niestety bank uważa inaczej, bo został on zarejestrowany na Twoje dane (które mogły zostać wykradzione z jakiejkolwiek bazy danych, choćby rzędowej).
Historia jakich wiele w czasach, gdy firmy umożliwiają zaciąganie kredytów lub pożyczek poprzez Internet lub na telefon. Takie wydarzenie często staje się tragicznym punktem kulminacyjnym w życiu normalnego człowieka. Znam jeden sposób, który umożliwia bardzo szybkie podjecie działania w takiej sytuacji i może uratować resztę naszego życia. Mowa tutaj o płatnej usłudze Alerty BIK, która za 24 zł rocznie (pierwszy rok jest droższy) będzie wysyłać nam sms w sytuacji, gdy ktoś wyśle do Biura Informacji Kredytowej zapytanie kredytowe dotyczące naszej osoby. Inne polecane aplikacje, które też mogą nam pomóc w takiej sytuacji (choć z ich usług nie korzystałem), to System Bezpieczny PESEL, credit freeze, FairPay czy chrońPESEL.pl. Warto w wolnej chwili zainteresować się tym zagadnieniem, ponieważ bez pieniędzy (a tym bardziej z długiem) w daleką podróż nie wyjedziemy.
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
A co gdyby tak zaprosić doktorów organizujących pokazy dla dzieci podczas „Nocy naukowców Politechniki Śląskiej” do przedszkola? Jak pomyśleliśmy tak, też zrobiliśmy tym bardziej, że organizatorką jednego z nich jest kuzynka mojej żony dr Ania Byczek-Wyrostek.
O tym jak dobrze udał się taki „prosty” pokaz rodem z Krainy Lodu z wykorzystaniem suchego lodu (dwutlenku węgla o temperaturze prawie -80 stopni Celsjusza), jakiś magicznych glutów i … świadczą poniższe zdjęcia oraz komentarze dzieci w stylu „to był mój najlepszy dzień w życiu!!!”. Było warto.
Nie ma na co czekać! Jeżeli rodzice chcą, aby ich pociechy odkrywały świat i wyrastały na naukowców, inżynierów, podróżników to muszą sami brać sprawy w swoje ręce i pomóc kierownictwu placówki zorganizować podobne pokazy. Na to nigdy nie jest za wcześnie.
Listy uniwersalne, to spis wszystkich pozycji, które warto spakować niezależnie od kierunku podróży. Prawdopodobnie o wszystkich tych przedmiotach doskonale pamiętasz podczas pakowania, ale bądźmy szczerzy niech pierwszy rzuci poduszką ten kto nigdy nie zaliczył w tej dziedzinie jakieś strasznej wpadki. Nie będę ukrywać, że kiedyś wyjeżdżając na snowboard opuściłem mieszkanie bez deski – dwa razy -, albo w góry bez mapy, o której przypomniałem sobie dopiero w pociągu – trzy razy. Oczywiście nie wspomagałem się wtedy Rajzylistami, bo byłem totalnie pewny, że o wszystkim pamiętam. Nie bez powodu zawodowi piloci czy najlepsi na świecie chirurdzy nie wyobrażają sobie swojej profesji bez sprawdzania „check list”.
