Ten post jest inny niż większość pozostałych. Nie zamieszczę w nim zbyt wielu fotografii, ciekawostek czy porad. To będzie jeden długi tekst wypełniony emocjami, strachem i radością. Było strasznie i strasznie fajnie, nawet zarobiłem 50zł (choć nie chciałem). Ten dzień pomimo, że w mało atrakcyjnym miejscu być może będę pamiętał najdłużej z całej tej wyprawy. To opis jednego z tych dni, w których tyle się dzieje, że aż nie mogą być prawdziwe. A jednak, ta przygoda wydarzyła się naprawdę…
Dzień wcześniejszy zakończyłem przemęczony, przemoczony po kilkudniowym trekkingu w takim stanie, że nawet nie miałem siły ponarzekać na warunki jakie zastałem w Raszt.(link do opisu dnia wcześniejszego znajdziesz w powyższym boksie) Gdy rano obudziłem się w najgorszym hostelu w jakim przyszło mi spać od razu zacząłem się pakować. Zapłaciłem za te 4 ściany (a tak naprawdę jedną ścianę bo z dwóch stron okna i z trzeciej zabite drzwi do innego pokoju w którymś ktoś pół nocy gadał) 35 zł plus 9zł za możliwość skorzystania z prysznica (!). Było tak brudno, że na parterze znalazłem karalucha, a sam właściciel do ubikacji wchodził w masce (serio!). Szkoda o tym gadać. Dokończyłem słoik nutelli, który został mi z gór i wyszedłem w stronę wylotówki z miasta.
Sama w sobie miejscowość Raszt jest dość atrakcyjna i zadbana. To pewnie dlatego ciężko znaleźć w niej nocleg za mniej niż 200zł. Na zdjęciach rynek z zabudową w bardzo europejskim stylu.
Stopem do Azerbejdżanu
Już 1km od centrum zacząłem łapać stopa. Pięciu pierwszych kierowców zaczynało rozmowę od pieniędzy, więc… szybko odjeżdżali gdy dowiedzieli się, że nie chce zapłacić. Oczywiście nie była to płynna rozmowa bo nie znaliśmy wspólnego języka. Ale zawsze jakość wychodziło na jaw o co im chodzi, bo przecież jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
Z kolejnym kierowcą też pogadać się nie dało, choć przejechaliśmy razem aż 50 km. Gdy miał zjeżdżać z drogi szybkiego ruchu w inną stronę niż potrzebowałem to, zatrzymał się pod mostem. Dzięki niemu nie musiał łapać kolejnego pojazdu w deszczu, choć i tak byłem już przemoknięty do suchej nitki. Szło opornie bo znowu szło o kasę. Aż dziwne bo wcześniej w tym kraju nie przydarzyło mi się nic podobnego. Najwidoczniej północny Iran to już inni ludzie. Może dlatego, że pada, albo, że mają psy, a może dlatego że jedzą ryby (na pustyni ich nie było). Kto wie?
Po chwili podszedł do mnie mężczyzna z zaparkowanego nieopodal samochodu. Nie był poliglotą jednak skutecznie się ze mną dogadał swoim łamany angielskim. I już za to należy mu się pochwała, patrząc na inne poranne doświadczenia z kierowcami. Powiedziałem mu o co chodzi, więc teraz to on zaczął łapać stopa dla mnie. Dziwny motyw.
Niestety bez sukcesów. Więc zaprosił mnie do swojego auta. Odjechaliśmy trochę od głównej drogi bo musiał odwiedzić swój sklep, który prowadził w małym mieście nieopodal gór z których wczoraj zszedłem. Po drodze nie rozumiejąc idei autostopu spytał się mnie dlaczego nie chce płacić za przejazdy. Jako, że jego angielski był słaby to aby nie komplikować nam obu życia, skłamałem, że jestem studentem.
50zł na drogę?
Gdy dotarliśmy do jego sklepu z metalowymi elementami zaprosił mnie do środka. Korzystają z translatora dowiedziałem się, że chce w nim spędzić następne 2 h i ruszyć dalej. Odpowiedziałem mu, że nie mam aż tyle czasu. W takim razie to on – tym razem skutecznie – załatwił mi kolejny transport i wręczył 50 zł na drogę. Odmówiłem – bo przecież nie z powodu braku gotówki jeżdżę stopem – o czym on nie wiedział. Podziękowałem grzecznie i starałem się wytłumaczyć, że nie potrzebuje. Wtedy on uparcie włożył mi te pieniądze do dłoni i ją zamknął, urywając dyskusję. Bardzo nie lubię takich sytuacji bo nie o to mi przecież chodzi aby brać cokolwiek więcej od pomagających mi ludzi niż samą podwózkę.
Z pamiętnika podróżnika
Ludzie dobrej woli
Kilka lat wcześniej miałem podobną ale poruszającą sytuację w Rumuni. Gdy to bardzo wiekowy kierowca w swoim starym rozsypującym się samochodzie po podrzuceniu mnie kilka kilometrów też postanowił wesprzeć mnie finansowo. Bardzo prawdopodobne, że był to najuboższy i najstarszy z kierowców, z jakim miałem przyjemność podróżować. Jestem też przekonany, że te kilkanaście złotych, które mi tak uparcie wręczył stanowiły dla niego nie mały wydatek. Co robić w takiej sytuacji? Można się kłócić i nie przyjąć tych pieniędzy tym samym „urazić” dobroczyńcę, lub zabrać je i wręczyć po drodze komuś potrzebującemu. Na szczęście świat jest pełen ludzi dobrej woli, którzy sami niewiele posiadając chcą też pomagać innym. Ludzie potrzebują tego aby czuć się potrzebni i mieć świadomość, że są zwyczajnie dobrymi osobami. To nas uszczęśliwia. Tylko czy my mieszkańcy Zachodu nie zapomnieliśmy o tym ….
Po chwili okazało się, że na tych 50 zł się nie skończyło, bo dał jeszcze jakieś pieniądze jego koledze który mnie podwiózł dalej. Podrzucił mnie do miasta oddalonego o ok 40 km. Tam znalazł dla mnie kolejny transport i przekazał kierowcy kasę. Ten kierowca w kolejnym mieście zrobił dokładnie to samo i w ten sposób znalazłem się nieopodal granicy. „Łańcuszek pomocy” w tym wypadku nabiera całkowicie innego znaczenia.
Po spacerze w deszczu przez pół miasta zjadłem na szybko jednego z najlepszych kebabów jakiego kiedykolwiek jadłem i dotarłem do przejścia granicznego.
Przejście graniczne znajdowało się przy samej plaży. Można było wręcz odnieść wrażenie, że łatwiej byłoby je przekroczyć taką łódką niż przejść Azerską kontrolę.
Przekroczenie granicy
Mówiłem już, że Irańczycy są bardzo uśmiechniętymi ludźmi? Do tego wyluzowanymi i pomocnymi?. Jakby mi ktoś powiedział, że na jakiejkolwiek granicy będę sobie luźno gadał i żartował z celnikami to bym nie uwierzył. A tam tak było. Gdy dowiedzieli się, że jestem z Polski podszedł do mnie jeden młodszy celnik i podał mi rękę. Dziwne, pierwszy raz witam się z celnikiem jakby był moim starym kumplem. Potem przyłączył się drugi i wymieniliśmy kilka miłych zdań. Poopowiadali mi kawy! Bardzo wyraźnie dało się odczuć, że mają nadmiar czas. Kazali mi usiąść i zaczekać bo zaraz jeden z nich miał wrócić z formularzem, który muszę uzupełnić przed opuszczeniem kraju. Po chwili okazało się, że nie ja będę musiał pisać tylko celnik mnie w tym wyręczy. Naprawdę byłem zaszokowany tą „obsługą”. Było naprawdę zabawnie gdy trzeba było przetłumaczyć na perski moje dane do kwestionariusza. Bo jak zapisać po Persku Grzegorz ? Ale daliśmy radę.
Opuściłem granice po stronie irańskiej i znalazłem się na „ziemi niczyjej”. W myślach pożegnałem się z tym niezwykle gościnnym krajem. Byłem już zniecierpliwiony. Niewiele czytałem o Azerbejdżaninie, nie widziałem, żadnego wloga ani nie przeczytałem ani jednego bloga na jego temat. Nie wiedziałem czego się spodziewać. Jedyne co utkwiło mi w pamięci po rzuceniu okiem na notatkę z przewodnika to fakt, że 100 lat temu eksportował ponad 50% światowej produkcji ropy. Dlatego Miałem cichą, nadzieję, że kolejny kraj do którego granic się zbliżałem, przyćmi swoim bogactwem wszystko to co do tej pory widziałem.
Dalej nie przejdziesz!
Zabawa zaczęła się już przy pierwszym okienku po stronie Azerbejdżanu. Celnik dostrzegł na mojej fotografii paszportowej chrostkę na brodzie, która znikła w naturalny sposób 7 lat temu. Czy taki drobiazg może być problemem? Odwiedziłem z tym paszportem większość krajów, które miałem przyjemność zwiedzać i to był pierwszy celnik, który nie potrafił się zdecydować czy ja to ja! I to mu tak bardzo dawało do myślenia, że po 10 minutach wpatrywania się we mnie wezwał swojego kolegę. Pomyślałem „na szczęście”. Jednak szybko się rozczarowałem.
Przez kolejne 15 minut miałem patrzeć się im prosto w oczy. Na zmianę. Raz jednemu, raz drugiemu i nie mogłem się uśmiechać. Jak to zrobić? Niby sytuacja poważna bo za chwilę mogłem utknąć na „ziemi niczyjej” bez aktualnej wizy do Iranu (ważna tylko na jeden wjazd), ale z drugiej strony dość zabawna. Ostatecznie pojawił się ich przełożony – którego też wezwali – i dopiero ten celnik wpadł na pomysł aby się mnie zapytać co to za kropka na zdjęciu. Czy to jest moje znamię, jakiś pieprzyk czy co? Odpowiedziałem, że to była chrostka i mnie puścili. Pół godziny przy jednym okienku!
Następnie kontrola bagażu tak jak na lotnisku. Kilka taśm do transportu bagażu, kilka okienek i kilkoro celników. Trochę czułem się zagubiony. Wszyscy pracownicy tego przejścia granicznego mijali mnie jakbym nie istniał. Niektórzy wręcz uciekali gdy chciałem do nich podejść z pytaniem. Dlatego ostatecznie informacji udzieliła mi Pani sprzątaczka. Dostrzegła, że stoję i że nie za bardzo wiem co z sobą robić więc podeszła i powiedział co dalej.
Sprawa z paszportem załatwiona, bagaż prześwietlony to najwyższa pora zjeść coś w zachodniej sieciówce. Już od rana towarzyszyła mi ta myśl, że skoro wjeżdżam do bardzo bogatego kraju to zjem jakieś niezdrowe rzeczy na miły początek kolejnego etapu podróży.
Jak zwierzę w kratce
Jakie wielkie spotkało mnie zaskoczenie gdy wychodząc na zewnątrz zamiast nowoczesnego miasta zobaczyłem jeszcze jedno okienko celnika i kraty wokoło. Za tymi kratami kilkudziesięciu mężczyzn wyglądających jak gangsterzy z jakiś posowieckich wiosek. Stare szare sweterki w romby, przykrótkie kurtki, obfite wąsy. Większość z sporymi bojlerami i wszyscy z papierosem w ręku. Nie takiego widoku się spodziewałem. Klimatu dreszczowca dodawała jeszcze pogoda. Chmury przysłoniły całe niebo z których od kilku dni w tej okolicy sączył się leniwie deszcz. Niezbyt liczne latarnie zamiast rozświetlać okolicę błagały cierpliwie, bez skutku o wymianę żarówek.
Przed samym wejściem na „miasto” musiałem pokazać paszport jeszcze raz. Jednak nie byłem już tego tak bardzo pewny, czy aby na pewno chcę wejść do tego miasta. Gdy ludzie za kratami mnie dojrzeli zaczęli coś krzyczeć w moją stronę. Ja wyciągam paszport i wręczam go celnikowi, a tu nagle za kratami budzi się do życia masa facetów. Powstało spore zamieszanie, niczym w filmie o zombi gdy to te stwory dostrzegają smakowitego żywego człowieka. Rozglądam się wokoło i nie wiem co robić, bo Ci mężczyźni nie wyglądali na przyjaźnie nastawionych. Starałem się zachować zwyczajny wyraz twarzy jednak celnik, oddając mi paszport chyba zauważył moje zdenerwowanie i gestem otuchy …. Machnięciem ręki kazał mi wyjść. Super….
Wtedy część z tych facetów – może z 15 – podbiegła do mnie. Na początku nie wiedziałem czy się bronić czy uciekać. Dopiero gdy minęło parę sekund, choć miałem wrażenie, że trwało to znacznie dłużej, zrozumiałem o co im chodzi. Zobaczyli Europejczyka – pomyślałem -, pewnie dostrzegli mój paszport bo stali blisko budki celnika. Człowiek z Zachodu nie jest częstym widokiem na irańskim przejściu granicznym. Obstawiam, że pomyśleli sobie „na pewno chce jechać taksówką do stolicy”. Kto bogatemu zabroni jechać taksówką 300km? Oczywiście odmówiłem, czy raczej szybkim krokiem uciekłem i udałem się w stronę centrum. Kilkoro z nich nie odstępowało mnie przez spory kawałek drogi, jednak gdy zrozumieli, że faktycznie nie wyglądam na zamożnego – wcześniej spędziłem 3 dni w górach – odpuścili. Cały czas próbowałem ukryć na swojej twarzy zaskoczenie wymieszane z przerażeniem.
Jak w kryminale o Zimnej Wojnie
Gdy w końcu zostałem sam, przypomniałem sobie jak jeszcze przed przekroczeniem tej granicy, liczyłem, że za parę minut ujrzę XXII wiek. Jakie wielkie zaskoczenie mnie spotkało gdy zobaczyłem wiek XIX!! I liczyłem już tylko na to aby się z tego miejsca wydostać. Jeśli chodzi o emocje to Azerbejdżan pobił Iran o głowę. Wjazd do Iranu to była „zwykła” podróż geograficzna, a ta to podróż w czasie.
Na chodniku siedzą ludzie z złotymi zębami, na drogach tylko duże Fiaty i Łady. Wszędzie dziura na dziurze (na drogach, chodnikach i ścianach) i bezdomne psy. Już widzę, jak złapałem stopa na raz – pomyślałem rozczarowany.
