Dowiesz się co łączy, a co dzieli języki LAD i FBD
Zdobędziesz informacje jak sprawnie tworzyć programy w języku FBD
Poznasz także coś nowego, czego nie było w LAD
Jeżeli zastanawiasz się czy naprawdę potrzebujesz poznawać ten specyficzny język:
Dla wielu (ok 30%) uczniów i studentów język FBD jest najbardziej intuicyjny, dzięki czemu to właśnie w nim najszybciej tworzą programy. Sprawdź czy Tobie odpowiada!
Jest ulubiony przez wszystkich, którzy przed programowaniem PLC spotkali się z bramkami logicznymi.
Znajomość każdego kolejnego języka programowania zwiększa Twoje szanse w interpretacji, poprawie i rozbudowie istniejących programów, a co za tym idzie także na rynku pracy.
Jest jedna funkcja której nie ma odpowiednika w LAD, dlatego może się zdążyć, że będziesz zmuszony pisać program w FBD, bez możliwości przełączenia na LAD.
Najważniejsze. Warto poznać inne języki programowania, aby się przekonać co Ci odpowiada, a co nie. Może kolejny będzie przyjemniejszy. To ważna wiedza o sobie. Dzięki niej łatwiej podejmować w życiu decyzje.
Fundacja CALM edu dzieli się swoją wiedzą w całkowicie darmowy sposób i jest finansowana z środków prywatnych jej założyciela. Jeżeli jednak chcesz dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju naszej fundacji i pomóc nam w przygotowaniu kolejnych darmowych ogólnodostępnych materiałów skorzystaj z komercyjnych szkoleń firmy CALM group, z których pośrednio przychód pozwala pokryć fundacyjne wydatki lub przekaż nam darowiznę na platformie Patronite (wkrótce)
Jeżeli jesteś przedstawicielem szkoły zainteresowanym przygotowaniem swoich nauczycieli do wyzwań edukacji 4.0 lub uczniów do egzaminów zawodowych, pójściem na studia czy przyszłą pracą z wykorzystaniem nowoczesnych technologi to zapraszamy do kontaktu. Lista komercyjnych szkoleń dostępna pod tym linkiem.
Fundacja CALM edu dzieli się swoją wiedzą w całkowicie darmowy sposób i jest finansowana z środków prywatnych jej założyciela. Jeżeli jednak chcesz dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju naszej fundacji i pomóc nam w przygotowaniu kolejnych darmowych ogólnodostępnych materiałów skorzystaj z komercyjnych szkoleń firmy CALM group, z których pośrednio przychód pozwala pokryć fundacyjne wydatki lub przekaż nam darowiznę na platformie Patronite (wkrótce)
Jeżeli jesteś przedstawicielem szkoły zainteresowanym przygotowaniem swoich nauczycieli do wyzwań edukacji 4.0 lub uczniów do egzaminów zawodowych, pójściem na studia czy przyszłą pracą z wykorzystaniem nowoczesnych technologi to zapraszamy do kontaktu. Lista komercyjnych szkoleń dostępna pod tym linkiem.
Fundacja CALM edu dzieli się swoją wiedzą w całkowicie darmowy sposób i jest finansowana z środków prywatnych jej założyciela. Jeżeli jednak chcesz dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju naszej fundacji i pomóc nam w przygotowaniu kolejnych darmowych ogólnodostępnych materiałów skorzystaj z komercyjnych szkoleń firmy CALM group, z których pośrednio przychód pozwala pokryć fundacyjne wydatki lub przekaż nam darowiznę na platformie Patronite (wkrótce)
Jeżeli jesteś przedstawicielem szkoły zainteresowanym przygotowaniem swoich nauczycieli do wyzwań edukacji 4.0 lub uczniów do egzaminów zawodowych, pójściem na studia czy przyszłą pracą z wykorzystaniem nowoczesnych technologi to zapraszamy do kontaktu. Lista komercyjnych szkoleń dostępna pod tym linkiem.
Fundacja CALM edu dzieli się swoją wiedzą w całkowicie darmowy sposób i jest finansowana z środków prywatnych jej założyciela. Jeżeli jednak chcesz dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju naszej fundacji i pomóc nam w przygotowaniu kolejnych darmowych ogólnodostępnych materiałów skorzystaj z komercyjnych szkoleń firmy CALM group, z których pośrednio przychód pozwala pokryć fundacyjne wydatki lub przekaż nam darowiznę na platformie Patronite (wkrótce)
Jeżeli jesteś przedstawicielem szkoły zainteresowanym przygotowaniem swoich nauczycieli do wyzwań edukacji 4.0 lub uczniów do egzaminów zawodowych, pójściem na studia czy przyszłą pracą z wykorzystaniem nowoczesnych technologi to zapraszamy do kontaktu. Lista komercyjnych szkoleń dostępna pod tym linkiem.
Jedno z moich ulubionych haseł które napędza mnie do działania, zmotywowało do otwarcia firmy, założenia fundacji brzmi:
„Najlepszym sposobem na przewidywanie przyszłości jest jej tworzenie. Każdego dnia, systematycznie, małymi kroczkami”
W tym poście nie skupimy się na nauce, aby faktycznie budować naszą przyszłość, ale zaprezentujemy kilka książek, dzięki którym łatwiej będzie można sobie tą przyszłość wyobrazić.
Aktualny stan nauki i technologii
Te książki nie poruszają tematyki technologii przyszłości, ale opisują te technologie, które spokojnie na miano „z przyszłości” zasługują.
Czy jutro zaczęło się już wczoraj? Przed przejściem do typowych książek zachęcam do rzucenia okiem na artykuł poświęcony nowoczesnym technologiom, które spotykamy codziennie i już właściwie nawet nie dostrzegamy tego jak bardzo są z przyszłości.
„Hello world” – Hannah Fry
Idealna książka na początek przygody z światem technologii, gdyż opisuje w prostym języku, jak już dziś świat funkcjonuje. Pomimo że została wydana w 2018 roku, nadal stanowi bardzo dobrą podstawę wiedzy, umożliwiając pełne zrozumienie kolejnych pozycji na tej liście.
Jest to lektura na tyle interesująca, że najpierw przesłuchałem ją w formie audiobooka, a potem jeszcze raz przeczytałem.
Z niej dowiedziałem się, jak na Zachodzie zacofane są kartoteki w ośrodkach zdrowia, kim są brokerzy danych, dlaczego sztuczna inteligencja w sądach się nie sprawdza i że gołębie lepiej diagnozują nowotwory na zdjęciach niż ludzcy specjaliści.
„Połącz kropki” – Łukasz Lamża
Książka, która stanowi kontrę do „Nie mamy pojęcia”, bo opisuje nie tylko co wiemy, ale przede wszystkim co udało się nam już zaprojektować, uruchomić, stworzyć, zaobserwować czyli co się nam (to jest naukowcom na całym świecie) osiągnąć z kategorii technologia.
Trafiłem na nią w internecie całkowicie przez przypadek, a okazała się jedną z najbardziej treściwych (przesiąknięta konkretami) jakie kiedykolwiek czytałem. Jeżeli lubisz magazyny popularnonaukowe to tą książkę możesz postrzegać jak taki jeden, ale o dwa poziomy bardziej rzetelny i o 3 poziomy lepiej opisany.
W tej publikacji znajdziesz przetłumaczone z j. angielskiego i przetłumaczone z j. naukowego na j. „potoczny” artykuły publikowane przez ostatnich kilka lat w czasopismach pokroju „Nature” czy „Science” podzielone na mniej więcej takie rozdziały: Roboty, Sztuczna Inteligencja, Personalizacja treści i przedmiotów (tylko pod Ciebie), Dane (co ONI o nas wiedzą i ile ich produkujemy), Nasze ciało (jak technologia je zmienia). Podkreślę, że treść tej książki nie mówi o przyszłości ale o aktualnych osiągnięciach!!!
Łukasza Lamże możesz znaleźć na tym kanale na You Tube,gdzie co tydzień omawia po 3 artykuły z tych najbardziej prestiżowych czasopism naukowych.
Wiek paradoksów. Czy technologia nas ocali? – Natalia Hatalska
Ta książka nie jest jedną z tych lekkich, przyjemnych lektur, po które można sięgnąć przed snem. Jest to raczej pozycja prowokująca do myślenia, często pozostawiająca czytelnika w pesymistycznym nastroju, z głową pełną obaw po zakończeniu rozdziału.
Pani Hatalska, zmotywowana przymusem zostania w domu spowodowanym pandemią, przelała na papier swoje przemyślenia, mające czasem charakter filozoficzny, na temat świata technologii, w którym już żyjemy, bogato dokumentując je wynikami badań i raportów. W mojej opinii, nie jest to książka wprowadzająca w temat, ale raczej adresowana do osób, które są już zaznajomione z innymi pozycjami z tej listy książek.
Książka ta dostarcza kilka fascynujących informacji, które rzucają światło na nasze interakcje z technologią. Jednym z interesujących odkryć jest to, że z psychologicznego i emocjonalnego punktu widzenia traktujemy roboty i nawet bardziej zaawansowane zabawki jak żywe istoty, co sprawia, że dyskomfort sprawia nam już samo ich trzymanie do góry nogami.
Ponadto, książka omawia, jak Arabia Saudyjska stosuje cenzurę treści, które są dla niej niewygodne, poprzez technikę znaną jako hashtag poisoning. Polega ona na zasypywaniu sieci ogromną liczbą artykułów oznaczonych tymi samymi hashtagami, co utrudnia przypadkowe (a nawet celowe) dotarcie do oryginalnych treści.
Autor również porusza kwestię tego, jak ogromny procent społeczeństwa nie jest świadomy istnienia bańki informacyjnej, jak cierpimy z powodu przebodźcowania, oraz dlaczego mormoni mają zdroworozsądkowe podejście do technologii, co może być inspiracją do refleksji nad własnym stosunkiem do nowoczesnych narzędzi i mediów.
„Yes is more” – Bjarke Ingels
Myśląc o przyszłości mamy zwykle przed oczami, te wszystkie super-futurystyczne wieżowce, dlatego nie możemy mówić o świecie jutra, nie czytając o tym co już dziś się buduje i na to pozwala współczesne budownictwo.
Na wstępie muszę się przyznać, że ten opis książki jest daleki od obiektywnego, ponieważ jestem wielkim fanem twórczości Bjarke Ingelsa założyciela BIG (link do projektów). Moim zdaniem najbardziej kreatywnego praktycznego architekta czy nawet szerzej artysty naszych czasów. I ta książka też tego dowodzi.
Ta publikacja w bardzo kreatywny sposób (komiks polegający na łączeniu zdjęć i ilustracji) tłumaczy w jaki sposób w biurze BIG powstawały najbardziej kreatywne pomysły i w jaki sposób ewoluowały do ostatecznych postaci. Dowiemy się z niej o bardzo wielu aspektach o których nawet nie myśleliśmy, że ktoś je uwzględnia w swoich projektach.
Wpływ otoczenia, historii regionu, dostępnej przestrzeni, usytuowania względem nasłonecznienia, przyzwyczajeniami ludzi …. To wszystko i wiele więcej decyduje o ostatecznym kształcie budynków z tego biura architektonicznego. Dla mnie tym ważniejsza publikacja, że opisuje budynki, które widziałem na własne oczy w Dani, a nawet jeden w którym przyszło mi kilka dni pomieszkać – „8”.
Jeżeli jesteś twórcą, niezależnie czy architektem, artystą, inżynierem, grafikiem itp to ta książka obowiązkowo powinna znaleźć się w Twojej domowej biblioteczce. Moim zdanie jest to podręcznik w jaki sposób tworzyć kreatywne, piękne i co najważniejsze użyteczne przedmiot.
„Yes is more” to podręcznik opisujący w atrakcyjny sposób jak budować lepszy świat – dosłownie i w przenośni
Jeżeli jeszcze się do tej pozycji nie przekonałeś to zapraszam na YT (link ang) lub Netflixa (j.pol) aby lepiej poznać samego Bjarke jak i jego podejście do architektury. Polecam też film o powstaniu Domu Lego.
„Świat naszych dzieci” – Hubert Kęska
Seria książek składająca się z trzech tomów: Wojna i polityka, Przyroda i technologia oraz Duchowość i religia.
Dobrze się słucha. Bardzo przesycone treścią, dużo konkretów, mnóstwo wywiadów z ekspertami.
Ogromny zbiór informacji, dzięki którym naprawdę można spróbować przewidywać jak będzie wyglądać świat naszych dzieci i lepiej zrozumieć współczesne technologie.
Niedaleka przyszłość
Tutaj zaczynamy przewidywać przyszłość, ale bazując na doświadczeniu autorów.
„2030. Jak ścieranie się najwyraźniejszych dzisiejszych trendów przekształci przyszłość wszystkiego” – Mauro Guillén
Obszerna książka z której dowiemy się naprawdę wiele nie tylko o tym jak prawdopodobnie będzie wyglądał tytułowy rok 2030, ale także bardzo wiele na temat aktualnych statystyk i trendów.
Książka zawiera tak dużo danych, konkretów i ciekawostek, że po wysłuchaniu podczas podroży samochodem jej w formie audiobooku postanowiłem zakupić także jej papierową wersje, żeby te wszystkie dane mieć pod ręką i móc je przyswoić jeszcze raz na spokojnie. Tym samym jest to jedyna książka, którą przyswoiłem dwa razy w przeciągu jednego kwartału – warto.
Pomimo, że jestem dość na bieżąco z analizą trendów i przewidywaniami na przyszłość – tą bliższa i dalszą – to ta książka niejednokrotnie mnie zaskoczyła, i naprawdę bardzo dużo z niej wyniosłem nowych przemyśleń.
Chcesz dowiedzieć się jak będzie wyglądać rok 2030? To idź do wróżki, ale jeśli chcesz zrozumieć dlaczego świat który nas otacza zmienia się w taki a nie inny sposób i gdzie może nas to doprowadzić – może ale nie musi – to koniecznie przeczytaj tą książkę.
Brawa dla autorów za umiejętne połączenie wartościowej, aczkolwiek suchej, wiedzy specjalistycznej na temat sztucznej inteligencji i systemów pokrewnych, z wciągającymi (choć nie wszystkimi) historiami fabularnymi, wprowadzającymi nas w świat roku 2041. 10 historii, 10 ciekawych (ale dość specjalistycznych) artykułów popularnonaukowych, mnóstwo technologii i jedna rzecz, która je wszystkie łączy, czyli sztuczna inteligencja.
Pisanie o technologii nie różni się niczym od pisania na poważnie podręczników akademickich lub na luzie postów na blogach lub artykułów z magazynów popularnonaukowych, a tutaj autorzy zrobili coś świeżego, innego. Udało im się powieści w stylu Lema (ale nie tej klasy) uzupełnić danymi naukowymi, czego mi zawsze brakowało.
O gustach się nie dyskutuje, dlatego, że każda historia jest całkiem inna, to niektóre opowiadania czyta się lepiej, a inne się pomija, ale moim zdaniem, czym dalej w las, tym opowiadania są lepsze, a nawet bardzo dobre. Mało która książka wciągnęła mnie aż tak, jak historia pod koniec o terroryzmie, czy dała tyle do myślenia o autonomicznych pojazdach.
Jeśli lubisz technologię, to powinieneś przeczytać ją całą, a jeśli ciekawe historie, czy fantastykę naukową, futurologię, to przynajmniej te 10 fabularnych historii beletrystyki.
PS: Jeżeli dane opowiadanie nie przypadnie Ci do gustu, to nie trać na nie czasu, tylko bierz się za kolejne, bo każde kolejne jest lepsze 😉
Odpływamy daleko w przyszłość
„Jakość wkrótce” – Kelly i Zach Weinersmith
Bardzo luźna książka, kierowana do fanów magazynów popularnonaukowych.
Z niej dowiesz się dlaczego najtańszym sposobem na loty w kosmos może okazać się winda, a najlepszym źródłem surowców meteoryt.Co ma druk 3D do jedzenia, roboty do budowania domów i czy do pisania na komputerze potrzebna jest klawiatura czy wystarczy hełm.
Przyjemna lekka lektura, z sporą dawką humoru – nie tylko w formie komiksów.
Pełna lista wszystkich polecanych książek i tematów z tym związanych jest dostępna pod tym tagiem #książki
W tak szybko zmieniającym się świecie, gdy już wszyscy wiemy, że będziemy zmuszeni do wielokrotnego przebranżowienia się w naszym życiu, spędzanie pięciu lat na jednej uczelni studiując jeden kierunek zaczyna tracić sens. Jak zatem uczelnie powinny się do tego przygotować i jaką rolę powinny zacząć odgrywać w świecie szybkich zmian?
W tym rozdziale postaram się przedstawić pomysły na rozwiązanie najistotniejszych problemów, z którymi muszą się dzisiaj mierzyć wyższe publiczne uczelnie techniczne:
niż demograficzny, pogłębiany z powodu zmniejszającego się odsetka kandydatów na studia techniczne,
finansowanie uczelni publicznych,
zmieniające się oczekiwania studentów i społeczeństwa wobec politechnik,
tempo rozwoju technologii, a opóźnienie tematów poruszanych na uczelniach,
rola uczelni technicznych do odegrania w zmianach globalnego ładu w geopolityce z unipolarnej na duo- czy multipolarną.
W badaniu „Strategiczne cele uczelni publicznych w Polsce według perspektywy Zbilansowanej Karty Wyników” z 2015 roku, w którym wzięło udział aż 57 rektorów, 73,7% z nich odpowiedziało, że najważniejszym celem strategicznym uczelni jest „Dostosowanie oferty kształcenia do rynku pracy”. Czy aktualna forma kształcenia wyższego w kraju odpowiada na potrzeby rynku pracy?
Kilka luźnych myśli, obserwacji i pytań, które sobie zadałem na początek, ponieważ to one naprowadziły mnie na pomysł zaproponowania zmian:
1. Spadek liczby studentów (i ogólnie mieszkańców Zachodu) generuje sporo wolnych przestrzeni na uczelniach i wolnej kadry dydaktycznej. Superwyposażone laboratoria, będą stać (jeśli już nie stoją) puste, a całe ich wartościowe wyposażenie jest marnotrawione.
2. W prywatnych ośrodkach szkoleniowych po tygodniowym kursie zwykle studenci zapamiętują o wiele więcej niż ze szkoły. Po odbyciu kilku uzupełniających się kursów (brałem udział w takich projektach) każdy student zdobywa umiejętności posługiwania się narzędziami i programami bardzo pożądanymi na rynku pracy, a tym samym staje się wartościowym nabytkiem dla każdej firmy (która zaoszczędza już na starcie, nie musząc płacić później za te same szkolenia dla tego konkretnego pracownika).
3. Ja przez całe 5 lat studiów (7 semestrów stacjonarnie na Mechatronice i 3 zaocznie na Mechanice i Budowie Maszyn) miałem w sumie tylko 7,5 godziny obowiązkowych zajęć z sterownikami PLC, a moi kursanci w jednym tylko tygodniu szkolenia spędzają 30 godzin programując… Te proporcje są chyba dość istotnie zaburzone. Jestem świadomy, że jest to kolejny przykład anegdotyczny, ale wystarczający, aby zapalić pewne lampki w głowie.
4. W jaki sposób uczelnie mogą w istotny sposób przyczynić się do wzrostu gospodarczego kraju, a tym samym jego pozycji na arenie międzynarodowej, w epoce innowacji i „nauki przez całe życie”? Pamiętajmy, że przeciętny mieszkaniec Polski wchodzący na rynek pracy zmieni kilkakrotnie wykonywaną profesję, czy to z powodu automatyzacji jego stanowiska (robotyzacji i algorytmów AI), czy dla wyższych zarobków, w nowocześniejszych branżach.
5. W jaki sposób motywować obywateli do rozwijania swoich umiejętności, do nieustannego edukowania się, do „nadążania” za zmianami technologicznymi, aby wykształcić rzesze cennych w nowoczesnej gospodarce pracowników, a może nawet bardziej cenionych innowacyjnych przedsiębiorców?
