X. Old Bazar

O złocie, turbofolku, dobrym śnie i Turcji w sercu Macedonii

X. Old Bazar

Dzień dziewiąty, wtorkowy wieczór. Jak co dzień trzeba gdzieś wyjść, bo w końcu nie przyjechałem tutaj aby siedzi w pokoju – do tego jak już wiesz z niechcianym towarzystwem. Tym razem naszym celem jest mały klub z karaoke znajdujący się na Old Bazarze (Stary Bazar) czyli stara dzielnica turecka Čaršiji. W moim mniemaniu jest to największa atrakcja turystyczna Skopje. Jedno z niewielu miejsc w Europie gdzie można cofnąć się w czasie. Ale wszytko po kolei.

 

Ciekawostka: OLD BAZAR

Stary Bazar (Čaršiji), jak sama nazwa wskazuje był kiedyś dużą dzielnicą handlową. Można powiedzieć, że to właśnie na nim wzorowali się projektanci największych centrów handlowych np Serravalle Designer Outlet w Włoszech albo Fashion Hause w Jaworznie. Długie, powyginane, poskręcane z sobą uliczki niczym rozgotowany makaron spaghetti, a wzdłuż nich setki malutkich sklepików. Wszystkie sklepiki wyglądają tak samo. Wąskie fasady budynków (3 m szerokości),  na parterze duże okna wystawowe, na górze mieszkanie właściciela.

Wieczorem dzielnica wydaje się pusta ale tak naprawdę dopiero ożywa. Życie przenosi się w bramy i boczne uliczki.

Każdy sklepik jest jednak inaczej ozdobiony i na inne kolory ma pomalowaną fasadę. Posadzka na ulice pamięta dobrze czasy świętości tej dzielnicy przypadające na XII w. kiedy to Imperium Ottomanów zdobyło to miasto. Historycy nie są pewni początków tej dzielnicy. Wykopaliska wskazują, że już 4 tys. lat przed naszą erą pojawili się tutaj pierwsi ludzie – wtedy jeszcze nie na zakupy. Jednak pierwsza stała osada została założona najprawdopodobniej w 6 w p.n.e. Ta dzielnica, zresztą jak cała Macedonia w swojej długiej historii wielokrotnie zmieniała właściciela. Można to porównać do zabawy z piłką na boisku jaką prezentują zawodnicy FC Barcelony podczas meczów.

W tej części miasta wybudowano 30 meczetów, kilka kościołów, muzeum historii, plany wykorzystane do kilku filmów historycznych i wiele innych atrakcji. Jednak wracając do podróży w czasie... Chodząc po starożytnej posadzce i oglądając wszystkie stare budynki, można odnieść wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał. Ponieważ Old Bazar w dalszym ciągu spełnia swoją pierwotną funkcję. Prawie wszystkie małe sklepiki w dalszym ciągu funkcjonują. Potrzebujesz kupić suknię - proszę bardzo, wybierzesz materiał i uszyją ją na miejscu. Szukasz miejsca aby coś zjeść - zobacz przez okienko jak przyrządza się tradycyjne potrawy w jednej z niezliczonych restauracji i zamów na co masz ochotę. Może potrzebujesz ręcznie wytwarzane garnki, albo chcesz naprawić buty. Nie zdążyłeś się ogolić przed wyjście do pracy, nic nie szkodzi. W każdej chwili możesz odwiedzić malutki zakład fryzjerski z fachowcami którzy wiedzą jak posługiwać się brzytwą.

Kluczem do podróży w czasie są tutaj również wystroje wnętrz wcześniej wspomnianych lokali usługowych – wydają się być niezmienione od wieków. Oczywiście można też tutaj znaleźć sklepy z trochę nowszym wyposażeniem, jednak na szczęście nie należą one tutaj do większości. Magię klimatu starego miasta potęgują sklepy z biżuterią.

b

Sklepu ze złotem są tutaj tak samo popularne jak Żakbi w Poznaniu.

Mogę szczerze powiedzieć, że w żadnym innym mieście w którym byłem nie było ich, aż tak wiele. Abyś mógł sobie lepiej wyobrazić jak liczne one są wystarczy wspomnieć, że tylko na jednym odcinku, tylko po jednej stronie uliczki, w jednym ciągu, bez żadnej przerwy naliczyłem 19 złotników. W całej dzielnicy  na pewno będzie ich ponad setka. Wszystkie te sklepy posiadają duże szyby wystawowe zasypane złotem. I nie są to wszystko wyroby klasyczne ale część z nich przypomina pamiątki z wakacji w całości wykonane z złota. Szerokie naszyjniki ozdabiane ręcznie wykonanymi "żetonami" , figurki i wszystko co można sobie tylko wymyślić. Jeżeli mężczyzna wybierze się tutaj w poszukiwaniu pierścionka zaręczynowego dla swojej drugiej przyszłej połówki i go nie znajdzie w tej dzielnicy to z całą pewnością mogę powiedzieć, że nigdzie indziej też go nie znajdzie.