Początkowo postępowałem zgodnie z planem. Przeszedłem przez miasto, a na wylotówce pomimo wieczoru i deszczu chciałem spróbować złapać jakiegoś tira lub inny pojazd większy od Fiata. Po 15 minutach uświadomiłem sobie, że powodzenie tego planu można śmiało włożyć pomiędzy bajki. Co teraz? Jest wieczór. Okolica szara, niepewna niczym z dobrego kryminału. Pada. Nie mam pieniędzy bo kantor już zamknięty, a o bankomacie mogłem tylko pomarzyć. Jestem sam jak palec otoczony obrazkami z lat młodości moich dziadków. Trochę słabo. Szczerze mówiąc trochę się przestraszyłem. Niby podobne sytuacje zdarzały mi się już wcześniej choćby w Rumuni, Wiedniu czy Wietnamie to na początku nigdy nie wiadomo co dalej.
Zobaczyłem, idąc wzdłuż drogi, że jakiś większy wypasiony samochód jedzie w moją stronę. Niecodzienny widok na ulicy przypominającej kadr z filmu o Leninie. Trochę się ucieszyłem i pokazałem kierowcy z chodnika karteczkę z napisem Baku. A on jedynie machnął ręką. Pewnie tam nie jedzie i pojechał dalej sam. Wtedy się zorientowałem, że w tej okolicy dużym nowoczesnym mercedesem to pewnie jeździ tylko mafia. To też może i dobrze, że się nie zatrzymał.
Po chwili jednak w oddali dostrzegłem, że się zatrzymał i zawrócił. Zatrzymał się przy mnie i zaprosił do środka. No to będzie się działo – pomyślałem. Nasza konwersacja po rosyjsku – ten język idealnie komponuje się z tym co widzę za szybami samochodu, czułem się jak aktor w filmie o szpiegach podczas Zimnej Wojny) przebiegała trochę sprawniej niż te w Iranie. Przynajmniej część słów dało się zrozumieć. Po persku lahestan ( لهستان ), to to samo co po rosyjsku Polsha ( Польша ) czyli Polska, brzmi już bardziej intuicyjnie. Jak się po chwili okazało kierowca jest właścicielem ośrodka wypoczynkowego i miał dwa pomysły jak mi pomóc dostać się do Baku. Autobus lub pociąg. Wybraliśmy ten drugi środek transportu bo miał dojeżdżać jak co dzień o 20.10.
Po dotarciu na dworzec nie liczyłem na zbyt wielkie luksusy. Wystarczył bankomat i otwarta kasa. Przynajmniej jedno było na miejscu.
Złote zęby i masa problemów
Znowu się udało – pomyślałem – jednak trochę za szybko. Gdy dotarłem na malutki dworzec okazało się, że – choć z perspektywy czasu wydaje się to oczywiste – nie akceptują kart płatniczych, euro ani dolarów. Mało tego ten kraj leży w innej strefie czasowe o czym też nie miałem pojęcia. Na moim zegarku już 17 więc i czasu do 20.10 mam mniej niż bym się spodziewał, bo tylko dwie godziny.
Stoję sobie przy kasie i błagalnym spojrzeniem proszę młodego biletowego aby przyjął ode mnie dolary lub euro. Trochę stałem przy tym okienku – bo nie było kolejki – niestety otrzymywałem jasną odpowiedź. Chłopak nie znał angielskiego to tylko się zastanowił i po rosyjsku powiedział, że przeprasza ale euro, dolarów i kart nie akceptują. Zrozumiałem też, że i kantor w centrum miasta o tej porze już zamkniętym. A ile tak właściwie kosztuje ten bilet – spytałem? Pociąg z kuszetkami do spania jedzie całą noc do stolicy więc pewnie tanio nie jest. Ale w takiej sytuacji cena nie gra roli! A co mi tam… Dowiedziałem się, że cena wynosili całe 22 zł. No to się szarpnęli. W kieszeni mam sto euro i kilkadziesiąt dolarów, a tu nie mam co z nimi zrobić.
Załamany i bez pomysłu usiadłem na ławce w poczekalni. Po chwili do okienka podeszło kilku kolejnych zainteresowanych biletami na jeden z dwóch kursów z tego dworca – jedynych dwóch kursów. Chciałem każdemu z nich zaoferować wymianę 20 dolarów po bardzo atrakcyjnym kursie ale nie przeszło. Na szczęście jeden z nich był taksówkarzem i po rozmowie z chłopakiem z okienka zdecydował się mi pomóc.
Po raz kolejny tego dnia wyszedłem na deszcz, aby udać się za kierowcą do jego samochodu. Dodam, że moich letnich butach do biegania już od wczoraj miałem staw i czekałem tylko kiedy znajdę w nim pierwsze rybki. Plułem sobie w brodę, że nie zabrałem butów z membraną na tą wyprawę. Jednak kto by pomyślał, że tu aż tak pada kilka dni z rzędu.
Prawda, że okolica bardzo pozytywna ? Na pierwszym planie, moja taksówka, na głównej drodze dojazdowej do dworca.
Wracając do taksówki.. . Pojechaliśmy do cinkciarza. Wychodzę z starej czarnej Łady i widzę grubszego faceta. Siedzi on na skrzynce,a grupka mężczyzn stoi wokół niego i głośno się śmieje. Taksówkarz podchodzi do niego i tłumaczy o co chodzi. Cinkciarz się uśmiecha, a w jego ustach dostrzegam zęby złote na przodzie i gruby portfel w rękach. Kurs zawyżył sobie o jakieś 20proc. Trudno, nie było innego wyjścia. Negocjacje się nie udały, bo i tak byłem na straconej pozycji. Jednak wymieniłem pieniądze jedynie o wartości 50 zł to też nie byłem wiele stratny.
Szybko wróciliśmy na dworzec. Zapłaciłem taksówkarzowi za drogę pozostawiając spory napiwek i kupiłem upragniony bilet. W tym miejscu mogła by się kończyć moja historia ale to jeszcze nie wszystko. Najciekawsze dopiero przede mną.
Masz ochotę na kaczkę?
Przy okienku stał facet, który zagadał do mnie łamanym angielskim. Pewnie już co nieco o mnie usłyszał od kasjera z okienka bo w tej małej miejscowości pewnie wszyscy się znają. Chwilę pogadaliśmy nim się sobie przedstawiliśmy. Co prawda byłem zmęczony po dzisiejszych przygodach i nie bardzo miałem ochotę poznawać nowych ludzi jednak, że wydawał się być bardzo miły i ciekawy mojej podróżny to dałem mu cukierki z Polski na spróbowanie.
On w zamian zaprosił mnie do siebie na kolacje! Jeszcze rok wcześniej nie zgodziłbym się pójść z nieznanym facetem, wieczorem do jego domu gdzieś na końcu świata w jakiejś zapomnianej azerbejdżańskiej wiosce. Tym bardziej, że nikt z bliskich o tym nie wiedział. Dlatego drogi czytelniku nie postępuj aż tak lekkomyślnie podczas swoich podrózy. Jednak z większym bagażem doświadczeń łatowej przychodziło mi, dać się pochłonąć przygodzie i bardziej korzystać z niespodzianek, które podróż stawiała na mojej drodze. Od pamiętnego autostopu po Europie nauczyłem się jak być bardziej otwartym na ludzi, czerpać z przygody pełnymi wiadrami i częściej zmieniać swoje plany aby jeszcze więcej odkrywać.
Gdy tyko zgodziłem się pójść z moim nowym kolegą to on zadzwonił do swojej mamy. Poinformował ją – a przynajmniej tak się domyślam – że będą mieć gościa na kolacji. Do pociągu jeszcze ponad godzinę, więc wystarczająco dużo czasu aby zobaczyć jak mieszkają Azerowie. Drogi z niezliczonymi dziurami biły te poznane na Ukrainie o głowę. Gdy w końcu dotarliśmy Azer – bo tak ma na imię towarzysz – pokazał mi swoje rękodzieła. Zawodowo zajmuje się tworzeniem kreatywnych mebli z drewna, a hobbistycznie jest trenerem zapasów. Swoje kreatywne i niepowtarzalne prace promuje na Instagramie. Później okazało się, że to zaproszenie nie było tak całkiem prywatne bo poszukiwał on kogoś w Europie Zachodniej aby umożliwić mu wejście na nasz rynek. Prace wydawały się solidne jednak pochłonięty podróżą nie miałem do tego głowy więc nie ubiliśmy targu.
Ja wraz z nowym gościnnym kolegą.
Jak u prabaci
Zaproszono mnie do kuchni. Pierwsze co odczułem wtedy, to to że już chyba kiedyś tu byłem. Co oczywiście nie mogło być prawdą. To pomieszczenie do złudzenia przypominało kuchnię mojej prabaci, którą jeszcze pamiętam z najmłodszych lat. Przywitałem się z starszą panią, ubraną też jak moja prababcia i usiadłem przy stole. Na kolacje była kaczka z ryżem, a do picia pyszny domowy kompot. W międzyczasie co chwilę ktoś z domowników, przychodził się ze mną przywitać. Po poznaniu całej rodziny wróciliśmy na dworzec i wbiegłem wprost do pociągu.
Pociąg komfortowy. Łóżka miękkie i czyste z pakowaną pościelą. Nieźle jak za cenę 20 zł. Taniej niż nocleg w hostelu. Za dwa złote, zakupiłem sobie jeszcze gorącą herbatkę do przedziału, żeby się po całym tym męczącym dniu choć trochę rozgrzać. Na koniec spisałem jeszcze sobie jeszcze tą historię, którą czytasz w swoim telefonie aby o niczym nie zapomnieć i zapadłem w głęboki sen.
Warunki wręcz hotelowe…
Niestety nie na długo, bo już po 2 godzinach wsiadła dwójka młodych gadatliwych Azerów i jakoś musieliśmy się razem przemęczyć przez kolejnych 6. Długość trasy to ok 300km, więc nie można powiedzieć, że pędziliśmy co celu z prędkością błyskawicy.
Lubisz spędzać czas w górach? Przeszedłeś już Beskidy, Tatry, Bieszczady i chcesz czegoś więcej? Masz już za sobą wielodniowe trekingi, zimowe wędrówki na szczyty, biegi nocne i wspinaczkę skałkową? A mimo to w dalszym ciągu poszukujesz urozmaicenia? Jeżeli poszukujesz zdrowej adrenaliny w górach i pociąga Cię Orla Perć ale uważasz, że typowy alpinizm, wspinaczka po lodospadach to już przesada, to mam coś dla Ciebie. Jeżeli przynajmniej na część z powyższych pytań odpowiedziałeś twierdząco to może czas spróbować ferrat? Nie ważne czy masz 13, 20 czy 55 lat możesz sprawdzić się na „ekstremalnej” wspinaczce z wmontowanymi zabezpieczeniami. W tym poście dowiesz się co to jest ta ferrata (lub via ferrata), jak się to „je” i od czego zacząć. Miłej lektury.
Ferraty czyli co?
Autorska definicja
„Via ferrata” po włosku żelazna droga (ścieżka), czyli trasa w górach (choć nie tylko) z zamontowanymi na stałe metalowymi linami służącymi do asekuracji, oraz drabinkami, prętami ułatwiającymi przejście wymagających (zwykle odwagi, czasem też sprawności fizycznej) tras wyznaczonych na ścianach skalnych.
Odrobina historii ferrat
Tak samo jak wielkim problemem i tematem niekończących się dyskusji jest przydzielenie tytułu pierwszego konstruktora samochodu. (Dygresja czy to był Carl Bezn z swoim trzykołowcem, czy Daimler i Maybach z czterokołowcem, albo jeszcze inny konstruktor pojazdów napędzanych parą lub prądem, którzy byli przed nimi.) Tak samo nie da się precyzyjnie określi kiedy powstała pierwsza ferrata. Ludzie od zawsze wędrowali po wyznaczonych ścieżkach przez górach. Czasem w celu skrócenia sobie trasę pokonywali coraz to bardziej niebezpieczne odcinki, które zyskując na popularności modyfikowali pod siebie. Ryto stopnie i ścieżki w ścianach, z czasem je poszerzano, montowano liny …
Najczęściej przytaczaną historią powstania pierwszych żelaznych tras jest ta przywołująca historie z pierwszej wojny światowej. Żołnierze walczący po obydwóch stronach konfliktu pomiędzy Włochami, a Austro Węgrami toczyli bitwy w Dolomitach. Do starć dochodziło w nawet najtrudniej dostępnych miejscach. Takie lokalizacje zmusiły wojskowych inżynierów do projektowania tras umożliwiających szybkie przemieszczanie się żołnierzy i transportowanie cięższych karabinów na szczyty lub przełęcze. Poza trasami wyznaczanymi po zboczach, półkach skalnych, w wykutych jaskiniach, budowano również te które dzisiaj nazywamy ferratami (udostępnione aktualnie turystom).
W różnych źródłach można natrafić na informacje, że twórcą pierwszej udokumentowanej ferraty, bo już w 1843 r. na górze Dachstein był Friedrich Simony. Trzy dekady później zamontowano też ułatwienia dla turystów na górach Grossglockner i Zugspitze.
Kilka zdań wprowadzenia
Od typowej wspinaczki skałkowej, alpinizmu czy taternictwa ferraty różni:
ogólnodostępność
brak wymogu długotrwałego specjalistycznego przygotowania fizycznego i szkoleń. Potrzebujemy jedynie wprowadzenia do posługiwania się sprzętem do asekuracji podobnym do tego, który znamy z parków linowych. Dzięki temu niektóre trasy mogą przejść dzieci pod opieką osób dorosłych czy nawet tych w starszym wieku. W Aplach widok dziadków wspinających się wraz z swoimi wnukami nie jest niczym wyjątkowym. Wydaje mi się nawet, że w niektórych rodzinach jest to tradycyjny sposób spędzania weekendów na świeżym powietrzu. W Austrii całe rodziny lub grupki znajomych zamiast siedzieć w domu przed telewizorem jeżdżą sobie po całym państwie zaliczając kolejne trasy, a przy okazji odkrywają nowe miejsca w swoim kraju. Super aktywność fizyczna, na świeżym powietrzu doprawiona porcją adrenaliny.
W zależności od trasy i jej poziomu trudności na części odcinków zamontowano liczne szczeble bez których wspinaczka byłaby niemożliwa bez odpowiedniego doświadczenia, z kolei na innych mamy tylko skały i linę dla wpięcia asekuracji. Wybierając się na trasy z dziećmi trzeba mieć na uwadze to, że na trudniejszych ścianach szczeble (lub pręty) zamontowano dla rozstawu nóg osób dorosłych!
potrzebny sprzęt
to co wymagane to kask, uprząż ale najważniejszym i charakterystycznym ekwipunkiem dla pokonania ferraty jest lonża z absorberem energii. W standardowej wspinaczce skałkowej współczynnik odpadnięcia jest niezbyt duży (ogólnie mówiąc oznacza on jak daleko polecisz po odpadnięciu od ściany) bo gęsto są zamontowane punkty asekuracyjne, do których przypięta jest Twoja lina. W przypadku ferrat sprawa wygląda całkowicie inaczej. Odcinki 3 metrowe lub dłuższe pomiędzy kolejnymi punktami przymocowania żelaznych lin do skał nie należą do rzadkości. Rzeczy, które też warto zabrać na trasę to: odpowiednie buty (moim zdaniem niskie trekingowe sprawdzają się najlepiej), rękawiczki (mogą być rowerowe), długie spodnie z elastycznego materiału, butelka z wodą i gdy wspinamy się w cieniu to coś z dłuższym rękawem.