6. Jeżeli w XXI wieku każda licząca się na świecie gospodarka powinna stawiać na innowację, to czy da się planowo wykształcić kreatywne społeczeństwo i dlaczego Izrael jest uważany za najbardziej innowacyjny kraj (z największą liczbą startupów przypadających na liczbę mieszkańców)?
7. Inżynierów kształci się już w przedszkolu, na politechnikach jest na to już o dekadę za późno.
Politechnika 4.0 czyli 4 w 1!
Politechniki z powodów swoich struktur i zasobów, powinny pełnić, aż 4 role z czego dziś odgrywają tylko trzy, a ta czwarta, nowa może rozwiązać ich wszystkie dotychczasowe problemy. Dodanie czwartej podpory działalności do już trzech istniejących nie wydaje się ogromną zmianą, a tak jak w przypadku krzeseł powinno ustabilizować całość działalnosci.
Te role to:
Badawcza – tworzenie nowych rozwiązań i publikowanie opracować,
Dydaktyczna – kształcąca studentów, aby mogli dołączyć do grona intelektualistów (osób z szerszym zrozumieniem otoczenia i zasługujących na miano osób z wyższym wykształceniem),
Popularnonaukowa – rozbudzanie ciekawości dzieci i młodzieży, a także promująca idee nauki przez całe życie w szerszym społeczeństwie,
Doszkalająca – przekazująca praktyczne umiejętności tak, pożądane przez gospodarkę całemu społeczeństwu,
W tym tekście opiszę jak moim zdaniem zmieniły się oczekiwania dla poszczególnych ról w latach dwudziestych XXI w. i dlaczego to właśnie ta czwarta może dla każdej uczelni odegrać najistotniejsza rolę.
1. Rola uczelni technicznych jako ośrodka badawczego
Największym problemem uczelni dzisiaj jest „punktoza”, czyli poświęcanie się tylko tym badaniom, które z największym prawdopodobieństwem przyczynią się do korzyści finansowych dla badacza, jak również jego uczelni. Będąc bardziej precyzyjnym, należy dodać, że chodzi o poświęcanie się badaniom, które najłatwiej będzie opublikować w najlepiej punktowanych czasopismach naukowych, bo to dopiero przekłada się na finansowanie. Brak chęci – lub niemożność – do publikowania wyników badań, które nie potwierdziły założeń i nie umożliwią komercjalizacji, również jest często przytaczanym problemem przez moich rozmówców.
Uczelnie wyższe z powodów błędów systemowych ich finansowania dziś coraz bardziej przypominają koncerny farmaceutyczne, którym bardziej opłaca się przygotowywać leki, które umożliwią przytrzymywanie pacjenta przy życiu przez lata za pomocą drogiej terapii, niż inwestować w leki, które umożliwiają wyleczenie. Niepożądane jest zdrowienie pacjenta, bo za tym idzie odcięcie od „subskrypcyjnych” przychodów z leków – pacjent, chcąc żyć, musi tak naprawdę płacić pewną comiesięczną subskrypcję (tak można postrzegać wieloletnie kuracje). Z uczelniami nie powinno to tak wyglądać. Punkty, czy pieniądze nie powinny być głównym wyznacznikiem zainteresowań naukowców.
Pomimo, że z raportu przygotowanego z inicjatywy Konferencji Rektorów Uczelni Ekonomicznych „Nauka i szkolnictwo wyższe a PKB” z 2023 roku wynika bardzo wyraźnie, że każda złotówka zainwestowana w badania naukowe i prace rozwojowe zwraca się w formie wzrostu PKB od wartości 8 do nawet 13 zł, nie ten wzrost finansowy, a wzrost wiedzy powinien być ich głównym celem. Sektor prywatny z oczywistych powodów nie może sobie na to pozwolić. Warto tutaj wspomnieć o pojęciu „dostojeństwo uniwersytetu”, które na przestrzeni niemalże wieku, bo zostało przytoczone pierwszy raz już w 1932 roku przez Kazimierza Twardowskiego, nie straciło na aktualności. Jest to idea, która głosi, że główną rolą uczelni wyższej jest tak naprawdę powiększanie wiedzy, i tylko tyle, bez wizji jej jakiegokolwiek praktycznego zastosowania. Można by rzec, że rolą uniwersytetów dla ludzkości jest zwyczajne zaspokajanie potrzeby zrozumienia świata, niezależnie czy miałoby to jakiekolwiek komercyjne zastosowanie. Nasuwa mi się tutaj myśl, że jest to powrót do korzeni uczelni, czyli czasów starożytnych filozoficznych debat, których jedynym celem było poszukiwanie odpowiedzi.
Jeżeli kogoś ten argument nie przekonuje, to najlepiej do mnie trafia przykład leków na przysłowiowego – i dosłownego – raka. Większość badań nad tego typu substancjami okazuje się całkowitym niepowodzeniem, ale w dalszym ciągu powinny być solidnie finansowane. Każda substancja, która okaże się nieskutecznym lekiem na jakąkolwiek przypadłość – przysłowiowy nowotwór – jest tak naprawdę sporym krokiem naprzód jako naukowej cywilizacji globalnej mającej wspólnego wroga, ponieważ pozwala skreślić z listy potencjalnych lekarstw kolejny punkt, na który nie warto poświęcać więcej czasu. Dokładnie tak samo jest z technologią i tym, co finalnie się sprawdzi. Pomimo coraz mocniejszych komputerów, w dalszym ciągu, podobnie jak przed wiekiem, musimy wymyślać dziesiąty tysięcy tych niedziałających – 'żarówek’ – aby ostatecznie stworzyć jedną, która zadziała. Nie ma innego wyjścia, z tym że uczelnie mogą sobie na takie błądzenie pozwolić o wiele bardziej niż prywatne firmy, a tym samym powoli pchać nasz gatunek ku lepszemu jutru. Historia polskiej wynalazczości pokazuje dobitnie, że nasze uczelnie, ale także i państwo, nie potrafią wdrażać innowacji na rynek, dlatego niestety, powinny się skupić na sugerowaniu prywatnym podmiotom, gdzie znajdują się potencjalnie dochodowe tematy.
Podsumowując: rola badawcza uczelni wyższych w XXI wieku nie powinna skupiać się na dążeniu do komercjalizacji wyników badań, a raczej na poszerzaniu wiedzy i wspieraniu dorobkiem naukowym prywatnych firm.
2. Rola uczelni technicznych jako ośrodka dydaktycznego
Z moich osobistych doświadczeń jasno wynika, że przeważająca liczba inżynierów wszystkich politechnik w naszym kraju nie ma minimalnych kompetencji, aby móc wykonywać jakiś techniczny zawód w przyszłości. Podczas wszystkich szkoleń dedykowanych studentom i uczniom techników, które osobiście prowadzę w przeciągu ostatniego roku, zadałem moim kursantom jedno pytanie: „Na chłopski rozum, jak czujesz, czym różni się napięcie od natężenia prądu? W jaki sposób mógłbyś te zagadnienia wytłumaczyć młodszemu rodzeństwu?” Po usłyszeniu tego pytania mniej niż 10% słuchaczy jest w stanie udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi, którą można by uznać za sensowną. Większość uczniów czy studentów nie jest w stanie nawet wskazać jednostek, nie wspominając o sposobach pomiaru. Przypomnę, że mówię tutaj o uczniach, którzy są w trakcie przygotowania do egzaminu zawodowego (zwykle z mechatroniki, elektroniki czy elektryki) oraz studentach z tytułem inżyniera, którzy mieli wiele lat fizyki w szkole – zwykle w podstawowej, gimnazjum i średniej.
Jestem świadomy, że jest to kolejny dowód anegdotyczny i całkowicie bezwartościowy z naukowego punktu widzenia, nie mający znamion badania, a co najwyżej sondy ulicznej przeprowadzonej na grupie zaledwie 120 kursantów, ale mimo wszystko dający mi do myślenia.
Idąc na studia techniczne, zaczynamy uczyć się o rzeczach, które funkcjonują od dłuższego czasu – aby nie powiedzieć o historycznych – gdzie w przeciągu tych 5 lat studiów wiele technologii zdąży powstać niemalże od zera, rozpowszechnić się, a część może nawet zniknąć. Na kierunkach z robotyki, moi kursanci skarżą się, że przez dwa lata muszą tworzyć odręczne rysunki techniczne, zamiast korzystać z dedykowanego do tego celu oprogramowania – tak jak to wyglądało na moim kierunku. Kto dziś w pracy rysuje odręcznie schematy?
Po sondzie dotyczącej napięcia i natężenia, w grupach dorosłych kursantów zacząłem rzucać luźne pytanie – jako odskocznię od programowania – „Co Wam dało pójście na studia? Co z nich wynieśliście?”
Zadając to pytanie pracownikom uczelni zawsze otrzymuję długą przemyślaną wypowiedź. Stawiając je jednak przed grupą przeciętnych zjadaczy chleba z tytułem przynajmniej inżyniera, w sali zapada cisza. Naprawdę niewiele osób, chce w takiej sytuacji cokolwiek powiedzieć – i to nie dlatego, że się wstydzi, bo podczas zajęć panuje bardzo duża otwartość luźnych wypowiedzi.
Należy postawić w tym miejscu pytanie:
„Czy ma sens spędzać tyle lat na uczelni wyższej? „
Moja odpowiedz to:
Oczywiście, że ma! Ale – musi być jakieś „ale” – tylko w przypadku jakichś 10% wszystkich studentów. Dlaczego 10%? Ponieważ z moich obserwacji wynika, że tylko taki procent kursantów, jest naprawdę zainteresowany poszerzeniem horyzontów, a reszta co najwyżej zdobyciem umiejętności potrzebnej w pracy.
Jeżeli potencjalny absolwent technikum chce pracować w zawodzie, do którego szkoła go przygotowała (programowanie PLC, obróbka CNC czy konwencjonalna, spawanie, modelowanie w 3D, druk 3D, telekomunikacja itd.), to powinien iść do pracy, bo na studiach z tego zakresu najprawdopodobniej nie dowie się niczego użytecznego (w praktycznym kontekście obsługi tych urządzeń). Jest niemal pewne, że po 5 latach pracy będzie zarabiać więcej niż absolwenci uczelni, ponieważ dla pracodawcy będzie już pełnoprawnym, doświadczonym (5 lat pracy) pracownikiem.
Niemalże wszyscy moi rozmówcy pracujący na uczelni zwrócili moja uwagę, że wbrew temu, co większość osób uważa, studia nie przygotowują do praktycznej pracy w zawodzie z wykorzystaniem konkretnych urządzeń, ale poszerzają horyzonty tych nielicznych, którzy chcą zrozumieć, jak te urządzenia działają. Po co to warto zrozumieć? Bo tylko jeśli wiemy, jak coś działa, możemy to udoskonalić i rozwijać. Jeżeli chcesz wytrenować swój umysł do pracy twórczej w świecie technologii, aby dostrzegać wzorce, aby w intuicyjny sposób móc obsługiwać wiele programów inżynierskich, to studia mogą – choć nie muszą – okazać się czymś wartościowym.
Jednak największą zaletą studiowania na politechnikach jest wykształcenie w sobie podejścia, że nic co technologiczne nie jest dla nas niemożliwe. Jeżeli jest problem, to samodzielnie każdy prawdziwy inżynier z wykształcenia znajdzie dokumentację czy książki, przyswoi z nich co trzeba, dowie się reszty i zrobi to, co trzeba.
W technikum jest się uczonym jak korzystać z narzędzi i maszyn. Na studiach jest się kształconym, aby wypracować w sobie umiejętność samodzielnego radzenia sobie z wszelakimi wyzwaniami natury technologicznej, do których nikt nas nie przygotował.
W szkole nas uczą, a na uczelni samodzielnie studiujemy problemy.
Uczelnie dla osób zasługujących na wyższe wykształcenie
Pamiętam, jak ogromne wrażenie zrobił na mnie kolega, który przyjechał na praktyki wakacyjne w ramach organizacji studenckiej IAESTE do Gliwic z jednego z afrykańskich krajów. Wspomniał, że po technikum przez kilka lat pracował, aby zarobić na studia, i w końcu jako już „dorosły”, doświadczony, niezależny człowiek podjął decyzję, że chce studiować w swoim kraju. Był on najstarszym studentem, który uczestniczył w wymianie. Szokiem dla mnie było to, że poszedł na studia jak dorosły człowiek, a nie po prostu, jak u nas, jako uczeń, który zwykle, aby nie iść do pracy, idzie na studia. To zmienia wszystko w prawidłowym moim zdaniem postrzeganiu uczelni jako „świątyni wiedzy”, z której będziemy mogli wynieść to, co naprawdę chcemy się nauczyć.
Dla wszystkich (społeczeństwa, gospodarki, studentów, uczelni) będzie lepiej, jeżeli politechnika będzie stawiać przed studentami wyzwania, z którymi mierzenie się uczyni z nich innowatorów, twórców technologii czy naukowców, a nie organizować egzaminy z nieskończoną liczbą poprawek.
Moim zdaniem, idea uczelni wyższych uległa całkowitej destrukcji w momencie, gdy student stał się walutą, a nie klientem. Wszyscy znajomi, którzy pracują na uczelniach, skarżą się, że władze sugerują lub nawet mówią wprost, że studentów należy przepychać, aby jak najdłużej w jak największej liczbie dokładali się do konta bankowego uczelni – głównie z państwowej kasy. Jeżeli pracownicy słyszą, że nie mają kształcić studentów, ale ich przepychać, to znaczy, że sytuacja zaszła w bardzo irracjonalnym kierunku.
Trzy terminy do zdania egzaminu nie brzmią jakoś wygórowanie, a jednak nie pamiętam, aby za moich czasów odbyły się tylko 3 terminy – zwykle było ich siedem. Politechniki nie kończą tylko Ci najzdolniejsi, ale Ci najwytrwalsi. Gdyby na uczelni studiowali tylko najzdolniejsi, to uczelnia mogłaby się na nich skupić, a tym samym zwiększyć coś, co w reklamie nazywa się CTR (Click-through rate, pol. współczynnik klikalności) – czyli na ilu studentów przypada, ile wybitnych jednostek, które naprawdę mogą stworzyć coś wielkiego. Pozytywnym skutkiem takiego podejścia byłby także ich wpływ na siebie na wzajem, bo „z kim się zadajesz, takim się stajesz”. Wybitne jednostki ciągną do podobnych sobie, co pozwala im często jeszcze bardziej rozwijać skrzydła. Podczas jednej z moich autostopowych wypraw trafiłem na nocleg do znajomego, który pracuje w CERN w Genewie jako elektronik. Miałem to szczęście, że wybrałem się z nim na domówkę do jednego z jego kolegów z pracy, na której mogłem spotkać wielu młodych świetnie wykształconych pracowników tej jednostki. To co rzuciło mi się wtedy w oczy to fakt, że większość z nich zarażała wszystkich wokoło swoim entuzjazmem niezależnie od poruszanych tematów. Chciałbym pracować w takim zespole, i każdemu tego życzę, aby otaczał się ludźmi, którym się chce i widzą sens w swojej codziennej pracy.
Jeżeli jesteś wykładowcą uczelnianym, wyobraź sobie sytuację, że nie musisz się już więcej męczyć z tymi studentami, którym kompletnie nie zależy na wiedzy, a wyłącznie na „studiowaniu”. Jakby mogła wyglądać Twoja praca, gdybyś mógł współpracować z studentami, którzy naprawdę chcą się czegoś nauczyć i traktują etap studiowania jako formę dostępu do czegoś naprawdę wartościowego, a nie poczekalni przed dorosłym życiem.
Co jednak z potencjalnie zdolnymi studentami?
Co w sytuacji, gdy młody człowiek nie wie, czego chce, nie wie, gdzie powinien pracować? Co zrobić z podejściem studentów, że okres studiów to czas do namyślenia się, co chcę w życiu robić, gdy już kiedyś może dorosnę? Na zamożnym Zachodzie czymś stosunkowo popularnym jest „Gap year”, zwykle roczna przerwa – bywają krótsze – na „odnalezienie siebie” przed pójściem na studia. Jest to rok poświęcony na zwiedzanie świata, na sporo dorywczych prac, na zadawanie sobie pytań i szukanie bez pośpiechu odpowiedzi.
Inne podejście reprezentują kraje uboższe, jak choćby przytoczony przykład kolegi z Afryki. Co złego jest w tym, aby po szkole średniej najpierw iść do pracy? W wielu krajach, aby móc iść na studia doktorskie, należy udokumentować doświadczenie zawodowe. Dlaczego podobnego doświadczenia nie powinno wymagać się od studentów, np. roku czy dwóch pracy na umowę o pracę lub własnej działalności? Zwykle w tym momencie słyszę zdanie: „Gdy młody człowiek poczuje, co to znaczy zarabiać, poczuje niezależność, to już na studia na pewno się nie wybierze”. I o to chodzi. Jeżeli ktoś nie ma wewnętrznej – lub zawodowej – potrzeby pójścia na studia, to najwyraźniej nie powinien tam iść. Takie podejście ma także drugie dno. Jeżeli popracujesz, zapłacisz podatki, napędzisz naszą gospodarkę, to proszę bardzo, państwo odwdzięczy Ci się darmową możliwością podnoszenia kompetencji, abyś mógł w przyszłości zarabiać więcej i płacić jeszcze wyższe podatki. To chyba zdrowy układ.
Na zakończenie chciałbym zwrócić Twoją uwagę na jeszcze jeden aspekt studiowania. Lata życia spędzone na uczelni to nie tylko okres przyswajania dużych ilości wiedzy, ale także czas rozwoju umiejętności miękkich i budowania siatki znajomości. Często młodszym studentom i uczniom technikum mówię, że to dzięki studiom tak wcześnie otwarłem własną firmę – na 8 semestrze – i zawodowo zajmuję się tym czym się zajmuję. Studiom, nie mylić z uczelnią, ponieważ te wszystkie umiejętności – miękkie – które nabyłem, i w największym stopniu pokierowały moją ścieżką kariery zdobyłem podczas udzielania się w organizacji studenckiej IAESTE. Studia to nie tylko nauka, ale czas o wiele szerzej rozumianego rozwoju o czym wiele osób niestety zapomina.
W tym miejscu docieramy jednak do całkowicie nowego podejścia do edukacji wyższej. Do czegoś co można by nazwać „kursowaniem”, jednak nim będę w stanie zaprezentować w pełni tą idee, musimy przelecieć szybko przez trzecią role uczelni wyższych, aby finalnie zatrzymać się na tej nowej czwartej, która umożliwi wdrożenie tego pomysłu w życie.
3. Rola uczelni technicznych jako populizatorów nauki i technologii
Twierdzenie, które moim zdaniem najlepiej opisuje rolę programów, wydarzeń i działań mających za zadanie zaciekawić ludzi (szczególnie dzieci i młodzież), padło z ust Tomasza Rożka w wywiadzie dla Politechniki Śląskiej i przez wiele tygodni nie potrafiło wyjść mi z głowy. Brzmiało ono: „inżynierów kształtuje się już w przedszkolu”. Patrząc na to z osobistej perspektywy syna mechanika samochodowego, który w dzieciństwie od najmłodszych lat o wiele więcej czasu spędził w warsztacie samochodowym niż na placu zabaw, nie mogę się z tym nie zgodzić. Po latach zabawy śrubkami, łożyskami, młotkami i „rozbrajaniu” – młotkiem – wszystkiego, co wpadło w ręce, nim postawiłem pierwsze kroki w szkole podstawowej, nie wyobrażałem sobie pójścia w jakimkolwiek innym kierunku niż do technikum, a następnie na politechnikę.
