Jak rozbić gang okradający samochody pod Marsylią

przewodnik praktyczny

Są takie historie z wakacji, które po kilku latach pamięta się głównie dzięki zdjęciom. Plaża, zachód słońca, dzieci przed jakimś zabytkiem, zamek na wzgórzu. Są jednak również takie, które właściwie nie potrzebują żadnych fotografii, bo kolejne sceny zapisują się w pamięci tak dokładnie, że można je później odtwarzać niemal klatka po klatce.

Ta historia należy zdecydowanie do drugiej kategorii.

21 sierpnia 2026 roku ktoś wybił nam szybę w samochodzie zaparkowanym przy murach Awinionu i ukradł plecak naszego syna. Kilka godzin później, zupełnym przypadkiem, spotkaliśmy na ulicach miasta samochód człowieka, którego wcześniej nagrały kamery Tesli podczas włamania do naszego auta. Pojechaliśmy za nim, doprowadziliśmy do dość absurdalnej konfrontacji, a później wróciliśmy jeszcze na miejsce kradzieży i zaczęliśmy dostrzegać rzeczy, których kilka godzin wcześniej zupełnie nie zauważaliśmy.

Brzmi jak fabuła niezbyt realistycznego francuskiej komedii kryminalnej – które uwielbiam. Problem w tym, że wszystko wydarzyło się naprawdę. Szczerze mówiąc, gdyby ktoś nam opowiedział tą historię którą za chwilę przeczytasz, też byśmy w nią nie uwierzyli, ale podkreślę w tym miejscu WSZYSTKO OPISANE PONIŻEJ WYDARZYŁO SIĘ NAPRAWDĘ I NIE ZOSTAŁO PODKOLOROWANE.

Zanim jednak zacznę, warto wyciągnąć z tej historii jeden bardzo praktyczny wniosek:

Jeżeli podróżujecie samochodem po Europie, szczególnie po popularnych turystycznych miastach, nie zostawiajcie na widoku absolutnie żadnego plecaka, torby czy pokrowca. Nie ma znaczenia, że w środku znajdują się stare kąpielówki, wilgotny ręcznik, czy śmieci. Wy wiecie, co znajduje się w środku. Człowiek obserwujący samochód z kilkunastu metrów widzi po prostu plecak zagranicznych turystów, w którym równie dobrze może znajdować się sporo cennych rzeczy, których nie ma sensu zabierać z sobą na dłuższe zwiedzanie starego miasta takich jak: tablet, aparat, laptop, konsola albo większe pieniądze.

Druga lekcja jest jeszcze ważniejsza. Jeżeli będziecie mieli tak nieprawdopodobne szczęście jak my i kilka godzin po włamaniu przypadkiem zobaczycie samochód sprawcy, zadzwońcie na policję. Nie jedźcie za nim, nie próbujcie go blokować i zdecydowanie nie otwierajcie mu drzwi. My zrobiliśmy praktycznie wszystko odwrotnie. Historia skończyła się dobrze, dlatego możemy dzisiaj opowiadać ją z humorem. Mogła jednak mieć zupełnie inne zakończenie.

Ale od początku…

Marsylię przeżyliśmy. Czujność straciliśmy dopiero w Awinionie

Do Awinionu dotarliśmy poprzedniego wieczoru, późno, już po 22:30. Za nami był cały dzień zwiedzania Marsylii. Przed wyjazdem sporo czytaliśmy o włamaniach do samochodów i kradzieżach wymierzonych w turystów, dlatego właśnie tam zachowywaliśmy wyjątkową ostrożność. Wychowałem się na klasycznej serii komedii „Taxi”, wiece wiedziałem co może nas tam spotkać – gorąco polecam. Pilnowaliśmy, żeby w aucie był względny porządek, nie zostawialiśmy wartościowych rzeczy na widoku, a wszystko, co naprawdę istotne, zabieraliśmy ze sobą albo dobrze chowaliśmy.

Nawet dużą skrzynię dachową zostawiliśmy wcześniej we Włoszech (z naszej corocznej bazy wypadowej z której udaliśmy się na Francję). Nie chcieliśmy po południu Francji jeździć samochodem wyglądającym z daleka jak klasyczny pojazd czteroosobowej rodziny przemierzającej Europę z całym dobytkiem zapakowanym po dach. Marsylia, paradoksalnie, nie sprawiła nam najmniejszego problemu – zaparkowaliśmy na sporym podziemnym parkingu pod muzeum. Problem czekał kilkadziesiąt kilometrów dalej, w miejscu, przy którym nasza wewnętrzna lampka ostrzegawcza po prostu zgasła.

Kiedy dotarliśmy do hotelu Ibis (250 zł za noc!) znajdującego się niedaleko murów Awinionu, jego parking był już pełny. Było późno, dzieci były zmęczone, a my chcieliśmy przede wszystkim zostawić samochód i pójść spać. W recepcji wskazano mi duży darmowy parking znajdujący się praktycznie przy samych murach starego miasta, obok hoteli Ibis i Ibis budget. Parking wyglądał zupełnie normalnie: duży, publiczny, częściowo wypełniony lokalnymi samochodami. Kilkaset metrów dalej zaczynało się historyczne centrum Awinionu z Pałacem Papieskim, średniowiecznymi uliczkami i potężnymi murami otaczającymi stare miasto.

Po całym dniu spędzonym w Marsylii Awinion działał na nas uspokajająco. I to był prawdopodobnie pierwszy istotny błąd. Nie chodziło nawet o jakąś jedną złą decyzję. Po prostu spadła nam czujność. Marsylia była w naszej głowie miejscem, w którym trzeba bardzo uważać. Awinion był miejscem papieży, UNESCO, starych kamienic i średniowiecznych murów, które następnego dnia mieliśmy spokojnie zwiedzać – choć jak myślę o tym po czasie to opis miasta brzmi jak idealna atrakcja turystyczna dla zabieganych turystów będących łatwym celem złodziei.

Zostawiliśmy samochód i poszliśmy spać.

Nie mieliśmy jeszcze pojęcia, że następnego dnia będziemy wracali na ten sam parking kilka razy i za każdym razem będzie wyglądał dla nas trochę inaczej.

Wszystko zaczęło się od mokrych kąpielówek

Rano wydarzyła się rzecz tak banalna, że w każdy normalny dzień zapomnielibyśmy o niej jeszcze przed obiadem. Fabrycznie zamknięty płyn, który kupiliśmy wcześniej, rozlał się w plecaku naszego syna. W środku znajdowały się między innymi wilgotne stroje kąpielowe używane poprzedniego dnia podczas plażowania w Marsylii, magnesy i kilka plastikowych dupereli od synka. Sam plecak również najlepsze lata miał już dawno za sobą. Syn z niego wyrastał, materiał był zużyty i właściwie jeszcze przed końcem wyjazdu wiedziałem, że po wakacjach prawdopodobnie trafi do kosza / w głębiny szafy gdzie trafiają rzeczy, które szkoda wyrzucić ale też nigdy się z nich nie skorzysta ponownie – choć Martyna uważa inaczej.

Żona wyjęła wszystko ze środka, próbując opanować skutki małej katastrofy. Po chwili już tylko mokre rzeczy ponownie znalazły się w plecaku. Powstała w ten sposób dość specyficzna kombinacja starego materiału, wilgotnych kąpielówek, rozlanego płynu i sierpniowego upału południowej Francji. Zdecydowanie nie był to przedmiot, o który przeciętny człowiek chciałby walczyć.