Wspinając się w cieniu preferuję mieć ubrany na sobie softshell, który zawsze można rozpiąć. Moim zdaniem niskie buty trekingowe są odpowiednie na samą wspinaczkę, ale jeśli do punktu początkowego trasy trzeba dojść spory kawałek
ile to kosztuje
Z założenia niemalże wszystkie ferraty są darmow dlatego można bez obawy rzec, że są w zasięgu finansowym każdego z nas. Jedyny obowiązkowy wydatek to wypożyczenie sprzętu (najlepiej w Polsce) i transport do krajów gdzie wyznaczono trasy. Koszt jedzenia, transportu i noclegu można zminimalizować wybierając się w kilka osób autem, a następnie tak jak i my zrobiliśmy rozbijać namiot przy parkingach (zdjęcie na górze strony). Czasem na parkingach z przepięknym widokiem.
atrakcje na trasach
jeżeli miałbym do czegoś przyrównać ferraty to na pewno nie do wspinaczki skałkowej. Bardziej do darmowego parku linowego rozciągniętym na sporej wysokości w bardzo atrakcyjnym miejscu. Na takich trasach spotykałem do tej pory nie tylko liny i drabinki ale też liczne mosty linowe (czasem bardzo długie co możesz zobaczyć na drugiej fotografii w tym poście), drabiny poziome, metalowe siatki i inne atrakcje, które zaplanowali dla odwiedzających ich twórcy. Jak się łatwo domyśleć, najwięcej takich „zabawek” jest zamontowanych na niskich trasach w skałkach adresowanych dla dzieci lub początkujących turystów. Najlepszym przykładem jest „Via Ferrate Bambini – Kinderklettersteig” nieopodal Norymbergi – jej plan zamieszczam poniżej.
Trasa z prawej strony przewidziana dla dzieci choć i my mieliśmy na niej trochę zabawy (źródło www.bergsteigen.com). Rewelacyjna trasa na rozpoczęcie przygody z ferratami i w okolicy znajduje się jeszcze druga (po lewej) kierowana już dla dorosłych z przejściem przez otwór w skałach (poniższa fotografia).Ferraty poprowadzono nie tylko w wysokich górach ale czasem też po skałach schowanych w lasach z takimi dodatkowymi atrakcjami jak na zdjęciu. Moim zdaniem Góry Stołowe lub Jura Krakowsko-Cczestochwska to wprost idealne miejsca aby tam wyznaczyć trasy ferratowe.
zaskakujące lokalizacje
Alpinizm możesz uprawiać w Alpach, Taternictwo w Tatrach a wspinaczkę skałkową wszędzie tam gdzie znajdziesz odpowiednie ścianki (sztuczne lub naturalne). A co z ferratami? W Polsce niestety, – przynajmniej z tego co mi wiadomo – nie posiadamy ani jednej trasy ferratowej z prawdziwego zdarzenia. Cześć osób uważa, że Orlą Perć można pod tą kategorię tras podciągnąć tyle tylko, że nie posiada ona metalowej liny asekuracyjnej na całej swojej długości. W aplikacji FerrataGuide można znaleźć tylko dwie ferraty na terenie naszego kraju choć jedna z nich to trasa turystyczna przez Szczeliniec Wielki, podciągnięta na siłę po tą kategorię i to bardzo na siłę.
Gdzie można znaleźć trasy ferratowe? Odpowiedź nie jest tak oczywista jakby mogło się wydawać ponieważ nie tylko w górach, a czasem np. w centrach miast! Tego typu trasy można spotkać wszędzie tam gdzie komuś chciało się je przygotować i nie ma na to pytanie bardziej precyzyjnej odpowiedzi (choć najwięcej i najciekawsze to oczywiście w Alpach).
Austriacy tak bardzo polubili ferraty, że jedną i to o wysokim poziomie trudności (E) wyznaczyli sobie w samym centrum Salzburga. Trasa ta nazywa się „City Wall Klettersteig” i można za jej pomocą wspiąć się na ogromną skalę na której wybudowano malutki pałacyk Franziskischlössl. Innym zaskakującym przykładem jest trasa z poniższej ilustracji, która zaczyna się w praktyce na terenie kościoła w jednej z austriackich miasteczek. Jeszcze jednym ciekawym przykładem jest trasa w Lipsku wyznaczona na ścianie starej wieży ciśnień, a aktualnie centrum wspinaczkowego.
Trasa powyższej ferraty rozpoczyna się właściwie na terenie kościoła. Chyba w nie wielu miejscach można zdanie „przez kościół chcę trafić do Nieba” potraktować tak dosłownie.
Oznaczenia trudnościferrat
Nie istnieje jasno i precyzyjnie określony przepis (czy raczej norma) jak wyznaczać poziom trudności poszczególnych tras. Wszystko zależy od autora artykułu, książki i jest to ocena bardzo subiektywna. Jednak w całej Europie przyjmuje się skalę 6 stopniową, a tą cieszącą się największą popularnością jest skala austriacka. W jej skład wchodzą litery od A do F oraz ich wszystkie wariacje B/C , E/F itp. Z kolei w Niemczech skala opisywana jest K1 – K7, a w Francji i Włoszech innymi dziwnymi kombinacjami liter.
Standardowa skala:
A – ferrata o bardzo niskim poziomie trudności, nie wymagająca sprzętu asekuracyjnego poprowadzona po ścieżkach z nielicznymi drabinkami i łańcuchami. Wiele szlaków po Tatrach Wysokich można by podciągnąć pod tą kategorię. Czasem na trasach bardziej wymagających można znaleźć takie odcinki (patrz powyższe mapki) i warto je potraktować jako wygodne miejsce na odpoczynek.
B – ferrata stosunkowo łatwa, wymagająca minimalnego doświadczenia i wskazane lub obowiązkowe korzystanie z sprzętu. Można spotkać się z opiniami, że nasza Orla Perć mogłaby poziomem trudności się tutaj wpasować.
C – ferrata w pełnym znaczeniu tego słowa, wymaga asekurowania się lonżą i pewnego stopnia wtajemniczenia. Zaczynają pojawiać się przeszkody do pokonania, których trzeba użyć trochę siły i wykazać się sprawnością.
D – ferrata poprowadzona w terenie pionowy, często również przewieszony (gdy zawiśniesz na rękach to nogi zwisają Ci w powietrzu). Klamry i stopnie często rozmieszczone daleko od siebie dlatego zasięg nóg dla najniższych osób może stanowić pewien problem. Trasa jest przeważnie bardzo eksponowana (wymagająca wspinania się). Często jedynym sztucznym elementem jest stalowa lina asekuracyjna (ewentualnie proste pręty zamiast szczebli pod stopami). Przejście wymaga silnych ramion oraz dobrej techniki i kondycji.
E – ferrata dla doświadczonych, odważnych i sprawnych „zawodników”. W przeważającej części przewieszony teren skalny, stawiający ogromne wymagania pod względem siły , techniki, zręczności i odwagi . Bywają odcinki, że trzeba się podciągnąć rękoma lub przepinać linę asekuracyjną jedną ręką bez stabilnego podparcia pod stopami wisząc wiele wiele metrów nad ziemią.
F – to co wyżej tylko jeszcze trudniej.
Co jeszcze wpływa na poziom trudności ferraty?
Osoby opisujące w książkach, na stronach internetowych itp ferraty, stosują podstawową zasadę, że stopień trudności ferraty nadawany jest na podstawie najtrudniejszego technicznie miejsca. Jest to w pełni logiczne podejście ponieważ to właśnie ten punkt może zadecydować o tym, że dany wspinacz będzie w stanie ukończyć trase.
Niektóre ferraty wymagają poświęcenia im 15 min, inne 45min ale są też takie gdzie czas przejścia wynosi ponad 10h ! Bywa, że trasa sama w sobie jest prosta, jednakże z powodu jej długości otrzymuje wyższą kategorię trudności. Np. trasa oznaczona jako C może nie wymagać od wspinacza jakiś wyjątkowych umiejętności ale kondycji i cięższego plecaka z zapasami wody oraz jedzenia na plecach (a to zdecydowanie podnosi poprzeczkę). Trzeba o tym pamiętać jeżeli wybieramy się na takie przejście z osobami o słabszej kondycji.
Miej też na uwadze, że sama ferrata to nie cała trasa, którą musisz danego dnia pokonać. Pod część tras można podjechać samochodem lub wejść na nie prosto z kościoła jednak większość z nich wymaga podejścia w wysokie góry. Dlatego bardzo często przy opisach ferrat zamieszczone są informacje o czasie dojścia do punktu startowego, przejścia i zejścia. Pamiętaj o tym, aby nie zostać zaskoczonym przez zmianę pogody, zachód słońca lub upał gdy będziesz docierał na miejsce lub z niego już wracał.
Jeżeli nie mamy odpowiedniego punktu odniesienia to ta trasa nie musi wydawać się jakaś wyjątkowo wymagająca.Nasz cel w całej okazałości
Bezpieczeństwo przede wszystkim!
Wiele osób może postrzegać ferraty jako większy park linowy (zresztą sam je do tego przyrównałem) w którym niewiele złego może się wydarzyć. Takie parki rzeczywiście są zaprojektowane tak aby nikt w nich nie ucierpiał nawet jeżeli spadnie z przeszkody, co w przypadku ferrat stanowi bardzo duże niebezpieczeństwo!
W tym miejscu chciałbym Cię uprzedzić, że ferraty to nie jest tylko zabawa na świeżym powietrzu. Pamiętaj o pokorze do gór niezależnie od aktywności jaką w nich wykonujesz! Na najtrudniejszych trasach ferratowych ryzyko doznania kontuzji lub nawet tragiczniejszego w skutkach wypadku przewyższa to znane z wspinaczki skałkowej. Długość odcinka który pokonasz spadając po odpadnięciu od ściany zwykle jest dłuższa niż przy klasycznej wspinaczce.
Przy niesprzyjających okolicznościach (podczas przepinanie karabinka na pionowej śliskiej drabinie gdzie odcinki mocowania liny są daleko od siebie) Twój lot może wynieść kilka metrów. Dlatego aby zminimalizować ryzyko kontuzji związane z szarpnięciem uprzęży po takim upadku, obowiązkowo stosuje się absorbery energii. Ich zadaniem jest przejęcie przynajmniej części energii kinetycznej twojego upadku aby odciążyć Twój kręgosłup w momencie szarpnięcia po naprężeniu lonży.
Jeżeli przyjmiemy, że sprzęt powinien wytrzymać energię upadku Twojego ciała z pełnym plecakiem to największym ryzykiem pozostaje odbicie się od skał. Niefortunny upadek z wysokości dwóch metrów na ostrą skałę zakończy się pewnym złamaniem, uderzenie głową o ścianę nawet w kasku może doprowadzić do straty przytomności, a uderzenie szczęką o metalowe pręty …. Pomimo tych wszystkich zabezpieczeń ferraty w dalszym ciągu pozostają aktywnością ekstremalną.
Niebezpieczeństwo na „żelaznych drogach” jest też związane z długością trasy (trzeba uwzględnić zapas wody, który musimy nosić, bo zwykle nie ma jej gdzie uzupełnić), burzami (bez komentarza), byciu wystawionym na wielogodzinne ostro słońce lub mroźny wiatr, poślizgnięciem się na oblodzonych powierzchniach, bycie uderzonym przez spadający kamień poruszony przez wcześniejszego wspinacza …. Warto o tym wszystkim pamiętać!
Złote zasada dla początkujących zdobywców ferrat
Pilnuj aby na jednym odcinku ferraty (fragmencie pomiędzy sąsiednimi punktami mocowania żelaznej liny) znajdowała się tylko jedna osoba. Idący poniżej musi zachować odpowiedni odstęp od poprzedzającej go osoby, ponieważ w razie jej odpadnięcia, na skutek działania absorbera, spadnie ona parę metrów poniżej punktu kotwienia swojego odcinka!
Nie śpiesz się! Bo wspinaczka po skalnych szczytach całkowicie inna forma obcowania z przyrodą. Pamiętaj, też że liny zostały poprowadzone aby przypiąć do nich karabinki i zwiększyć nasze bezpieczeństwo, a nie aby się ścigać po trasach. Bardzo nie lubię gdy zwykle młodsi turyści traktują tą formę aktywności jako zabawę na czas. Wspinają się właściwie bez kontaktu z górą, „podciągając się na linie”.
Uważam (to moje osobiste przemyślenia), że kontakt naszych dłoni z skałami po których się wspinamy jest kolejnym niepowtarzalnym aspektem tej formy spędzania wolnego czasu (metal możemy podotykać wszędzie). Wydaje mi się, że właśnie dla takiego kontaktu z naturą człowiek wybiera się na wspinaczkę po górach (a nie po linach). Nie zawsze da się zrezygnować z pomagania sobie żelazną liną, niektóre odcinki wręcz wymagają zawiśnięcia na niej. Warto też zatrzymać się raz na pewien czas i spojrzeć na otaczający nas świat w ciszy z niezwykłej perspektywy. Potraktuj ten niecodzienny „punkt widokowy” jako nagrodę za włożony wysiłek w wspinaczkę.
do pobrania na telefon:
Aplikacja FerrataGuide – Via Ferrata database (dawniej Alpsky Vudce)
Powyższa aplikacja to obowiązkowa pozycja dla każdego, kto jest zainteresowany ferratami ponieważ oprócz największego zbioru tych tras znajdzie w niej szczegółowe opisy, wskazówki (np. na temat parkingów), zdjęcia i komentarze innych turystów.
W tym poście opisuję drugi dzień wyprawy po górach, dlatego jeśli jesteś zainteresowany tym co było wcześniej (schodowa wioska, prezent zamiast bomby…) zapraszam do wcześniejszego posta, link znajdziesz poniżej.
Pełna trasa wyprawy jest zaprezentowana na multimedialnej poniższej mapie.
Dzień 8 Tajemnicza wioska
W takim miejscu wiatr wieje od rana do zmroku
Po przespanej bardzo wietrzniej nocy, sporo czasu zajęło mi złożenie namiotu bo i poranek w takim miejscu należy do bardzo wietrznych. Schowałem namiot choć muszę przyznać, że łatwo nie było. Po mniej więcej 4 godzinach wędrówki zostało mi 10 proc baterii w telefonie, tym samym nastała pora aby gdzieś znaleźć prąd (niestety pod kamieniami go nie było). Wokół mnie same wysuszone słońcem góry, brak roślin i według GPS do najbliższej wioski jeszcze pół dnia drogi. Na nieszczęście zapomniałem wyłączyć mój awaryjny telefon (Samsung Solid) gdy ostatnim razem sprawdzałem czy przynajmniej on łapie zasięg. Telefon starszej generacji powinien wytrzymać co najmniej tydzień pracy na baterii ale w sytuacji gdy pracuje poza zasięgiem to potrafi zużyć cały zapas energii w kilka godzin. Już oczami wyobraźni widziałem jak moja mama przeżywa brak kontaktu z mojej strony, przez kilka dni z rzędu….