W tym punkcie nie zamierzam narzekać na działania uczelni wyższych, ponieważ wydarzenia takie jak Śląski Festiwal Nauki, podcasty, kanały na YouTube, Wieczór Naukowców, zapraszanie uczniów i przedszkolaków na zajęcia i prezentacje – to wszystko jako tako działa, choć nie można spoczywać na laurach! Jeżeli uczelnia ma imponujące laboratoria, kadrę, która ma pasję do dzielenia się wiedzą oraz wolne pomieszczenia, powinna robić wszystko, aby uczniowie szkół podstawowych i średnich byli stałymi bywalcami w jej murach. To nie tylko inwestycja w przyszłość uczelni – pozyskiwanie potencjalnych studentów – ale inwestycja w rozwój całego społeczeństwa. Coraz bardziej niestety pozbawionego wzorców do naśladowania i ciekawszych planów na przyszłość niż zostanie influencerem.
Dlaczego by nie pójść o krok dalej i zaangażować wolnej kadry dydaktycznej do prowadzenia systematycznych, atrakcyjnych zajęć dla szkół średnich w swoich imponujących laboratoriach? Co miesiąc można by prowadzić zajęcia o innej tematyce, związanej z zagadnieniami poruszonymi podczas lekcji. To pozwoli na zaproszenie co najmniej 20, a może i 40 klas co miesiąc.
Gdy otwierałem swoją pierwszą firmę – agencję reklamową – promowałem moje usługi twierdzeniem, że „prowadzenie biznesu bez reklamy jest niczym puszczanie oka do dziewczyny w klubie w totalnej ciemności. Tylko Ty wiesz, co robisz.” Podobnie jest z uczelniami, które prowadzą badania, o których nikt inny nie wie, a które mają potencjał wpłynąć na decyzje zawodowe młodych osób. Kto, jeżeli nie uczelnie wyższe, powinny kształtować wyobrażenie młodych osób o pracy naukowca, inżyniera, innowatora? Dziś najskuteczniej robią to youtuberzy. Może patrzę na postępy działów marketingu uczelni zbyt krytycznie, ale bez zaangażowania ich potencjału jako instytucji zatrudniających setki, a często tysiące ludzi, z ogromnymi budżetami – w porównaniu do internetowych twórców- nie uda się zmienić naszego społeczeństwa, aby w pełni wykorzystać potencjał intelektualny i przeciwdziałać ogłupiającemu wpływowi nowych technologii.
Wprowadzenie pewnej formy rynkowej rywalizacji o kursantów otwartych kursów, opisanych w kolejnym punkcie, zmieniłoby także postrzeganie marketingu naukowego przez władze uczelni. Jeżeli człowiek nie musi z własnej kieszeni płacić za szkolenie, wybierze taką uczelnię, która jest najbliżej, chyba że inna znajdująca się trochę dalej przyciągnie jego uwagę w jakiś przekonujący sposób. Dziś ogromnym problemem przy wyborze studiów jest to, że wybierają je osoby, które nie dokonują tego wyboru świadomie, i to nie tylko z powodu swojego zaniedbania, ale nawet bardziej z powodu, że ciężko porównać jakość kształcenia na poszczególnych uczelniach w naszym kraju, gdyż nie udostępniają one materiałów edukacyjnych, które można by łatwo porównać. A to powinno być decydujące przy dokonywaniu wyboru, a nie liczba wybitnych absolwentów, bo ona zależy w dużej mierze od liczby wybitnych maturzystów, którzy ją wybierają. Dobra uczelnia to nie ta, która pielęgnuje najzdolniejszych, ale taka, która najskuteczniej podnosić potencjał także wszystkich pozostałych.
4. Rola uczelni technicznych jako ośrodka doszkalającego
Dla osób czytających tylko ten rozdział, zamieszczam informację, że dotychczas pracowałem lub współpracowałem z dwoma głównymi ośrodkami szkoleniowymi z zakresu automatyki przemysłowej w Polsce oraz z niezliczonymi innymi z pokrewnych dziedzin przemysłu. Od ponad 10 lat współpracuję z największym w Polsce ośrodkiem szkoleń technicznych EMT-Systems. To w dużej mierze doświadczenie zdobyte w tak innowacyjnym miejscu spowodowało, że narodziła się w mojej głowie wizja „kursowania” (połączenie „studiowania” i „kursów”). Widząc, jak bardzo te centra szkoleniowe, i niezliczone mniejsze, przez które się przewinąłem, zaspokajają konkretną potrzebę swoich klientów, jaką jest zdobycie praktycznej wiedzy, którą będą mogli wykorzystać już kolejnego dnia w swojej pracy – albo dzięki niej zdobyć kolejną, lepszą pracę – zacząłem się zastanawiać, dlaczego uczelnie przynajmniej w pewnym podstawowym zakresie nie mogą funkcjonować podobnie?
Zadając to pytanie pracownikom uczelni, którzy prowadzą w wolnym czasie zajęcia także w ośrodkach szkoleniowych, usłyszałem w odpowiedzi, że politechnika ma za zadanie rozwijać … (możesz o tym wszystkim przeczytać w punkcie 1 tej listy), a nie umiejętności praktyczne. Niby tak, ale z jakiegoś powodu to właśnie wszystkie uczelnie techniczne wysyłają swoich pracowników, a co jeszcze bardziej zaskakujące, studentów na kursy, które prowadzę, pomimo że same posiadają kadrę dydaktyczną i specjalistyczne pracownie w swoich murach. Takie podejście pozbawione jest już na pierwszy rzut oka sensu, i pomimo że dzięki takim zleceniom mam z czego żyć, chciałbym je w tym miejscu wytknąć palcem.
Zgodnie z podstawami neurodydaktyki, jeżeli nie wiemy, po co jest nam jakaś wiedza, to nasz mózg nie będzie w stanie się tego nauczyć. Dlatego uważam, że działalność dydaktyczną uczelnie powinny podzielić na dwie wyraźnie oddzielone od siebie formy:
W jednej skupić się na tym, co dotychczas, czyli rozwijaniu chętnych studentów, aby mogli osiągnąć status osoby naprawdę wykształconej, jak dotychczas – punkt drugi tej listy.
W drugiej skupić się na umiejętnościach praktycznych społeczeństwa, tak pożądanych w szybko rozwijającym się świecie.
„Kursowanie” – organizowane na uczelniach otwartych kursów praktycznych z zakresu podstawowego dla studentów i wszystkich chętnych obywateli.
Jeżeli uczelnie są finansowane z środków publicznych, a ich głównym celem jest podnoszenie poziomu wykształcenia całego społeczeństwa, to czy zapraszanie wszystkich płacących podatki na darmowe szkolenia organizowane w swoich murach i publikowanie wszystkich swoich materiałów dydaktycznych, a także wykładów w formie podcastów i filmów w sieci nie spełniałoby tej roli lepiej niż teraz?
Kto miałby płacić za finansowanie takich darmowych, ogólnodostępnych szkoleń?
Obecnie za doszkalanie się płacą urzędy pracy, Unia Europejska, KFS i inne instytucje, z marginalną rolą państwa. Jednak w moim pomyśle to właśnie rząd powinien finansować takie szkolenia, ponieważ państwo zyskuje najwięcej w formie powracających w przyszłości podatków (rozwinę myśl w kolejnym punkcie).
Kto mógłby w takich szkoleniach uczestniczyć?
Każdy uczący się, student czy osoba odprowadzająca podatki, ponieważ szkolenia miałyby być finansowane z celowego odliczenia od podatków pracujących osób (w tym będących na urlopie wychowawczym). Zamiast zapłacić 10 tys. złotych podatków, mogliby za tę kwotę uczestniczyć w szkoleniach organizowanych przez uczelnie. Faktycznie tych pieniędzy obywatel nie zobaczy, ale chcąc podnosić swoje kompetencje, będzie mógł brać udział w takich szkoleniach za darmo – jestem świadomy, że to mało chwytliwa obietnica przedwyborcza.
Uczniowie mogliby, korzystać z takich darmowych szkoleń przez np. 2 lata od momentu zdania matury lub egzaminu zawodowego, co mogłoby być potwierdzeniem, że będą w stanie się nauczyć to co zostanie im zaprezentowane. (Do studentów wrócę w dalszej części tekstu, a tutaj chciałbym się skupić na osobach pracujących ponieważ to właśnie one miałby się stać głównymi beneficjentami tego projektu.) Podkreślę, że z szkoleń mogłyby korzystać osoby pracujące (ewentualnie poszukujące pracy, po przepracowaniu wcześniej roku) to znaczy płacące podatki. Taka motywacja podatkowa, mogła by zachęcić Polaków do stałego podnoszenia swoich kompetencji – my jako naród szczególnie nie lubimy płacić podatków, bo wielu z nas uważa, że są one marnotrawione-, w ten sposób choć część z tych pieniędzy mogłaby, wracać do ich kieszeni, czy raczej do ich głowy w formie użytecznej wiedzy. Każdy z nas sam wie, jak najlepiej zainwestować pieniądze w swój rozwój, aby przyniosły mu jak największe korzyści.
Skoro istnieje już tak wiele różnego typu ulg podatkowych to czy taka, nie okazałaby się najlepszą inwestycją dla Państwa? Pieniądze, które trafiają do kasy państwa w formie podatków, wędrowałby w takiej sytuacji do uczelni wyższych, finansując w ten sposób ich prace badawcze, laboratoria itp. A wiemy już, że każda zainwestowana w ten sposób złotówka to nawet 13zł zwrotu w PKB. Moim zdaniem to o wiele więcej, bo jeżeli osoba po szkoleniu dostanie podwyżkę w pracy w wysokości np. 1000zł to już z samych tylko podatków w każdym miesiącu zasili budżet w wysokości 170 zł (nie uwzględniając wpływów z VAT z zakupionych produktów za resztę tej kwoty).
W jaki sposób dostęp do darmowych kursów mógłby zmienić nasze społeczeństwo i gospodarkę?
Tego tak naprawdę nikt nie jest w stanie przewidzieć, ale przynajmniej spróbujmy przybliżyć wpływ na kilka aspektów życia społeczno-gospodarczego.
Podnoszenie kompetencji
Z rozmów z moimi kursantami wynika, że większość (powyżej 90%), jest wysyłana na szkolenia przez firmy, które traktują te wydatki jako inwestycję w kadry. Niewiele osób stać, aby z własnej kieszeni wydać 3 czy 5 tysięcy złotych na szkolenie i poświęcić na to 5 urlopowych dni. Dla przeciętnego Kowalskiego takie kwoty przewyższają miesięczne dochody, a tym bardziej oszczędności do zainwestowania. Co w sytuacji, gdyby takie szkolenia nic nas nie kosztowały? Podczas eksperymentów z „bezwarunkowym dochodem podstawowym” w niektórych krajach okazywało się, że ludzie te dodatkowe pieniądze wydawali właśnie na podnoszenie swoich kompetencji zawodowych, a co za tym idzie inwestowali je w przyszłość swojego społeczeństwa. Czy przy polskiej mentalności oferowanie darmowych szkoleń niż darmowych pieniędzy nie okazałoby się lepszym pomysłem z podobnymi skutkami?
Lekarstwo na wypalenie zawodowe
Wyobraź sobie społeczeństwo, w którym, jeśli chcesz zmienić pracę na lepiej płatną np. w przemyśle wymagającym konkretnych umiejętności potwierdzonych certyfikatami (PLC, CNC, CAM i inne trzyliterowe skróty) nie martwisz się o pieniądze tylko w czasie wolnym szkolisz się. Podobnie po zwolnieniu z pracy. O ile miałbyś mniejszy stres, gdybyś żyjąc z swoich oszczędnościach, był w stanie w miesiąc zdobyć nawet 4 takie certyfikaty – na które inaczej nie mógłbyś sobie pozwolić. Także w sytuacji pojawienia się nowej niszy na rynku pracy spowodowanej rozpowszechnieniem nowej technologii, ludzie mogliby od razu modyfikować swoje ścieżki kariery, bez bariery finansowej. Jak ogromny potencjał rozwojowy miałoby takie elastyczne społeczeństwo?
Reagowanie na zmieniając się świat
Od czasów szkoły średniej czytam raporty, których wnioski przekonując, że każda współcześnie wkraczająca na rynek pracy osoba, w przeciwieństwie do swoich rodziców czy dziadków będzie zmuszona wielokrotnie zmieniać pracę, a może nawet całkowicie przebranżowić się. Jak w takim razie państwo chce przygotować społeczeństwo do pracy w tak szybko zmieniającego się świata? Nie wspominając o osobach młodych, które są dopiero przed podjęciem decyzji wiążących im ręce -do pewnego stopnia- na resztę życia. Dziś w 5 lat powstają całkowicie nowe branże. Ile czasu zajęło rozpowszechnienie się biurkowych drukarek 3D, dronów, paczkomatów? Chat GPT w niecały rok wpłynął na wszystko: rynek pracy i nowych technologii, prace domowe w szkołach i to jak szukamy informacji w internecie. Jak w takim razie osoba wybierająca technikum ma podjąć racjonalną decyzję. Dziś taki model już nie ma sensu.
Brak poczucia stabilności
Ostatnie lata pokazały, że stabilne i przewidywalne czasy mamy już za sobą. Gdy wybieramy konkretną ścieżkę kariery, nie możemy być pewni czy dana branża nie zostanie zastąpiona przez sztuczną inteligencję, wyeliminowana przez kolejną pandemię lub poddana sankcjom z powodu rywalizacji mocarstw. To rodzi pytanie, „jak zachować zdrowie psychiczne w tak niepewnych czasach”. Oczywiście, nigdy nie mieliśmy pewności co do naszych decyzji, ale ostatnie lata uświadomiły, że zmiany zachodzą szybciej niż kiedykolwiek. Aby poradzić sobie z tym, powinniśmy przestać traktować stabilność zawodową jako standard i jako społeczeństwo, z pomocą państwa, otworzyć się mentalnie bardziej na zmianę pracy. Jestem rodzicem, więc rozumiem, jak stresująca może być taka decyzja, wpływająca na życie kilku osób. Zmiana podejścia do zmiany pracy, która teraz jest uważana za jedną z najbardziej stresujących sytuacji, porównywalną tylko z stratą bliskich, to zadanie dla specjalistów. Tylko oni są w stanie przygotować nas do zmiany myślenia o „zmianie”. O ile łatwiej zmienić zawód gdybyśmy nie obawiali się, że wybór niewłaściwego szkolenia wiąże się z utratą oszczędności, a traktowalibyśmy ją jako coś normalnego, niczym zmianę miejsca wakacji.
Skalowalność małych innowacyjnych firm
Możliwości małego przedsiębiorcy w zakresie wysyłania swoich pracowników na szkolenia są z powodów finansowych istotnie ograniczone, a tym samym rozwój firmy i wprowadzenie na rynek nowych produktów czy usług. Istnieją liczne projekty z dofinansowaniami na innowacje i rozwój, ale jako mikroprzedsiębiorca z przedsiębiorczej rodziny doskonale wiem, z jak wielkim zaangażowaniem czasu i stresem wiąże się korzystanie z ich wsparcia. Często, mimo że są one kierowane do najmniejszych firm, to z powodu czysto ludzkich są poza ich zasięgiem. Dlatego tak niewielu znajomych czy członków rodziny, posiadających małe firmy, miało kiedykolwiek okazję skorzystać z dofinansowań. Co jest o tyle smutne, że to przecież Ci najmniejsi w największym stopniu składają się na budżet państwa.
A teraz wyobraź sobie sytuację, w której jedynym kosztem młodego przedsiębiorcy lub paczki znajomych, którzy wspólnie uruchomili start-up, wysyłając pracownika (lub siebie) na ważne szkolenie, jest tylko dojazd i hotel na kilka dni poza miejscem pracy. Gdyby taki model szkoleń udało się wprowadzić na wszystkich uczelniach, pracodawca nie musiałby pokrywać kosztów delegacji, ponieważ dojazd do najbliższej zajmuje przeważającej większości obywateli naszego kraju mniej niż godzinę.
Co z nadużyciami?
Ciężko mi sobie wyobrazić, w jaki sposób przeciętny Nowak czy Kowaalski miałby naciągać na koszty budżet państwa, skoro to tylko jego podatki (a nie gotówka) mogłyby być bezpośrednio przekazywane wyłącznie uczelniom wyższym. Jeżeli zarabia i płaci podatki, to ma prawo podnosić swoje kompetencje. Dlaczego jako mały przedsiębiorcą, nie mógłbym sobie nawet wyrobić nawyku poświęcania jednego tygodnia w miesiącu na taki kurs – gdyby starczało mi na ZUS -, co poszerzałoby moje horyzonty, podnosiło osobistą kreatywność i innowacyjność działalności. Im więcej wiemy, tym lepsze decyzje biznesowe jesteśmy w stanie podejmować.
Jeśli jednak te argumenty kogoś nie przekonują, zawsze można wprowadzić system elektronicznych testów, znany z kursów prawa jazdy, które kursanci uzupełnialiby w ostatnim dniu szkolenia na terenie uczelni. Potwierdziliby w ten sposób, że nie tylko uczestniczyli w całych zajęciach (co byłoby wymagane, aby nie musieć płacić za szkolenie z własnej kieszeni), ale także przyswoili omawiany materiał na minimalnym poziomie. Niezaliczenie testu nie powinno skutkować naliczeniem opłat, ale do czasu jego zdania taka osoba nie mogłaby zapisać się na kolejny kurs.
Czy da się wykształcić społeczeństwo innowatorów
Osobiście wierzę, że tak. Wystarczy spojrzeć na społeczeństwo Izraela, które dziś jest uważane za najbardziej innowacyjne, z największą liczbą start-upów per capita. „Niewielkie, ośmiomilionowe państwo może się też pochwalić największą liczbą inżynierów, patentów i naukowców w przeliczeniu na setkę mieszkańców. W Izraelu działa ponad 5 tys. start-upów, podczas gdy w Polsce, czterokrotnie większej pod względem liczby ludności, jest ich około 2,5 tys. Co więcej, żaden inny kraj na świecie nie przeznacza tak dużej części swojego budżetu na badania i rozwój. W Izraelu jest to ponad 4 proc. PKB, a w Polsce około 1 proc.” – źródło money.pl. W kilku publikacjach spotkałem się z twierdzeniem, że kreatywność Żydów w dużej mierze, wynika z faktu, że podczas odbywania obowiązkowej dla mężczyzn i kobiet dwu- lub trzyletniej służby wojskowej współpracują przedstawiciele wszystkich klas społecznych z różnych kręgów i miejscowości. Już od czasów starożytnych szlaków handlowych wiemy, że im bardziej ludzie się różnią, tym ciekawsze pomysły są w stanie zaprezentować. W Izraelu podczas służby w jednym zespole współpracują ze sobą księgowi, fryzjerzy, informatycy, mechanicy i artyści, co stwarza nieprzewidywalne możliwości dla pojawienia się innowacyjnych pomysłów przez osoby o tak różnych doświadczeniach. Dopiero gdy pojawi się pomysł, pojawia się potrzeba finansowania. Wiele świadomych krajów stawia na finansowanie innowacyjnych firm, ten jednak jako jedyny stworzył – przypadkiem – także warunki do twórczych burzy mózgów, do wspierania kreatywnych dyskusji.
W rozdziale – i artykule na stronie www – na temat neurodydaktyki opisuję obszernie, w jaki sposób powstają kreatywne pomysły, ale w tym miejscu dla czytelników tylko tego tekstu pozwolę sobie na przytoczenie kilku zdań:
Kreatywność nie polega na wymyślaniu czegoś całkowicie nowego, niepowtarzalnego – co w dziejach ludzkości miało miejsce dosłownie tylko kilka razy. Kreatywność to raczej dostrzeganie usprawnień i przenoszenie rozwiązań, które już gdzieś się sprawdziły, do całkowicie nowych branż oraz zastosowań.
Doświadczenia piekarza, nauczyciela i mechanika, wymieszane podczas burzy mózgów przy rozwiązywaniu jakiegoś problemu z czołgiem, mogą przynieść całkowicie nieprzewidywalne efekty – może tak właśnie powstał pomysł na program Pegazus? W ten sposób powstają innowacyjne małe biznesy. Gdyby na otwartych szkoleniach mogli się spotykać ludzie z różnych branż i klas społecznych, motywowani do pracy w grupach, to co by z tego mogło powstać, jest nieprzewidywalne. Nie wspominając już o integracji po zajęciach i możliwości poszerzenia sieci znajomych czy biznesowych partnerów.