Po za sklepikami wkomponowanymi w domki jest tutaj też duże targowisko, jedno z wielu w Skopje. Wyróżnia się ono tym, że spora część sprzedających jest narodowości Tureckiej. Jak wyglądają targowiska w kraju położonym nad Cieśniną Bosfor wiele osób pewnie kojarzy z filmów. Wszędzie świeże warzywa, niezliczone rodzaje oliwek ale przede wszystkim kolorowe kopce przypraw na tacach. Wielobarwne "wydmy" bardzo ładnie wyglądają i porządnie kręcą w nosie. Najłatwiej z Old Bazaru na targowisko trafić na nosa. Tam gdzie czuć pieprz i paprykę, to tam należy się kierować.

Jedno z kilku targowisk w mieście. To przy Old Bazar jednak jest najbardziej aromatyczne.

Kolejnego wieczoru udaliśmy się na kolację do klimatycznej restauracji nieopodal stadionu. Każdy zamówił to na co miał ochotę. Obsługa podała zamówione dania po dłuższej chwili. Wszyscy przyjezdni praktykanci, zjedli od razu to co dostali ale… nie wszyscy, bo  Macedończycy tak nie jedzą. Jest godzina 23.00. Niektórzy z nas pozamawiali sobie już desery, a tamci jeden kęs i 10 min rozmowy. Myślę sobie, że może im nie smakuje, jednak patrząc po ich twarzach wiem , że jestem w błędzie. Z drugiej strony jest jeszcze dla nich wczesna pora, bo kluby otwierają dopiero o 1.00, więc po co się spieszyć. W ten znikąd nagle pojawiła się starsza piosenkarka i zaczęła głośno śpiewać w akompaniamencie trzyosobowej orkiestry. Jak zostałem poinformowany była to bałkańska gwiazda muzyki tradycyjnej. Wszyscy ją znali nie tylko w Macedonii. Patrząc po reakcjach ludzi siedzących przy pozostałych stolikach, mogę powiedzieć, że publiczność była zachwycona. W kolejnym tygodniu poznałem pewne bałkańskie przysłowie które dobrze opisuje tę sytuację:

 

"Jeżeli potrafisz śpiewać, nie jedź do Sarajewa bo tam potrafią to lepiej.
Jeżeli potrafisz tańczyć, nie jedź do Belgradu bo tam potrafią to lepiej
Jeżeli potrafisz śpiewać i tańczyć, nie jedź do Skopje bo tam potrafią to lepiej…"

 

Co do moich doświadczeń to mogę powiedzieć, że w klubach tego nie widać. Chociaż podglądając ich jak się bawią przy muzyce regionalnej, to może coś w tym być. Ludzie lubią czasem wstać od stołu i pobujać się lub poklaskać w dłonie. Jeżeli ktoś tak jak moi znajomi je posiłek już ponad 2 godziny to nie dziwie się, że ma potrzebę czasem rozprostować nogi. Tutaj tak samo jak w wcześniejszych restauracjach muzyka była o wiele za głośna - przynajmniej dla obcokrajowców. Po 24.00 ucieszeni dostrzegliśmy puste talerze u naszych towarzyszy. Więc co prędzej poprosiliśmy o rachunek. A tutaj niespodzianka. Oni zamówili sobie po jeszcze jednym posiłku i kolejną butelkę wina. Ręce nam opadły… Ta za głośna muzyka nie była przyjemna dla naszych uszu, więc daliśmy im nasze pieniądze do zapłacenia i czym prędzej uciekliśmy stamtąd. Jeśli mowa o gatunkach muzycznych to jednym z popularniejszych jest tutaj turbo-folk.

 

Ciekawostka:  TURBOFOLK

           Wywodzi się z popularnej na Bałkanach muzyki ludowej/folkowej zwanej "narodnjacką" ("narodna" = ludowa) – narodnjaki. Muzyka ta stopniowo przekształcała się w pop-folk i "techno-folk". W warstwie melodycznej jest mieszanką muzyki i piosenek serbskich i cygańskich z wyczuwalnymi wpływami orientalnymi tureckimi czy nawet arabskimi, a także greckiej muzyki ludowej. Teksty piosenek przeważnie mówią o miłości i związaną z nią radością, smutkiem, rozstaniami, tęsknotą itp. Turbofolk jako współczesna muzyka ludowa ma ścisły związek z muzyką "kafanską". Nie można absolutnie porównywać piosenki "narodnej"/turbofolku do np. polskich piosenek disco polo.   -  tyle Wikipedia na ten temat (w skrócie).

Osobiście nie jestem w stanie nic więcej powiedzieć na temat tego gatunku. Ponieważ nasi znajomi tego gatunku po prostu nie lubią i zawsze nam powtarzali, że nie jest on dla naszych uszu. Więc nic nie słyszałem i nic nie widziałem. Nie znam się to się nie wypowiem.

 

Na jednym z spotkań IAESTE rozmawialiśmy ze znajomym z Macedonii, który niedawno odwiedził Polskę. Najbardziej dla nas zaskakującym jego spostrzeżeniem na temat naszych rodaków było następujące "Ale wy jesteście agresywni. Wchodzę do autobusu, a tam ludzie patrzą się na mnie jakbym kiedyś coś im złego zrobił. U nas ludzie podchodzą do wszystkiego inaczej". Po chwili namysłu, trzeba przyznać mu rację. Ludzie tutaj są mniej agresywni niż w Polsce.