Na szczęście ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu usłyszałem dobrze mi znane dźwięki ceremonialne. Udałem się czym prędzej w tamto miejsce z ładowarką w ręku i przeżyłem najciekawsze 3 godziny w moim życiu.
Trafiłem do wioski gdzie mieszka zwykle 20 osób. Jak mieszkają to dowiedziałem się gdy zostałem zaproszony do jednego z domów gdzie udostępniono mi gniazdko aby podładować powerbank. Po chwili okazało si, że dziś jest jakby ichszejsze Boże Narodzenie. Wielkie święto, więc całe rodziny pozjeżdżały się na stare śmiecie odwiedzić dziadków. Po 20 min do domu w którym siedziałem przyleciał pewien nastolatek, jedyna osoba która znała angielski. W ten sposób poznałem mojego przewodnika / tłumacza na następne 3 godziny wyprawy.
Dziś (niedziela) jest koniec najważniejszego święta muzułmańskiego, a to co widzę (filmy) to poranne uroczystości. Zwracam uwagę, że oni się nie ranią. Islam ponoć zabrania sprawiania sobie i innym bólu.
Ja robiłem zdjęcia uroczystości, a wszyscy wokoło nakręcali mnie. Bylem (podobno) pierwszym turystom w historii tej wioski!! Nikt nie pamięta nikogo innego. Zresztą nawet na drodze nieliczne samochody się zatrzymywali tylko po to aby zrobić sobie ze mną zdjęcie!
Przepraszam za ilość, krótki filmików jednak słowa nie opiszą tego jak to naprawdę wyglądało. Nawet zdjęcia nie oddadzą klimatu tego czego byłem świadkiem.
Po głównym punkcie ceremonii czyli odcięciu głowy baranka przyszła pora na spalenie „kukieł” po czym wszyscy udaliśmy się na pyszny obiad do meczetu. W tym miejscu muszę się przyznać, że niestety nie widziałem jak dokonano tego ceremonialnego „mordu” bo akurat chłopak mnie zagadał i odwróciłem wzrok. Że baranka nie ma już z nami wśród żywych zorientowałem się dopiero gdy po drodze do meczetu zauważyłem kałuże krwi i jego odciętą głowę. Niby się tego spodziewałem bo przecież w jakim innym celu ciągnięto go na początku przemarszu za sznurek, ale i tak trochę się zaskoczyłem. Krwi sporo, ale to i tak nic w porównaniu do tego co miałem zobaczyć za 2 dni w stolicy Azerbejdżanu Baku (o czym później). Wracając do meczetu…. Zanim podano nam jedzenie siedzieliśmy sobie w nim dobrą godzinę dlatego mogę podejrzewać, że jeszcze nie tak dawno temu nasz obiad maszerował sobie z nami. Jedzenie było na tyle smaczne, a ludzie gościnni, że drugą porcje spakowali mi na wynos w pudełku. Proponowali mi jeszcze kilka innych rzeczy ale już naprawdę nie mieściły mi się w plecaku.
Warto przeczytać
Jeżeli dla kogoś szybkie ceremonialne zabicie zwierzęcia, podchodzi pod wielkie okrucieństwo (a jestem przekonany, że dla części czytelników tam będzie) to przypominam, w jakich warunkach z powodu Wigilii Bożego Narodzenia transportowane i „torturowane” są nasze karpie. Więcej na temat świadomego podróżowania i otwartości na inne kultury piszę w książce Rajzyfiber, którą możesz pobrać z tej strony Rajzyfiber czyli o świadomym bezpiecznym podróżowaniu i sztuce pakowania plecaka.
Nie taka stara wioska?
Co bystrzejsza osoba może, dostrzec na filmach, że ta wioska wygląda na stosunkowo nową i do tego wybudowaną na bardzo nieurodzajnym trenie. Jeśli ktoś docieka dlaczego miejscowi w ostatnich latach mieliby się w tej okolicy osiedlać to już tłumaczę. Ludzi nie wybudowali sobie tych kilku nowych domów w tym miejscu z powodów wypoczynkowych, handlowych, turystycznych ale z powodu klęski żywiołowej. Kilka kilometrów dalej (współrzędne 37°14’10.4″N 48°50’48.7″E ) gdzie podjechałem samochodem z tym nastolatkiem i jego tatą, nad przepaścią i zieloną „oazą w dolince” znajdują się opuszczone o wiele liczniejsze i starsze zabudowania. Mieszkańcy tej osady wyprowadzili się kilka lat temu po trzęsieniu ziemi gdy cała wioska zaczęła „wędrować” po zboczu i pojawiły się w gruncie szczeliny. Część mieszkańców wybudowała się zaledwie kilometr od starszej osady (powstało tam nowoczesne osiedle domków jednorodzinnych na pustyni), a pozostali Ci bardziej odludni trochę dalej.
Opuszczona osada z powodu osuwania się gruntu
Co za niezwykłe przeżycie, wręcz magiczne. Być światkiem takich prawdziwych uroczystości nie dotkniętych jeszcze wirusem komercji. Czysta tradycja. Zero turystyki.
Mój przewodnik, uczeń technikum i jego tata, którzy przyjechali do wioski na święta.
Po kolejnych kilku godzinach wędrówki docierałem do jednego z nielicznych punktów orientacyjnych na mapach w moim telefonie czyli do większego skrzyżowania dróg, a to w takich regionach zwykle oznacza przynajmniej kilka domków i jakiś sklep. Sklep jest wyjątkowo istotny, bo co prawda zapas jedzenia mam jeszcze spory, ale woda w takim klimacie znika dość szybko.
No to na skuter
Nim dotarłem do skrzyżowania to na jednym z punktów widokowych na trasie spotkałem 3 mężczyzn, a przy nich zaparkowany samochód i skuter. Tradycyjnie już poproszono mnie do zrobienia sobie z nimi wszystkimi kilku zdjęć. Tym razem jednak te zdjęcia przypominały te pozowane gdy uściskasz rękę prezydenta na jakimś wiecu. Kto był kim w tej scence? Nie wiem, ale jeden nich przypominał trochę sołtysa podziwiającego z góry swoją wieś.
Aby mi się odwdzięczyć za „modeling” starszy pan wskoczył na skuter i zasugerował aby się do niego przyłączył. Po skuterowych przygodach w Wietnamie taki transport w 2 osoby nawet z ogromnym plecakiem na małym skuterki nie wydawał mi się niczym niebezpiecznym, dlatego zdecydowałem się skorzystać z zaproszenia. Przejazd drogą przebieg bardzo sprawnie jednak gdy zjechaliśmy do wioski i mknęliśmy po wąskich chodnikach to kilkukrotnie amortyzatory pojazdu nie sprostały naszej masie i trochę nas obiło. Przejażdżka skuterem to zawsze miłe urozmaicenie spaceru więc przewietrzony i delikatnie naładowany adrenaliną grzecznie podziękowałem udając się w dalszą drogę.
Dom jak dom, jednak jak na górską wioskę to prezentował się okazale.
Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu wioska ta okazała się małym miasteczkiem z bardzo ładnymi nowoczesnymi otynkowanymi (co nie jest standardem w ciepłych krajach) domkami jednorodzinnymi. Mogę przypuszczać, że przynajmniej część z nich została wybudowana przez młodych ludzi, którzy się dorobili w miastach i czasem wracają w swoje rodzinne strony.
Gdy dotarłem do pierwszego (przypuszczalnie jedynego) sklepu zaopatrzyłem się w wodę i kilka lodów na drogę. Standardowo mój spacer przez miasto stał się wydarzeniem bo podbiegło do mnie kilkoro dzieciaków, które mi towarzyszyły podczas dalszej wędrówki, a dorośli zagadywali i robili sobie zdjęcia.
Zbliżał się wieczór więc jak co dzień przyszła pora na obowiązkowe zadanie czyli znalezienie bezpiecznego noclegu poza miastem. Gdy tylko minąłem ostatnie zabudowania dostrzegłem, że za miastem rozciąga się zaskakująco zielona dolinka. Niezbyt długa i szeroka (może na 100 metrów w najszerszym punkcie) ale wystarczająca aby się w niej niepostrzeżenie rozbić. Szybko zorientowałem się, że przez jej środek przepływa strumyk dzięki, któremu jest tutaj aż tak zielono. Zdecydowałem, że rozbiję się jak najbliżej jego brzegu.
Nauczony doświadczeniami z wcześniejszych podróży wiedziałem, że kluczem aby spokojnie spędzić tą noc będzie rozbić namiot w taki sposób aby nie był widoczny z drogi (spiąć 3 lata wcześniej w namiocie na parkingu pod Amsterdamem, zaliczyłem już przygodę z pijaną młodzieżą). Nigdy nie wiadomo też czy kierowcy mogliby zgłosić właścicielowi fakt, że ktoś koczuje na jego działce (teren gdzie się rozbiłem był ogrodzony siatką). Drugie zagrożenie to zwierzęta. Nie obawiałem się tych dzikich ponieważ w okolicy widziałem zbyt wiele swobodnie pasących się zwierząt hodowlanych ale co do bezdomnych psów to już pewności nie miałem. Zresztą nawet samotne krowy stanowiły jakieś drobne zagrożenie bo mogłyby przejść nocą przez strumyk i mnie przypadkowo zdeptać. W sadzie jak to w sadzie nie było problemu z znalezieniem suchych gałęzi to też w bezpiecznej odległości od namiotu, rzeki i drzew rozpaliłem sobie niezbyt duże ognisko.
Wieczór minęła bardzo spokojnie, a dźwięki pobliskiego strumyka szumem wody szeptały mi kołysankę do ucha. Po dwóch dniach wspinaczki po wysuszonym krajobrazie nocleg ten przypominał spanie w saharyjskiej oazie.
Poranny widok na dolinkę w której spędziłem ostatnią noc.
Dziewiąty dzień wyprawy po Bliskim Wschodzie
Jak co rano wstałem, spakowałem swoje rzeczy czym prędzej aby nikt mnie nie zauważył. Wilgotne powietrze z strumyka przyczyniło się do powstania przyjemnej porannej mgiełki, która z kolei niestety skutkowało osadzeniem się kropelek rosy na tropiku. Polak to zawsze znajdzie powód aby ponarzekać. Gdy namiot by już przypięty do plecaka w taki sposób aby mógł wyschnąć na moich plecach podczas wędrówki, pora na śniadaniem. Standardowo smacznie i pożywnie Nutella z bananem zawinięta w pieczywko. Na szczęście ognisko które rozpaliłem przed spaniem jeszcze się nie wypaliło więc mogłem sobie na spokojnie te placki chlebowe podgrzać resztkami żaru. Uzyskałem w ten sposób coś w stylu chrupkich naleśników z Nutellą i bananem na ciepło. Kto by pomyślał o takim wręcz hotelowym śniadaniu na takim odludziu.
W kolejnej wiosce już standardowo. Idę sobie, a tu ludzie zagadka i pytają czy mogą sobie zrobić ze mną zdjęcie. Potem symboliczny uścisk dłoni i kilka fotek. Sam nie do końca wiem po co. Ale dalej takie zachowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że jestem jednym z pierwszych – jeśli nie pierwszym – zagranicznym turystą w tej okolicy. Co ciekawe domy po południowej stronie gór przypominają te które znamy z filmów o bliskim wschodzie. Z tej okolicy w wilgotnych dolinach – do złudzenia przypominają naszą zabudowę. Ładne, standardowe, otynkowany czyste i zadbane.
Z głową w chmurach
Wędrując wyżej, po 3 godzinach wspinaczki dostrzegłem chmury zawieszone na szczytach gór. Miałem nadzieję, że w nie choć na chwilę wejdę i dadzą mi odrobinę ulgę w tą upalną pogodę. Trzeba uważać o czym się marzy bo marzenia czasem się spełniają. Te chmury towarzyszyły mi już przez kolejne 36 godzin aż do opuszczenia kraju. Chmury, które zatrzymały się na szczytach to nic innego jak mgła, w tym przypadku bardzo gęsta mgła. Początkowo traktowałem to jak bardzo przyjemne odświeżenie i orzeźwienie ale po kilku godzinach chodzenia w mgle można zapomnieć o suchym skrawku ubrania. Już dawno nie czułem takiej wilgotności, silnego wiatru i zimna. Tego dnia rozpoczynałem wędrówkę właściwie po pustyni, na zegarku dopiero południe, a ja już mam obawy czy przypadkiem nie przemarznę …
Niestety jako, że większość dalszej część trasy przebyłem w gęstej niczym mleko mgle nie zrobiłem żadnych zdjęć. Jednak abyś mógł zobaczyć to czego ja wtedy zobaczyć nie mogłem i bardzo się zaskoczyć jak prezentuje się ta okolica wystarczy, że w Zdjęciach Google wpiszesz Olesbelangah bo to nazwa okolicy do której dotarłem.
(Autor zdjecia @MustSeeIran) Te zielone, góry to naprawdę w dalszym ciągu Iran, a nie Alpejskie widoczki.
Ja niestety z powodu tej gęstej mgły dopiero po powrocie do Polski dowiedziałem się w jak atrakcyjnej i zaskakującej okolicy spacerowałem. Jednak wracając do opowieści…
Z krajobrazu pustynnych gór nagle przeobraziły się one w zielone pastwiska. Na tej podstawię mogłem wnioskować, że mgła jest tutaj stałym lokatorem. Wilgotny front z nad Morza Kaspijskiego systematycznie sprowadzał na okolicę opady. Po drodze mijam kilka osad pasterskich i coraz liczniejsze samochody. Co któryś się zatrzymuje i pasażerowie pytają po angielsku czy niczego mi nie potrzeba. Zawsze odmawiam. Choć na dwa jabłka się skusiłem i byłyby to najlepszej owoce jakie kiedykolwiek jadłem. Wysiłek robi swoje.
Gdy ok godziny 14 dotarłem do przełęczy zaczęło się schodzenie. Według mapy pozostało mi jeszcze jakieś 50km asfaltem do najbliższego miasta pośród zielonych lasów. Oby nie w mgle – pomyślałem.
Po kolejnej godzinie w mgle spotkałem parę irańczyków, którzy poprosili mnie o zrobienie im zdjęcia. Wow. W końcu nie ja na pierwszym planie. Oczywiście na drugim zdjęciu miałem już być ja.
Sympatyczna parka, z którą spędziłem kilka godzin i przejechałem kilkadziesiąt kilometrów.