Nowa forma studiowania – Studenckie kursowanie
Kursowanie to wyciągnięcie wszystkiego co najlepsze z studiów podyplomowych, kursów technicznych prywatnych ośrodków, studiów zaocznych i standardowego trybu studiowania hybrydowego (łączenia pracy ze studiami).
Maturzyści, aby móc zostać przyjęci na studia publiczne, powinni udokumentować przynajmniej rok pracy po egzaminie dojrzałości, jednak mieliby możliwość korzystania z kursów przez dwa lata. Czas studiów mógłby pozostać taki sam jak obecnie, ale w formie dwóch tygodni na uczelni i dwóch tygodni na własny użytek miesięcznie, co umożliwiłoby mniej zamożnym pracę na pół etatu, bez przemęczania się nadmierną nauką i nocek. Dwa tygodnie w miesiącu studenci mogliby wykorzystać także na zaliczanie kursów, tworzenie projektów – także na zlecenia dla firm, co sprzyjałoby przedsiębiorczości – prowadzenie korepetycji, szeroką działalność w organizacjach studenckich, wolontariaty, podróże, inżynierki i magisterki.
Stypendyści wykazujący szczególny potencjał naukowy mogliby w tym czasie uczestniczyć w pracach badawczych, uczyć się, jak przeprowadzać eksperymenty, jak prowadzić projekty, prowadzić zajęcia dla młodszych grup. Ten czas nie byłby tylko traktowany jako studiowanie, ale także zdobywanie doświadczenia naukowego. Opcji, jak wykorzystać ten czas, jest wiele, a z powodu rocznego doświadczenia pracy na własny rachunek, jestem przekonany, że będzie on zagospodarowany o wiele lepiej niż czas obecnych studentów.
Słowa, którymi otwieram książkę, z której pochodzi ten rozdział brzmią: „głównym celem edukacji nie jest wiedza, lecz działanie”. Doskonale pasują one także to co w dwóch wolnych tygodniach mogliby robić studenci. Działać, wykorzystywać swoją wiedzę w praktyce, projektować i eksperymentować w pracowniach. Pozwólmy im studiować, a nie tylko spotykać się z nimi, aby ich nauczać. Nie po to człowiek idzie na studia, aby cały czas być nauczanym, a dziś to tak wygląda.
Oddzielenie kadry naukowej od dydaktycznej. Dobry naukowiec może być ekstremalnym introwertykiem, a kipiący pasją do nauki wykładowca – fatalnym badaczem. Dlaczego dziś uczelnia nie wykorzystuje potencjału jednych i drugich, a zmusza ich do wykonywania tych zadań, do których nie mają predyspozycji?
Korzyści z zmiany podejścia do studiów:
Na studia szłyby tylko te osoby, które czują chęć do rozwoju, niezależnie od wieku (jeżeli tylko mogą sobie pozwolić na pracę na pół etatu, a wliczając weekendy – na ¾ etatu).
Studenci czuliby większą motywację do studiowania, ponieważ doświadczyliby już życia na własny rachunek.
Technika zyskałaby na prestiżu w mentalności młodych osób, ponieważ poza maturą gwarantuje uprawnienia do wykonywania potrzebnych zawodów, co za tym idzie, gwarantowałaby wyższe zarobki niż osoby po ogólniaku, z korzyścią dla gospodarki.
Na studiach spotykałyby się osoby z większym doświadczeniem życiowym i zawodowym, a nie tylko młodzież, chcąca przedłużyć sobie dzieciństwo. A jak już wspominałem, wymieszanie różnych doświadczeń jest z korzyścią dla całego społeczeństwa.
Najprawdopodobniej wiązałoby się to z ogromnym spadkiem liczby studentów, a co za tym idzie, ogromnymi oszczędnościami dla państwa, które dziś są wydawane na rzesze niezaangażowanych studentów.
Wolne środki w budżecie państwa mogłyby zostać lepiej zainwestowane w kursy, na których uczestnicy już wiedzą, po co im to.
Z doświadczenia mogę powiedzieć, że moim zdaniem najgorzej wydane pieniądze uczelni są te na szkolenia studentów z SCADA – które prowadzę na licznych politechnikach. Są to najbardziej zaawansowanych systemów sterowania, o których studenci nie mają najmniejszego pojęcia. Nigdy nie spotkali się z sterownikami PLC, albo uproszczonymi systemami na panelach HMI. Oni nie mają nawet przekonania, że może im się to w przyszłości kiedykolwiek przydać w inny sposób niż jako papierek do CV. Jednak w tych grupach trafiają się czasem wyjątki, najlepsi i najbardziej zaangażowani kursanci to Ci, którzy już pracują w firmach. Wiedzą, że dzięki szkoleniu będą mogli awansować i mają wyobrażenie o tym systemie. Najpierw trzeba poznać potrzebę, a potem metodę na jej zagospodarowanie.
Spadek liczby studentów, a co za tym idzie obniżenie finansowania uczelni z budżetu państwa, powinien rekompensować się przez cotygodniowe (a może nawet weekendowe) grupy uczestników kursów – sumarycznie mogłoby to być większym zastrzykiem gotówki w krótszym czasie. Ponadto, skoro na studia będą chodzić wyłącznie studenci z największym potencjałem, to także uczelnia powinna otrzymać za ich kształcenie większe kwoty, które powinny zwrócić się jako jeszcze lepsza inwestycja. Zmiana podejścia ilościowego na jakościowe.
Skoro na uczelniach w trybie kursowania mogliby spotykać się częściej niż dziś ludzie w każdym wieku, to takie osoby 'znające życie’, pewnie także przedsiębiorcy, mogłyby dzielić się swoim doświadczeniem z pracownikami uczelni. Poprzez swoje zaangażowanie mieliby większy wpływ na kształt uczelni, kierunki jej rozwoju, od dzisiejszych studentów, którzy w oczach władz uczelni są traktowani jako waluta, a nie partnerzy (co jest dziś oczywiste, ale wcale nie musi tak wyglądać). Taki bezpośredni kontakt uczelni z doświadczonymi życiowo pracownikami w szeregach studentów mógłby być dla nich szansą, aby w rzeczywistości wsłuchały się w głos społeczeństwa i bardziej pod niego ukierunkowały swoje projekty.
Ułatwiłoby to nawiązywanie kontaktów biznesowych w szeregach studentów, a także nawiązywanie.
Uwolnienie ogromnej ilości rąk do pracy, które niewidzialna ręka wolnego rynku mogłaby zagospodarować w najlepszy sposób. W czasach wysokiego bezrobocia, zatrzymywanie przez lata młodych osób z dala od rynku pracy znajdowało uzasadnienie jako metoda walki z niepokojami społecznymi, dziś sytuacja odwróciła się o 180 stopni i tych rąk potrzebujemy jak najwięcej.
Gdyby kadry uczelni były zaangażowane także w prowadzenie kursów, na których uczelnia zarabiałaby niemałe pieniądze, a ich praca byłaby oceniana przez kursantów, to dałoby to możliwość przynajmniej części kadry na odejście od systemu zdobywania punktów za publikacje.
Podczas dwóch tygodni bez zajęć na uczelni chętni studenci mogliby mieć dostęp do pracowni i laboratoriów, a także poświęcić ten czas na samodzielne studiowanie.
Jeżeli na wejście zestyku NOT dociera stan wysoki to na wyjściu będzie niski.
Jeżeli na wejściu zestyku NOT jest stan niski (brak wysterowania) to na jego wyjściu pojawi się wysoki stan logiczny, który można użyć choćby do załączenia lampki.
Jeżeli wiesz jak działa zestyk typu NC (normalnie zamknięty) to stosunkowo łatwo wyobrazić sobie, że tak naprawdę to on ma w środku dwa elementy: zestyk typu NO oraz właśnie NOT. Połączenie tych dwóch elementów, (gdy nie mamy wcześniej w tym networku żadnego elementu) zadziała dokładnie tak samo jak zestyk NC.
Jeżeli wiesz to co już wiesz to postaraj się odpowiedzieć na poniższe pytanie:
Przyjmując, że to co mamy zaznaczone na zielono działa dokładnie tak samo, i to co mamy zaznaczone na niebiesko działa dokładnie tak samo, to czy CAŁOŚĆ TEŻ DZIAŁA ZAWSZE DOKŁADNIE TAK SAMO?
Odpowiedź znajdziesz na dole strony.
Cewka zanegowana
To nowość, która pojawiła się dopiero w TIA Portal.
Jeżeli chcesz wysterować jakiś element odwróconym stanem z danego fragmentu networku, a za nim wykorzystywać ten stan oryginalny (bez negacji) to taka cewka może Ci się przydać, zamiast wykorzystywać dwa NOTy.
Rozwiązanie wcześniejszego pytania dotyczącego działania NOT
Wiedząc, że to co mieliśmy zaznaczone na zielono działa dokładnie tak samo, i to co mieliśmy zaznaczone na niebiesko działa dokładnie tak samo, to po przeprowadzeniu testów okazuje się, że te dwa networki nie działają dokładnie tak samo.
PAMIĘTAJ, ŻENOT ODWRACA STAN WSZYSTKIEGO CO ZNAJDUJE SIĘ NA DANYM NETWORKU PRZED. Drugi NOT nie odwraca działania tylko zestyku P1, który znajduje się bezpośrednio przed nim, a wszystko co przed, dlatego neguje cały iloczyn ((ON NOT) and P1).
Miej to zawsze na uwadze, ponieważ NOT może namieszać o wiele więcej w programie niż może się wydawać na pierwszy rzut oka.
Fundacja CALM edu dzieli się swoją wiedzą w całkowicie darmowy sposób i jest finansowana z środków prywatnych jej założyciela. Jeżeli jednak chcesz dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju naszej fundacji i pomóc nam w przygotowaniu kolejnych darmowych ogólnodostępnych materiałów skorzystaj z komercyjnych szkoleń firmy CALM group, z których pośrednio przychód pozwala pokryć fundacyjne wydatki lub przekaż nam darowiznę na platformie Patronite (wkrótce)
Jeżeli jesteś przedstawicielem szkoły zainteresowanym przygotowaniem swoich nauczycieli do wyzwań edukacji 4.0 lub uczniów do egzaminów zawodowych, pójściem na studia czy przyszłą pracą z wykorzystaniem nowoczesnych technologi to zapraszamy do kontaktu. Lista komercyjnych szkoleń dostępna pod tym linkiem.
Jest to metoda przygotowywania materiałów edukacyjnych (głównie slajdów, choć w ten sposób tworzę także podręczniki i „ściągi”) bazująca na nieustającym wprowadzaniu usprawnień i eksperymentowaniu z przekazem, w celu uzyskiwania coraz lepszych efektów nauczania.
CALM NED to akronim od: C – creative, A – and, L – logical, M – materials N – never , E – ending, D – developmend
Który w pełni oddaje założenia: tworząc je musisz myśleć nieszablonowo ale logicznie i nigdy nie przyjmować, że osiągnąłeś ostateczną formę (bo zmieniają się odbiorcy, ich zainteresowania i postrzeganie świat w którym żyjemy).
Jeżeli wolisz czytać w formie PDF pobierz plik w wersji do druku
Nie masz czasu czytać całego artykułu, lub zwyczajnie nie jesteś pewien, czy to coś dla Ciebie? Rzuć okiem na wstęp – który już pewnie przeczytałeś – ten akapit i spis treści, a z grubsza będziesz wiedział co znajdziesz poniżej.
CALM NED jest sposobem (część osób nazwałaby to metodyką) przygotowania materiałów edukacyjnych. Do pewnego stopnia jest to wręcz forma automatyzacji edukacji, bo pozwala opracować bardzo skuteczne materiały, które następnie mogą być „przeklikiwane” przez innych nauczycieli oraz uczniów. Daje możliwość łatwej skalowalności.
Od kogo dla kogo? Każdy kto uczy innych, może zastosować założenia tej metody dla swoich prywatnych lub zawodowych celów, aby podnosić poziom swoich usług. Jednak w tym tekście skupie się też na zaprezentowaniu metody w szerszym kontekście, bazującym na współpracy wielu osób. Dlatego materiały przygotowane na jej założeniach są dedykowane słabszym nauczycielom lub tym, którzy są zmuszeni do prowadzenia zajęć z tematów, na których się nie znają, albo, dla których jeszcze nie mają przygotowanych materiałów (prezentacji), ponieważ z powodów braków kadrowych muszą wykładać 7 przedmiotów. Bazuje jednak na altruistycznych pasjonatach, którzy wierzą, że dzielenie się wiedzą może mieć tylko pozytywne skutki dla nas wszystkich. Dopiero po nauczycielach dedykujemy materiały dla uczniów, którzy mogą je samodzielnie poprzeklikać. Jednak te materiały nie mają zastąpić nauczycieli, a jedynie ułatwić im przekazywanie wiedzy.
Skąd pomysł? Własne doświadczenie i obserwacje, że skoro informatycy na dedykowanych forach namiętnie dzielą się swoimi dopracowanymi programami, automatyce przemysłowi podobnie pomagają sobie wzajemnie i udostępniają to publicznie dla wszystkich specjalistycznych forach, kucharze na niezliczonych autorskimi blogach swoimi przepisami. Dlaczego więc nauczyciele jako ta grupa zawodowa, która ma największy wpływ na budowanie naszej przyszłości nie dzieli się swoimi najlepszymi przepisami (metodami i materiałami) jak uczyć z danego tematu? Wiem, że istnieją zamknięte grupy na FB, ale po rozmowach z wieloma nauczycielami, nikt mi nie powiedział, że z nich korzysta. To powinno być ogólnodostępne dla wszystkich (nauczycieli, uczniów, rodziców…), bo dzielenie się wiedzą to najlepsza inwestycja, o czym wiedzą już inni specjaliści.
Krok po kroku – tworzenie zgodne z CALM NED
Poniżej prezentuję, bazując na moim doświadczeniu, konkretne działania, które podejmuję tworząc nowe szkolenie, czyli podręcznik + slajdy (łatwe w modyfikacji) + pomoce naukowe (różnego rodzaju 'ściągi’, kompendia wiedzy itp). Podkreślę w tym miejscu, że zgodnie z założeniami tej metody, podręcznik to nie jest wydrukowana forma pokazu slajdów. Tą myśl rozwinę w dalszej części tekstu.
A. Przygotowanie
zebranie obszernej, ale “suchej” i ciężko-przyswajalnej wiedzy z danego zakresu,
zrozumienie tego, co zebrałem (jeżeli to nowa wiedza, bo i tak może być),
przetestowanie tego w praktyce, żeby sprawdzić, czy na pewno dobrze to zrozumiałem,
analiza możliwości zastosowania skutecznych metod przekazywania wiedzy, stworzonych przy wcześniejszych szkoleniach, w nowym kontekście,
pobranie lub opracowanie globalnego schematu graficznego i kolorystycznego dla wszystkich slajdów (zwykle korzystam z wcześniej opracowanych, jednak zawsze wymagane są poprawki, szczególnie przy nowych metodach przekazania wiedzy), aby nauka była przyjemniejszym doznaniem dla oczu. Między innymi tym zajmujemy się w fundacji, aby Tobie ułatwić przekazywanie wiedzy. Na naszych stronach możesz znaleźć szablon dla PowerPoint, który jest efektem 15 lat mojej pracy w szkoleniach (wcześniej hobbistycznie, a ostatnie 10 zawodowo),
przeczytanie wszystkiego czego się da na temat neurodydaktyki, czyli nauki o tym w jaki sposób nasze mózgi się uczą i jak ten proces można usprawnić (warto to powtórzyć na tej liście).
B. Tworzenie
rozpisanie logicznego planu prezentacji,
napisanie wprowadzenia w najprostszy z możliwych sposobów (to etap, w którym można skorzystać z pomocy narzędzi takich jak Chat GPT),
TWORZENIE WYGODNEJ W EDYCJI PREZENTACJI. Łatwość czy wręcz przyjemność w wprowadzaniu zmian w prezentacji są kluczowe dla osiągnięcia sukcesu! Jeżeli na slajdach pojawią się treści, grafiki czy obiekty, których nie możemy łatwo zmienić, przesunąć, poprawić czy dodać, to przewidywany nakład czasu czy wysiłek na wprowadzenie danej modyfikacji nas od niej zniechęci i takie podejście nas ograniczy. WSZYSTKO MUSI BYĆ EDYTOWALNE!
przeanalizowanie, czy wszystkie zagadnienia, występujące na poszczególnych etapach szkolenia, jasno wynikają z tego, co już wcześniej się pojawiło (zwykle nie wymagam żadnej wiedzy z zakresu szkolenia, dlatego wszystko musi być jasno prezentowane – krok po kroku),
zastanowienie się, czy w programie szkolenia zarezerwowałem wystarczająco dużo czasu na PODSTAWY (nazwijmy je fundamentami), ponieważ bez opanowania podstaw nie ma sensu brać się za zagadnienia bardziej złożone. Prawda jest taka, że nie ma problemów zaawansowanych, jeśli opanowało się podstawy. Bo wszystkie skomplikowane problemy polegają wyłącznie na złożoności wielu zagadnień całkowicie podstawowych i dlatego każda taka cegiełka powinna być z osobna zrozumiana, przećwiczona i opanowana. Najgorsze, co nauczyciel może powiedzieć, to: ’Na podstawy nie mamy czasu, dlatego od razu przejdziemy do zagadnień bardziej złożonych’,
wymyślenie najprostszych zadań dla każdego rozdziału, by utrwalić omówione zagadnienia poprzez ich praktyczne wykorzystanie i zasygnalizować, co wymaga doprecyzowania (istotne, żeby to było najprostsze do zrozumienia, ponieważ początkowo nie można odwracać treścią uwagi kursanta od istoty rozdziału),
C. Utrwalanie wiedzy kursanta
wprowadzenie bardziej złożonych zadań, które mają na celu utrwalenie kilku wcześniej omawianych zagadnień i pokazaniu, że nie są one całkowicie niezależne, a łączą się ze sobą. Nigdy w głowie kursanta nie może powstać wrażenie, że to co, się do tej pory nauczył, nie przyda mu się w dalszej części. Wręcz przeciwnie, kursant musi dostrzegać, że zdobywa puzzle, które na koniec szkolenia (tematu, rozdziału) złożą się w jedną całość.
To mój jeden z największy problemów dzisiejszej szkoły, że uczniowie postrzegają poszczególne przedmioty jako całkowicie losowe puzzle, a nie fragmenty tej samej układanki zatytułowanej „zrozumienie otaczającej nas rzeczywistości”.
opracowanie metody zachęcenia do stosowania bardziej zaawansowanych narzędzi (przede wszystkim podczas szkoleń technicznych i nauki matematyki): a) zaprezentowanie problemu – potrzeba zapisu potęgowania w zadaniu, b) pokazanie prymitywnego rozwiązania – wielokrotne dodawanie, c) wyjaśnienie bardziej zaawansowanej metody – zaprezentowanie potęg, d) ukazanie zalet przemawiających za stosowaniem tego na pozór bardziej skomplikowanego, ale w rezultacie ułatwiającego życie rozwiązania – krótszy zapis
wprowadzenie prostych zadań, umożliwiających dokonanie przez kursanta wyboru, które narzędzia woli stosować w praktyce,
wkomponowanie w slajdy treści, mających na celu podniesienie poziomu koncentracji kursantów (obudzenie ich), m.in. aspektów humorystycznych, ciekawostek, ilustracji, łamigłówek,
przygotowanie zadań podsumowujących, przy rozwiązywaniu których trzeba wykorzystać wiedzę zdobytą z wielu rozdziałów. Takie zadania muszą być złożone, ale proste do rozwiązania, aby kursant po skończonym szkoleniu miał przeświadczenie, że potrafi samodzielnie wykorzystać w praktyce wszystko, co było omawiane na szkoleniu,
D. i także E, F, G, H, I, J …. Niekończące się usprawnienia modyfikacje
przygotowanie ściąg i innych pomocy naukowych, wręczanych podczas szkolenia, aby jeszcze bardziej przyspieszyć proces nauki, w szkole jednak warto nauczyć przygotowywania takich materiałów samodzielnie, bo szkoda czasu na kartkowanie podręczników),
przeprowadzenie wielu szkoleń w praktyce i wyciąganie wniosków, co można dopracować,
po każdym szkoleniu staram się coś zmodyfikować, poprawić. Wierzę, że nie tylko moje szkolenia powinny być jak żywe organizmy, które stale ewoluują i się rozwijają. Cały system edukacji stale musi się zmieniać, aby z nadejściem każdego kolejnego pokolenia, umożliwić przekazywanie wiedzy odrobinę szybciej, sprawniej lub nawet po to, aby utrzymywać stały wysoki poziom jej przyswajania. Musimy być świadomi, że sami odbiorcy się zmieniają i potrzebują lepiej dopasowanych metod edukacji,
poprawki,
EKSPERYMENTY – zmiana kolejności tematów i rozdziałów.