Nie wiedzieliśmy jeszcze, że właśnie ten plecak stanie się za kilka godzin centralnym rekwizytem całej historii.

Około jedenastej zeszliśmy do samochodu. Chcieliśmy zostawić w nim walizki – które zabraliśmy do hotelu – oraz rzeczy, których nie potrzebowaliśmy podczas zwiedzania. Otworzyliśmy bagażnik, poukładaliśmy wszystko, a dzieci – zgodnie z automatyzmem wypracowanym podczas setek kilometrów wakacyjnej podróży – usiadły w fotelikach i przygotowały się do jazdy.

Wtedy poinformowaliśmy je, że właściwie nigdzie nie jedziemy. Ten dzień mieliśmy spędzić właśnie w Awinionie.

Dzieci natychmiast wyskoczyły z samochodu i w całym tym małym zamieszaniu córka zostawiła plecak brata na tylnej kanapie, dokładnie pomiędzy fotelikami. Żadne z nas tego nie zauważyło. My z żoną zabraliśmy ze sobą dwa pozostałe plecaki i właśnie w nich znajdowały się rzeczy naprawdę wartościowe (oprócz tego jak opisuje tutaj – asortyment bezpieczeństwa – zawsze mam dokumenty, karty i gotówkę zawieszone pod koszulą na szyi w paszportówce).

W samochodzie praktycznie nic cennego nie zostało na widoku. Laptop znajdował się głęboko na dnie dużej walizki schowanej w bagażniku. Na tylnej kanapie leżały wprawdzie dwa aparaty Instax, ale były przykryte ręcznikiem. W kieszeni jednego z foteli znajdował się jeszcze stary tablet, którego dzieci używały czasami wtedy, gdy długa podróż zaczynała przekraczać granice ich cierpliwości. Nic z tego nie rzucało się szczególnie w oczy.

Był jednak plecak pozostawiony pomiędzy fotelikami. Dla nas był to po prostu stary worek wypełniony mokrymi kąpielówkami. Dla człowieka patrzącego przez szybę z kilkunastu metrów był plecakiem należącym do rodziny zagranicznych turystów.

Nie przywiązaliśmy do tego żadnej wagi.

Zamknęliśmy samochód i poszliśmy zwiedzać.

12:24

Przez następne kilka godzin Awinion robił wszystko, aby nic nie zapowiadało dalszych wydarzeń. Zwiedzaliśmy Pałac Papieski wpisany na listę UNESCO (polecam) i stary most (liczący kiedyś 930 metrów długości !!!) , przechodziliśmy pomiędzy kamiennymi ścianami i wąskimi uliczkami, zaglądaliśmy na place wypełnione ludźmi i oglądaliśmy ogromne średniowieczne mury. Było jasno, gorąco i tłoczno. Trudno wyobrazić sobie scenerię bardziej odległą od stereotypowego obrazu włamania do samochodu, które zwykle kojarzymy z pustą ulicą, nocą i człowiekiem w kapturze.

Około czternastej wróciliśmy na parking. Do samochodu podchodziliśmy zupełnie spokojnie i dopiero kiedy znaleźliśmy się bliżej, zobaczyliśmy tylną szybę w drzwiach za kierowcą. A właściwie miejsce, w którym jeszcze kilka godzin wcześniej się znajdowała.

Była wybita.

Przez pierwsze sekundy człowiek próbuje znaleźć inne wyjaśnienie. Może ktoś czymś uderzył. Może szkło pękło przypadkiem. Może wydarzyła się jakaś dziwna parkingowa kolizja. Kiedy jednak widzi się rozsypane szkło i otwarte wnętrze samochodu, mózg bardzo szybko przestaje szukać niewinnych scenariuszy i zadaje jedno pytanie: co zginęło?

Adrenalina momentalnie skoczyła. Przecież przez całe wakacje robiliśmy wszystko, żeby właśnie do takiej sytuacji nie dopuścić. Szczególnie we Francji pilnowaliśmy, żeby w samochodzie nie było bałaganu ani rzeczy sugerujących, że auto jest pełne wakacyjnego wyposażenia. Nie wyglądaliśmy jak turyści zapakowani po dach. A jednak ktoś podszedł do naszego samochodu i wybił szybę.

Zaczęliśmy sprawdzać wnętrze. Bagażnik wyglądał na nietknięty, schowek również. Walizki były na miejscu. Dwa aparaty Instax nadal leżały pod ręcznikiem, a tablet wciąż znajdował się w kieszeni fotela. Laptop powinien być tam, gdzie go schowaliśmy, głęboko na dnie walizki. Po kilku minutach patrzyliśmy na siebie coraz bardziej zdziwieni, bo nie byliśmy w stanie wskazać ani jednej rzeczy, która zniknęła.

Ktoś podjechał do samochodu w biały dzień, wybił szybę, narobił hałasu, uruchomił alarm i najwyraźniej niczego nie zabrał. Nie miało to większego sensu.

Wtedy obok nas zatrzymała się Tesla. Jej właściciel, Francuz azjatyckiego pochodzenia, którego wcześniej widzieliśmy na parkingu, od dłuższego czasu siedział w samochodzie. Podejrzewaliśmy, że jego rodzina zwiedzała w tym czasie Awinion, podczas gdy on albo nie chciał chodzić po mieście w upale, albo nie chciał zostawić auta bez nadzoru. Powód przestał mieć znaczenie w chwili, w której podjechał do nas i pokazał nagranie z kamer Tesli.

Na ekranie widniała godzina 12:24.

Na nagraniu pojawił się stary Peugeot Partner. Według relacji właściciela Tesli jego kierowca wysiadł z samochodu, wyjął coś przypominającego metalowy pręt, podszedł do naszego auta i wybił szybę. Włączył się alarm. Mężczyzna wrócił do swojego samochodu i odjechał.

Wyglądało na to, że alarm go spłoszył, co doskonale pasowało do tego, co widzieliśmy. Najważniejsze było jednak coś innego: na nagraniu dało się rozpoznać samochód i jego tablice rejestracyjne.

Zrobiłem zdjęcie numerów.

Wtedy traktowałem je przede wszystkim jako zabezpieczenie na wszelki wypadek. Nie miałem najmniejszego pojęcia, że osiem godzin później będziemy porównywali tę fotografię z tablicą Peugeota jadącego kilka metrów przed nami przez Awinion.

Na razie sytuacja wydawała się bardziej dziwna niż poważna. Może złodziej rzeczywiście chciał coś ukraść, ale po uruchomieniu alarmu uciekł. Może nie zdążył. W żartach zastanawialiśmy się nawet, czy ktoś po prostu nie lubi turystów albo szczególnie Polaków i takie ma hobby. Żadne wyjaśnienie nie było szczególnie logiczne, ale równie mało sensu miało wybijanie szyby i pozostawienie wszystkich wartościowych rzeczy w samochodzie.

Zadzwoniłem do ojca i zapytałem, czy jego zdaniem jest sens tracić kilka godzin na francuską policję, skoro właściwie nic nie zginęło, a szkoda ogranicza się do bocznej szyby. Po krótkiej analizie zdecydowaliśmy, że temat odpuścimy.

Używana szyba do naszego Peugeota miała kosztować na Allegro około dwustu złotych, więc większym problemem było to, jak przejechać kolejne setki kilometrów z wielką dziurą w tylnych drzwiach.