Tą parą okazało się małżeństwo. Wykładowca uniwersytecki ekonomi i pielęgniarka w szpitalu. Sporo pogadaliśmy. Zaproponowali mi podwózkę i obiad. Z powodu fatalnej pogody nie miało sensu odmawiać. Zatrzymaliśmy się w pobliskiej restauracji. Jeszcze nigdy tak szybko nie zjadłem obiadu. Niby miałem pół plecaka jedzenia ale co ciepły kebab to ciepły kebab.
Po obiedzie za który oczywiście nie pozwolili mi zapłacić zaproponowali, że może podrzucą mnie do Raszt i znajdą dla mnie tani hotel. Czemu nie. W deszczu nie ma sensu chodzić po górach, a z prognozy którą mi pokazali wynika, że padać będzie do końca tygodnia. W ten sposób będę dwa dni do przodu w stosunku do planu. Zjeżdżając niżej samochodem nie mogłem uwierzyć swoim oczom. Zielone zbocza, gęsty las, krajobraz niczym wycięty z naszych Beskidów, choć może szczyty trochę wyższe.
Czy to Beskidy, Tatry? Nie to północny Iran
Po dotarciu do miasta para znalazła dla mnie tani nocleg. Pierwszy strzał 60 euro. Trochę dużo jak na autostopowicza. Drugi już trafny bo niecałe 50 zł w samym centrum. Co prawda warunki tragiczne ale o tym napiszę Ci później.
Nie często podczas podróży naprawdę się boję i czuję że jestem w czarnej …. Ale tak wyglądała sytuacja gdy wkroczyłem do Azerbejdżanu. Historią niczym z rosyjskiego horroru podzielę się z Tobą już wkrótce w kolejnym poście (który jak tylko napisze podepnę w tym miejscu)
W jaki sposób dotarłem do tej miejscowości i dlaczego wybrałem ją jeżdżąc palcem po mapie dowiesz się wcześniejszego posta (który, gdy tylko napiszę podepnę w tym miejscu).
Poniżej mapa całej trasy trekingu w irańskich górach.
Wioska niczym ryżowe tarasy
Miejscowość Masluleh została wybudowana na stromym zboczu prawdopodobnie już przed 1000 lat na wysokości 1000 m n.p.m. Jej rozpiętość w pionie to aż 100m i jest zamieszkiwana oficjalnie przez odrobinę ponad pół tysiąca osób.
Będąc na miejscu okazało się, że jest to bardzo popularny punkt irańskiej turystyki ponieważ liczba odwiedzających wielokrotnie przewyższała liczbę mieszkańców.
Dlaczego Ci wszyscy ludzie tutaj przyjeżdżają ?
Jak zobaczycie na poniższych zdjęciach strome zbocze wymusiło na mieszkańcach budowanie domostw w dość oryginalny sposób. Tutaj jest aż tak stromo, że dach każdego budynku jest „ogródkiem” tego wybudowanego wyżej. I kolejny, kolejnego….
Miejscowość Masluleh
Dzisiaj niefortunnie wypadło święto narodowe z okazji jutrzejszego jednego z dwóch najważniejszych świat w religii islamskiej. Nigdy bym nie uwierzy czego jutro zostanę przypadkowym świadkiem. Tyle krwi jeszcze nie wiedziałem na żywo ale o tym w dalszej części.
Niestety niczym Biedronka w niedziele niehandlową tak i tutaj informacja turystyczna była zamknięta. Nie dobrze, bo nie kupiłem sobie wcześniej mapy. Nawet w tutejszych hotelach nie posiadali map górskich tego regionu, a jedynie bezwartościowe ulotki. Jak się później okazało, po powrocie do Polski znalazłem w internecie informacje, że część gór w tym kraju nie została jeszcze szczegółowo opisana. To wyjaśniałoby dlaczego znalezienie mapy tych gór zwyczajnie nie było możliwe. Nie widząc jeszcze o tym fakcie zapytałem kilka osób gdzie taką mapę mogę zdobyć. Po kilku próbach natrafiłem dopiero na kogoś kto zna angielski. Była to młoda irańska turystka, bardzo chętna mi pomóc.
Dom / wioska, która czyni szalonym
Czy kojarzycie poniższą ilustrację?
Już wiem skąd autor komiksów czerpał inspiracje 🙂
Jest to kadr z bajki „12 prac Asteriksa”. Nasz główny bohater wraz z Obeliksem weszli do „domu, który czyni szalonym” aby załatwić pewną sprawę. Problem polegał jednak na tym, że cały czas byli przekierowywani z jednego okienka do innego. Każde okienko było na innym piętrze, a ludzie którzy tam pracowali sami nie za wiele wiedzieli. Dlaczego do tego nawiązuje ? Ponieważ poszukiwanie mapy w tym mieście wyglądało identycznie!
Biegałem z dziewczyną po całym miasteczku. Raz w górę, a raz w dół. Od jednego domku do kolejnego i tak bez przerwy. Na początku poszukiwaliśmy jednego mieszkańca, który uważany jest tutaj przez wszystkich za jakiegoś nieoficjalnego „wodza” wioski (sympatyczny pan z poniższej fotografii ).
Wszystkowiedzący artysta
Po rozmowie z nim dostałem kilka propozycji wynajęcia przewodnika za kilkaset złotych na wyprawę na pobliski szczyt (8h w każdą stronę). Podziękowałem grzecznie i powtórzyłem, że jestem gotowy spędzić w górach trzy, a może i 4 dni na samotnej wędrówce.
Bardzo odradzano mi taką wędrówkę, tak samo jak w każdym innym miejscu gdy zrezygnowałem z usługi lokalnego przewodnika. Później wraz z nowo poznaną koleżanką odwiedziliśmy jeszcze kilka domków. Los chciał, że każdy z nich znajdował się zawsze na drugim końcu osady. Można było oszaleć niczym w wcześniej przytoczonej kreskówce.
No to w drogę
Po półtorej godziny takiej zabawy w „podchody” z mieszkańcami spojrzeliśmy sobie w twarz z dziewczyną i się roześmialiśmy. Mieliśmy już tego zwyczajnie dość. Ja biegałem z 20kg plecakiem, cały czas po schodach, a ona zamiast spędzać czas z swoją rodziną to mi towarzyszyła. Wiedzieliśmy, że nic więcej nie uda nam się wskórać, a jedynie będziemy odsyłani do innych osób, które chcą zarobić albo, które nic nie wiedzą. Odpuściliśmy.
Po tej wspólnej przygodzie trochę się poznaliśmy dlatego wymieniliśmy się profilami na Instagramie. to co zaskakujące w tym kraju, zwykle gdy kogoś poznawałem wymienialiśmy się Instagramem. Niezależnie od wieku każdy ma konto w tej aplikacji gdy u nas jej popularność dopiero się rozkręcała.
Przed wyruszeniem w góry potrzebowałem zdobyć zapasy wody i witamin na drogę. W plecaku miałem już zapakowanych 11 placków chlebowych zakupionych bezpośrednio w piekarni w Isfahan, kilogram bakaliowej mieszanki studenckiej i słoik nutelli. Pozostaje kwestia wody i bananów. Bez problemu kupiłem jedną kiść od bardzo wiekowego właściciela lokalnego sklepiku. Gdyby długość paznokci, liczba zmarszczek i braki w uzębieniu przeliczały się bezpośrednio na wiek właściciela to pewnie byłby on już…. nieśmiertelny. Co ciekawe w lodówce z napojami stały energy drinki polskiego producenta. Gdy dowiedział się, że pochodzę z Polski wypowiedział kilka zdań z uśmiechem na twarzy, których nie zrozumiałem. Próbował mi też sprzedać połowę swojego sklepu ale grzecznie odmówiłem i wyszedłem.
Dopiero po wyjściu uświadomiłem sobie, że za 6 bananów zapłaciłem po przeliczeniu jakieś 20zł. Trochę drogo jak na kraj w którym na ulicach rosną palmy, choć przyznam, że nie mam zielonego pojęcia ile ta przyjemność kosztuje tutaj normalnie.
Witaj przygodo
Zapasy uzupełnione więc pora coś zjeść i przygotować się do drogi. Jeszcze tylko ostatnie selfie…. Plan w wielkim skrócie. 100km drogą pieszo przez góry i nocowanie w namiocie. Zapas na trasę to 4.5 l wody, 11 plackowatych chlebów, Nutella, dżem marchewkowy i orzechy.
Nie ma problemów, są wyzwania i prezenty
Wyzwania? Brak mapy, szlaków turystycznych i tylko jedna prawidłowa droga przez góry. To są tak mało zaludnienie i słabo odwiedzane tereny, że nawet mapy z GPS są wyjątkowo skromne. W gruncie rzeczy jedna droga wystarczy więc w drogę…
Jedyna droga w góry z Masluleh prowadziła – jak się łatwo zresztą domyśleć – w górę przez kilka kolejnych kilometrów. Początkowo asfaltowa, po chwili rozjechana gruntowa aby kolejnego dnia zamienić się niemalże w piaszczystą. Z Google Map i Maps.me wynikało, że ta kręta droga przeprowadzi mnie przez wysokie (4 tys. metrów wysokości) góry. Przez kolejny dzień nie powinienem natrafić na żadne osady ludzkie. Jeśli nigdzie nie skręcę to może cały i zdrowy wyląduje po wilgotnej stronie pasma.
Podczas pierwszej przerwy obiadowej (placek + banan + nutella) minął mnie jeden samochód.
Po 15 minutach przejechał ponownie obok mnie ale tym razem się zatrzymał. Trochę się zaskoczyłem o co może chodzić. Czy komuś może przeszkadzać moja samotna wędrówka? Kierowca wysiadł i mi pomachał. Podszedł do bagażnika i coś z niego wyciągnął. Może karabin, bombę albo sztylet (z jakiegoś dziwnego powodu to były pierwsze rzeczy o których pomyślałem)?
Trochę się pomyliłem bo było to pudełko z słodką pastą z szafranu! Dla niewtajemniczonych dodam, że szafran jest najdroższa przyprawą na świecie bardzo popularną w tym kraju. Irańczycy go uwielbiają. Zdarza się, że w domach popijają sobie herbatki szafranową zaparzoną tylko na tej złocistej przyprawie.
Pasta z szafranem przypomina konsystencją skrystalizowany miód, a smakiem …. No cóż, nie jadłem do tej pory nic podobnego do czego można by ją porównać. Pierwsze trzy dni stanowiła dla mnie wielki przysmak ale po dodawaniu jej w takiej ilości jak na zdjęciu do każdego placka, po tym czasie miałem jej serdecznie dość.
Okazało się, że w taki wyjątkowy dzień czyli w wigilię święta Id Al Adha (Kurban Bajram) jedzenie nie jest ludzkie tylko boskie i należy nim się dzielić (pisałem o tym święcie wcześniej i o darmowym jedzeniu w meczetach). Od kilku dni, codziennie wieczorami jadałem w innym meczecie – każdy w ten sposób celebruje to święto – ale nie spodziewałem się, że ta tradycja znajdzie mnie nawet w górach. Pozytywnie.
Czym wyżej tym okolica bardziej wysuszona, a kolor zielony z czasem zaczął należeć do tych zapomnianych odcieni na palecie barw krajobrazu.
W kolejnym poście, (który znajdziesz pod linkiem poniżej) opisuję jak w górskich wioskach, które próżno szukać na mapach obchodzi się tradycyjnie święto Kurban Bajram. Uprzedzam, że będzie krwawo, jednak na zachętę dodam, że zamieszczę kilka filmów z tych uroczystości.
Informacje na szkoleniu są przekazywane w prosty sposób. Materiały szkoleniowe są dopracowane. Prowadzący charakteryzuje pełnym profesjonalizmem i cierpliwością do wszystkich kursantów. Odpowiada wyczerpująco na wszystkie pytania.
Ponieważ często prowadzę szkolenia wyjazdowe, podczas których spędzam samotnie cały tydzień, a obecnie coraz częściej wyjeżdżam na kilkutygodniowe uruchomienia, postanowiłem ułatwić sobie życie i przyspieszyć proces pakowania. Żeby o niczym nie zapomnieć, przygotowałem listę rzeczy do zabrania.
Stworzyłem ją głównie z myślą o sobie, ale wrzucam do sieci — może komuś jeszcze ułatwi życie. A przynajmniej sprawi, że pakowanie walizek na kilkudniowy wyjazd służbowy będzie mniej stresujące.
Wszystkie pozostałe Rajzylisty – czyli interaktywne listy rzeczy do spakowania na wszelakie wyjazdy znajdziesz pod tym linkiem – Wszystkie Rajzylisty
Lista rzeczy do spakowania
Najwygodniej w ilości pozwalającej przerwać tydzień, a w weekend pranie.
Karta EKUZ
Dowód osobisty
Prawo jazdy
Dowód rejestracyjny
Potwierdzenie wykupu winiety (jeśli potrzebne)
Bielizna
Pidżama
Luźne ubranie do hotelu
Spodnie długie / krótkie
Koszulki / koszule / polówki
Bluza
Kurtka przeciwdeszczowa / zimowa / płaszcz
Telefon służbowy / prywatnego nie zapomnisz
Ładowarka do telefonu
Klapki pod prysznic
Książki / Gazety
Asortyment do spania (zaślepka na oczy, zatyczki do uszu ….)
Kosmetyczka i apteczka
Pasta do zębów,
Szczoteczka,
Płyn do płukania ust,
Nitka dentystyczna,
Żel pod prysznic,
Szampon
Perfum,
Maszynka do golenia,
Antyperspirant,
Podstawowe lekarstwa (np. Ibuprom, Hascovir)
Magnez i elektrolity (po treningu)
Maść na kontuzje sportowe
Krople do nosa / oczów
Mały płyn do płukania tkanin
Kilka kapsułek do pralki / zmywarki (aby nie kupować na miejscu dużej paczki)
Kabel HDMI – (aby z laptopa wyświetlać filmy na telewizorze)
Mała poduszka
Pojemnik na obiady do odgrzewania w mikrofalówce
Asortyment uruchomieniowca
Przed wyjazdem upewnij się, że otrzymałeś oficjalne polecenie wyjazdu służbowego i posiadasz aktualne dokumenty potwierdzające udział w szkoleniu LOTO i BHP.