Moim wielkim odkryciem wynikającym z lat pracy nad szkoleniami jest nie do końca logiczny wniosek (przynajmniej na pierwszy rzut oka), że zwykle o wiele lepiej zacząć od praktyki nim przejdzie się do teorii. Teoria potrafi przerazić, a praktykę każdy lubi. Często można się nauczyć używać czegoś, pisać programy czy projektować bez podstaw teoretycznych, które może poznać, dopiero gdy intuicyjnie „czuje” już jak to działa (a wtedy teoria nie taka straszna). Zresztą Albert Einstein pisał w listach, że jego zdaniem nauka fizyki w szkole przez pierwsze lata edukacji powinna bazować wyłącznie na eksperymentach (bez całej otoczki teoretycznej, a skupiać się na „zabawie” i odkrywaniu jej poprzez intuicję).
poprawki,
dodanie slajdów powtórkowych np. w formie testów czy bardzo prostych zadań, które mają za zadanie wyłącznie wzmocnienie połączeń neuronowych, czyli mówiąc prościej utrwalić wiedzę zdobytą w poprzednich tygodniach, dniach czy godzinach. Dla prowadzącego uzyskane wyniki przez uczniów stanowią formę kolejnej informacji zwrotnej na co należy poświęcić więcej czasu,
spisywanie wszystkich pytań, które pojawią się podczas zajęć, aby w kolejnej wersji prezentacji, zamieścić na nie odpowiedzi. Jeżeli dane treści pojawiły się już, ale nie były przyswojone przez kursantów, to zmienić sposób przekazu, i zapobiegawczo powtórzyć je kilkukrotnie,
poprawki,
dołożenie „planowanych problemów i stworzenie okazji do popełnienia błędów”
poprawki,
i… tak bez końca.
Dla wtajemniczonych w zarządzenie, przemysł albo filozofię Dalekiego Wschodu moją metodę można przyrównać do Kaizen tylko, że dla edukacji.
Dla niewtajemniczonych – Nazwa metody i filozofii Kaizen wywodzi się z języka japońskiego, gdzie „Kai” oznacza zmianę, a „Zen” jest równoznaczne z polskim „na lepsze”. W swobodnym przekładzie Kaizen oznacza więc „zmianę na lepsze”.
Fundamentem każdego PRAWDZIWEGO cywilizacyjnego POSTĘPU jest umiejętność przekazywania naszej wiedzy kolejnemu pokoleniu w sposób lepszy i w krótszym czasie niż my potrzebowaliśmy na jej zrozumienie.
Jeżeli chciałeś tylko poznać metodę CALM NED przygotowania naprawdę dobrych (w naszej opinii) slajdów to w tym miejscu możesz zakończyć lekturę. Jeżeli jednak masz pewne obiekcje, pytania, uwagi czy sugestie do powyższych punktów, warto abyś doczytał ten rozdział do końca. Jeżeli po jego zakończeniu nadal będziesz chciał podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami to zapraszam do kontaktu mailowego.
Co można zrobić, aby przyśpieszyć prace nad prezentacją?
Należy dobrać odpowiednich kursantów, na których będzie można testować sposób prezentacji informacji. Odpowiednich to znaczy jak najsłabszych. Czym kursant słabszy, bez doświadczenia, bez wyobrażenia o temacie, a do tego z problemami utrudniającymi koncentrację czy uczenie się nowych rzeczy tym lepiej, bo więcej możliwości do usprawnienia treści szybciej dostrzeżesz. Nie można przekazywać wiedzy w zbyt prosty czy zbyt podstawowy sposób, bo czym łatwiej tym lepiej dla każdego, nawet dla zdolniejszych kursantów.
Dobrego nauczyciela nie poznasz po wynikach zdolnych uczniów, którzy startują w olimpiadach przedmiotowych, ale po postępach jakie z jego pomocą zrobią Ci najsłabsi.
Jeżeli naprawdę zależy Ci, aby czas, który poświęcasz na prowadzenie szkoleń (lekcje to też szkolenia), miał dla twoich kursantów największą wartość, to niczym Maria Montessori powinieneś skupić się na opracowywaniu materiałów dla tych najsłabszych (czy wręcz z problemami), bo dzięki takim „testerom” Twoje materiały będą niesłychanie łatwo przyswajalne dla wszystkich pozostałych.
Co można zrobić, od strony technicznej, aby ułatwić modyfikacje prezentacji?
Dla własnej wygody stworzyłem sobie oprócz szablonu prezentacji zawierającego wszystkie rodzaje potrzebnych slajdów (część z nich ma już zapisane animacje) także podręczną bibliotekę obiektów zamieszczoną w ostatniej sekcji (na końcu prezentacji). Biblioteka taka to nic innego, jak wrzucone na slajdy wszystkie wielokrotnie wykorzystywane obiekty (strzałki, rysunki, itp.) z przypisanymi parametrami (animacjami, stylami, zmienionymi kolorami itp.), które w oka mgnieniu mogę skopiować z tamtą i wrzucić, gdzie potrzebuję, bez potrzeby konfigurowania czegokolwiek.
Kiedy można uznać, że skończyliśmy prace nad szkoleniem
Nigdy!
Kiedy możemy poznać, że dana prezentacja stworzona z założeniami CALM NED jest modyfikowana w dobrą stronę?
Wtedy, gdy z sali pada mniej pytania, a kursanci są w stanie samodzielnie realizować zadania, bo to znaczy, że wszystko co jest potrzebne, aby zrozumieć na użytecznym poziomie temat zostało zawarte na prezentacji. Moim celem zawsze było, takie dopracowanie prezentacji, aby nie było pytań z sali, bo gdy padały, to już po chwili odpowiedzi na nie wędrowały na slajd, który był wyświetlany przed chwilą. Wędrują na slajd, poprzedzający zadanie pytania, bo zwykle tak to wygląda, że ludzie w tym samym momencie prezentacji zadają te same pytania – dlatego warto je uprzedzić
Przykłady udostępnionych prezentacji na tej stronie wykonanych metodą CALM NED znajdziesz choć tutaj
Co z uczenie się na błędach?
Często osoby, z którymi dyskutowałem na temat tej metody, zwracały mi uwagę, że takie podejście jest złe, ponieważ prowadząc kursanta aż tak szczegółowo i w przemyślany, jedyny prawidłowy sposób, nie daje przestrzeni do popełniania błędów i wyciągania wniosków. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na dwie kwestie: problemy techniczne są „super” bo symulują zdarzenia, które mogą wystąpić podczas praktyki w normalnej pracy i że człowiek najskuteczniej uczy się na błędach. Ale …
Problemy techniczne są mile widziane, ale tylko wtedy, jeżeli nie wpływają na rozbicie całego szkolenia. Gdy co 15 min kolejny kursant (pomimo omówienia publicznego) robi to samo, tylko dlatego, że nie uważał, był w innym miejscu w programie albo nie zrozumiał o co chodziło to tracimy cenny czas, który można by spożytkować na lepszy sposób. Dlatego problemy techniczne są dobre, ale tylko wtedy, gdy wcześniej uprzedzimy, gdzie i dlaczego najwięcej osób je popełnia i zaprezentujemy zawczasu w jaki sposób je rozwiązać.
Możemy także odegrać scenkę – co bardzo lubię – świadomie czegoś nie dopowiedzieć i zaczekać z „uprzedzeniem” o możliwym problemie, gdy on już wystąpi u pierwszego kursanta (spore prawdopodobieństwo, że wystąpił wcześniej już u kogoś, ale tamten miał obawy, aby go zgłosić, bo szkoła nam wpoiła, że jak coś nie działa, czy gdy nastąpi jakiś problem, to nasza wina i zasłużyliśmy na słabszą ocenę). Nazywam to „planowanym popełnianiem błędów”, bo jak dowodzi neurodydaktyka, stres związany z niepowodzeniem wytwarza kortyzol, który może w pewnych okolicznościach być wzmacniaczem zapamiętywania. Niestety, nie działa to w przypadku wszystkich osób, bo niejednokrotnie spotkałem się z twierdzeniem, gdy ktoś opowiada o błędzie, który popełnił w pracy i który spowodował dużo stresu, a następnie mimo że wspomniał o tym zaledwie kilka minut wcześniej, popełnia ten sam błąd podczas ćwiczeń w sali
Dobry nauczyciel ma świadomość, że jego metody są wartościowe nie wtedy, gdy uczeń zda test celująco, do którego został drobiazgowo przygotowany, ale tylko wtedy, gdy będzie w stanie poradzić sobie z problemami, które przyjęły niestandardową formę. Mówiąc wprost, nie powinniśmy się tylko skupiać na przekazywaniu informacji i gotowych rozwiązań, ale przede wszystkim na przygotowaniu do samodzielnego rozwiązywania problemów. To moim zdaniem kolejna zaleta metody CALM NED, że jesteśmy w stanie zaplanować taki 'nieszablonowy problem’ do samodzielnego rozwiązania bardzo szczegółowo.
Podam tutaj konkretny przykład z szkoleń z zakresu programowania. We wtorek omawiam temat zakresów zmiennych, czyli tego, gdzie można zapisać dane w pamięci, aby wszystko działało prawidłowo. Poświęcam na to stosunkowo proste zagadnienie, nieproporcjonalnie dużo czasu, ponieważ jest to obszar, w którym początkujący programiści często popełniają błędy. W środę korzystamy z tej wiedzy podczas pisania wielu programów, a w czwartek jako zadanie powtórkowe daję zadanie matematyczne na poziomie szkoły podstawowej, jednak celowo zawieram w nim błąd (nakładające się na siebie adresy). Jeżeli kursant ma wpojone, że wszystko co napisane na tablicy jest nieomylne, bezmyślnie trzymając się treści, dotrze do miejsca, gdzie program zacznie źle funkcjonować. Ten, kto jest bardziej bystry, szybko zwróci mi na to uwagę (na co odpowiem w taki sposób, aby reszta kursantów nie usłyszała i sama mogła ponownie odkryć ten sam błąd w treści). Zwykle jednak cała grupa musi zmierzyć się z niedziałającym programem i spróbować samodzielnie wydedukować (co przyda się w pracy), gdzie popełnili błąd. Tylko ci uczniowie, którzy wezmą pod uwagę, że błąd nie leży po ich stronie, ale po stronie wytycznych (co się zdarza w praktyce), dotrą do prawidłowego rozwiązania.
Jeżeli nie jesteś programistą, to przytoczę inne przykłady takich „planowanych błędów”: – w treści zadania z trygonometrii lub geometrii podać wartości kątów, których suma będzie większa niż 180 stopni,
– na poprawnym planie obiektu, którego pole uczeń ma obliczyć, dopisać jakiś wymiar, który na logikę nie pasuje do pozostałych (np. ujemny).
Oczywiście, takie podejście wymaga pewnych umiejętności teatralnych, by przed grupą odegrać zaskoczenie, udając, że samemu również nie zna się powodu niepowodzenia. Dopiero przeklikując na kolejny slajd, uświadamiamy grupę, że wszystko było drobiazgowo zaplanowane. Taka 'zabawa’ pozwala uczniom się wykazać, uwierzyć w własne możliwości. Nam pomaga odkryć, kto ma jakie talenty i do czego się nadaje, a to przecież powinno być celem każdego nauczyciela pracującego z dziećmi i młodzieżą. Mała dygresja: dlatego myślę, że pracy nauczycieli nigdy w pełni nie zastąpią algorytmy AI, a „jedynie” pomogą im w prac – o czym piszę wiele na stronie fundacji na przykładzie GPT-4).
Przygotować do praktyki
Jako że większość moich kursantów to pracownicy utrzymania ruchu, staram się codziennie za pomocą przynajmniej jednego zadania wytrenować ich umysły do tego, z czym będą się mierzyć w codziennej pracy, czyli interpretacji programów napisanych przez innych, odkrywania i naprawiania w nich błędów. Wyświetlając treść zadania na ekranie, zostawiam pewien czas na samodzielną pracę. Przechadzając się po sali między biurkami, analizuję, kto jest na jakim etapie, czy zrozumiał treść oraz czy utknął (i się poddał). Jeżeli ktoś jest na dobrej drodze do samodzielnego poradzenia sobie z zadaniem, sugeruję mu nie zwracać uwagi na rozwiązanie wyświetlane na tablicy, aż do zakończenia pisania. Jeśli ma swój pomysł, niech rozwiązuje po swojemu. Dla reszty kursantów początkowo wyświetlam tekstowe podpowiedzi i sugestie, jak zmierzyć się z problemem. Następnie wyświetlam fragment po fragmencie, prezentując krok po kroku konkretne rozwiązanie. Jeżeli kursanci nie poradzili sobie z zadaniem samodzielnie, przepisują dokładnie moje rozwiązanie z tablicy. Wkrótce orientują się, że rozwiązanie to nie jest poprawne, choć zwykle nie zgłaszają tego, myśląc, że błędnie przepisali, do czasu, gdy ktoś inny zwróci na to uwagę publicznie. Wtedy odgrywam rolę zaskoczonego i zmieszanego prowadzącego, dając chwilę na odnalezienie przyczyny problemu. Po chwili wyświetlam kolejny slajd z napisem: 'To rozwiązanie, jak już wiesz, nie jest prawidłowe, dlatego teraz Twoim zadaniem jest odkrycie w nim błędu i naprawienie go’. To właśnie po takie umiejętności pracownicy z utrzymania ruchu przyjeżdżają na szkolenia, które prowadzę, ponieważ zdają sobie sprawę, że w większości przypadków nie będą pisać nowych programów, lecz codziennie będą poprawiać błędy i rozwijać programy stworzone przez innych.
Takie popełnianie błędów stanowi dla mnie także idealne wyjście do zaprezentowania aplikacji, które w tym momencie mogą nam przyjść z pomocą. Wiele lepiej jest najpierw pozwolić doświadczyć kursantowi danego wyzwania, aby później już takiemu uświadomionemu zaprezentować aplikację, która pomoże mu zmierzyć się z danym problemem (to jedno z założeń ekonomii). Nie lubię pokazywać aplikacji bez kontekstu i bez konkretnej potrzeby, ponieważ jeżeli uczeń nie widzi jeszcze zastosowania (które może poznać za chwilę) danego narzędzia, to nie będzie wykazywał odpowiedniej motywacji, aby to narzędzie poznać. Przykładowo, wyobraź sobie następującą sytuację i postaraj się oszacować Twoje zaangażowanie, jeżeli na pierwszym roku studiów wytłumaczę Ci, czym są całki, jak z nich korzystać, a potem za trzy lata pokażę Ci dopiero, jak bardzo mogą ułatwić Ci pracę i jeszcze, w jaki sposób możesz na nich zarobić. To czy dopiero na trzecim roku czułbyś wewnętrzną motywację, aby samemu się nauczyć, jak z nich biegle korzystać.
Najpierw uświadom o istnieniu problemu, potem zaprezentuj korzyści wynikające z jego rozwiązania, a dopiero na końcu pokaż narzędzie, którego obsługi chcesz tą osobę nauczyć. Ponieważ nie istnieje bardziej zmotywowany uczeń niż ten, który wie, jakie korzyści popłyną wraz z nowo przyswojoną wiedzą.
Matematyka Podobnie moim zdaniem powinno się prowadzić lekcje matematyki w Polsce, bo w Azji już tak to wygląda. W japońskich czy chińskich podręcznikach do matematyki jest niewiele, albo wręcz nie ma zadań do rozwiązania. Tam koledzy z ławki wymyślają sobie zadania nawzajem. Wbrew temu co, większość osób uważa, celem nauki matematyki wcale nie jest nauka liczenia, a nabycie umiejętności logicznego myślenia. Tak się „przypadkiem złożyło”, że liczby i działania arytmetyczne po prostu się do tego świetnie nadawały (są przyjemniejsze niż logika) w czasach przed komputerowych, bo dziś jeszcze lepiej można do tego celu wykorzystać programowanie. Uczenie w szkołach matematyki powinno w większym stopniu przygotować uczniów do wykorzystania logicznego myślenia w praktyce i tym samym bazować na praktycznych przykładach, aby młode umysły wyrobiły sobie pożądane „nawyki” podczas mierzenia się z problemami. Myślę tutaj o podejściu etapowym: zrozumieniu zagadnienia (dobrze wiedzieć co chcemy), określeniu konkretnego problemu (uproszczone zdefiniowanie wyzwania), przygotowaniu planu działania (rozpisanie równań lub nierówności), wyciągnięcie wniosków (określenie, czy wynik jest logiczny, a tym samym może być poprawny).
Oczywiście wszyscy zwrócą uwagę, że przecież to nic innego jak rozwiązywanie zadań tekstowych, i nie ma w tym nic odkrywczego, bo od zawsze są takie w szkole i na maturze. Owszem, ale na jedno zdanie tekstowe przypadają dziesiątki przykładów pozbawionych treści do rozwiązania (często w domu) z których nie wynikają żadne inne korzyści jak narzucenie pewnych schematów uzupełniania kolejnych stron w zeszytach w kartkę. Dobrze rozwiązać kilka przykładów, krok po kroku, aby wiedzieć, jak posługiwać się liczbami, jednak poza pracownią matematyczną, nigdzie więcej z takiego suchego podejścia nie skorzystamy. To jednak, z czego skorzystamy w normalnym życiu codziennie i to zwykle wielokrotnie, to definiowanie problemów i logiczne ich rozwiązywanie choćby podczas określania czy zakup trzech sztuk jest bardziej opłacalny niż dwóch podczas „promocji”. Przeprowadzając remont musimy obliczać, ile farby, kafelek i paneli kupić, podczas planowania wyjazdu, ile zabrać pieniędzy (a przynajmniej sobie odłożyć), kupując oczyszczacz powietrza, jaką mamy przestrzeń w mieszkaniu, a podczas górskiej wędrówki ile czasu nam zejdzie i ile wody wypijemy (o inflacji, kontach oszczędnościowych, podwyżkach i podatkach nawet nie wspomnę). Do niemalże wszystkiego co wymieniłem, możemy wykorzystać aplikacje, ale każdy, kto z nich korzysta wie, że trzeba podchodzić do nich z głową (a gdy jest pusta, bezmyślnie zaczynamy na nich polegać).
Bierz przykład z mnichów
Bardzo cenię sobie komentarze, które kursanci piszą po szkoleniu, że jestem jednym z niewielu nauczycieli, którzy nie „podają gotowych rozwiązań na tacy”, a zmuszają do samodzielnego wysiłku. Cenię je, ponieważ upewniają mnie w twierdzeniu, że tak naprawdę ludzie lubią myśleć, lubą intelektualne wyzwania i jeżeli tylko ich do tego delikatnie zachęcimy, są w stanie dać z siebie naprawdę wiele. To daje nadzieje, że pomimo globalnego spadku IQ od 2006 r. (odwrócenie efektu Flynna) jest jakaś nadzieja dla naszego gatunku.