Pierwszy plan był dość prymitywny: pojechać do Carrefoura, kupić folię spożywczą, obwiązać nią drzwi i jakoś dojechać do miejsca, w którym zdobędziemy właściwą szybę. Po kilku minutach zaczęliśmy jednak myśleć bardziej inżyniersko. Skoro nie mamy szyby, możemy przecież zrobić jej tymczasowy odpowiednik z plexi. Wystarczy kupić arkusz tworzywa, odrysować kształt (z zdjęcia z Allegro), wyciąć go i zamocować w drzwiach. Żeby całość nie była zupełnie przezroczysta, można dodatkowo założyć na drzwi czarną siatkę przeciwsłoneczną, bardzo popularną we Francji.

Pojechaliśmy więc do Norauto.

Siatka kosztowała siedem euro.

I właśnie na parkingu przed sklepem wydarzyła się kolejna scena, którą wtedy potraktowaliśmy tylko jako drobną ciekawostkę.

Dwóch młodych mężczyzn i pierwszy element większej układanki

Żona została w samochodzie, a w pewnym momencie w pobliżu pojawiło się dwóch młodych, dobrze ubranych mężczyzn na szybkich hulajnogach elektrycznych. Nie wyglądali w żaden sposób podejrzanie. Nie przypominali ludzi, których przeciętny turysta instynktownie obserwowałby kątem oka. Podjechali jednak blisko naszego auta, zwolnili i zaczęli zaglądać do środka.

Nie przyglądali się szczególnie karoserii ani nawet uszkodzonej szybie. Patrzyli do wnętrza samochodu. Kiedy dostrzegli żonę siedzącą w środku, szybko odjechali.

W tamtej chwili można było wzruszyć ramionami. Może byli ciekawi. Może szukali miejsca. Może zainteresował ich samochód z wybitą szybą. Dopiero po kolejnych wydarzeniach zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie wyglądali bardziej jak ludzie sprawdzający zawartość zaparkowanych samochodów.

Taki człowiek nie musi niczego kraść. Wystarczy, że przejedzie przez parking, spojrzy przez kilka szyb i przekaże komuś prostą informację: zagraniczny samochód, rodzina turystów, na tylnej kanapie leży plecak.

To oczywiście była już nasza późniejsza hipoteza. Nie mamy żadnego dowodu, że ci dwaj mężczyźni mieli cokolwiek wspólnego z wcześniejszym włamaniem.

Na razie mieliśmy czarną siatkę za siedem euro, wielką dziurę w drzwiach i plan zbudowania następnego dnia prowizorycznej szyby z plexi. Nie zamierzaliśmy z tego powodu zmarnować reszty wakacyjnego dnia, więc ruszyliśmy dalej. Prawdę mówiąc potraktowaliśmy całe to zdarzenie z stoickim spokojem, bo właściwie miało ono miejsce w najwygodniejszym dla nas czasie, bez wpływania na resztę planów zwiedzania Francji. Gdyby się to wydarzyło dzień wcześniej na pewno nie zostawilibyśmy samochodu bez szyby na noc na publicznym parkingu, ale dziś ostatniego dnia w Francji mieliśmy z tym luz, bo i koszt naprawy wydawał się nie większy niż rodzinny obiad. Wiedziałem też że z tej historii wyjdzie dobry post na temat bezpieczeństwa w podróży #bezpieczeństwo , bo najlepiej uczyć się na cudzych błędach i wyciągać z nich wnioski, więc może kilka rodzin z polski uniknie podobnych problemów.

Naszym kolejnym celem był Pont du Gard.

I właśnie tam rozwiązaliśmy zagadkę włamania.

Najgorszy łup w historii francuskiego złodziejstwa

Zwiedziliśmy monumentalny rzymski akwedukt, a później, ponieważ było bardzo gorąco, postanowiliśmy zejść nad rzekę płynącą pod konstrukcją i trochę się ochłodzić. Kiedy zaczęliśmy przygotowywać rzeczy do kąpieli, ktoś zapytał o plecak ze strojami.

Przez chwilę nikt nie zrozumiał.

Jaki plecak?

Ten ze strojami kąpielowymi.

I wtedy zaczęliśmy odtwarzać poranek. Rozlany płyn. Mokre kąpielówki. Pakowanie. Dzieci siedzące w fotelikach. Informacja, że jednak nigdzie nie jedziemy. Córka wyskakująca z samochodu. Plecak zostający pomiędzy fotelikami.

Nagle wszystko stało się jasne.

Złodziej jednak coś zabrał.

Wziął właśnie ten plecak.

Nie tablet. Nie aparaty. Nie walizki. Nie laptop ukryty w bagażniku. Ukradł stary dziecięcy plecak pełen wilgotnych strojów kąpielowych, czyli prawdopodobnie jedne z najmniej wartościowych rzeczy znajdujących się w całym samochodzie.

Bilans ekonomiczny tego przestępstwa zaczął więc wyglądać dość groteskowo. My zostaliśmy z wybitą szybą. Złodziej zyskał stary plecak, mokre kąpielówki i zapach, którego wartości rynkowej trudno było jednoznacznie określić. Można powiedzieć, że obie strony transakcji miały powody do rozczarowania.

Śmiech szybko ustąpił jednak miejsca znacznie ciekawszej refleksji. Sprawca nie przeszukiwał samochodu. Nie zainteresował się tabletem. Nie dostrzegł aparatów. Nie otworzył schowka ani bagażnika. Nie poświęcił nawet dodatkowych kilku sekund na rozejrzenie się po wnętrzu.

Podjechał, wybił szybę, sięgnął po jedną rzecz i odjechał.

To zaczynało wyglądać tak, jakby wcześniej wiedział, po co przyjeżdża.

Ktoś mógł zauważyć plecak przez szybę. Dla nas znajdowały się tam stare mokre stroje kąpielowe. Dla człowieka obserwującego samochód zagranicznych turystów plecak mógł oznaczać laptop, aparat, konsolę, słuchawki, pieniądze albo dokumenty.

Po Pont du Gard ruszyliśmy w stronę Włoch, gdzie podczas tych wakacji mieszkaliśmy – jak co roku w pięknej okolicy – Locanda del lago – górskiej restauracji z schroniskiem prowadzonej przez naszych znajomych. Musieliśmy jednak kupić materiały do przygotowania tymczasowej szyby. Potrzebowaliśmy plexi, taśmy i wszystkiego, co mogło się przydać do zamocowania konstrukcji.

Najbliższy odpowiedni sklep budowlany znajdował się, jak na ironię, z powrotem w Awinionie. Leroy Merlin.

Los miał tego dnia specyficzne poczucie humoru. Żeby naprawić skutki włamania w Awinionie, musieliśmy ponownie wrócić do Awinionu.

Wtedy żona zaproponowała, żebyśmy skoro i tak jedziemy przez miasto, jeszcze raz zajrzeli na nieszczęsny parking. Jeśli złodziej otworzył plecak zaraz po kradzieży i odkrył, że właśnie zaryzykował dla kolekcji wilgotnych kąpielówek, istniała całkiem realna szansa, że wyrzucił wszystko w pierwszych napotkanych krzakach.

Pojechaliśmy.

I właśnie wtedy historia skręciła w kierunku, którego nie przewidziałby żaden rozsądny człowiek.

Osiem godzin później Peugeot pojawił się ponownie

Wjeżdżaliśmy do Awinionu, kiedy córka spojrzała przez szybę na jeden z jadących przed nami samochodów i zapytała, czy to przypadkiem nie jest ten Peugeot ze zdjęcia.

Przed nami rzeczywiście jechał stary Partner. Kojarzyłem jego numery rejestracyjne i faktycznie to był on.