Ogólne
Kask
Buty robocze
Kamizelka odblaskowa
Soft shell
Bluza / polar (bywa zimno na hali)
Spodnie robocze
Laptop / zasilacz / myszka / adaptery i przejściówki (mogą się przydać )
Powerbank do kieszeni
Narzędzia
Dwa długopisy
Permanentny marker
Nożyk do tapet
Notes do kieszeni (do zapisywania ustaleń / wytycznych / problemów)
M12 męski (przynajmniej 2 metry) – można go obrobić samemu albo wybłagać elektryków
M12 żeński (przynajmniej 2 metry) – jak wyżej
Łącznik do dwóch kabli ethenretowych
Płaski śrubokręcik
Taśmy np. szeroka malarska i najlepiej jeszcze druga rzucająca się w oczy (ponieważ wszystkie Zespoły piszą komentarze na taśmach malarskich więc warto swoje wyróżnić)*
Dodatkowo przydadzą się:
Indywidualny przedłużacz (przynajmniej 4 gniazda)
Tester kabli ethernetowych (włóż do niego baterie przed przyjazdem)
Słuchawki dla umilenia pracy (w zależność od preferencji: douszne bo zagłusza hałasy, albo kostne bo można bezpiecznie pracować słysząc otoczenie – gdy ktoś Cię woła przez pół hali)
Zewnętrzna karta sieciowa wifi (wbudowana karta do połączenia ze sterownikiem, a dodatkowa do połączenia z Internetem)
*Jestem dogadany z mechanikami i elekrykami na moich PLC, że zaznaczam rzucającą się w oczy taśmą „X” miejsce do wprowadzenia poprawek i na górze conveyora na taśmie malarskiej opisuję o co chodzi. Gdy poprawka zostaje wprowadzona zrywają oni „X” a zostawiają opis dzięki temu bez przeglądania i przesyłania dodatkowych plików wszyscy sprawnie wiedzą co robić, a ja co sprawdzać (choć oczywiście w Raporcie z Commissioningu wszystko trzeba w komentarzu opisać). Odradzam zakup taśmy żółtej, bo wszystkie etykiety są w tym kolorze i może się ona gubić, dlatego na obiekcie najlepiej wyróżni się zielona, czerwona, biała może niebieska.
Asortyment sportowy
DO BIEGANIA
Buty do biegania
Dres
Kominy sportowe
Rękawiczki
Bielizna teromoaktywna
Skarpetki biegowe
Spodenki biegowe
Czapka
Odblaski
Czołówka
NA BASEN
Kąpielówki
Japonki
Ręcznik
Okulary pływackie
Łapki
NA ROWER
Kask
Buty
Spodnie
Koszulka
Kamizelka
Zestaw naprawczy
Rower
Okulary
Rękawiczki
Na trasę do samochodu
Woda
Owoce
Orzechy / pestki dyni
Suszone morele
Miętówki
Chusteczki (suche / mokre)
Krople do nosa i oczu
Okulary przeciwsłoneczne
Głośnik (gdy auto nie ma bluetooth)
Kable i ładowarka usb
Uchwyt na telefon (jeśli nie ma Android Auto)
Inne wpisy na Rajzyblogu, które mogą Cię zainteresować
Podobało Ci się ten artykuł? – Możesz nam pomóc – teraz kolej na Twój ruch!
Jeżeli informacje zawarte na tej stronie uważasz za wartościowy to daj nam znać pozostawiając wysoką ocenę (5 gwiazdek) pod postem lub pomóż nam go promować udostępniając go na swoim profilu w social mediach.
Zobacz więcej
Rajzyfiber
Powyższy post to fragment z najnowszej wersji książki Rajzyfiber (v4.0), tworzonej wspólnie przez specjalistów i pasjonatów oraz czytelników, który wkrótce zostanie udostępniony na tej stronie. Wcześniejszą wersję roboczą Rajzyfiber (v3.0) możesz pobrać za darmo z tej strony „Rajzyfiber” – podręcznika świadomego i bezpiecznego podróżowania.
Jeżeli jesteś zainteresowany tą tematyką? Planujesz rodzinne wakacje albo wybierasz się na samotny wypad autostopem po świecie, czy trekking po najdalszych zakątkach naszej planety? W tej książce znajdziesz masę praktycznych wskazówek i rozbudowane INTERAKTYWNE listy „ekwipunku”, aby o niczym nie zapomnieć.
„Nikt nie wie wszystkiego, jednak razem wiemy bardzo dużo. Nikt nie był wszędzie, ale wszyscy byliśmy gdzieś. Nieważne gdzie. Niezależnie od sposobu podróżowania. Istotne, że nasze doświadczenia się uzupełniają. Dlatego wspólnie możemy napisać ten podręcznik i ułatwić wszystkim czytelnikom wyruszyć bezpiecznie w świat. Niezależnie od celu podróży, możemy podpowiedzieć w jaki sposób świadomie go doświadczać.”
Podoba Ci się projekt Rajzyfiber i chciałbyś dołączyć do zespołu aby dzielić się swoja widzą i doświadczeniami ? Skontaktuj się z nami !!!
Potrzebuje się przed Wami otworzyć i czymś podzielić. Będę szczery. Czuję się zagubiony w świecie informacji. Czy właściwie w świecie dezinformacji? Zawsze chciałem wiedzieć więcej. Miałem wewnętrzną potrzebę zrozumienia działania wszystkiego co mnie otacza. Ale to się skończyło. Stawiam przed sobą o wiele więcej pytań niż znajduję odpowiedzi. Sam nie wiem czy jeszcze poszukuję odpowiedzi….
Wiem, że nic nie wiem
Od kilku tygodni mam w głowie wielki mętlik.
Coraz rzadziej czuję się kompetentny aby dzielić się z kimkolwiek swoją opinią. Nawet na błahe sprawy. Czym więcej wiem o otaczającym mnie świecie tym bardziej zamykam się w sobie. Czym więcej czytam tym więcej mam pytań. Uświadamiam sobie jak niewiele wiem. Można by zacytować Sokratesa „wiem, że nic nie wiem”.
W gruncie rzeczy nie było by w tym chyba nic złego gdybym wolał słuchać niż gadać. Niestety każdy ma potrzebę podzielenia się informacjami z innymi. Jeśli nie mówisz to słuchasz innych. Ale jak słuchasz głupot to, aż chcesz się wtrącić. Tylko czy samemu mam coś mądrzejszego do powiedzenia? Podejrzewam, że mam pewną pokorę w stosunku do świadomości jak niewiele wiem. Albo zwyczajnie niewiele wiem…. Zresztą czy można samemu o sobie napisać, że się jest pokornym? Nie wiem. Parafrazując Dalajlamę, „gdy mówisz, to powtarzasz to co już wiesz, a gdy słuchasz to możesz dowiedzieć się czegoś nowego”. Dowiedzieć się czegoś nowego, ale czy prawdziwego?
Cytaty, ale kogo?
Z tymi cytatami to też od kilku lat mamy problem. Od czasów rozwoju internetu, każdy może coś napisać i podpisać pod tym kogokolwiek. Bo jak ocenić kto powiedział coś jako pierwszy skoro porozumiewamy się już od przeszło 100 tys. lat. A te wszystkie fotografie z cytatami przypisywanymi wielkim postacią z naszej historii, których treść nie ma prawa pasować do czasów w których żyli? Lincoln mówiący o internecie czy Jezus o elektryczności to absurd? Wyraźny absurd. A co jeśli większości absurdów nie dostrzegamy? Może otaczamy się fikcją? Żyjemy w kłamstwie? Co można udowodnić? Skąd mamy wiedzieć czy zdania przypisywane Arystotelesowi nie były przez niego jedynie powtórzone np. od swojego dziadka albo kochanki ? Czy wtedy dalej byłby tak powszechnie cytowane? Uważane za tak mądre? Czy to w ogóle ważne? Czy mądre słowa mogą wypowiadać tylko mądrzy ludzie czy raczej ich rola polega na dostrzeganiu w nich mądrości i zapisywaniu? Powtarzaniu.
W przeciągu ostatnich kilku miesięcy czuję się jeszcze bardziej zagubiony niż wcześniej.
Czy humanizm jest w kontrze do rozwoju?
Lubię matematykę. Matematyka jest logiczna. 2 + 2 zawsze da 4, dlatego nie ma tam pola do dyskusji. Tak samo jak z informatyką, logiką, elektroniką…. Cały świat technologi, budownictwa, architektury jest bardzo prosty bo jednoznaczny. Wszystkie nauki ścisłe polegają jedynie na zrozumieniu zagadnienia i wykorzystywaniu go w praktyce. Tylko tyle. Takie podejście jest gwarancją rozwoju.
Łatwiejsza polibuda?
Studia na politechnikach są najprostsze z wszystkich. Albo coś działa albo nie. Codziennie udowadniasz fakty, udowadniasz co wiesz. Nie dyskutuje się z działającymi urządzeniami, które mówią same za siebie. Medycyna jest tylko trochę bardziej złożona (gdy potraktujemy organizm jako biologiczny mechanizm) bo np. serce (czytaj pompa) ma pompować krew, a płuca ją dotleniać. Jeśli coś jest uszkodzone w organizmie ludzkim to się to naprawi. Jeśli wiesz jak to zrobić to jest szansa, że pacjent przeżyje jeśli nie to pacjent umrze. Proste. Zero jedynkowe. Czasem bardziej, a czasem mniej etyczne ale bardzo łatwo ocenić co jest prawdą. W biologi po wyłączeniu etyki i emocji niewiele pozostaje pola do dyskusji.
Tak naprawdę skomplikowane jest wszystko co związane z humanizmem, a szczególnie pierwszą częścią tego słowa „human” (od łacińskiego humanus czyli ludzki). Kierujemy się emocjami, bo one są oznaką człowieczeństwa. Nasze umysły nie podejmują logicznych decyzji bo nie są mikroprocesorami.
Co potrafi humanista?
Wiele osób wybiera studia humanistyczne, a nie ścisłe ponieważ uważa je za wiele łatwiejsze (pomijam w tym akapicie pasjonatów). Postudiują 5 lat, poczytają trochę książek, coś napiszą, komuś coś zaprezentują i z głowy. Myślę, więc jestem. Mam tytuł więc coś potrafię. I tu pojawia się problem. [Nie obniżam tutaj zasług humanistów, nie chcę aby ktoś odebrał ten tekst jako wywyższanie ścisłowców. Jeśli ktoś po przeczytaniu tego tekstu będzie miał wrażenie, że studia humanistyczne są mniej ważna niż ścisłe to znaczy, że nie doczytał do końca. Nie o to mi chodzi.] Co jednak humanista potrafi? Czy polonista potrafiący ładnie wytłumaczyć co autor miał na myśli, dostrzegający piękno metafor i znający znaczenia słowa „dwunastozgłoskowiec” coś wie po za tym ostatnim? Co jeśli autor miał na myśli coś innego, to jaką wartość ma wtedy błędna interpretacja? Zresztą my ludzie bardzo lubimy przypisywać jakieś poważne znaczenia do rzeczy nieistotnych. Może w rezultacie rozmów z czytelnikami autor zmieni swój pogląd na temat swojego wiersza? I co wtedy? Kto ma rację ? Co jest prawdą?
Ok, trochę popłynąłem. Sam pisać nie potrafię, na ortografii się nie znam, zdarza mi się zrobić błąd w swoim adresie zamieszkania, a tutaj piszę o polszczyźnie. W takim razie skierujmy naszą uwagę w stronę historii. Jak przystało w naszym społeczeństwie mawiać „Nie jestem historykiem, więc się wypowiem….”
Czy istnieje prawda historyczna?
Czym jest historia jeśli nie zbiorem faktów, które miały miejsce w przeszłości? Uczymy się na jej podstawie wyciągać wnioski aby nie popełniać tych samych błędów. Dlaczego jednak co kilka lat piszemy historię na nowo? Co najciekawsze często nie na podstawie nowych odkryć archeologicznych, historycznych ale poglądów politycznych.
Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość.
George Orwell – Rok 1984
Wszędzie gdzie pojawia się „humanus” musi pojawić się problem. Bo tam gdzie dwie osoby, tam 3 punkty widzenia i trzy prawdy. Moja prawda, Twoja prawda i gówno prawda lub jak podsumował to ksiądz Józef Tischner „Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”
I zaczynam mieć wrażenie, że świat który nas otacza korzysta głównie z trzeciej prawdy.
Czym jest prawda?
Czy kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą ? Czy prawdą jest zgodność stwierdzenia z stanem rzeczywistym? Jeśli tak to dlaczego historia jest aż tak kontrowersyjna.
Śmieszne i smutne jest to, że na każdym etapie edukacji wszyscy uczymy się o starożytnym Egipcie. Jednak oficjalnie archeolodzy i badacze często stwierdzają, że czegoś jeszcze nie wiemy, nie rozumiemy i nie potrafimy potwierdzić. Przypuszczalnie nigdy nie będziemy wszystkiego pewni. Patrząc statystycznie właściwie nikt nie uczy się historii współczesnej. Historii, która w rzeczywistość nas ukształtowała i ma wpływ na nasze życie ale codziennie w mediach wszyscy się na jej temat wypowiadają.
Młodzi politycy dyskutują o czasach swoich dziadków z takim przekonaniem jakby byli naocznymi świadkami wydarzeń. Starsi politycy, dziennikarze opisują wydarzenia, w których nie brali udziału. Ludzka pamięć jest tak samo dobrym nośnikiem informacji jak jogurt truskawkowy (oczywiście BIO bo tylko taki jest prawdziwy). Pamiętasz przynajmniej 3 pytania i odpowiedzi z ostatnich Milionerów. Albo trzy kolejne materiały, które obejrzałeś wczoraj na YouTube? Udowodniono, że nasze wspomnienia są kształtowane dzisiaj. Bardzo łatwo nam jest coś wmówić i przekonać, że to widzieliśmy, braliśmy w tym udział i że w coś wierzymy. Dlatego historia jest aż tak problematyczna.
Emocje, fakty czy ekspert?
Czy zależy nam na faktach ? A może wolimy fałszywe informacje które wzbudzają nas emocje ? Czy dlatego fałszywe informacje rozprzestrzeniają się 6 razy szybciej i trafiają do większej liczby odbiorców (artykuł źródłowy z Scince).
Czy wiedziałeś,że istnieją ogólnodostępne generatory fake newsów(!) ? Jeśli nie miałeś o tym pojęcia to sprawdź poniższe linki: generator1, generator2, generator3 i poczytaj co piszą o mnie na BBC. Warto wygooglować sobie też więcej informacji na temat „deep fake”.
Czy powinniśmy wymieniać się poglądami z znajomymi? Po co dyskutować o dyrektywie ACTA II, czy jakiejkolwiek reformie skoro się jej nie przeczytało, nawet nie znamy jej ostatecznej formy? Nawet gdybyśmy je przeczytali to na ile czujemy się kompetentni aby prawidłowo je interpretować? Może jednak lepiej wyjść wcześniej na ulice i hałasować aby pewne kwestie nagłośnić za wczas? Czy tłumy osób na protestach są opłacone, zmanipulowane czy zwyczajnie niedoinformowane? Jak rozróżnić osobę doinformowaną od tej zmanipulowanej? Jak poznać kogoś kto wie wystarczająco dużo od tego, który wie za mało? Czy ekspert np.znajomy lekarz jest bardziej rzetelnym źródłem na temat szczepień niż Pani profesor z internetu, której zdanie jest zgoła przeciwne?