Dokumenty (Paszport / dowód osobisty / prawo jazdy)
Pieniądze (gotówka / karty / drobne w lokalnej walucie)
Telefon
Ubezpieczanie (osobiste / samochodu)
Klucze (do mieszkania / samochodu)
Ładowarka (zwykła / samochodowa / dla baterii)
Kosmetyczka zawieszana (osobna lista poniżej)
Okulary przeciwsłoneczne
Rzeczy do spania
Kominy sportowe (wielofunkcyjne)
Japonki / klapki
Scyzoryk wielofunkcyjny
Apteczka (osobna lista)
Ręcznik
Sprawdzić tę listę jeszcze raz przed wyjściem z domu
Rzeczy, które także warto zabrać
Okładka dowodu rejestracyjnego pojazdu (jako miniportfel)*
Opaska do spania
Wódka (jako lek i nie tylko, czytaj opis)
Ubrania na zmianę do chodzenia po domu / schronisku / ośrodku
Plecak mały (worek na plecy, który się zmieści do kieszeni, aby nie taszczyć dużego)
Notes w twardej okładce z podpinanym długopisem
Woreczki jednorazowe / reklamówki
Powerbank (P)
Chusteczki higieniczne / nawilżone
Latarka / czołówka
Słuchawki
Mugga lub inny preparat na komary
Poszewka na jasiek – można zastąpić ją kominem sportowym
Krem z filtrem (zawsze warto mieć bo w kurortach kosztuje X razy tyle co u nas)
Stopery do uszów
Długopis / ołówek
Dmuchana poduszka podróżnicza (kołnierz do spania w pozycji siedzącej)
Parasolka składana
Chusta (duża i cienka)
Klej kropelka
Zapasowy telefon komórkowy z pojemną baterią (najlepiej starszy model) gdy podróżujemy z dala od cywilizacji
Przejściówka micro USB na USB typu C (jeśli taki port masz w telefonie, warto trzymać ją w portfelu)
*Okładka dowodu rejestracyjnego pojazdu rewelacyjnie sprawdza się w podróży jako miniportfel, ponieważ jest bardzo lekka i przezroczysta, a dzięki temu wygodna i bezpieczna. Nie kusimy potencjalnego kieszonkowca swoją gotówką, ponieważ na pierwszy rzut oka widać, że nie mamy jej wiele w kieszeni, a resztę pieniędzy trzymamy bezpiecznie zawieszoną pod koszulką w paszportówce (o której złodziej może nawet wiedzieć ale nie ma jak się do niej dostać). Trzymamy w okładce tylko to co naprawdę potrzebujemy: trochę gotówki, jedną kartę płatniczą i ewentualnie wizytówki (wszystkie karty lojalnościowe, wizytówki znajomych lepiej zostawić w domu, a prawo jazdy, paszport i inne ważne rzeczy trzymamy przy ciele). Więcej na temat zachowania bezpieczeństwa w podróży w dedykowanym rozdziale.
Jeżeli planujesz spędzać wakacje w hotelu to nie ma sensu transportować tam upominków, ale jeśli masz w planie noclegi na CouchSurfingu, podróże autostopem i spanie w namiocie pośrodku niczego (uwierz mi, że nawet tam na pewno kogoś pozytywnego spotkasz) to OBOWIĄZKOWO powinieneś spakować rzeczy, którymi możesz obdarować pomocne osoby. U siebie na mieszkaniu mam kilka takich otrzymanych drobiazgów, które zawsze miło wspominam, ale to co ma dla mnie zawsze największą wartość, gdy kogoś goszczę, to te drobne smakołyki. Słodycze umożliwiają – dosłownie – skosztowanie obcych kultur i są łatwe w transporcie – ciężko przecież przewieźć samolotem słoiki od babci. Dobrym pomysłem jest także zaprojektowanie własnych pamiątkowych naklejek lub magnesów, z swoim zdjęciem, lokalizacją domu na mapce i danymi kontaktowymi – spora szansa, że jeżeli ta osoba będzie w okolicy to nas odwiedzi.
Najlepsze podróżnicze kosmetyczki to te z wbudowanym haczykiem za który można je powiesić, ponieważ nie w każdym hostelu (a na pewno w namiocie) znajdziesz półkę na kosmetyki. Wydaje się to pomijalny drobiazg, ale naprawdę dobrze jest mieć możliwość wygodnego dostępu do wszystkich swoich rzeczy, niezależnie od tego, czy się kąpiesz, myjesz zęby, czy golisz. Rozwieszaną kosmetyczkę można kupić w każdym sklepie ze sprzętem turystycznym i naprawdę warto to zrobić. Podczas kampingu dla kobiet najlepiej sprawdza się te z zamontowanym lusterkiem.