Dlaczego warto na pytania odpowiadać pytaniami? Ponieważ dzięki psychologii wiemy, że nasze własne pomysły cenimy szczególnie wysoko i przywiązujemy się do nich. Tym samym to na co wpadniemy sami, pamiętamy na dłużej.
Tylko naprawdę słaby nauczyciel nie daje okazji swoim uczniom, aby mogli się wykazać.
Samodzielne odpowiadanie na pytanie, tak samo jak definiowanie problemów, wymaga od naszych umysłów ogromnego zaangażowania, a tym samym wysiłku i może wprost prowadzić do powstania nowych połączeń pomiędzy neuronami w naszych głowach. W tekście o neurodydaktyce piszę o tym obszerniej, ale warto tutaj powtórzyć, że za wyjątkiem dzieci, wszyscy musimy wkładać wysiłek w proces nauki, polegający na budowaniu kolejnych biologicznych połączeń w naszych głowach. Otrzymanie prostej, szybkiej odpowiedzi na pytanie, z którym się mierzymy, uzupełnienie luki w tekście z angielskiego, czy wpisanie, ile wynosi „x”, wcale nie pomagają w procesie nauki. Aby coś zrozumieć, aby się czegoś naprawdę nauczyć, musimy zmusić nasze mózgi do przekonfigurowania połączeń synaptycznych drzew dendrytycznych.
Nie istnieje poparta dowodami naukowymi droga na skróty, dlatego nie możemy nikogo niczego nauczyć, tak samo jak przekazać wiedzy, a jedynie zachęcić do samodzielnego jej zdobycia.
Błędy to znakomita okazja do powtórki
Jeżeli poprzez popełnienie błędu kursant będzie musiał sięgnąć pamięcią do wiedzy zdobytej poprzedniego dnia, to zyskuje na tym fakcie przynajmniej dwa razy. Po pierwsze, dostrzega praktyczne zastosowanie tego, co się już „nauczył” (a przynajmniej było omówione), a tym samym większą motywację do pełnego przyswojenia przydatnego zagadnienia. Po drugie, pod względem neurodydaktycznym, ponieważ poprowadzi sygnały elektrochemiczne poprzez już istniejące połączenia synaptyczne. A jak zapewne już wiesz, czym częściej do danych ścieżek wracamy, tym stają się one szersze, więc korzystanie z nich kosztuje nas mniej energii i stają się bardziej trwałe. Dlatego, jeżeli coś powtarzamy wielokrotnie, systematycznie i chętnie (wiemy, po co nam dana wiedza czy umiejętność), nigdy tego nie zapominamy, jak np. pływania czy jazdy na rowerze.
Wiele rozwiązań
Historia nas uczy, że to często młodzi naukowcy wpadają na najbardziej przełomowe, czy mówiąc inaczej, kreatywne idee. Pewnie wiesz, że Albert Einstein zaprezentował najbardziej przełomowe teorie w swojej karierze w wieku 26 lat! Widzą oni ten sam problem, ale dostrzegają inne, nieszablonowe rozwiązania, ponieważ ich umysły nie zostały jeszcze tak bardzo zamknięte w „pudełku”. Gdy codziennie widzimy te same rozwiązania, tak często odtwarzamy je w własnych umysłach, że niemal niemożliwe staje się spojrzenie na problem z innej perspektywy, a co za tym idzie, pomyśleć, że można coś zrobić lepiej inaczej (w dalszej części tekstu przytoczę kilka przykładów z życia wziętych).
Można jednak pomóc uczniom w poszukiwaniu własnych rozwiązań, uzmysławiając, jak wiele ich istnieje. Na moich prezentacjach staram się pokazywać przynajmniej dwa sposoby rozwiązania danego zadania, często trzy, a w skrajnych przypadkach (zadanie z przełącznikiem) nawet kilkanaście. Po co? Właśnie po to, aby zachęcić do poszukiwania kolejnych rozwiązań – jeżeli czas pozwala – bo nigdy nie wiadomo, czy następne nie będzie lepsze, czyli krótsze, bardziej przejrzyste, bardziej niezawodne od wcześniejszych.
Słyszałem kiedyś takie fajne sformułowanie: czy ma sens zachęcać młodzież do wymyślania koła na nowo, zachęcać do wyłamywania – już wcześniej przez nas – otwartych drzwi?
Odpowiedź była odświeżająca: Oczywiście! Bo co prawda, w najlepszych przypadkach 98% tych kół będzie dokładnie takich jak nasze, a może i gorszych, ale te brakujące 2% może okazać się całkowicie innowacyjnych, mówiąc wprost lepszych.
[W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję, że o to samo powinniśmy i już nawet prosimy „sztuczną inteligencję”, aby „świeżym, nieludzkim okiem” spojrzała na problemy bez wpojonych, utartych schematów, z którymi sobie poradziliśmy, bo może zasugeruje nam coś lepszego. Dokładnie tak było, gdy algorytm AlphaDev został poproszony o napisanie w asemblerze programu segregowania danych. Można rzec, że wymyślił swoje, krótsze, lepsze podejście, a opisano to w magazynie Nature Faster sorting algorithms discovered using deep reinforcement learning – link https://www.nature.com/articles/s41586-023-06004-9)]
Jedną z tych rzeczy, która daje mi w codziennej pracy najwięcej satysfakcji, czy może bardziej nawet motywacji zajmowania się tym, co robię, są te momenty, gdy dostrzegam, że ktoś spojrzał na dane zadanie w całkowicie inny, niepowtarzalny sposób. Przeszkoliłem na ten moment ponad 3 tysiące osób, z czego przeważająca większość miała okazję sprawdzić się, rozwiązując kilka z najbardziej standardowych zadań z zakresu programowania PLC. I wśród tych wszystkich osób, w trakcie 10 lat, trafiło się dosłownie 2 osoby, które wiele zadań widziały inaczej. Dostrzegali w nich coś, co dla pozostałych było niestandardowe. Jakieś 10 osób wyróżniało się pod względem kreatywności lub szybkości nauki. A nawet po 10 latach, trafia się ktoś (w 2023 nawet trzech), którzy są w stanie pokazać mi rozwiązanie zadania, jakiego nikt inny przed nimi mi nie pokazał, mimo że ponad 2.200 tysiące osób też je rozwiązywało. WOW. To naprawdę odświeżające i inspirujące. Dla mnie osobiście nawet wypełniające nadzieją, że wśród nas żyją osoby, które są w stanie rozwiązać problemy technologiczne, z którymi się mierzymy, wystarczy tylko dać im głos, pole do popisu czy pozwolić rozwijać skrzydła, a wszyscy na tym zyskamy. Z drugiej strony, kto wie, czy nie jest może tak, że każdy z nas jest tak naprawdę w jakiejś wąskiej dziedzinie urodzonym geniuszem, a przynajmniej ma innowacyjne postrzeganie problemów, tylko nie ma szans w życiu, aby się w tym sprawdzić?
Przed pokazaniem pierwszych fragmentów przykładowych rozwiązań na ekranie, zawsze chodzę po sali i staram się wspierać kursantów, aby kontynuowali ich tok myślenia i próbowali rozwiązać zadanie „po swojemu”. Moje rozwiązania są dla nich ostatnią deską ratunku (jeśli nie wpadną na własne), a dla lepszych zachętą do pracy nad ulepszeniem swoich, bo zwykle dowiadują się, że można dany program napisać krócej. W codziennej pracy nie ma sensu tracić czas nad skracaniem programów, ale na szkoleniach można pozwolić sobie na trochę zabawy – dopamina wzmacnia zapamiętywanie informacji. Poprzez wprowadzenie rywalizacji – grywalizacji – „kto napisze ten sam działający program najkrócej, wygrywa” – zachęcam ich do czerpania przyjemności z programowania, tak samo jak z rozwiązywania łamigłówek. Taka forma rywalizacji rewelacyjnie „budzi” zawziętych nie tylko uczniów czy studentów. Szukanie kolejnych rozwiązań nie tylko rozwija kreatywność, którą może się przydać przy kolejnych napotkanych problemach, ale jak wiemy z neurodydaktyki, zwiększa zaangażowanie, a tym samym utrwala materiał na dłużej.
Dokładnie to samo podejście nie tylko powinniśmy, ale także musimy wprowadzać do nauki matematyki i fizyki, bo te przedmioty to nic innego jak zabawa liczbami. Im więcej uczniowie bawią się liczbami, tym lepsi się w tym stają, a także odkrywają metody, które odpowiadają im bardziej. Taki trening z czasem pozwala już na początku dostrzegać pewne skróty, okazje do optymalizacji, a tym samym radzić sobie z wyzwaniami szybciej.
Ponoć Johann Wolfgang Goethe napisał kiedyś w liście: „Szanowny panie hrabio, przepraszam za tak długi list, ale nie miałem czasu, aby napisać krótki”. To zdanie obrazuje najlepiej, jakie są nasze pierwsze pomysły. W przeważającej większości sytuacji, nasze pierwsze pomysły są absurdalnie rozbudowane i dopiero po włożeniu w nie wysiłku, a także świeżym spojrzeniu z perspektywy czasu, nabierają ładnej formy.
Materiały edukacyjne muszą być ładne
Materiały edukacyjne muszą być ładne. Czy ostatnio przy zakupie roweru, samochodu, sztućców albo telefonu zwracałeś uwagę na to, jak one wyglądają, a nie tylko jak się sprawdzają w praktyce? Jeżeli dziś my wszyscy – a szczególnie młodzież – jesteśmy bombardowani z każdej strony ładnymi grafikami, filmami, aplikacjami, to czy czarno-białe materiały edukacyjne nie wydają się na pierwszy rzut oka czymś przestarzałym i nudnym, pomimo wartościowej treści?
Nie mam na myśli przerostu formy nad treścią, ale nazbyt wielu nauczycieli nie przykłada żadnej uwagi do formy, a co najwyżej do treści, gdy mózg młodej osoby ma zakodowane już inne standardy. Mówi się, aby nie oceniać książki po okładce, jednak wszyscy wiemy, jaką jest prawda i po jakie książki sięgamy w pierwszej kolejności.
Całe szczęście, że twórcy szkolnych podręczników też to dostrzegli, twórcy materiałów edukacyjnych na YouTube także, nie wspominając już o twórcach aplikacji edukacyjnych.
Dlatego, jeżeli będziesz przygotowywać następne prezentacje, wykorzystaj gotowe szablony albo pobierz – tak będzie najszybciej – darmowe ładne dla oka z internetu (choćby z strony naszej fundacji).
Jeżeli co całkiem naturalne, na ładne rzeczy milej się patrzy, to także, z ładnych materiałów edukacyjnych milej się uczy!
Lenistwo to postęp, a przyzwyczajenia stagnacja
Jak bardzo lubisz pisać i rysować na tablicy dokładnie te same rzeczy co tydzień, co miesiąc, albo co roku w kilku różnych klasach? Czy w XXI wieku komukolwiek chce się robić jeszcze takie rzeczy? A co w sytuacji hybrydowych zajęć, gdy część osób jest na sali, ale część, albo nawet wszyscy, są podłączeni online – czy warto pisać to samo w Paint-cie? Czy nie jest to zwyczajnie całkowicie niepotrzebny wysiłek, rutyna i tak standardowe zachowanie, że aż ciężko pomyśleć, że można zrobić to inaczej?
Ktoś kiedyś jednak pomyślał i stworzy Power Pointa, a w nim animacje przypominające odręczne uzupełniające się rysunki. Moim zdaniem tylko wyświetlając atrakcyjne slajdy, możemy przykuć uwagę młodszych odbiorców, którzy przywykli do korzystania TYLKO z atrakcyjnych wizualnie aplikacji i nakładania filtrów na zdjęcia.
Tylko tworząc slajdy, możesz szybko oraz wygodnie optymalizować proces uczenia! Usprawnienia są wdrążane natychmiast (nie trzeba czekać na kolejny dodruk), dzięki czemu można już teraz sprawdzić, czy to zmiana w lepszą czy gorszą stronę. Optymalizacja sposoby przekazywania wiedzy w tym wypadku ma fizyczną (tj. cyfrową) postać, dzięki czemu łatwo ŚWIADOMIE ją WPROWADZAĆ, testując kolejne poprawki i dopisując kolejne informacje w reakcji na pytania uczniów. Gdy uczymy z wykorzystaniem tablicy, lub co gorsza, skupiamy się na dyktowaniu, to nie mam „pętli informacji zwrotnej”, tylko odgrywamy po raz kolejny tą samą rolę, nie wiedząc dokładnie, które inaczej wypowiedziane zdanie zadziałało, a które nie!
Dlaczego podręcznik to nie może być wydrukowana prezentacja?
Ponieważ człowiek jest z natury leniwy i zawsze będzie dążył do minimalizacji swojego wysiłku. Jeżeli wprowadzenie najdrobniejszej zmiany na slajdach spowoduje niezgodność treści (rozbieżność numeracji stron i numerów na slajdach), to z powodu uniknięcia dyskomfortu z tym związanego (i wysiłku wymagającego przesłanie do drukarni innego pliku niż ostatnio) unikniemy wprowadzenia tej zmiany.
Podręcznik musi być o wiele bardziej statyczny w swoich treściach, ponieważ podstawy nie ulegają zmianie. Pierwszy podręcznik, który napisałem z zakresu programowania sterowników PLC, miał tylko kilka wersji, a ostatnie w nim poprawki wprowadziłem w 2015. Natomiast prezentacja przygotowana pod ten podręcznik miała wersji 70 i to tylko uwzględniając istotniejsze poprawki, bo nie zdarza mi się tydzień, w którym nie wprowadzę przynajmniej jednego usprawnienia.
Wiedza z matematyki czy fizyki na poziomie szkoły podstawowej czy średniej nie zmieniła się chyba wcale w przeciągu ostatnich 300 lat, a mimo to ciągle drukujemy nowe (coraz gorsze podręczniki, na które szkoda papieru) i jak wynika z statystyk, uczniowie mają z tymi przedmiotami coraz większe problemy.
Moim zdaniem wynika to z faktu, że nauczyciele ciągle piszą na tablicach te same rzeczy – które czytali będąc po drugiej stronie biurka – , wypowiadają te same zdania – które słyszeli – z przyzwyczajenia, a co za tym idzie, bez odpowiedniego wsparcia w formie slajdów, nie są w stanie wprowadzać innowacji. Tym bardziej dzielić się swoimi materiałami z innymi, bo ciężko kolejnemu nauczycielowi przekazać zapisaną tablicę. Na prezentacji nie musisz zamieszczać numerów stron do wszystkich stron w podręczniku, wystarczy do rozdziałów i konkretnych zadań.
EKOLOGIA I EKONOMIA
Takie podręczniki są finalnie tańsze, bo bez wprowadzania częstych poprawek można zlecić druk w dużej liczbie sztuk (a im więcej, tym taniej). Są też bardziej ekologiczne, bo finalnie, bez pustych przestrzeni pod slajdami czy masą niewiele wnoszących do podręcznika (a istotnych z kolei dla prezentacji) slajdów, są nieporównywalnie bardziej „wyszczuplone”. Na prezentacji nie musisz zamieszczać numerów stron do wszystkich stron w podręczniku, wystarczy do rozdziałów i konkretnych zadań.
WPROWADZANIE ZMIAN MUSI BYĆ SUPERPROSTE I WYGODNE
Jednym z najważniejszych założeń metody CALM NED jest proste, niemalże bez wysiłkowe wprowadzanie poprawek, usprawnień, pojedynczych obrazków, strzałek, symboli, zmiana wydźwięku zdań czy wartości wykorzystywanych przy obliczeniach, tak samo jak adresacji pamięci podczas programowania. Jeżeli wprowadzenie zmiany w materiałach (slajdach) będzie nas kosztować jakiś nakład czasu, czy minimalny wysiłek, to mamy niemalże gwarancję, że będziemy starać się go unikać, a to blokuje rozwój. Te trywialne modyfikacje składają się w sumie na ogromne zmiany.
WIZJA PRZYSZŁOŚCI – odrobina szaleństwa
Pozwólmy wyobraźni trochę zaszaleć. Skoro do tej pory ONZ, UNESCO* czy UE nie zrobiły tego, mam marzenie, aby nasza fundacja stworzyła kolekcję w pełni darmowych podręczników, dostępnych do pobrania ze strony internetowej. Podręczniki te, obejmujące standardowe przedmioty od szkoły podstawowej aż po szkołę średnią, będą dostępne w dowolnym języku, tłumaczone choćby za pomocą GPT. Treści zawarte w tych podręcznikach mogłyby być punktem odniesienia dla nauczycieli przy tworzeniu publicznie dostępnych prezentacji. To z nich mogliby uczyć się także ci, którzy praktykują edukację domową. Wojna w Ukrainie uświadomiła nam pewien problem, z którym wiele krajów na Zachodzie – nie wspominając o USA – mierzy się codziennie w szkołach: problem różnic językowych wśród dzieci z różnych kręgów kulturowych. W końcu najlepiej uczyć się podstaw w swoim własnym języku. Jeden podręcznik, przetłumaczony na wiele języków, umożliwia pełną integrację globalną w czasach, gdy stawiamy czoła globalnym wyzwaniom klimatycznym.
W podręczniku zamiast na slajdach mają być treści do przeczytania, bo nie ma najmniejszego sensu w bezmyślnym (a takie zawsze jest w pośpiechu) przepisywaniu z slajdów swoim uczniom tego samego co roku do zeszytów. Jaki sens ma robienie przez wszystkich takich samych notatek? Skoro wszyscy muszą coś sobie zanotować to może lepiej zanotować – zapisać w książce – to za nich, aby tym samym zaoszczędzić swój i ich czas. Można zoptymalizować czas na zajęciach na zrozumienie zagadnienia, na dyskusję i pytania, a nie zapisania czegoś co powinno być w książce.
Notatki mają sens, jeżeli są spersonalizowane, jeżeli zapisujemy to co dla nas jest ciekawe, ważne i zwykle to czego nie ma w podręczniku. Mogą służyć do uporządkowania myśli, powiązań, ale nie do zapisuje suchych faktów i informacji.
Kończąc temat wspomnę jeszcze tylko, że nie chcemy tworzyć świętej księgi z danego przedmiotu, która jest jedyna i niepodważalna, niczym wyryta w kamieniu. Z drugiej strony bez kolejnego przewrotu kopernikańskiego to podręcznik takki może być formą łatwo przyswajalnej encyklopedia. Jednak zgodnie z metodą CALM NED warto tworzyć alternatywne, jeżeli będą lepsze zachęcą innych do odwoływania się w prezentacjach do nich. Prawo rynku, to co lepsze, wygodniejsze, przyjemniejsze w użyciu powinno przekonać odbiorców do siebie.
NIEDOSTRZEGALNY POTENCJAŁ KOMERCYJNY
Niedostrzegalny przez firmy potencjał, jaki niosą ze sobą wydawane i udostępniane darmowe, wartościowe podręczniki, jest dla mnie aż czymś niepojętym. Jeśli Twoja firma specjalizuje się w pewnej dziedzinie techniki, posiada również „bezcenny” zasób wiedzy na ten temat, który może stać się dla niej najlepszą reklamą. To jest właśnie „content marketing”. Moim zdaniem ta firma, która jako pierwsza przygotuje ogólnodostępne, wartościowe i użyteczne materiały edukacyjne z własnej dziedziny, a dodatkowo zadba o to, aby szkoły i uczelnie dowiedziały się o nich, zyska „wieczną” chwałę i rozpoznawalność w oczach kolejnych pokoleń. Czy istnieje lepszy sposób, aby zaistnieć w świadomości przyszłych potencjalnych klientów – poprzez lokowanie loga i produktu – czy pracowników, tworząc wizerunek firmy, niż pomóc im w rozwiązaniu ich problemów? Myślę tutaj o przyswajaniu wiedzy z danego zakresu przed sprawdzianem lub podczas tworzenia projektu.