Żona wyciągnąłem telefon i otworzyła zdjęcie. Spojrzała na tablicę jadącego samochodu, później na ekran, potem jeszcze raz na tablicę. Numery się zgadzały. Poprosiłem żonę, aby sprawdziła to jeszcze raz, bo cała sytuacja wydawała się zbyt absurdalna. Zerknęła na zdjęcie ponownie i potwierdziła.

To był ten samochód. Nie ten sam model. Nie podobny kolor. Nie „chyba ten”.

Ta sama tablica rejestracyjna!

Osiem godzin po włamaniu, po zwiedzaniu Awinionu, wyjeździe do Pont du Gard, kąpieli w rzece i ponownym powrocie do miasta, zupełnym przypadkiem spotkaliśmy na drodze samochód człowieka, którego kilka godzin wcześniej nagrała Tesla podczas włamania do naszego auta.

Gdyby taka scena pojawiła się w filmie, zapewne powiedziałbym, że scenarzysta poszedł na łatwiznę i przesadził z przypadkami.

A jednak właśnie jechaliśmy kilka metrów za nim.

Rozsądny człowiek zrobiłby w tej sytuacji zdjęcie, zapisał lokalizację i zadzwonił na policję.

My postanowiliśmy pojechać za nim.

Przez około dziesięć minut kierowca jechał przez miasto, a my trzymaliśmy się za nim. Początkowo najwyraźniej niczego nie zauważał, ale po pewnym czasie musiał zorientować się, że samochód z prowizorycznie zabezpieczoną wybitą szybą pojawia się w jego lusterku trochę zbyt regularnie.

W pewnym momencie z prawego pasa gwałtownie zjechał na parking znajdujący się po lewej stronie drogi i zatrzymał samochód.

My zrobiliśmy to samo.

Po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć kierowcę dokładnie. Był sam, nie był już młody, miał dużą posturę i spory brzuch. W tamtej chwili, patrząc wyłącznie na jego wygląd, oceniliśmy, że raczej nie będzie dla nas szczególnie dużym zagrożeniem.

Dzisiaj brzmi to wyjątkowo nierozsądnie.

Przecież nie da się zobaczyć, czy ktoś ma przy sobie nóż albo broń, czy jest agresywny, czy działa sam i czy kilkaset metrów dalej nie czeka kilku jego kolegów. Wtedy emocje działały jednak zdecydowanie szybciej niż rozsądek – przecież co na wakacjach może złego nam się przydarzyć w obcym kraju, bez znajomości języka, z rąk przestępcy z dziećmi na tylnej kanapie? …

Zatrzymałem nasz samochód na wysokości Peugeota tak, aby ograniczyć kierowcy możliwość łatwego skrętu w prawo. Po lewej stronie miał murek, a z przodu i z tyłu, w niewielkiej odległości, stały zaparkowane samochody. Celowo nie podjechałem całkiem blisko. Jego Partner był mocno poobijany i zaniedbany; wyglądał jak samochód, którego właścicielowi kolejne wgniecenie nie zrobiłoby większej różnicy. Nam naszego auta, pomimo wybitej szyby, było nadal bardzo szkoda.

Żona wysiadła i ruszyła w jego stronę.

Zapytała po angielsku:

— Where is the Salewa?!

Mężczyzna spojrzał na nią z miną człowieka, który zupełnie nie rozumie, dlaczego jakaś obca kobieta właśnie domaga się od niego „plecaka”salewy?”. Zaczął gestykulować, udawać zdziwienie i pokazywać, że nie ma pojęcia, o czym mówi.

Wtedy żona wskazała na nasz samochód, a dokładniej na tylne drzwi z wybitą szybą, częściowo zabezpieczone taśmą i czarną siatką.

I wtedy coś w jego zachowaniu się zmieniło.

Trudno było dłużej udawać, że nie kojarzy samochodu, któremu kilka godzin wcześniej ktoś wybił szybę. Żona podeszła bliżej i otworzyła drzwi jego Peugeota od strony pasażera.

Wtedy kierowca uznał najwyraźniej, że dalsza rozmowa nie leży w jego interesie. I strasznie się przeraził, widok jego miny, szczerego przerażenia i wyrazu totalnego braku zrozumienia co aktualnie ma miejsce – , złodzieja który wybił nam szybę w całości pokrył nasze roszczenia kierowane w jego stronę 🙂

Wrzucił wsteczny i gwałtownie ruszył. Koła zapiszczały, za samochodem pojawił się gęsty dym, a człowiek, który jeszcze chwilę wcześniej nie wyglądał na szczególnie dynamicznego, nagle odkrył w sobie zadziwiające umiejętności kierowcy rajdowego – może też wychował się na filmie „Taxi” ?

Uciekł.

Próbowaliśmy jeszcze ruszyć za nim, ale tym razem nie byliśmy w stanie go dogonić, bo on z gracją rajdowcy obrócił samochód wjeżdżając z parkingu na ruchliwą ulicę.

Później z pewną złośliwą satysfakcją wyobrażaliśmy sobie, że podczas gwałtownego ruszania na wstecznym jego skrzynia biegów postanowiła zakończyć współpracę, a otwarte przez żonę drzwi również nie wyszły z całego manewru w idealnym stanie. To oczywiście tylko nasze życzeniowe domysły.

Znacznie ciekawsze było inne pytanie.

Co właściwie musiało się dziać w głowie tego człowieka?

Jakim cudem oni mnie znaleźli?

Spróbujmy spojrzeć na wydarzenia z jego perspektywy.

O godzinie 12:24 podjeżdża pod samochód zagranicznych turystów, wybija szybę, zabiera znajdujący się na tylnej kanapie plecak i odjeżdża. Być może kilka minut później zagląda do środka i odkrywa, że ryzykował dla używanych, wilgotnych strojów kąpielowych czteroosobowej rodziny.

Mija około ośmiu godzin.

Jedzie sobie przez Awinion i nagle w lusterku widzi dokładnie ten sam samochód. Co więcej, auto z rozbitą szybą jedzie za nim przez kolejne ulice. W środku siedzi cała rodzina – rodzice i dwójka dzieci. Po kilku minutach samochód zjeżdża za nim na parking. Kobieta wysiada, podchodzi prosto do jego auta, wskazuje wybitą szybę i otwiera mu drzwi.

Pierwsza myśl musiała być oczywista: jakim cudem oni mnie znaleźli?

Może w plecaku znajdował się GPS albo AirTag. Może samochód został natychmiast zgłoszony policji, a numery rejestracyjne są już w systemie. Może ci ludzie nie są zwykłymi turystami. Może ktoś ich prowadzi. Może obserwuje go policja. Może samochód został wykorzystany jako przynęta.

Prawda była o wiele bardziej absurdalna – o czym już wiesz w przeciwieństwie do niego 🙂

Nie mieliśmy żadnego lokalizatora. Nie śledziliśmy jego telefonu. Nie mieliśmy dostępu do kamer miejskich. Policja w tamtej chwili nawet jeszcze nie wiedziała o wydarzeniu.

Po prostu po ośmiu godzinach nasza córka przypadkiem zauważyła na ulicy jego samochód.

Gdyby ktoś opowiedział mu prawdę, prawdopodobnie sam by w nią nie uwierzył.

Po tej konfrontacji rozsądni ludzie uznaliby zapewne, że limit emocji na jeden dzień został już wyczerpany i pojechaliby spokojnie dalej.

My nadal chcieliśmy znaleźć plecak. Skoro szczęście nam sprzyjało to może jeszcze nie wyczerpaliśmy je całkowicie.Może odrobinę jeszcze go pozostało.