Małe przezroczyste pojemniczki (na mydło w płynie / żel pod prysznic 3 w 1 / płyn do zmywania naczyń)
Antybakteryjny żel do rąk – nie tylko podczas pandemii obowiązkowy
Papier toaletowy (zapakowany w woreczek) / chusteczki
Pasta do zębów – najwygodniej w małych opakowaniach
Chusteczki nawilżone
Turystyczna szczoteczka do zębów (mała i składana)
Krem z filtrem (w kilku wariantach gdy ktoś potrzebuje)
Nić dentystyczna
Spray lub patyczki do czyszczenia uszu
Krem do rąk
Małe perfumy (próbka) / dezodorant
Maszynka do golenia
Płyn do płukania jamy ustnej
Klipsy biurowe (do blokowania zwiniętych tubek np. z pastą do zębów)
Dla pań dodatkowo
Artykuły do higieny intymnej (żel, chusteczki nawilżone)
Wkładki / podpaski / tampony
Grzebień / szczotka
Pilnik do paznokci
Gumki do włosów / wsuwki
Lusterko (podręczne i nietuczące)
Przybory do makijażu
Lejek damski – aby móc sikać na stojąco (np. na łodzi lub zimą w górach)
Kilka sugestii do zawartości kosmetyczki turystycznej:
małe pojemniczki na żel 3 w 1 (do mycia ciała, włosów i twarzy) / mydło / płyn do naczyń Można je kupić np. w Rossmanie, a później, gdy nadarzy się okazja, można je wielokrotnie napełniać (np. w hotelu, gdzie zwykle pod prysznicem taki płyn jest w standardzie). Lepsze są mniejsze pojemniczki (najlepiej przezroczyste) niż duże litrowe, dlatego że można je wygodnie wszędzie zmieścić, a po częściowym opróżnieniu nie musimy marnować miejsca w kosmetyczce na 0,7 litra pustego pojemnika.
Gwarantuję Ci też, że jeden taki mały spokojnie wystarczy na 4 dni, a jak się postarasz, to nawet na tydzień. Zamiast żelu 3 w 1 dla mniej wymagających wystarczy mydło w płynie. Jego zaletą w stosunku do mydła w kostce jest to, że nie robi się „glutowate” po kontakcie z wodą (co z kolei bardzo utrudnia jego transportowanie). Mydło w płynie dobrze się też nada do mycia naczyń w schroniskach lub hostelach.
mała pasta do zębów najlepiej taka na nadwrażliwość, bo nigdy nie wiesz, co się przydarzy. Alkohol, niskie temperatury czy zła dieta mogą zmienić Twoje zęby w bardzo bolesne „narzędzie” tortur. Nie trzeba turystycznych past kupować, wystarczy udać się do stomatologa i poprosić o darmowe próbki. Każda próbka spokojnie wystarczy na kilka dni. Małe opakowania są lepsze, bo po ich wykorzystaniu nie musisz męczyć się z w połowie pustą tubką, po prostu je wyrzucasz.
szczoteczka do zębów najwygodniej turystyczna, składana na pół, bo zajmuje mniej miejsca i pełni również funkcję wygodnego i higienicznego pojemniczka. Ultraminimaliści (osoby starające się zminimalizować wagę plecaka do minimum) rekomendują zakup zwykłej szczoteczki i odcinanie z niej zbyt długiego uchwytu. Zawsze to 15 g mniej, jednak dla mnie to już przesada.
nić dentystyczna, jeśli używasz lub jeśli wybierasz się pod namiot. Wielu surwiwalowców zabiera ją ze sobą jako miniaturową wersję turystycznej, bardzo wytrzymałej linki do związywania lub naprawiania ekwipunku.
krem do rąk niezależne od pogody latem, a tym bardziej zimą nasza skóra ulega wysuszeniu. Krem do rąk jest gęsty, dzięki czemu rewelacyjnie nadaje się do ochrony twarzy na zimowym stoku lub kremowania nóg podczas długiej podróży w sandałach. Moja męska natura wymusza na mnie stosowanie kremu. Jednego kremu! Krem do rąk zastępuje mi wszystkie możliwe kremy nawilżające.