Dawniej duże firmy otwierały przyzakładowe szkoły zawodowe, aby kształcić swoich przyszłych pracowników. Dziś mogą wpływać na edukację młodych (potencjalnych pracowników) nie zamykając ich w murach budynku, ale udostępniając wiedzę w jak najbardziej przystępnej formie, uzupełnioną o praktyczne swoje uwagi i wskazówki.
Ta firma, która wyda swoje darmowe podręczniki jako pierwsza wygra najwięcej.
Nauka obsługi programów
Ucząc obsługi programów, nie musisz mieć zainstalowanych tych programów na własnym komputerze. Może to być szokujące dla wielu szkoleniowców, ale przez ostatnie 6 lat nie uruchomiłem na swoim komputerze ani jednego z programów, których nauczałem – a robiłem to średnio dla 30 grup rocznie, przy czym każde szkolenie trwało pełny tydzień.
Dla mnie natomiast ogromnym szokiem jest wyobrażenie, że miałbym co tydzień, przez ostatnie 10 lat, pokazywać każdej grupie to samo na komputerze, przeklikując identyczne ustawienia, jakby odtwarzając ten sam film. A przecież właśnie do tego służą slajdy. Dzięki nim, mogę swobodnie chodzić wśród kursantów, obserwować ich monitory, wspierać ich w użytkowaniu sprzętu i jednocześnie wyświetlać kolejne kroki na ekranie. To jest esencja automatyzacji i optymalizacji procesu dzielenia się wiedzą: nie tracę czasu na ciągłe wstawanie od komputera i podchodzenie do każdego uczestnika, który napotkał problem.”.
Pomyśl o ile lepszą nawiązałbyś więź z kursantami / uczniami / studentami, gdybyś stał pośród nich, a nie schowany za monitorem. Ale także o ile sprawniej mogłyby przebiegać zajęcia, gdybyś na bieżącą dostrzegał i mógł korygować błędy które Twoi słuchacze za chwilę popełnią.
Nie można nikogo zmusić do rozwijania materiałów
Poprawianie materiałów może odbywać się wyłącznie z inicjatywy tej osoby, która na nich pracuje i której one ułatwią życie (czy pracę). Wprowadzane zmiany muszą narodzić się w głowie osoby prowadzącej szkolenie. To często są zaskakujące olśnienia, niespodziewane obserwacje, spontaniczne podpowiedzi kursantów, jakby to oni zrobili albo jak zrozumieli. Słuchaj tych, których uczysz! To robisz dla nich! I dzięki nim ułatwisz sobie pracę.
Uważam także, że nigdy nie można nikogo zmuszać do podzielenia się tym, co wypracował. Taki akt altruizmu musi być indywidualnym wyborem, bo inaczej zniechęci do wprowadzania poprawek (bo dlaczego ma to robić dla kogoś lub za kogoś?). Ma tu miejsce rozróżnienie pomiędzy byciem właścicielem firmy (autorem prezentacji) a 'tylko’ pracownikiem. Ten pierwszy wkłada w pracę całe serce i zaangażowanie, a ten drugi niekoniecznie, bo z jego perspektywy wykonuje 'tylko’ swoje obowiązki.”
Jesteś innowatorem czy pracownikiem?
Bardzo dobrym i chyba najprostszym dowodem na rozróżnienie, czy dany szkoleniowiec (nauczyciel, wykładowca czy ktokolwiek zatrudniony w firmie albo szkole), postrzega siebie za standardowego pracownika, który zrobi tylko i wyłącznie to, co ma, bez wykazywania inicjatywy (co jest w porządku, bo w pełni wywiązuje się z obowiązków), czy jednak czuje się chociaż trochę jak „właściciel firmy”, w której pracuje, to to, w jaki sposób korzysta z mazaków do tablic sucho ścieralnych (tych białych). Każda osoba, która choćby w najmniejszym stopniu zastanawia się nad tym, co robi, wie, że jeśli taki standardowy mazak czy długopis włożymy do szklanki, kubka zakrętką do spodu, to będzie służył znacznie dłużej, bo piszącą końcówkę będzie dłużej przesiąkać mazidłem. Jest to tak bardzo oczywiste, że aż głupio o tym kogoś informować i prosić, aby tak robił. Wiem jednak, że prawnie nikt nie wkłada mazaków do szklanki (nie liczę na dedykowany stojaczek), bardzo nieliczni wyłączają projektor, wychodzą na godzinną przerwę, a niektórzy nawet wracają do domu.
Dlaczego o tym piszę w tym tekście? Ponieważ to pokazuje, jak bardzo jesteśmy (jako społeczeństwo) NAUCZENI, aby robić co najwyżej to, co nam ktoś każe, pomimo że „wykazując się minimalnym pomyślunkiem” – każdy pewnie słyszał takie stwierdzenie od rodziców – możemy na tym osobiście (w perspektywie mieszkańca planety) tylko zyskać. Zaoszczędzenie prądu, odłożenie w czasie wymiany lampy z projektora, zmniejszenie ilości generowanych śmieci po flamastrach, wypicie dwóch herbat czy kaw z tej samej szklanki oszczędza wodę… To nic innego jak troska o nasze dzieci (i egoistycznie o naszą lepszą starość w mniej zniszczonym świecie).
Dlaczego o tym piszę w tym tekście? Ponieważ to pokazuje, jak bardzo jesteśmy (jako społeczeństwo) NAUCZENI, aby robić co najwyżej to, co nam ktoś każe, pomimo że „wykazując się minimalnym pomyślunkiem” – każdy pewnie słyszał takie stwierdzenie od rodziców – możemy na tym osobiście (w perspektywie mieszkańca planety) tylko zyskać. Zaoszczędzenie prądu, odłożenie w czasie wymiany lampy z projektora, zmniejszenie ilości generowanych śmieci po flamastrach, wypicie dwóch herbat czy kaw z tej samej szklanki oszczędza wodę… To nic innego jak troska o nasze dzieci (i egoistycznie o naszą lepszą starość w mniej zniszczonym świecie).
Kończąc ten temat, wspomnę jeszcze tylko, jak bardzo jesteśmy zakorzenieni w naszych zachowaniach i jak trudno dostrzegać zmiany na lepsze. Nasze mózgi, o czym piszę w tekście o neurodydaktyce, robią wszystko, co tylko mogą, aby nie musieć się wysilać i cokolwiek zmieniać w swojej strukturze. Wczoraj – z perspektywy tego, kiedy piszę te zdania (z Twojej perspektywy, kiedy je czytasz, to mogło być nawet 35 lat temu, ale to i tak nic nie zmienia) – koleżanka prowadziła zakończenie szkolenia i narzekała, że aplikacja do post-testów i ankiet satysfakcji z szkolenia (kolejność wymienionych zastosowań jest tutaj kluczowa) w którym uczestniczyła jako kursant, została „bezsensownie” zmieniona. Teraz, aby rozwiązać test, a potem uzupełnić ankietę, trzeba przeklikać się przez wiele plansz – tak samo jak miało to miejsce dotychczas – a potem, po rozwiązaniu testu, zamknąć tę aplikację i ponownie ją uruchomić, ponieważ na samym początku, w pierwszym oknie, można dopiero kliknąć w przycisk do wyświetlenia ankiety. Wcześniej przycisk do ankiet był w tym samym miejscu co do testów i na wszystkich innych planszach dedykowanych wszystkim innym szkoleniom… – ten sam przycisk skopiowany wiele razy, co z założenia było dziwne i nieoptymalne, skoro odsyłał do tego samego – choć pod pewnymi ergonomicznymi względami faktycznie był wygodniejszy.
Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak: – Ale to bez sensu, że trzeba zamykać aplikację i otwierać jeszcze raz. – A nie lepiej najpierw rozwiązać ankietę, skoro jest na pierwszej planszy, a potem przeklikać się do testu i go rozwiązać. Przecież kolejność tutaj nie ma najmniejszego znaczenia. – Faktycznie, nie pomyślałam o tym w ten sposób.
Nie piszę tych słów, aby kogoś konkretnego wskazać palcem, ale tak idealnie ta sytuacja opisuje nasze zacementowanie myślowe (i wydążyła się akurat wczoraj, że nie mogłem jej tutaj pominąć). Każdy z nas, kto nie szuka plusów oraz uzasadnień narzuconych zmian, albo sam nie szuka usprawnień pozostanie zacementowany w raz wyuczonych rutynach.
Dlatego proszę Cię na koniec tego fragmentu, gdy już coś robisz (a robisz cały czas) to „wykaż się minimalnym pomyślunkiem”, i przynajmniej raz do roku jakąś minimalną inicjatywą poprawy czegokolwiek.
W jaki sposób nauczyciel (czyli Ty) może zmieniać swoje metody
Ponoć Albert Einstein kiedyś napisał, że głównym celem edukacji powinno być takie kształcenie młodzieży, aby powątpiewali w wszystko, co uważają za pewne. Ja uważam, że aby edukacja naprawdę mogła się zmienić i dostosować do nowych wymagań, jakie stawiamy przed każdym, nie tylko młodymi ludźmi, powinniśmy pamiętać jego słowa i przyjąć podobne założenia, aby zmieniać nasz sposób pracy.
Jestem przekonany, że nauczyciel, który chce uczyć w nowoczesny sposób, jaki jest potrzebny w XXI wieku, musi zacząć podważać skuteczność wszystkich metod nauczania, których do tej pory używał, ponieważ sam był nimi kształtowany. Musi próbować kwestionować wszystko, co wcześniej uważał za niepodważalne i fundamentalne. Następnie musi na nowo określić cele swojej pracy i metody, dzięki którym w tym szybko zmieniającym się świecie będzie w stanie wykonywać swoją pracę jak najskuteczniej, z pominięciem tego, co działało w przeszłości.
Dlaczego ludzie przestali traktować jazdę konną jako najskuteczniejszy środek transportu, skoro przez wieki nią podróżowali? Nie dlatego, że ta forma transportu przestała działać, ale dlatego, że rozwój technologii pozwolił na wprowadzenie usprawnień. Wraz z rozwojem nauki ludzie zaczęli podróżować parowozami, a później koleją elektryczną, aby ostatecznie przesiąść się do autobusów, samochodów i dzisiaj do niemalże autonomicznych pojazdów elektrycznych lub wygodnych samolotów.
Podobnie jak w przypadku transportu, metody nauczania muszą ewoluować wraz z rozwojem nauki i technologii. Warto podważać stare przyzwyczajenia i szukać nowych, bardziej efektywnych sposobów nauczania, aby przygotować uczniów do wyzwań XXI wieku
Jak wielu wykładowców uważa za normalne to, że wykład wymaga od studenta sporządzania notatek, przez które nie słucha go ale bezmyślnie próbuje wyrobić z długopisem. Dlaczego więc nie wysłać studentom materiałów z wykładu, takich jak slajdy czy notatki, dzień wcześniej za pośrednictwem maila? Można także wskazać rozdział z podręcznika, aby studenci mogli sobie go wydrukować (jeśli lubią papier i chcą notować ciekawe przemyślenia na marginesach). W ten sposób zaoszczędzony czas na wykładzie można by przeznaczyć na interaktywną dyskusję z studentami.
Wykładowcy, którzy sami studiowali w czasach, gdy nie było jeszcze poczty elektronicznej, nie mogą wpadać na taki pomysł, ponieważ nie są w stanie podważyć tradycyjnego podejścia do wykładów, które obowiązywało przez dekady i tak solidnie zapisanego w swoich umysłach.
Dlaczego tak niewielu nauczycieli i wykładowców nie udostępnia swoich wykładów w formie podcastów, skoro wystarczyłoby włączyć dyktafon w telefonie? Studenci mogliby odsłuchać nagrania przed egzaminem lub gdy czegoś nie zrozumieli. Podcasty byłyby także dostępne dla każdego w dowolnym czasie, podczas biegania, prowadzenia samochodu czy wykonywania innych czynności.
W tym miejscu zwykle odzywają się głosy, że gdyby tak postąpić, to nikt nie przyszedłby na wykład. Faktycznie, mogłoby tak być, ale to oznaczałoby wtedy również, że studenci nie traciliby czasu na dojazdy, a profesor mógłby lepiej zainwestować swój czas i doświadczenie, z korzyścią dla całej ludzkości, a nie dyktowaniu slajdów. Mało tego co roku tych samych, co równie dobrze mógłby zrobić uczeń drugiej klasy podstawówki. Może czas, aby wykłady były prowadzone nie tylko przez profesorów czy doktorów z powodu ich tytułów, ale przez wszystkich tych, którzy są w stanie poprowadzić je w taki sposób, aby studenci potraktowali je jako coś na tyle ciekawego i wartościowego, że aż wartego odwiedzenia. Wykład, szkolenia czy prezentacja to czas, w którym prezentujący dodaje swój pierwiastek do tego, co przekazuje. Chodzi o niepowtarzalne zrozumienie tematu, anegdoty i zaciekawienie, a nie przekazanie spisanych w książkach i dostępnych w internecie informacji. Jeżeli nauczycielom naprawdę zależy na rozwijaniu młodych umysłów, to jeszcze nigdy w dziejach nie miała do tego celu tak wielu darmowych narzędzi, aby móc robić to na jak największą skalę.
Niestety, kreatywne podejście do edukacji jest ekstremalnie trudne, dla wielu osób wręcz niemożliwe, ponieważ nasze mózgi są bardzo leniwe i lubią to, co znają. Zmiana sposobu myślenia wymaga od nas zburzenia ładu w tych najmocniejszych połączeniach synaptycznych, powstałych przez lata odtwarzania tego samego. Zniszczenia fundamentów, na których zbudowaliśmy swoje doświadczenie, a co za tym idzie pewności siebie, oraz na pozwoleniu sobie na popełnienie błędów próbując nowych metod, niczym świeżo upieczeni studenci na rynku pracy. Oczywiście, czym większe mieliśmy doświadczenie, tym będzie z jednej strony trudniej, ale z drugiej nie będziemy musieli się tym razem skupiać na zrozumieniu tego, co uczymy, a jedynie na sposobie przekazu. Dopiero, gdy naprawdę dobrze rozumiesz dane zagadnienie, jesteś w stanie wytłumaczyć je swojej babci czy wnukowi, niezależnie od tego, jakie byłoby skomplikowane. Nie będzie to łatwe, ale jeżeli nie musisz ukrywać swojej niewiedzy w schronie z trudnymi wyrazami i „profesoromową”, będziesz w stanie trafić z swoim przekazem do każdego, i to jest Twój najcenniejszy dorobek.
Jak bardzo CALM NED może zmienić świat?
Po to właśnie powstał fundacyjny projekt „Szkoła 4.0”, którego głównym celem jest katalogowanie darmowych, wartościowych treści w internecie, umożliwiający uczniom błyskawiczne znalezienie tematów z lekcji do lepszego zrozumienia, uzupełnianie lub rozszerzenia. Koniec przepisywania zeszytów, bo przecież wszystko jest w necie. Koniec słabych nauczycieli, którzy wmawiają uczniom, że nie mogą nauczyć się matematyki, bo nie mogli się do tej pory nauczyć, jak uczyć młode umysły matematyki w skuteczny sposób.
Prawda jest jednak taka, że głównymi odbiorcami projektu „Szkoła 4.0” mają być nauczyciele, bo tam każdy z nich będzie mógł pobrać prezentacje stworzone zgodnie z metodyką CALM NED i za ich pomocą przekazywać wiedzę skuteczniej, ciekawiej, szybciej! A co najważniejsze, będzie mógł je dalej zmieniać i rozwijać pod siebie kilkoma kliknięciami myszki, aby każda kolejna klasa mogła korzystać z jeszcze lepszych materiałów, a kolejna z jeszcze … To się właśnie nazywa POSTĘP!
Stając naprzeciwko problemów XXI w. zmian klimatycznych, zapaści demograficznej, starzenia społeczeństw, uzależnień od cyfrowych rozrywek, musimy ZMIENIĆ PODEJŚCIE DO EDUKACJI Z ILOŚCIOWEJ DO JAKOŚCIOWEJ. Tylko dobrze wykształceni kolejni inżynierowie, psychoterapeuci, lekarze, naukowcy mogą nam pomóc naprawić świat, w którym przyjdzie się nam starzeć.
Jeżeli nie jesteś altruistą i nie chcesz dzielić się swoimi materiałami z innymi, bo w końcu długo nad nimi pracowałeś, to nie uważamy, aby było w tym coś złego. To Twoje dzieło i masz do tego prawo. Zachęcamy tylko, abyś robił to jak najlepiej. W dalszym ciągu zapraszamy Cię do stosowania metody CALM NED, ponieważ wierzymy, że w ten sposób przyczynimy się do poprawy wiedzy w naszym społeczeństwie w mikroskali (w grupie Twoich odbiorców). W makroskali działamy poprzez stronę fundacji, dzieląc tym co stworzyliśmy i tym co udostępnili nam inni z niezliczonymi anonimowymi odbiorcami, dla dobra nas wszystkich i kolejnych pokoleń.
Warto dzielić się materiałami także z egoistycznych powodów, ponieważ, gdy Ty wrzucisz materiały do nauki funkcji z matematyki, to możesz zachęcić innych nauczycieli do podzielenia się materiałami z logarytmów i liczb rzeczywistych. W ten sposób, wymieniając się tematami, każdy z Was napracuje się trzy razy mniej niż gdyby samemu miał wszystko przygotować. A jeżeli takich nauczycieli będzie 20 czy nawet 150, to się może okazać, że jak przygotujesz jeden temat (z wewnętrznej potrzeby nie bycia pasożytem), to będziesz miał dostęp już do wszystkich innych i wiele wolnych wieczorów oraz weekendów dla swojej rodziny. To taki trochę „egoistyczny altruizm”, polegający na tym, że bezinteresownie robisz coś dobrego, bo liczysz, że może w ten sposób coś zyskasz. Moim zdaniem to dalej altruizm, bo gwarancji nie masz, ale jedynie świadomość, że DOBRO WRACA. Zresztą są teorie w psychologii, które sugerują, że altruiści zawsze pomagają innym z myślą o sobie, bo dzięki temu postrzegają siebie jako lepszych, a co za tym idzie, lepiej się czują. Czy jest w tym coś złego?
Czasem zastanawiam się, jaki szybki postęp bylibyśmy w stanie osiągnąć, gdybyśmy przestali walczyć o to, komu zostaną przypisane za niego zasługi. Wiem, że wiele osób będzie bało udostępniać swoje prywatne materiały, bo ktoś zaraz je delikatnie zmodyfikuje i podpisze jako swoje, a to w końcu Tobie powinna zostać przypisana za nie chwała. Rozumiem takie podejście, ale z drugiej strony, skoro już to i tak zrobiłeś, i Twoi uczniowie wiedzą, że to Twoje, może nawet je doceniają i chwalą, to czy na pewno warto je ukrywać przed resztą świata, a może mimo wszystko przekazać innym (tak jak Volvo zrobiło z patentem na pasy bezpieczeństwa). Jeżeli chcesz, aby dane materiały były zawsze kojarzone z Twoją osobą, możesz udostępnić je poprzez stronę naszej fundacji, ponieważ tam one będą zawsze podpisane Twoimi personaliami (jeśli nie zechcesz inaczej) i każdy, kto kiedyś je wykorzysta i podpisze swoim imieniem, będzie wiedział, że jego kursanci i tak będą mogli natrafić na nie kiedyś na stronie fundacji (i odkryć jego wielką autorską tajemnicę). Niczym wykładowcy z uczelni, którzy nie pozwalają robić zdjęć studentom podczas wykładów, odmieniając przez wszystkie przypadki ochronę praw autorskich. Ostatecznie niejednokrotnie okazywało się, że poprzez ukradkiem zrobione zdjęcia można znaleźć tę samą prezentację, ale z prawami autorskimi należącymi jednak do kogoś innego. Moim zdaniem w XXI. w, gdy już każdy ma przynajmniej jedną kamerę wysokiej rozdzielczości zawsze przy sobie, wykładowcy powinni zacząć patrzeć na ten temat trochę inaczej, bo coraz trudniej ukryć swoje lenistwo.