Powrót na miejsce włamania

Nie chodziło już nawet o wartość plecaka, bo praktycznie żadnej nie miał. Chcieliśmy chyba po prostu zamknąć tę historię. Skoro i tak jechaliśmy w stronę parkingu, postanowiliśmy sprawdzić pobliskie krzaki. Sprawca mógł przecież kilka minut po kradzieży otworzyć plecak, odkryć zawartość i wyrzucić go razem ze strojami gdzieś w okolicy.

Wróciliśmy więc na parking przy murach Awinionu.

Miejsce wyglądało dokładnie tak samo jak wcześniej. Samochody, turyści, ulica, średniowieczne mury. Tyle że po wydarzeniach ostatnich kilku godzin my patrzyliśmy już na wszystko zupełnie inaczej.

Żona zaczęła chodzić po obrzeżach parkingu i zaglądać w krzaki. Ja zauważyłem bezdomną kobietę, która miała przy sobie kilka wózków sklepowych wypełnionych ubraniami i różnymi przedmiotami. Zacząłem z nią rozmawiać po angielsku i po chwili dowiedziałem się, że część zgromadzonych przez nią rzeczy została znaleziona właśnie w okolicy tego parkingu.

To było interesujące. Jeżeli ktoś kradnie torbę, odjeżdża kilkaset metrów, wyciąga wartościowe rzeczy, a resztę wyrzuca, osoba spędzająca większość dnia w okolicy mogła przypadkiem wiedzieć o tym miejscu znacznie więcej niż większość turystów.

Naszego plecaka jednak nie znalazłem.

W tym czasie żona zaczęła zwracać uwagę na otoczenie. W jednym z zaparkowanych samochodów siedział młody mężczyzna, prawdopodobnie przed trzydziestką, który cały czas obserwował otoczenie udając, że zajmuje się telefonem. Samo w sobie nie było to oczywiście niczym niezwykłym. Miliony ludzi siedzą codziennie w samochodach i patrzą na ekrany telefonów – brainrots.

Chwilę później zauważyłem jednak innego mężczyznę. Był młody i dobrze zbudowany. W ciągu około dziesięciu minut trzykrotnie przeszedł chodnikiem wzdłuż tego samego parkingu, dokładnie tam, gdzie żona szukała plecaka. Mógł oczywiście spacerować, czekać na kogoś albo mieć sto innych powodów, żeby pojawiać się ciągle w tym samym miejscu. Po całym dniu zaczęliśmy jednak zwracać uwagę na zachowania, które rano zupełnie by nas nie zainteresowały.

Żona w tym czasie rozmawiała przez telefon ze swoją przyjaciółką i opowiadała jej całą historię. Nie była to dyskretna rozmowa. Relacjonowała wybitą szybę, nagranie z Tesli, znalezienie Peugeota, pościg, konfrontację i ucieczkę kierowcy. Mówiła głośno, śmiała się, energicznie gestykulowała i chodziła pomiędzy samochodami.

Z punktu widzenia człowieka obserwującego ją z daleka musiała wyglądać dość specyficznie. Zdecydowanie zbyt pewnie jak na turystkę, której kilka godzin wcześniej ktoś włamał się do samochodu.

Kiedy zaczęła wracać do naszego auta, w którym czekały dzieci, zauważyła, że dobrze zbudowany mężczyzna stojący około trzydziestu metrów dalej cały czas się jej przygląda. Ona również spojrzała na niego. Przez chwilę patrzyli na siebie, aż w końcu mężczyzna zaczął wykonywać gesty przypominające „o co ci chodzi?”, „dlaczego się na mnie patrzysz?”.

Jednocześnie robił jednak coś dość charakterystycznego.

Oddalał się. Szedł tyłem, cały czas obserwując żonę.

Wracałem właśnie do samochodu i również to widziałem. Nie wyglądał na człowieka, który rzeczywiście chce podejść i rozpocząć konfrontację. Raczej na kogoś, kto próbuje pokazać, że się nie boi, jednocześnie konsekwentnie zwiększając dystans.

Nie wiemy, kim był. Nie wiemy, czy miał cokolwiek wspólnego z kierowcą Peugeota. Nie wiemy również, czy mężczyzna siedzący w samochodzie i patrzący w telefon miał jakikolwiek związek z wcześniejszym włamaniem. Po prostu liczba dziwnych sytuacji związanych z jednym parkingiem zaczynała przekraczać nasz osobisty limit przypadków.

Plecaka nie znaleźliśmy.

Wsiedliśmy do samochodu i odjechaliśmy.

Dopiero wtedy zaczęliśmy na spokojniej układać wszystkie elementy wydarzeń w jedną całość.

Jak może działać kradzież z samochodów turystów?

Nie jesteśmy policjantami i nie twierdzimy, że wszyscy ludzie, których tego dnia widzieliśmy, rzeczywiście byli ze sobą powiązani. To, co powstało później w naszych głowach, jest rekonstrukcją opartą na własnych obserwacjach, a nie ustalonym przez policję schematem działania konkretnej grupy.

Pewien model zaczął jednak mieć dla nas dużo sensu.

Złodziej nie musi przecież sam przez cały dzień jeździć po mieście i zaglądać do setek przypadkowych samochodów. To byłoby nieefektywne, czasochłonne i ryzykowne. Znacznie prostsze byłoby obserwowanie parkingów znajdujących się przy popularnych atrakcjach turystycznych, szczególnie takich, na które można łatwo wjechać i równie szybko z nich wyjechać.

Na publiczny darmowy (bez szlabanów) parking przyjeżdża samochód na zagranicznych numerach. Wysiada rodzina z dziećmi. Są foteliki, walizki, plecaki. Można założyć, że ludzie właśnie idą zwiedzać miasto i przez kilka godzin nie wrócą. Jeśli na tylnej kanapie zostaje torba, obserwator nie musi wiedzieć, co znajduje się w środku. Wystarczy, że przekaże komuś model samochodu, kolor, miejsce parkingowe i informację, że za szybą znajduje się łatwa do zabrania rzecz.

Ktoś inny może obserwować otoczenie i sprawdzać, czy właściciele nie wracają. Dopiero wtedy pojawia się kierowca. Stary samochód również ma w takim scenariuszu swoje zalety – nie szkoda go zarysować podczas gwałtownego podjazdu czy ucieczki.

Jeżeli kierowca wcześniej wie, po co przyjeżdża, cała operacja trwa kilka sekund. Podjazd, jedno uderzenie, wybita szyba, ręka do środka, plecak i natychmiastowy odjazd. Nie trzeba przeszukiwać samochodu, otwierać bagażnika ani rozglądać się za lepszym łupem.

I właśnie to najlepiej pasowało do naszego przypadku.

Sprawca nie ukradł najcenniejszej rzeczy znajdującej się w aucie. Zabrał tę, którą najłatwiej było zauważyć wcześniej i której zdobycie zajmowało najmniej czasu.

Zaczęliśmy też inaczej patrzeć na godzinę włamania. Była 12:24, czyli środek dnia. Intuicyjnie wydaje się, że noc powinna być dla złodzieja bezpieczniejsza, ale można spojrzeć na to zupełnie odwrotnie. W nocy alarm samochodowy słychać bardzo wyraźnie, na parkingu znajduje się mniej ludzi i samochodów, a gwałtownie odjeżdżający pojazd rzuca się w oczy. W dzień wszędzie pracują silniki, ludzie rozmawiają, samochody wjeżdżają i wyjeżdżają, a turyści pozostawiają auta na kilka godzin i znikają w mieście. Sprawca po kilkuset metrach może po prostu wtopić się w normalny ruch uliczny.