Kim dzisiaj jest ekspert?
Kogo uważać za eksperta? Czy ekspert musi być inteligentny, wykształcony i kulturalny? W technologi jest to bardzo proste, bo ekspertem zostaje osoba, która popełni wszelkie możliwe błędy w bardzo wąskiej dziedzinie i na ich podstawie wyciągnie wnioski. Ktoś kto potrafi wykonywać obliczenia, programować, projektować jest ekspertem w pewnej wąskiej dziedzinie. Jeśli to nad czym pracujesz działa prawidłowo to możesz nazwać się ekspertem i bardzo łatwo ocenić twoje kompetencje. Kto jednak jest zapraszany do telewizji śniadaniowych, programów publicystycznych w roli ekspertów? Eksperci w jakiej dziedzinie?
A jak jest w życiu? W polityce? Czy wartościowym źródłem opinii jest osoba która ma milion odsłon na YouTube i kształtuje poglądy młodych czy Pani profesor Pawłowicz, obrażającą wszystkich w około (jak podaje Wikipedia polska prawniczka specjalizująca się w zakresie prawa gospodarczego publicznego, nauczycielka akademicka, doktor habilitowany nauk prawnych, w latach 2007–2011 sędzia Trybunału Stanu, poseł na Sejm VII i VIII kadencji. – brzmi naprawdę imponująco ) Kto powinien kształtować młode umysły? Komu powinniśmy dać się wypowiedzieć? Komu zaufać?
Krótka historia antyszczepionkowa
Komu wierzyć ? Czy dr Andrew Wakefieldowi, który w lutym 1998 r ogłosił, że szczepionka MMR powoduje u dzieci autyzm?
Historia antyszczepionkowa
Badanie dr Andrew Wakefieldowa były przeprowadzone na grupce 12 dzieci, u których spodziewano się, że z czasem wystąpią u nich objawy autyzmu. To właśnie od niego rozpoczęła się ta cała głośna historia antyszczepionkowa. Już w marcu tego samego roku 37 ekspertów podważyło wyniki jego badań ogłaszając, że nie wykazano powiązań pomiędzy szczepieniami, a autyzmem. W kwietniu 1998 ogłoszono wyniki 14 letnich badań na grupce 3 milionów dzieciaków, które również nie potwierdziły pierwotnej tezy. (Tekst źródłowy z BBC). Ale to nie koniec. To dopiero początek zagmatwania całej historii z doktorem Wakefieldem i szczepieniami.
Notka z Polskiej Wikipedii
„Andrew Wakefield (ur. ok. 1957) – były brytyjski lekarz gastroenterolog. W 1998 opublikował wraz z 12 innymi naukowcami (Wakefield był pierwszym autorem) w czasopiśmie naukowym „The Lancet” artykuł, w którym zamieścił wyniki badań, które miały wskazywać na związek między stosowaniem u dzieci szczepionki MMR a wystąpieniem u nich autyzmu i zapalenia jelit.
W wyniku dziennikarskiego śledztwa przeprowadzonego przez Briana Deera z The Sunday Times okazało się, że wyniki badania zostały sfałszowane. Publikacja została wycofana przez czasopismo Lancet w 2010, a sam Wakefield za swoje nieetyczne działania otrzymał naganę od brytyjskiego General Medical Council oraz zakaz wykonywania zawodu lekarza w Wielkiej Brytanii.”
Czy Wikipedia jest rzetelnym źródłem? Czasami. Niestety w Polskiej wersji językowej nie pojawiła się wzmianka, że: napisał apelację do sadu w sprawie nagany i zakazu wykonywania zawody (jego zdaniem nieprawidłowo) wydanego przez GMC. Podczas ostatecznego wygłoszeniu opinii sądu w 2012 roku pan Wakefield wygrał. (Źródło BBC)
Cenzura powróciła?
Czy ta informacja cokolwiek zmienia? Czy czyni z tego naukowca ofiarę wielkich koncernów? Czy została zatajona? Przez kogo? Może to Rosjanie, Irańczycy i Chińczycy mają wielotysięczne armie trolli którzy publikują fake newsy w celu wprowadzenia cenzury na globalną skalę. Można by zapytać co ma cenzura do publikowania fałszywych treści ? Bardzo wiele.
Dawniej cenzurowanie polegało na ograniczeniu dostępu do informacji, a dziś wręcz przeciwnie. Cenzura XXI wieku polega na zalewaniu informacjami nieistotnymi.
Nadmiar informacji, szczególnie tych, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się prawdziwe uniemożliwia zbudowanie sobie rzetelnej opinii na konkretny temat.
Jak robią to Rosjanie opisano w tym artykule na TVN24 i tu naCNN. W wielkim skrócie …..
… chodzi o zamieszczanie nieprawdziwych informacji, podparcie ich fałszywymi źródłami i fotografiami. Nic odkrywczego. Ale robienie tego na dużą skalę przez duże media prorządowe potrafi ludziom namieszać w głowach.
Pytania niewarte odpowiedzi?
Tylko czy to wszystko robią media rządowe? A może sami sobie to robimy? Czy Facebook, Instagram, Snapchat, Twitter nie przeładowują nas śmiecio-informacjami? Czy też masz czasem poczucie, że twój umysł jest przeładowany? Że nie jesteś w stanie przeczytać kolejnego całego artykułu w internecie, prasie czy rozdziału książki? Czy masz problemy z koncentracją? Czy czujesz, że zaczyna Ci być wszystko jedno co mówią w wiadomościach, co się dzieje w polityce, kto jest prezydentem Twojego miasta? Czy chcesz się od tego wszystkiego odciąć i pooglądać dla relaksu głupie filmiki i śmieszne fotki? Może właśnie na tym komuś zależy? Czy w czasach z nieograniczonym dostępem do informacji przestajemy ich poszukiwać? Zaczynamy żyć jakby z boku?
Komu możemy wierzyć ? Przyjaciołom? Rodzinie? Na ile oni są kompetentni, a ich informacje rzetelne? Może każdą informację powinniśmy sprawdzać osobiście? Ale kto ma na to czas? A tak właściwie to po co? Co za różnica czy Ziemia jest okrągła czy płaska, czy Donald Tramp jest pionkiem Putina? Czy nas to w ogóle powinno obchodzić? Czy nie szkoda naszego życia na drążenie takich tematów? Czy ma sens protestować skoro nie wiemy wszystkiego na dany temat? Czy polscy sędziowie są kompetentni czy politycy profesjonalni? Kto nas okłamuje, a kto mówi prawdę? Kto jest dziś naprawdę opiniotwórczy? Media społeczne? Wiadomości, Informacje, Panorama, Fakty? Czy rozsiewanie ciekawych newsów to nieświadome rozsiewanie propagandy i dezinformacji ? Czy jestem manipulowany ? Czy bycie świadomym bycia manipulowanym jest częścią manipulacji ? Czy te pytania mają sens? Po co je zadawać?
Z tymi wszystkimi pytaniami czuję się zagubiony w świecie informacji.
Jeżeli dotarłeś na tą stronę to znaczy, że albo uczestniczyłeś w jednym z naszych projektów albo właśnie skończyłeś czytać jedną z książek. Nadszedł tym samym czas, aby napisać co o tym sądzisz.
Ponieważ pozytywne komentarze najbardziej motywują do dalszego tworzenia podobnych projektów, a negatywne umożliwiają dopracowywanie i wynoszenie ich na lepszy poziom.
Teraz Twoja kolej!
Twoja opinia pozwoli nam rozwijać nasze projekty, a wierzymy, że dzięki nim świat stanie się jeszcze lepszym miejscem, ponieważ …
„Edukacja to najpotężniejsza broń jakiej możesz użyć, aby zmieniać świat”.
Nelson Mandela
Z poniższej listy wybierz ten temat, który najbardziej Cię dotyczy:
Jakie tematy będę poruszać posty z kategorii prowokacje. Kim są osoby nadwydajne mentalnie oraz nonkonformiści? Dlaczego tak niewiele osób zadaje sobie poważne pytania? Dowiesz się z tego artykułu.
Tą kategorię postów zacząłem tworzyć już jako uczeń podstawówki. Pamiętam jak kładłem się na podłodze z wzrokiem skierowanym w sufit i rozmyślałem. Czasem rozmyślałem dlaczego robią się bąbelki gdy gotuje się woda, innym razem czy Bóg istnieje albo czy żółty ser i Nutella to dobre połączenie.
„Myślenie to najcięższa praca z możliwych i pewnie dlatego tak niewielu ją podejmuje.”
Henry Ford
Dla kogo piszę te posty?
Gdy byliśmy młodsi mieliśmy znacznie więcej czasu na przemyślenia. Dziś świat tak pędzi, że wiele rzeczy akceptujemy. Często nie mamy czasu ani chęci na odsiewanie wartościowych treści.
Wybieramy pewne źródła, które traktujemy jako rzetelne (Wiadomości czy Fakty, Newsweek czy W sieci, RMF czy Radio Maryja, wcześniej kolega z podwórka czy rodzic itp) i na ich podstawie opieramy swój obraz świat.
Nie myślimy, nie analizujemy po prostu akceptujemy autorytety czy źródła.
Nie mam zamiaru umieszczać postów związanych z polityką, religią czy aktualną sytuacją na świecie ponieważ w tym celu uruchomiono już wiele portali tematycznych.
Będę natomiast zamieszczać w tym miejscu posty o sprawach nad którymi w pewnym momencie życia sam się zastanawiałem. Część z postów będzie tworzona w oparciu o współpracę z specjalistami (księgowymi, lekarzami itp), inne będą oparte na moich doświadczeniach lub przemyśleniach.
Postaram się poruszać tematy, które mogą dotyczyć każdego z nas (np. anonimowość w Internecie, fake news) lub kierowane do węższego grona odbiorców. Na pewno nonkonformiści i „osoby nadwydajne mentalnie” znajdą tutaj wiele tematów dla siebie.
Część pytań pozostawię bez odpowiedzi, na inne obszernie się rozpiszę. To co będzie je natomiast wszystkie łączyć to zachęta do samodzielnego (lub w towarzystwie) zastanowienia się nad nimi.
Nonkonformiści i osoby nadwydajne mentalnie – czyli kto?
Jeżeli postanowiłeś poświęcić chwilę swojego cennego czasu aby przeczytać ten post i dotarłeś do tego miejsca to najprawdopodobniej nie jesteś osoba przesiadującą na pudelku i demotywatorach, a przedstawicielem znacznie mniejszego grona osób starających się myśleć samodzielnie i to na poważniejsze tematy. Prawdopodobnie jesteś nonkonformistą.
Definicje PWN
nonkonformizm – odrzucenie przez jednostkę przyjętych przez grupę norm, wartości i celów;
nonkonformista – człowiek sprzeciwiający się bezkrytycznemu uleganiu normom i opiniom obowiązującym w danym środowisku
Jeżeli powyższa definicja pasuje do Ciebie to niestety ale prawdopodobnie należysz do wymierającego gatunku osób poszukujących odpowiedzi. Nie masz i nie będziesz miał w życiu łatwo. Ale spokojnie. Mogło być znacznie gorzej. Może masz to szczęście, że nie należysz do grona osób nadwydajnie mentalnie. Kto to taki? Już tłumaczę.
Według Christel Petitcollin autorki książki „Jak myśleć mniej”, osoby nadwydajne mentalnie to, osoby które:
uważają, że myślą za dużo bo stale analizują otoczenie, a w ich głowie kłębią się przemyślenia których nie potrafią wyłączyć, nawet w nocy,
są ponadprzeciętnie inteligentni, jednak na tyle naturalnie skromni, że nie są tego do końca świadomi i często przez najbliższe otoczenie traktowani jakby byli z innej planety (zresztą tak właśnie się czują),
nigdy nie traktują ludzi jako konkurencji, ani przeciwników bo nie widzą w tym najmniejszego sensu, ponieważ postrzegają ludzkość jako całość i dostrzegają całokształt możliwości współpracujących jednostek, są naturalnymi altruistami,
posiadają wyjątkową łatwość w dostrzeganiu powiązań i całokształtu nawet najbardziej złożonych procesów. Często powoduje to głód wiedzy i chęć zrozumienia nawet najdrobniejszych składowych danego problemu co z kolei prowadzi do problemów skupienia uwagi na jednym temacie,
przez rodziny i otoczenie uważani są za osoby nieobecne, ciche, introwertyczne. Takie zachowania spowodowane są niustanną analizą natłoku pytań i wątpliwości w ich głowach. Wątpliwości często dotyczą swoich poglądów, ponieważ jak skrajna forma nonkonformizmu starają się nieustannie podważać wszystko, nawet to co wiedzą i w co sami wierzą,
Jeżeli powyższe twierdzenie opisują twoją osobę to niestety zostałeś skazany na wieczne niedopasowanie do „normalnego społeczeństwa”. I prawdopodobnie jesteś już tego świadomy. Pocieszę Cię trochę w tym miejscu, ponieważ posty z tej kategorii są kierowane właśnie do takich osób jak Ty 🙂 .
Jeżeli odnajdujesz swój opis w powyższych punktach to w takiej sytuacji odsyłam do wcześniej wspomnianej książki („Jak myśleć mniej”), ponieważ jest topierwsza pozycja, która tłumaczy dlaczego osoby posiadające powyższe cechy czują się tak bardzo niedopasowane do społeczeństwa i jak sobie powinny z tym radzić.
Czekam na Wasze komentarze, życzę miłej lektury postów (nie tylko) z tej kategorii i owocnych przemyśleń.
W trzeciej części (czyli w tym poście, ponieważ artykuł podzieliłem na kilka postów aby nie przerażać rozmiarem, link do wcześniejszej części zamieściłem powyżej) skupię się na ostatnich, nowatorskich dokonaniach branży przemysłowej, mam tu na myśli roboty współpracujące (CoBots, Collaborative Robots) czyli manipulatorów najnowszej generacji będących integralna częścią Industry 4.0.
Czym są CoBoty ?
Roboty współpracujące z j. ang CoBots, Co–Robots lub Collaborative Robots stanowią najnowszą grupę robotów wykorzystywanych w przemyśle. Cechą charakterystyczną tego typu manipulatorów jest możliwość bezpośredniej kolaboracji (czyli pracować z, współpracować) z człowiekiem. Można by rzec, że dopiero CoBoty są urzeczywistnieniem wizji wszystkich dawnych futurologów na temat robotów przyszłości, pomagających pracownikom fabryk w ich codziennych obowiązkach. Tego typu roboty w przeciwieństwie do manipulatorów powszechnie wykorzystywanych w fabrykach nie wymagając specjalnych zabezpieczeń oddzielających ich stanowiska pracy od ludzkich co stanowi ogromny przeskok jakościowy na płaszczyźnie współpracy człowiek maszyna.