mały perfum
lepiej mieć, niż później żałować. Czy chcesz wyskoczyć z kimś na piwo czy po prostu umilić podróż kierowcy, który wziął Cię na stopa. Lepiej mieć perfum pod ręką, niż go nie mieć 😉
maszynka do golenia jeśli ktoś potrzebuje. Zamiast pianki do golenia w podróży wystarczy żel do mycia 3 w 1. Jest to wyposażenie bardzo ponadstandardowe, bo przecież męski backpacker czy wędrowca górski bez brody, to tak jak paw bez pięknego ogona. Broda z jakiegoś powodu podnosi rangę podróżnika w podróży. Jednak panowie bez przesady, zdrowy rozsądek jest wskazany i gdy zaczynamy magazynować w niej prowiant, to warto by o nią zadbać.Nie czuję się zbytnio kompetentny, by mówić o kobiecym zaroście. Kończąc ten temat wspomnę tylko, że broda w krajach islamskich (wbrew temu, co wydaje nam się w Europie) nie jest popularna i z okazałym zarostem nie wtopimy się w tłum, a raczej z niego wyróżnimy (taką przygodę miałem w Iranie).
mały płyn do płukania ust nie zawsze jest czas, możliwość lub chęci, aby umyć zęby 2 razy dzienne, jednak wypłukać można je wszędzie. W podróżach nie jest ważne to, gdzie się jedzie, ale to, z kim się porozmawia. Umilmy tę rozmowę naszemu towarzyszowi, od czasu do czasu myjąc lub przynajmniej wypłukując zęby.
antybakteryjny żel do rąk – nie tylko podczas pandemii! Nie zawsze mamy dostęp do ciepłej wody z mydłem, aby wymyć dokładnie ręce przed posiłkiem. A mama zawsze powtarzała „umyj ręce przed jedzeniem”. Szczególnie na początku podróży w góry lub do dalekich krajów dla komfortu psychicznego będziemy potrzebo- wali, aby mieć czyste ręce. Dlatego warto taki płyn nosić zawsze w kieszeni.
Nie do końca rozumiesz, o co mi chodzi? Już tłumaczę. Wyobraź sobie sytuację, że w Polsce najpierw kupujesz jabłko za gotówkę, którą trzymało 100 osób przed nami i płaciło nią za całkiem inne „usługi”, a później od razu tą samą ręką wkładasz to jabłko do ust. Niesmacznie. A teraz wyobraź sobie taką samą sytuację w Wietnamie, Afryce, na Woodstocku czy w górach.
Podziel się z nami Twoimi doświadczeniami
Jeżeli wiesz co jeszcze warto dopisać do tych list to proszę, daj nam znać w komentarzu.
Asortyment bezpieczeństwa
Podróże poza tym, że powinny być ciekawe, rozwijające to najważniejsze aby były bezpieczne. Wyjazdy do strefy wojny, okupowanych krajów czy państw bez stabilnego rządu to nie najlepsze destynacje dla osób poszukujących przygód – istnieje wiele lepszych. To oczywiste, ale pewne „drobne” niebezpieczeństwa czają się na nas także w Europie. Czy to z winy kieszonkowców, czy naszego roztargnienia możemy pożegnać się – nomen omen bez pożegnania – z naszym portfelem, telefonem czy paszportem, a wtedy to nawet najpiękniejsze otaczające nas krajobrazy staną się dla nas scenerią koszmaru. Wszystko co warto wiedzieć na temat bezpieczeństwa w podróżny i sprawdzone porady przeczytasz w dedykowanym rozdziale.
Paszportówka (zawieszka na szyję) to super WAŻNE
Dwie karty płatnicze w dwóch lokalizacjach
Dwa konta w różnych bankach
Stara karta płatnicza / atrapa
Numer karty wirtualnej i kod CVV2
Ksero i zdjęcie dokumentów wykupionej polisy ubezpieczeniowej
Ksero paszportu i dowodu osobistego
Trochę gotówki (koniecznie dolary lub euro) schowane w kilku miejscach
Adresy i telefony polskich placówek dyplomatycznych (np. z aplikacji mObywatel)
Gaz pieprzowy (w niektórych krajach nielegalny)
Międzynarodowa europejska karta z NFZ
Karteczka z numerami telefonów do rodziny i znajomych (np. nasza ICE)
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Twoja opinia
Informujemy, iż w celu optymalizacji treści dostępnych w naszym serwisie, dostosowania ich do Państwa indywidualnych potrzeb korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Dalsze korzystanie z naszego serwisu internetowego, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje stosowanie plików cookies.