Do tego obrazu zaczęła pasować również sytuacja z Norauto, który był częścią sporego parku handlowego z innymi dużymi sklepami. Dwóch dobrze ubranych młodych mężczyzn, którzy podjeżdżają do samochodu i zaglądają do środka, wcale nie musi niczego kraść. Ponownie: nie wiemy, czy mieli jakikolwiek związek z kradzieżami, ale od tamtego dnia na takie zachowanie patrzymy zupełnie inaczej.

Przez chwilę analizowaliśmy nawet rolę recepcjonistki, która poprzedniego wieczoru wskazała nam darmowy parking. Teoretycznie można sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś pracujący w hotelu przekazuje informacje o zagranicznych turystach szukających miejsca. Nie mamy jednak absolutnie żadnego powodu, aby twierdzić, że w naszym przypadku tak było. Znacznie prostsze wyjaśnienie jest takie, że parking hotelowy był pełny, a pracownica zwyczajnie chciała nam pomóc, wskazując najbliższą darmową alternatywę.

Po takim dniu człowiek zaczyna po prostu analizować każdy szczegół.

Najbardziej zastanawiające było jednak to, że osiem godzin po kradzieży ten sam stary Peugeot nadal poruszał się po Awinionie. Oczywiście kierowca mógł tam mieszkać, wracać z zakupów albo załatwiać swoje sprawy. Mogliśmy mieć po prostu absurdalnie dużo szczęścia. Jeśli jednak nasza hipoteza o grupie działającej na kilku parkingach byłaby prawdziwa, można wyobrazić sobie również scenariusz, w którym ten samochód przez cały dzień krąży pomiędzy różnymi miejscami i czeka na kolejne informacje.

Tego już zapewne nigdy się nie dowiemy.

Najgłupsza część całej historii

Pozostaje jeszcze pytanie, czy dobrze zrobiliśmy, jadąc za człowiekiem, o którym wiedzieliśmy, że prawdopodobnie kilka godzin wcześniej popełnił przestępstwo.

Odpowiedź jest prosta.

Nie.

Nie powinniśmy byli za nim jechać. Nie powinniśmy byli blokować samochodu. Żona nie powinna była do niego podchodzić, a już szczególnie otwierać drzwi. Byliśmy w obcym kraju, nie znaliśmy dobrze języka i mieliśmy w samochodzie dwójkę dzieci. Nie wiedzieliśmy, czy kierowca jest uzbrojony, czy działa sam ani czy kilkaset metrów dalej nie czekają inni ludzie.

Mógł staranować nasz samochód. Mógł potrącić żonę. Mógł wyciągnąć broń albo wezwać kogoś na pomoc. Jeżeli rzeczywiście był częścią większej grupy, nasza sytuacja była jeszcze bardziej nieprzewidywalna.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa zachowaliśmy się źle i nikomu nie polecamy powtarzania tego elementu historii.

Ale ponieważ wszystko skończyło się dobrze, mogę przyznać coś jeszcze. Widok szczerego zaskoczenia i strachu na jego twarzy był trudny do zapomnienia.

Rano to on miał pełną kontrolę nad sytuacją. Wiedział, kiedy podjechać, którą szybę wybić i co zabrać. My nie mieliśmy nawet świadomości, że ktokolwiek interesuje się naszym samochodem. Osiem godzin później sytuacja nagle się odwróciła. Tym razem to on nie wiedział niczego. Nie wiedział, jak go znaleźliśmy, co o nim wiemy, czy powiadomiliśmy policję ani czy jego samochód nie jest w jakiś sposób śledzony.

Jeżeli ludzie znajdujący się później na parkingu rzeczywiście mieli cokolwiek wspólnego z tym procederem, nasz powrót również musiał wyglądać dość dziwnie. Typowa rodzina turystów odkrywa wybitą szybę, zgłasza zdarzenie, naprawia auto i odjeżdża. Dlatego też uważam, że przestępcy raczej wybiją tylną boczną szybę, a nie jedną z przednich bocznych, ponieważ bez tych ciężko prowadzić samochód, co skutkowało by dłuższym „zasiedzeniem” się na parkingu i już na pewno wezwaniem policji i pomocy drogowej. Wybicie tylnej szyby nie mogło nas zatrzymać, a więc mogliśmy też szybko zwolnić swoje miejsce dla kolejnych potencjalnych łupów / turystów. My wróciliśmy po kilku godzinach, po drodze przypadkiem znaleźliśmy samochód sprawcy, pojechaliśmy za nim, skonfrontowaliśmy się z kierowcą, następnie ponownie pojawiliśmy się na miejscu kradzieży, rozmawialiśmy z ludźmi i przeszukiwaliśmy krzaki, podczas gdy żona bardzo głośno opowiadała przez telefon o wszystkich wydarzeniach.

Jeśli ktoś rzeczywiście nas obserwował, mogliśmy wyglądać jak ludzie, którzy wiedzą znacznie więcej, niż faktycznie wiedzieli.

Zakończenie

Plecaka ostatecznie nie znaleźliśmy. Pojechaliśmy po potrzebne materiały, a później ruszyliśmy do Włoch. Następnego dnia wycięliśmy plexi i przygotowaliśmy prowizoryczną boczną szybę, dzięki której mogliśmy dalej normalnie podróżować – zaskakująco dobrze się sprawdza.

Straty finansowe okazały się niewielkie: boczna szyba, stary plecak, kilka starych rzeczy oraz trochę czasu. Emocji było zdecydowanie więcej niż faktycznych strat.

Po namyśle uznałem jednak, że cała historia nie powinna pozostać tylko wakacyjną anegdotą. Ostatecznie wysłałem opis zdarzenia wraz ze zdjęciami i numerami rejestracyjnymi do lokalnej żandarmerii. Nie wiem, czy ktokolwiek coś z tym zrobi. Być może samochód był już wcześniej zgłaszany, być może te same tablice pojawiały się przy innych włamaniach, a może nagranie z Tesli okaże się kiedyś komuś przydatne. Równie dobrze wiadomość może po prostu trafić do archiwum.

Tego zapewne nigdy się nie dowiemy.

Lubię natomiast wyobrażać sobie zupełnie inną ostatnią scenę tej historii.

Jest późny wieczór. Gdzieś w Awinionie stoi stary Peugeot Partner. Kierowca spotyka człowieka, który pyta go, co właściwie wydarzyło się tego dnia.

„Pamiętasz tę rodzinę z Polski?”

„Tę od samochodu?”

„Tak.”

„Co z nimi?”

„Znaleźli mnie.”

„Policja?”

„Nie.”

„To kto?”

„Oni.”

„Jak?”

I tutaj zapada cisza, bo człowiek za kierownicą nie zna odpowiedzi.

Być może ktoś pyta jeszcze, czy w skradzionej rzeczy znajdował się nadajnik albo coś naprawdę wartościowego.

Kierowca musiałby wtedy przyznać, że całe zamieszanie, wybita szyba, gwałtowna ucieczka, prawdopodobnie spalona skrzynia biegów oraz uszkodzone drzwi i późniejszy pościg miały swój początek w jednym starym dziecięcym plecaku.

A w środku były tylko mokre kąpielówki.

I chyba właśnie dlatego możemy dzisiaj tę historię opowiadać z humorem.

Za cenę jednej bocznej szyby dostaliśmy lekcję, której nie zapewniłby nam żaden poradnik dotyczący bezpiecznego podróżowania. Od tego dnia nawet pusty plecak pozostawiony na tylnej kanapie nie jest dla nas „tylko pustym plecakiem”. My możemy doskonale wiedzieć, że w środku nie ma niczego wartościowego. Człowiek obserwujący samochód z trzydziestu metrów tego nie wie.