Pierwszy CoBot UR5
W 2008 r. firma Universal Robots, założona 3 lata wcześniej przez trójkę pracowników Uniwersytetu Południowej Danii w Odense, wypuszcza pierwszego na świecie robota mogącego współpracować w bezpośrednim kontakcie z człowiekiem. Można bez kontrowersji powiedzieć, że wybudowali pierwszego robota współpracującego. UR5 o wadze 18 kg, zasięgu 850 mm i udźwigu 5 kg, sprzedał się w ciągu 4 lat w liczbie 1600 szt. W roku 2012 dopracowano wcześniejsze rozwiązania inżynierskie w modelu UR10, który z podwójnie zwiększonym udźwigiem i zasięgiem 1300 mm trafił do produkcji seryjnej.
Roboty współpracujące firmy Universal Robots charakteryzują się prostotą konfiguracji, bardzo intuicyjną, opatentowaną metodą graficznego programowania lub poprzez prowadzenie. Prowadzenie to ręczne ułożenie ramienia manipulatora w żądanych pozycjach, a następnie zapisanie konfiguracji położenia wszystkich napędów dla kolejnych etapów pracy. Producent chwali się, że zakup jego robotów szybko się zwraca ponieważ nie wymaga korzystania z usług drogich programistów. Na stronie dostępne jest szkolenie online składające się z 6 modułów. Są to: wprowadzenie, zasada działania, konfiguracja narzędzi, tworzenie programu, komunikacja z urządzeniami zewnętrznymi i bezpieczeństwo – których czas realizacji zajmuje tylko 87min. Po tym czasie „nowy programista” powinien być w stanie skonfigurować manipulator do nowego zadania.
Aktualnie dostępne są trzy modele UR3, UR5, UR10 charakteryzujące się 6 przegubami obrotowymi i powtarzalnością wynoszącą ±0,1 mm. Zakres pracy modułów wynosi od 180 do 360 stopni przy prędkości dla UR3 wynoszącej ± 360°/s, dla pozostałych ± 180°/s, co daje prędkość narzędzia wynoszącą 1m/s w ruchu liniowy. Każdy z robotów zbudowany jest z aluminium i tworzywa polipropylenowego, dzięki czemu waga najlżejszego z nich to jedynie 11 kg wraz z przewodami, a najcięższego 28.9 kg. (10) . Na zdjęciu najnowsza generacja.
Na koniec warto zwrócić uwagę na oryginalne podejście firmy Universal Robots do pojęcia kolaboracji pomiędzy maszynami. Standardowo wszystkie urządzenia / roboty współpracujące są podpięte do jednej sieci przemysłowej za pomocą, której wymieniają z sobą dane i potwierdzają zakończenie poszczególnych etapów. Przeglądając udostępnione dane na temat wykorzystania tych robotów w zakładach produkcyjnych można dostrzec, że w celu minimalizacji kosztów jak i czasu poświęconego na programowanie manipulatory wykorzystują przyciski, klamki czy zabezpieczenia zaprojektowane dla ludzi. Automatyczne ramię po otrzymaniu tylko jednej informacji (np. jednego bitu wejściowego) z obrabiarki CNC, jest w stanie samodzielnie otworzyć jej drzwi, wymienić obiekt, zamknąć drzwi, a na koniec uruchomić proces obróbczy poprzez standardowy przycisk zamontowany na panelu stacji obróbczej. Czas jak i liczba pracowników, a co za tym idzie również koszt potrzebnych do zaprogramowania takiej współpracy dwóch urządzeń jest nieporównywalnie mniejszy.
Universal Robots o sobie ….
Rethink Robotics – roboty współpracujące z twarzą
Kolejna młoda firma założona w 2008 r. w Bostonie, która prześcignęła światowe giganty to Rethink Robotics. Założyciel firmy Rodney Brooks pracował wcześniej przy produkcji autonomicznych odkurzaczy w iRobot, gdzie dostrzegł, że roboty przemysłowe przestały od pewnego czasu ewaluować. Stwierdził on, że skoro roboty, odkurzacze, kosiarki, drony itp. zostały stworzone od zera w przeciągu ostatniej dekady, to i roboty przemysłowe powinny przejść gruntowną rewolucję, aby lepiej dopasować się do współczesnego przemysłu.
W 2012 r. firma zaprezentowała pierwszego dwuramiennego CoBota (robota współpracującego), był to Baxter®. Nadano mu ludzką twarz, zmieniając tym samym pogląd ludzi na to, jak może wyglądać robot przemysłowy. Roboty tej firmy przypominają do pewnego stopnia większe dziecięce zabawki, ważą od 19 kg, dzięki czemu łatwo je przemieszczać i posiadają atrakcyjny design. Cechą charakterystyczną Baxtera oraz Sawyera (mniejszy model z jednym ramieniem) jest monitor umieszczony w miejscu, gdzie powinna znaleźć się twarz w przypadku maszyn humanoidalnych.
Na ekranie na bieżąco wyświetlane są animowane oczy śledzące wykonywane przez ramiona operacje. Na pierwszy rzut oka może wydawać się to całkowicie zbędnym rozwiązaniem, służącym jedynie zwiększeniu atrakcyjności fizycznej urządzenia, co w przemyśle nigdy nie stanowiło istotnej wartości – choć i to się powoli zmienia. Firma jednak doszła do wniosku, że skoro jest to robot współpracujący z człowiekiem, to z powodów psychologicznych ludziom będzie się lepiej przebywało w jego towarzystwie, jeśli będzie po prostu sympatyczny i zachowaniem w pewnym stopniu upodobni się do „kolegi z pracy”. Jest to całkowicie nowe podejście do zagadnienia współpracy ludzi z maszynami. Może w dalekiej przyszłości na imprezy integracyjne dla pracowników firm będą zapraszane również inteligentne urządzenia?
Po co mu oczy?
Sam ekran oczywiście nie służy wyłącznie w celu wyświetlania oczu. W bardzo wygodny i intuicyjny sposób umożliwia zmianę konfiguracji wykonywanego programu. Przy projektowaniu manipulatorów, inżynierowie zwrócili również uwagę na fakt, że czas przekalibrowania maszyny po przesunięciu jej tylko o kilka centymetrów nie powinien zajmować zbyt wiele czasu, a standardowo może wiązać się nawet z napisaniem programu od nowa. Dlatego w każdym ramieniu robota zamontowano niezależną kamerę służącą do wykrywania kluczowych markerów dla jej pracy. Po zmianie położenia Baxtera wystarczy naprowadzić jego ramiona na nowe znaczniki 2D (pozycja początkowa, końcowa, ewentualnie pośrednie) i zatwierdzić wprowadzone zmiany. Nie trzeba w najmniejszym stopniu znać się na programowaniu robotów, dzięki czemu tego typu urządzenie codziennie może wykonywać inne zadania.
Jeśli przewiduje się, że maszyny będą często przeprogramowywane i przemieszczane, to w naturalny sposób pojawia się też problem kolizji. Na tymczasowych stanowiskach eksploatacji tych urządzeń nie chcemy poświęcać zbyt wiele czasu na rozpatrzenie wszystkich niestandardowych sytuacji, które mogą mieć miejsce podczas pracy. Roboty Rethink Robotics oprócz standardowych układów kontrolujących kolizje na podstawie detekcji siły, na bieżąco monitorują swoje środowisko poszukując anomalii za pomocą wcześniej wspomnianych kamer.
Obydwa manipulatory / roboty współpracujące posiadają 7 stopni swobody, dzięki czemu dobrze sprawdzą się w nawet bardzo ciasnych przestrzeniach. Mniejszy z nich Sawyer waży 19 kg , posiada udźwig do 4 kg, zasięg maksymalny 1260 mm i powtarzalność 0.1mm, gwarantowana żywotność to 35.000 h. W przypadku dwuramiennego modelu charakterystyka wygląda trochę gorzej, ponieważ zasięg na każde ramię wynosi tyle samo co wcześniej, przy obniżonym udźwigu do 2.2kg i zwiększonej masie do 75kg. (11)
Czy duże firmy zostały w tyle w dziedzinie współpracujących robotów?
W powyższym artykule opisującym roboty przemysłowe, nie pojawiła się do tej pory jeszcze ani jedna wzmianka o największych graczach na rynku, takich jak ABB, KUKA czy FANUC. Nie oznacza to, że w ich ofertach nie znalazły się żadne produkty, które można by dopasować do kategorii CoBots, jednak moim zdaniem nic, co można by nazwać pionierskim rozwiązaniem. Czy te trzy duże koncerny podzielą losy Nokii, która nie odnalazła się na rynku smartfonów? W dalszej części artykułu omówione zostaną roboty kooperacyjne wspomnianych marek.
ABB YuMi®
Firma ABB w 1974 r. wprowadziła na rynek model IRB 6, który w dużym stopniu nadał impet do rozwoju rynku robotów przemysłowych. Dokładnie 41 lat później, 13 kwietnia 2015 r. na targach w Hanowerze zaprezentowała urządzenie, które ponownie przyśpieszy kierunek tej branży.
YuMi, bo tak nazywa się nowy robot od ABB, to skrót od wyrazów „You” i „Me”, czyli z angielskiego „Ty” i „Ja”, co oznacza współpracownika, którego możemy mieć przy swoim stanowisku. Jest to niewielki, bo ważący jedynie 38 kg, dwuramienny manipulator, zaprojektowany do pracy z drobną elektroniką. Udźwig każdego z ramion wynosi jedynie 0.5 kg, natomiast dokładność ruchu wynosi 0.02 mm, czyli pięciokrotnie lepiej niż u konkurencji. Prędkość przemieszczenia na poszczególnych osiach waha się od 180o/s aż do 400o /s.
Prawdopodobnie i tym razem ABB będzie miało bardzo duży wpływ na rozwój tej gałęzi robotów przemysłowych, ale nie z powodu bardzo przełomowych rozwiązań, a ze względu na gigantyczną akcję marketingową. YuMi reklamowany jest jako pierwszy w historii, dwuramienny rzeczywisty robot kolaboracyjny. Prezentacje dotyczące tego robota można aktualnie spotkać nie tylko na targach branżowych, ale również dniach nauki kierowanych w stronę najmłodszych, co świadczy tylko o ambicjach i rozmachu giganta ABB.
Dzięki bardzo precyzyjnej powtarzalności ruchów jak na tą grupę urządzeń YuMi jako jedyny doskonale nadaje się do wspomagania pracowników w zakładach produkujących urządzenia elektryczne. Od samego początku został zaprojektowany z myślą o składaniu smartfonów, tabletów czy też kontrolowaniu ich jakości. Warto wspomnieć o dwóch systemach, które w znacznym stopniu zwiększają zakres dostępnych zastosowań. Składanie elementów z wykorzystaniem kamery wbudowanej w chwytak co umożliwia wykonywanie korekcji trajektorii ruchu ramienia w czasie rzeczywistym. Robot nie będzie już więcej zatrzymywał pracy gdy poszczególne elementy, które ma z sobą połączyć będą położeniem delikatnie odbiegały od przyjętych wzorców. Drugi system to precyzyjna kontrola docisku dwóch elementów znajdujących się w obu ramionach. Niczym człowiek jest w stanie również w takiej pozycji z odpowiednim „wyczuciem” połączyć elementy za pomocą np. plastikowych złączek wymagających odpowiedniej siły (12).
FANUC CR-35iA
FANUC tym razem nie poszedł śladem pozostałych firm i nie chce robić rewolucji, chce natomiast wykonać drobne ewolucje. Na filmach promocyjnych i materiałach zawierających parametry techniczne robota od razu dostrzeżemy – czym zresztą sam producent się chwali – że firma nie stworzyła niczego nowego. Manipulator CR-35iA to klasyczny robot przemysłowy ubrany w „gumowy kombinezon” i wyposażony w bardziej czułe układy bezpieczeństwa. Pociąga to oczywiście za sobą kilka zalet, jak chociażby największy udźwig w tej kategorii wynoszący 35 kg, sprawdzoną przez lata konstrukcję i dokładność rzędu ±0.08 mm. Niestety tym samym również pewne wady, jak np. masa 990 kg, co w tej kategorii również jest rekordowe.
KUKA LBR iiwa
KUKA LBR iiwa, LBR to skrót od „Leichtbauroboter” (lekki robot przemysłowy), iiwa oznacza „intelligent industrial work assistant”. KUKA wprowadziła na rynek dwa modele robotów współpracujących z 7 stopniami swobody, posiadającymi udźwig 7 i 14 kg oraz zasięgiem kolejno 800 i 820 mm. (14) Robot ten został zaprojektowany do zadań kosmicznych, więc również design posiada bardzo futurystyczny i tak naprawdę wygląd jest tutaj jedyną cechą wyróżniającą tego manipulatora na tle pozostałych. (15)
Roboty współpracujące
Iiwa posiada spory zasięg ramienia (800mm i 8220mm), które jest w stosunku do pozostałych wcześniej omawianych robotów współpracujących włożone do bardzo smukłej obudowie bez żadnych wystających zbędnych elementów. Dzięki takiej konstrukcji robot ten znajduje zastosowanie między innymi do skręcania karoserii samochodowych od wnętrza w zakładach produkcyjnych Daimler Mercedes. 7 stopni swobody, 23kg wagi i czuła detekcja kolizji tworzą z niego jedynego w swojej klasie przedstawiciela zdolnego wykonywać zadania wymagających dużej „zwinności” w bardzo wąskich przestrzeniach, do których może on zostać wprowadzony za pomocą choćby FANUCA CR-35iA. 7kg udźwigu lub w większej wersji 14kg spokojnie wystarczy do utrzymania wkrętarki lub innego narzędzie potrzebnego w tego typu zadaniach montażowych.
Podsumowanie
Pomimo iż coraz więcej pracowników fabryk – również w Polsce – ma obawy, czy ich stanowiska nie zostaną zastąpione manipulatorami przemysłowymi, zaczynamy zauważać nowy trend, w którym to roboty mają stawać „ramię” w ramię z pracownikami, a nie ich zastępować. XXI w. zapowiada się jako okres, w którym zaawansowana technologia będzie wspierać (np. roboty współpracujące) nas w każdym zakładzie produkcyjnym, począwszy od dużych fabryk, a skończywszy na małych warsztatach, czyniąc tym samym naszą pracę bardziej ergonomiczną i co bardziej istotne, bezpieczniejszą.
Na koniec luźne podsumowanie tematu współpracy ludzie – roboty
Na koniec chciałbym oficjalnie podziękować Jadwidze Woźnik, która to pomogła mi w tym obszernym tekście poradzić sobie z wyzwaniami j. polskiego (czyli wykonała korektę tekstu) i zaprosić Ci do kolejnych artykułów i materiałów edukacyjnych (oraz luźnego bloga).
Informujemy, iż w celu optymalizacji treści dostępnych w naszym serwisie, dostosowania ich do Państwa indywidualnych potrzeb korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Dalsze korzystanie z naszego serwisu internetowego, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje stosowanie plików cookies.