Dlaczego możesz mieć większy wpływ niż myślisz?
Ogromny potencjał tej metody polega na tym, że każdy, kto podzieli się swoimi materiałami, będzie w stanie naprawdę w istotny i zauważalny sposób odmienić nasz świat. Będzie miał wpływ na życie – poprzez lepsze zrozumienie prezentowanych tematów – nie tylko osób odwiedzających stronę fundacji, ale także wszystkich uczniów wszystkich nauczycieli, którzy te materiały wykorzystają podczas swoich lekcji. Wyobraź sobie, że Twoją prezentację pobiera dziesięciu nauczycieli, z których każdy uczy w czterech klasach, w których jest po 25 uczniów. Tylko w jednym roku pomożesz zrozumieć dany temat nie dziesięciu osobom, ale przynajmniej tysiącu, a mówimy tu o skromnych liczbach. Jeżeli uda Ci się rozbudzić ciekawość tematu choćby u 1% odbiorców, a pewnie się uda, skoro pasjonujesz się tym, do czego przygotowałeś materiały, i wiemy, że pasja jest zaraźliwa, to naprawdę możesz mieć swój wkład w powstaniu lekarstwa na raka, technologii rozwiązującej problemy klimatyczne, czy… Trochę popłynąłem, ale kto wie, co będą w stanie osiągnąć nasi uczniowie, w których rozpalimy głód do wiedzy, potrzebę tworzenia i chęć pomagania innym. Może nawet kiedyś pomogą nam osobiście na „stare lata.”
Słowem końca
Na zakończenie pragnę podzielić się refleksją, która jest nieco podłamująca. Gdyby 300, 100, albo choć 10 lat temu, tylko jeden nauczyciel z każdego przedmiotu podjąłby się ambitnego zadania stworzenia „slajdów” (grafik, ilustracji) z własnej wąskiej specjalizacji, dążąc do ich „perfekcji” i ostatecznie udostępniając je wszystkim, to dziś każdy nauczyciel mógłby prowadzić zajęcia w sposób doskonalony przez lata, a nawet wieki.
Nie chcę kończyć na smutnej nuty, więc dodam jeszcze jedną myśl. Nigdy w historii ludzkości nie mieliśmy takiej możliwości łatwego, szybkiego oraz przyjemnego tworzenia i dzielenia się materiałami edukacyjnymi na skalę globalną. Dzięki internetowi i narzędziom typu PowerPoint, to jest czas, by na nowo wymyślić szkołę na miarę „Przemysłu 4.0”, szkołę 4.0. Tym bardziej, że po pandemii niemal wszyscy nauczyciele zdigitalizowali swoje materiały, nauczyli się jak korzystać z nowych technologii edukacyjnych więc teraz pozostaje tylko udostępnić je szerzej.
Projekt uczniów (moich kursantów) technikum Zespół Szkół Politechnicznych w Głogowie
ReflexOn to innowacyjne urządzenie, które pozwala na usprawnienie rehabilitacji, trening umysłu, doskonalenie szybkich procesów myślowych, koordynacji ruchowej oraz nauki.
Na urządzeniu znajduje się pięć przycisków głównych. Każdy z nich ma przypisany kolejno jeden palec dłoni. W zależności od wybranego trybu, musimy wykonywać zadania wyświetlone na ekranie, dodatkowo każdy przycisk ma pomocnicze podświetlenie. Do poruszania się po menu i wybierania trybów służy joystick.
Zastosowanie przy rehabilitacji
Aby odzyskać połączenia mózgu z mięśniami ręki, potrzebna jest duża ilość powtórzeń. Wiele osób wykonuje ćwiczenia rehabilitacyjne w domu. Po czasie dla niektórych może być to monotonne i zniechęcające.
Nasze urządzenie ma urozmaicić ten proces poszerzając go o wiele zróżnicowanych ćwiczeń oraz o dokładną analizę, dzięki której możemy sprawdzić swoje wyniki i progres, co będzie dodatkową motywacją. Dzięki aplikacji mobilnej, po skonsultowaniu się ze specjalistą, ustalimy odpowiedni plan treningowy, który przyniesie najwydajniejsze zestawy ćwiczeń.
Uprzedzam, że ten post kierowany jest do uczniów szkoły podstawowej, a co najwyżej uczniów szkoły średniej i zawiera pewne uproszczenia w celu przedstawienia idei. Nie traktuj go jako notatkę z podręcznika, a bardziej podstawę do dalszego pogłębiania wiedzy – jeśli potrzebujesz. Jeżeli jesteś starszy to język może Ci nie przypaść do gustu (choć z drugiej strony może w końcu zrozumiesz ten temat – bo przecież inaczej nie wylądowałbyś na tej stronie)
Wyobraź sobie, że Internet to wielkie państwo, a komputery to domy w miastach na konkretnych ulicach. Każdy dom musi mieć swój adres, żeby listonosz wiedział, gdzie dostarczyć listy. Adres IP to jakby adres miejscowości, ulicy i domu. Dzięki niemu komputery wiedzą, skąd i dokąd wysyłać informacje.
Maska
Maska to trochę jak instrukcja dla komputera, która mówi, jakie części adresu IP są ważne, żeby znaleźć inne komputery w tym samym „mieście” (sieci). To jak gdybyś miał ulicę z różnymi numerami domów i maska mówiła ci, na jakiej ulicy i w jakim zakresie numerów znajdziesz swoich sąsiadów.
Maska określa też ile domów (komputerów, czy ogólniej urządzeń) może znajdować się w jednej miejscowości
Objaśnienie dla bardziej zaawansowanych:
Maska kodowana binarnie to zawsze ciąg samych jedynek, kończący się ciągiem samych zer. Jeżeli adres IP także zaprezentujemy binarnie to po nałożeniu (wykonaniu operacji AND) w części pokrywającej się z jedynkami mamy zakodowany adres sieci, a w części pokrywającej się z zerami mamy zapisany adres urządzenia.
Adres MAC
Adres MAC to jakby numer dowodu osobistego dla karty sieciowej w twoim komputerze. Każda karta sieciowa ma swój własny, unikalny numer, żeby inne urządzenia w sieci wiedziały, że to właśnie „ty”. Jeśli adres IP to adres twojego domu, to adres MAC to jakby twoje imię i nazwisko; jest zawsze z tobą, bez względu na to, gdzie jesteś. Istnieje 281 474 976 710 656 możliwych adresów MAC, które w teorii nigdy nie powinny się powtórzyć.
Jednak czasem się zdarza, że korzystając z wirtualnych maszyn, przez przypadek przypiszemy dwa takie same adresy MAC (sklonujesz swój komputer) to sieć może „zacząć się sypać”. Uważaj na to, choć w praktyce korzystając z fizycznego sprzętu jest to mało prawdopodobne.
Jak sprawdzić adres IP komputera?
W komputerach z systemem operacyjnym Windows możesz sprawdzić adres IP na kilka sposobików jednak w różnych wersjach Windowsa może wyglądać to inaczej, dlatego poniżej prezentuję tą metodę, która zadziała chyba zawsze.
Uruchom aplikację „Wiersz poleceń” (i poczuj się jak haker 😉 poprzez klikniecie w pierwszą z lewej ikonkę na dolnym pasku Windowsa, a następnie bez klikania w cokolwiek zacznij wpisywać „cmd”.
Po otwarciu tej aplikacji (w tym celu kliknij w „otwórz”), wystarczy wpisać magiczne polecenie „ipconfig”.
Jak zmienić adres IP sterownika PLC?
Najszybciej do ustawień adresu IP sterownika PLC Simensa dostaniesz się z pozycji ustawień sprzętowych „Device configuration”.
A następnie dwukrotnie klikniesz w port ethernetowy (jak na ilustracji poniżej)
Internet protocol version 4 (IPv4) to miejsce w którym musisz przypisać adres urządzenia znajdujący się w tej samej sieci co Twój komputer – mówić prościej – zmień liczbę tylko w ostatniej części na kolejną w stosunku do odczytanej z komputera (mając nadzieję, że takiego adresu w Twojej sieci nikt nie używa – to możesz sprawdzić rozkazem „ping 192.168.xxx.xxx” , ale więcej na ten temat sobie wygoogluj bo to nie temat tego tekstu)
Jeżeli po wpisaniu adresu IP skrolujesz trochę niżej dotrzesz do pozycji „PROFINET”, a tam znajdziesz możliwość przypisania nazwy urządzenia widocznej w sieci podczas poszukiwania w niej urządzeń, co może okazać się bardzo wygodne jeżeli znajdujesz się w sali (firmie) w której jest dużo sprzętu podłączonego do sieci. Dzięki zmianie nazwy nie będziesz musiał pamiętać adresu IP, bo zidentyfikowania PLC wystarczy intuicyjna przypisana w tym miejscu nazwa.
Ciekawostka
Co bystrzejsze oko spostrzeże, że po wpisaniu rozkazu „ipconfig” przewinęło się coś opisanej jako „IPv6 Address” – co to takiego i co ma wspólnego z IP?
IPv4 i IPv6 to dwie wersje systemu adresowania w Internecie. Można je porównać do różnych wersji gry planszowej, gdzie w nowszej wersji jest więcej pól i więcej możliwości. Oto kilka różnic:
Liczba Adresów
IPv4: Ma mniej adresów, bo używa układu 4 grup liczb (np. 192.168.0.1). To jak miasteczko, gdzie jest tylko kilka ulic i kilkaset domów.
IPv6: Ma dużo więcej adresów, bo używa dłuższego układu z literami i cyframi (np. 1200:0000:AB00:1234:0000:2552:7777:1313). To jak wielkie miasto z milionami domów i ulic.
Zapis
IPv4: Używa kropek do oddzielania grup liczb (np. 192.168.0.1).
IPv6: Używa dwukropków do oddzielania grup (np. 1200:0000:AB00:1234:0000:2552:7777:1313).
Złożoność
IPv4: Jest prostsze i starsze, ale przez to są z nim pewne ograniczenia. Jest jak stara wersja gry planszowej, którą wszyscy znają, ale której brakuje już pól.
IPv6: Jest nowsze i bardziej skomplikowane, ale daje więcej możliwości. To jak nowa wersja gry, która ma więcej pól i więcej zasad.
Bezpieczeństwo
IPv4: Nie zostało stworzone z myślą o nowoczesnych zabezpieczeniach, ale można je dodawać później.
IPv6: Ma lepsze zabezpieczenia od początku, ponieważ zostało stworzone później, gdy ludzie już wiedzieli, jak ważne jest bezpieczeństwo w Internecie.
Fundacja CALM edu dzieli się swoją wiedzą w całkowicie darmowy sposób i jest finansowana z środków prywatnych jej założyciela. Jeżeli jednak chcesz dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju naszej fundacji i pomóc nam w przygotowaniu kolejnych darmowych ogólnodostępnych materiałów skorzystaj z komercyjnych szkoleń firmy CALM group, z których pośrednio przychód pozwala pokryć fundacyjne wydatki lub przekaż nam darowiznę na platformie Patronite (wkrótce)
Jeżeli jesteś przedstawicielem szkoły zainteresowanym przygotowaniem swoich nauczycieli do wyzwań edukacji 4.0 lub uczniów do egzaminów zawodowych, pójściem na studia czy przyszłą pracą z wykorzystaniem nowoczesnych technologi to zapraszamy do kontaktu. Lista komercyjnych szkoleń dostępna pod tym linkiem.
To zadanie PLC jest doskonałym wprowadzeniem dla wszystkich, którzy chcą rozpocząć swoją przygodę z programowaniem sterowników PLC. Chociaż wymaga podstawowej wiedzy o timerach i zestykach, jest idealnym przykładem na to, jak proste, ale skuteczne zadania mogą wprowadzić Cię w świat PLC.
Twoim celem jest stworzenie układu, który po załadowaniu na sterownik spowoduje, że lampka będzie świecić przez 0.75s (T#750ms), a następnie przez 1.5s będzie wyłączona. Po tym czasie ponownie się zapali na 0.75s i wyłączy na 1.5s – i tak w nieskończonej pętli.
Dlaczego warto wykonać to zadanie PLC?
Zadania dla sterowników PLC z rozwiązaniami, takie jak to, są kluczowym elementem nauki programowania PLC. Pozwalają one na praktyczne zrozumienie działania podstawowych elementów i funkcji, które są fundamentem bardziej zaawansowanych projektów. Dzięki tym przykładom zadań z rozwiązaniami, będziesz mógł szybko i skutecznie zdobywać nowe umiejętności.
Korzyści z wykonania tego zadania
Realizując to zadanie, nie tylko zdobędziesz praktyczne umiejętności programowania sterowników PLC. Zrozumiesz również, jak działają timery i zestyki w rzeczywistych aplikacjach. Zadania dla sterowników PLC z rozwiązaniami, takie jak to, są doskonałym narzędziem edukacyjnym. Pomoże Ci ono zbudować solidne podstawy do dalszej nauki i rozwoju w tej dziedzinie.
Przykłady zadań z rozwiązaniami są niezwykle wartościowe, ponieważ pozwalają na naukę przez praktykę. Każde wykonane zadanie przybliża Cię do stania się biegłym programistą PLC. Więc nie czekaj, podejmij wyzwanie i zacznij tworzyć swój generator impulsów niesymetrycznych już dziś!
Fundacja CALM edu dzieli się swoją wiedzą w całkowicie darmowy sposób i jest finansowana z środków prywatnych jej założyciela. Jeżeli jednak chcesz dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju naszej fundacji i pomóc nam w przygotowaniu kolejnych darmowych ogólnodostępnych materiałów skorzystaj z komercyjnych szkoleń firmy CALM group, z których pośrednio przychód pozwala pokryć fundacyjne wydatki lub przekaż nam darowiznę na platformie Patronite (wkrótce)
Jeżeli jesteś przedstawicielem szkoły zainteresowanym przygotowaniem swoich nauczycieli do wyzwań edukacji 4.0 lub uczniów do egzaminów zawodowych, pójściem na studia czy przyszłą pracą z wykorzystaniem nowoczesnych technologi to zapraszamy do kontaktu. Lista komercyjnych szkoleń dostępna pod tym linkiem.
Zrozumienie zakresów zmiennych jest kluczowe dla każdego studenta informatyki z wielu powodów:
1. Zarządzanie pamięcią: Zrozumienie zakresu zmiennych pozwala programistom na lepsze zarządzanie pamięcią. Na przykład, jeśli programista wie, że pewne dane nigdy nie przekroczą określonej wartości, może zdecydować się na użycie typu zmiennej, który zajmuje mniej pamięci. Dzięki temu programy działają efektywniej.
2. Unikanie błędów: Wiedza na temat zakresów zmiennych pomaga programistom unikać błędów. Na przykład, jeśli wartość przekracza zakres zmiennej, może to prowadzić do nieoczekiwanych wyników, które są trudne do zdiagnozowania. Korzystając z markerów (czemu dedykowany jest ten rozdział) musisz nieustanie mieć świadomość, gdzie w pamięci zaczyna i kończy się dana zmienna, bo inaczej dwa (lub więcej) kolejnych tagów może na siebie nachodzić i przyjmować losowe wartości.
3. Poprawność wyników: Rozumienie tego zagadnienia jest kluczowe do zapewnienia poprawności wyników. Jeżeli zmienna jest używana do przechowywania wyniku obliczeń, musi mieć wystarczająco duży zakres, aby pomieścić ten wynik. W przeciwnym razie wynik może zostać przycięty lub zniekształcony, co prowadzi do błędów.
4. Bezpieczeństwo aplikacji: Przekroczenie zakresu zmiennej może prowadzić do poważnych problemów z bezpieczeństwem. Ataki typu buffer overflow, gdzie atakujący próbuje wprowadzić więcej danych, niż może pomieścić bufor, są jednym z przykładów, gdzie niezrozumienie zakresu zmiennej może prowadzić do poważnych problemów.
Podsumowując, znajomość zakresów zmiennych to kluczowy aspekt programowania, który pomaga w tworzeniu efektywnych, poprawnych i bezpiecznych programów.
Standardowe zakresy zmiennych PLC
Bit – „b” – z ang. oznacza kawałek, odrobinę – jako że jest najmniejszy oznaczamy go małą literą b.
Bajt – z ang. Byte – oznaczamy go dużą literą „B”, ponieważ składa się z 8 bitów*.
Słowo – z ang. Word – dlatego litera „W”, składa się z 2 Bajtów, a tym samym 16 bitów.
Podwójne słowo – z ang. Double word – litera „D”, nazwa jest intuicyjna, bo składa się z = 2W = 4B = 32b
*W 1956 w komputerach IBM „Stretch” bajt miał 4 bity (16 różnych liczb zapisu), ale podczas produkcji zmniejszono tą liczbę do 3 bitów (8 liczb). Dopiero w 1964 wraz z komputerami IBM System/360 zaczęto kojarzyć bajt z 8 bitami.
Bity wchodzą w skład bajtów, mówiąc inaczej, każdy bajt zbudowany jest z 8 bitów, jest zbiorem 8 bitów – i niczego więcej. Adresując komórkę pamięci „M0.” – wskazujemy, że chcemy się odwołać do komórki pamięci – bitu – leżącego w bajcie o numerze 0. Bity w bajcie numerowane są od 7 do 0.
Wewnątrz MW0 znajduje się MB0 oraz MB1, z kolei w MD0 znajduje MW0 i MW2, a tym są tam 4 bajty z których zbudowane są te dwa słowa.
Z powyższej ilustracji jasno wynika, że niektóre adresy mogą na siebie nachodzić, co stanowi olbrzymie zagrożenie. Jeżeli wyślesz (np. poprzez kolumnę Modify w Watch Table) liczbę 111 do MD2 to zmodyfikujesz także wartości w wszystkich adresach, które mają z MD2 część wspólną lub z których jest ta zmienna zbudowana, to jest: MB2, MB3, MB4, MB5, a także MW1, MW2, MW3, MW4, MW5 oraz MD0, MD1, MD3, MD4 i MD5.
Kolejny wolny adres
Cała sztuka prawidłowego zarządzania pamięcią sterownika polega na świadomym wybieraniu wolnych adresów, które nie nadpisują się z pozostałymi. Poniższa ilustracja stanowi graficzną interpretację takiego prawidłowego zarządzania pamięcią.
W jaki sposób sobie radzić, gdy nie mamy tego wszystkiego rozrysowanego?
Wiedz, że istnieje kilka alternatyw dla markerów, które pod pewnymi względami są nawet od nich wygodniejsze. Jednak, że bloki DB, i interfejsy funkcji nie mieszczą się w podstawie programowej, dlatego o nich nie będziemy mówić.
Fundacja CALM edu dzieli się swoją wiedzą w całkowicie darmowy sposób i jest finansowana z środków prywatnych jej założyciela. Jeżeli jednak chcesz dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju naszej fundacji i pomóc nam w przygotowaniu kolejnych darmowych ogólnodostępnych materiałów skorzystaj z komercyjnych szkoleń firmy CALM group, z których pośrednio przychód pozwala pokryć fundacyjne wydatki lub przekaż nam darowiznę na platformie Patronite (wkrótce)
Jeżeli jesteś przedstawicielem szkoły zainteresowanym przygotowaniem swoich nauczycieli do wyzwań edukacji 4.0 lub uczniów do egzaminów zawodowych, pójściem na studia czy przyszłą pracą z wykorzystaniem nowoczesnych technologi to zapraszamy do kontaktu. Lista komercyjnych szkoleń dostępna pod tym linkiem.
Podoba Ci się to co robimy i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Twoja opinia
Informujemy, iż w celu optymalizacji treści dostępnych w naszym serwisie, dostosowania ich do Państwa indywidualnych potrzeb korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Dalsze korzystanie z naszego serwisu internetowego, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje stosowanie plików cookies.