Zamiast tego dostaliśmy wybitą szybę, nagranie z Tesli, starego Peugeota Partnera, skradziony plecak pełen mokrych kąpielówek, przypadkowe spotkanie z samochodem sprawcy osiem godzin później, pościg po Awinionie, ucieczkę z piskiem opon, przeszukiwanie krzaków, rozmowę z bezdomną kobietą i wystarczająco dużo dziwnych zbiegów okoliczności, żeby przez kilka godzin poczuć się jak bohaterowie francuskiego kryminału z lat sześćdziesiątych. Wygenerowaliśmy sobie na pamiątkę tej historii widokówkę, bo niestety nic podobnego w klepach nie znaleźliśmy 😉

Był to dzień szalony, momentami kompletnie nieodpowiedzialny i z perspektywy czasu w kilku miejscach zwyczajnie głupi.

Ale tę historię będziemy wspominać jeszcze długo.

I chyba najbardziej bawi mnie w niej jedno.

My przynajmniej wiemy, jak znaleźliśmy starego Peugeota.

Jego kierowca prawdopodobnie do dziś nie ma pojęcia.

Chcemy wierzyć, że z jego perspektywy wszystko wyglądało znacznie poważniej, niż było w rzeczywistości. Że nie zobaczył w nas zwykłej rodziny z Polski, która miała absurdalnie dużo szczęścia, ale ludzi uczestniczących w jakiejś zaplanowanej akcji. Bo właściwie jakie inne wyjaśnienie mógł znaleźć?

Jaka normalna czteroosobowa rodzina po ośmiu godzinach od włamania nagle pojawia się za samochodem sprawcy? Jaki turysta zaczyna go śledzić przez miasto? Jaka turystka wysiada, idzie prosto do samochodu człowieka, który kilka godzin wcześniej rozbił jej szybę, a następnie otwiera mu drzwi i żąda zwrotu plecaka?

Przyznajmy uczciwie: nie wyglądało to szczególnie normalnie.

Z jego perspektywy znacznie bardziej logiczne mogło być założenie, że trafili na jakąś prowokację żandarmerii albo że przypadkowa rodzina turystów była tylko elementem większej układanki. Być może uznał, że samochód był obserwowany. Być może zaczął podejrzewać, że plecak miał lokalizator. A może założył, że gdzieś istnieje nagranie całego włamania, skoro osiem godzin później potrafiliśmy bezbłędnie rozpoznać jego samochód i pojechać za nim przez miasto.

Kamery Tesli zarejestrowały samochód, godzinę zdarzenia i sytuację na parkingu. Mamy jego numery rejestracyjne. Widzieliśmy twarz kierowcy. Później zobaczyliśmy również kilka innych osób, które z naszego punktu widzenia mogły mieć związek z tym procederem, choć tego oczywiście nie potrafimy udowodnić.

On jednak nie wie, co dokładnie wiemy.

Nie wie, co nagrała Tesla.

Nie wie, jakie materiały przekazaliśmy żandarmerii.

Nie wie, ilu ludzi potrafimy rozpoznać.

Nie wie nawet, czy spotkanie na ulicy rzeczywiście było przypadkiem.

I chyba właśnie ta niewiedza jest dla niego znacznie bardziej niewygodna niż jakakolwiek pewność.

Chcemy też trochę złośliwie wyobrażać sobie, że gwałtowna ucieczka na wstecznym nie pozostała bez konsekwencji dla starego Peugeota. Że skrzynia biegów nie była zachwycona tym manewrem, a otwarte przez żonę drzwi po całej operacji nie zamykały się już tak elegancko jak wcześniej. Być może nic takiego się nie wydarzyło. To już wyłącznie nasze życzeniowe myślenie.

Ale nawet bez tego samochód mógł stać się dla nich problemem.

Jeżeli rzeczywiście służył do kolejnych włamań, jego kierowca musiał brać pod uwagę, że znamy tablice rejestracyjne, wygląd auta i jego twarz. A skoro — z jego perspektywy — potrafiliśmy odnaleźć go kilka godzin później na ulicy, równie dobrze mógł założyć, że te same informacje ma już żandarmeria.

Innymi słowy: samochód mógł być dla nich „spalony”.

A może nie tylko samochód.

Jeżeli ludzie, których widzieliśmy później na parkingu, rzeczywiście byli częścią tego samego środowiska, nasz powrót również musiał wyglądać dziwnie. Zamiast zniknąć po odkryciu włamania, wróciliśmy po kilku godzinach na to samo miejsce. Żona chodziła pomiędzy samochodami, przeszukiwała krzaki i głośno opowiadała przez telefon o pościgu. Ja rozmawiałem z ludźmi znajdującymi się w okolicy. Zachowywaliśmy się zdecydowanie zbyt pewnie jak na turystów, którym kilka godzin wcześniej ktoś wybił szybę.

Co więcej, parę minut wcześniej – dosłownie 7 min – znaleźliśmy samochód sprawcy, o czym jeszcze mogli się nie dowiedzieć, po Peugeot Partner mógł w pośpiechu gdzieś jeszcze uciekać.

Z ich punktu widzenia pytanie musiało brzmieć podobnie:

Skąd oni wiedzą?

A potem pojawia się następne.

Co jeszcze wiedzą?

Jeżeli rzeczywiście był to zorganizowany proceder, mogli od tego dnia częściej oglądać się za siebie. Mogli zmienić samochód. Mogli przestać korzystać z tego parkingu. Mogli przenieść się w inną część miasta albo na jakiś czas ograniczyć działalność. Być może musieli zastanowić się, czy przypadkiem nie są obserwowani.

Nie mamy pojęcia, czy tak się stało.

Możliwe, że to wyłącznie nasze życzeniowe myślenie i kilka godzin później wszystko wróciło tam do normy.

Ale wolimy drugą wersję.

Tę, w której przypadkowa rodzina z Polski przez jeden kompletnie szalony dzień zrobiła w lokalnym półświatku znacznie większy bałagan, niż sama zdawała sobie sprawę, może nawet rozbiliśmy gang?

Jeżeli przez nasze zachowanie choć przez jeden dzień ktoś zrezygnował z wybicia kolejnej szyby, to być może jakiś turysta wrócił wieczorem do samochodu i nawet nie dowiedział się, że tego dnia miał ogromne szczęście. Być może jakaś rodzina nie straciła dokumentów, laptopa albo całego bagażu. Być może ktoś spokojnie kontynuował wakacje, zamiast spędzać kolejne godziny na komisariacie i szukaniu warsztatu.

A może niczego nie zmieniliśmy. Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, chyba że któregoś dnia odezwie się do nas lokalna żandarmeria.

Ale właśnie ta możliwość jest dla nas jedną z najlepszych pamiątek z całej historii.

Może zapłaciliśmy za nią jedną boczną szybą, ale w zamian dostaliśmy przygodę, którą będziemy opowiadać przez lata, bardzo praktyczną lekcję bezpieczeństwa i całkiem przyjemną myśl, że być może przy okazji trochę pokrzyżowaliśmy plany ludziom, którzy regularnie psują wakacje innym.

A jeżeli rzeczywiście tak było, możemy dopisać do całej historii jeszcze jeden punkt.

Kolejny dobry uczynek na koncie.

Bo przecież karma wraca.

Zostaw swoją ocenę
Poprzedni Następny

Jest tego więcej...


					Góry zimą Rajzyfiber

Góry zimą

Bezpieczny treking pośród śniegów

Podziękowania dla Ryśka z Grupy Beskidzkiej GOPR za pomoc przy rozbudowie tego rozdziału oraz za udostępnienie historii ze swoich akcji ratunkowych. GŁÓWNYM POWODEM, DLA KTÓREGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ W CAŁOŚCI TEN ROZDZIAŁ KSIĄŻKI (podzielony na Rajzyblogu na kilka artykułów), JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE ZAGROŻEŃ, Z JAKIMI MOŻESZ SPOTKAĆ SIĘ W GÓRACH. Po pierwsze. Po co wybierać się […]


					Dzieci w górach Rajzyfiber

Dzieci w górach

Czyli rodzina na szlaku

Po pierwsze i najważniejsze: to nie dzieci chodzą z nami w góry, tylko my z dziećmi!!! Powtórzę raz jeszcze: nie zabieramy dzieci na trasę przygotowaną pod dorosłych, ale to dorosłych zabieramy na wycieczkę zaplanowaną pod dzieci. Zaplanuj trasę w taki sposób, aby nie zniechęcić najmłodszych członków wyprawy. Jeżeli trasa będzie dla nich zbyt ciężka lub […]


					C Rajzyfiber

C

jak czołówka, chusteczki ...

W tym poście znajdziesz opis: Chusta Chusteczki higieniczne/nawilżone Cukierki/landrynki Cukierki z Polski Czołówka Jeszcze pracujemy nad kolejnymi tekstami. Masz pomysł co tu dopisać? Chcesz podzielić się swoim doświadczeniem? Daj nam znać Chusta Najlepiej duża, zrobiona z cienkiego materiału. Po pierwsze wiążemy ją na szyi – nie zajmuje miejsca w plecaku – po drugie podczas autostopu […]


					Jak prawidłowo spakować plecak Rajzyfiber

Jak prawidłowo spakować plecak

Wszystko na temat

Dwie podstawowe zasady: Pierwsza zasada prawidłowego pakowania plecaka brzmi:„Zawsze pakuj swój plecak w ten sam sposób!”. Jest to bardzo ważne, aby w ciemności czy podczas burzy zawsze, nawet po omacku, błyskawicznie znaleźć to, czego aktualnie potrzebujesz. Druga zasada brzmi:„Jeśli można coś poprawić w sposobie pakowania plecaka, to zapomnij o pierwszej zasadzie i nieustannie usprawniaj”. Optymalna […]


					Wilki i bezpieczne zachowanie na szlaku cz. 6 Rajzyfiber

Wilki i bezpieczne zachowanie na szlaku cz. 6

Dzikie zwierzęta, nocne wędrówki, błędy

Podziękowania dla Ryśka z Grupy Beskidzkiej GOPR i Adama Maraska z TOPR za pomoc przy rozbudowie tego rozdziału oraz za udostępnienie historii ze swoich akcji ratunkowych. GŁÓWNYM POWODEM, DLA KTÓREGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ W CAŁOŚCI TEN ROZDZIAŁ KSIĄŻKI (podzielony na Rajzyblogu na kilka artykułów), JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE ZAGROŻEŃ, Z JAKIMI MOŻESZ SPOTKAĆ SIĘ W GÓRACH. Nie […]


					Doceniaj Jak żyć?

Doceniaj

bo wiele osób mogłoby Ci pozazdrościć #1

Wiem jak bardzo oklepanie to brzmi ale taka jest prawda. Nic dodać nić ująć, dlatego jestem prawie przekonany, że komentarz w tym miejscu nie jest potrzebny. Każdy wie  – choć często zapomina – że nie można być szczęśliwym nie ciesząc się z życia i z tego co się posiada. Jeśli do kogoś to nie trafia […]


					Jak żyć ekologicznie? cz. 1 Jak żyć?

Jak żyć ekologicznie? cz. 1

Sprawdź jak bardzo jesteś eko

Jak żyć? To pytanie zadaje sobie bardzo wiele osób. Osób zagubionych w współczesnym świecie, przed podjęciem ważnej decyzji życiowej, z problemami finansowymi, rodzinnymi, gdy rozmawia z politykami itp. W tym poście skoncentruję się na próbie odnalezienia odpowiedzi na to pytanie w kontekście „eko” czyli jak żyć ekologicznie i zminimalizować swój negatywny wkład w zmianę klimatu. […]


					Bezpieczeństwo w górach cz.1 Rajzyfiber

Bezpieczeństwo w górach cz.1

Zasady ogólne

Podziękowania dla Ryśka z Grupy Beskidzkiej GOPR i Adama Maraska z TOPR za pomoc przy rozbudowie tego rozdziału oraz za udostępnienie historii ze swoich akcji ratunkowych. GŁÓWNYM POWODEM, DLA KTÓREGO POWINIENEŚ PRZECZYTAĆ W CAŁOŚCI TEN ROZDZIAŁ KSIĄŻKI (podzielony na Rajzyblogu na kilka artykułów), JEST UŚWIADOMIENIE SOBIE ZAGROŻEŃ, Z JAKIMI MOŻESZ SPOTKAĆ SIĘ W GÓRACH. Poniższy […]


					Czy strach jeździ starą Ładą ??? Podróże

Czy strach jeździ starą Ładą ???

Przerażający dzień na granicy Azerbejdżańskiej

Ten post jest inny niż większość pozostałych. Nie zamieszczę w nim zbyt wielu fotografii, ciekawostek czy porad. To będzie jeden długi tekst wypełniony emocjami, strachem i radością. Było strasznie i strasznie fajnie, nawet zarobiłem 50zł (choć nie chciałem). Ten dzień pomimo, że w mało atrakcyjnym miejscu być może będę pamiętał najdłużej z całej tej wyprawy. […]


					Książki, które warto Inne

Książki, które warto

przeczytać w wolnej chwili

Zacznę z grubej rury. Moim zdaniem książki to najważniejszy wynalazek ludzkości! Dlatego książki zawsze warto czytać. Książki to KODY do „gry” zwanej życiem Wyobraź sobie, że ktoś napisał książkę na podstawie swoich życiowych przemyśleń i doświadczeń. Na podstawie błędów, które popełniał przez 60 lat swojego życia i wniosków, które wyciągnął. Po przeczytaniu jego działa możesz […]


					Foteliki samochodowe cz.3 Rajzyfiber

Foteliki samochodowe cz.3

Częste błędy

Chciałbym także podkreślić na początku tego fragmentu, że nie stanowi on w żaden sposób sponsorowanej treści promocyjnej firmy fotelik.info, która to wsparła mnie merytorycznie podczas jego tworzenia. Po prostu wspólnymi siłami stworzyliśmy obowiązkowy tekst dla – dosłownie – każdego rodzica. Przedstawicielami fotelik.info którzy wsparli mnie swoją wiedza i doświadczeniem są: Paweł Kurpiewski – ekspert ds. […]


					e-Bezpieczeństwo w podróży Rajzyfiber

e-Bezpieczeństwo w podróży

Hasło to nie wszystko

Ten post jest kontynuacją (albo uzupełnieniem) wcześniejszego artykułu na temat szeroko rozumianego bezpieczeństwa podczas podróży. Z wcześniejszego dowiesz się w jaki sposób nie dać się okraść w realu, a w tym poście skupimy się na bezpieczeństwie związanym z wykorzystaniem internetu. czytaj też wcześniejszy post: Bezpieczeństwo w podróży Silne hasła Dzisiaj silne hasło nie może być […]

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Zamknij