 

Każda osoba z Polski bądź krajów sąsiednich po chwili namysłu zgadzała się ze mną, że tutaj czuję się bezpieczniej niż we własnym kraju. Niezależnie od godziny nie ma się wrażenia, że ktoś zaraz wyskoczy znienacka i ... Nikt z nas nigdy nie został tutaj napadnięty, zaczepiony, a o kradzieży nawet nie słyszeliśmy. Dlaczego tak jest? Nie wiem, ale mam swoją małą teorię na ten temat. Od kiedy tutaj przyjechałem zawsze dobrze śpię. Rewelacyjnym uczuciem jest budzić się codziennie wypoczętym. Nie żebym miał z tym jakieś wielkie problemy w Polsce, jednak czasem przed wykładem muszę skorzystać z dobrodziejstw mocnej Latte – lub espresso. Dla niewtajemniczonych w j. włoski latte oznacza po prostu mleko którego w tej kawie powinno być co najmniej 2/3 zawartości przezroczystej szklanki. Ale wracając do tematu... Co mnie zaskoczyło. Nie ważne czy śpię 4 godziny czy 6, zawsze jest to dla mnie wystarczająco, a w domu potrzebuję co najmniej 7.5 godziny ciągłego snu. Prawda jest też taka, że na tego typu wyjeździe po prostu nie ma więcej czasu na spanie. Jeżeli ktoś ma szczęście to po pracy znajdzie jeszcze chwilę na godzinną drzemkę i to wszystko.

 

O każdej porze dnia i nocy, nawet turysta czuje się w tym mieście bezpiecznie. Nie ma problemu aby nosić lustrzankę na szyi wędrując po ciemnych wąskich uliczkach najstarszej dzielnicy.

 

Ciekawostka: NIEZWYKŁA TEORIA.

Jak wszyscy wiedzą –a jeśli ktoś nie wie to bez obawy bo postaram się to omówić w późniejszej części książki – nazwa Kocioł Bałkański nie wzięła się znikąd. Wyjątkowo dużą liczbę konfliktów w tej części Europy i na Bliskim Wschodzie naukowcy z Discovery Chanel próbowali wytłumaczyć silniejszym naturalnym polem magnetycznym ziemi. Nie na całej powierzchni naszego globu jest ono jednakowo silne, a co ciekawe stale się przemieszcza. Może coś w tym być. Jednak dlaczego ja zauważam spadek agresji zamiast jej wzrost w moim otoczeniu? Więc może to właśnie te pole powoduje, że wszyscy tak rewelacyjnie tutaj śpią?  Jeżeli ta teoria jest dla kogoś za mało prawdopodobna to mam jeszcze drugą. Mogą za to odpowiadać kosmici. Tak jak zaprezentowano to w filmie „Czwarty stopień” (The Fourth Kind). Może Skopje tak samo jak w miasteczku Nome nawiedzają ufoludki i wprowadzają do umysłu (tym razem) dobre sny?

 

 

Byłem tutaj świadkiem sytuacji, która nie mogła by mieć miejsca w Polsce. Pewnego razu stałem w kolejce do kolektury biletowej na jednym z przystanków. Pani przede mną bardzo się spieszyła, ponieważ za chwilę miał odjeżdżać jej autobus. Co w takiej sytuacji zrobił by Polak? Zapewne pogodziłby się z swoim losem i po zakupieniu biletu zaczekał na kolejny transport. Jednak ta kobieta podbiegła do kierowcy wcześniej wspomnianego pojazdu i poinformowała go, że właśnie stoi w kolejce do kasy aby kupić bilet. Ten pan grzecznie się uśmiechnął i... zaczekał. Nie słyszałem ani jednego głosu sprzeciwu z wnętrza autobusu z powodu przedłużającego się postoju. Kierowcy autobusów są tutaj nad wyraz mili. Zawsze ale to naprawdę zawsze, zaczekają na każdego swojego pasażera. Jeżeli ktoś zmierza w stronę pojazdu to zapewne chce do niego wsiąść. Więc jaki sens ma zamykać drzwi przed nim? Prosta logika. Rozkładów jazdy nie są tutaj rzeczą codzienną więc po co kierowcy mają się śpieszyć.

 

Czwartek 30 sierpnia. Pierwszy samotny dzień. Wszyscy obcokrajowcy z którymi dzieliłem pokój już wrócili do siebie, a ostatni polski kolega wyruszył na pożegnalne śniadanie do pracy. Pożegnaliśmy się i każdy rozszedł się w swoją stronę. Pierwszy raz zabrałem klucz na uczelnie z sobą, a nie zostawiłem na recepcji. Bo też po co skoro zostałem sam w pokoju. Jak wielki błąd popełniłem uświadomił mnie dopiero telefon z zapytaniem: ”gdzie są klucze do pokoju bo chciałby zabrać swoje rzeczy i wracać do Polski... ?” Na szczęście na recepcji mieli zapasowy komplet. Dzięki czemu ja nie musiałem urywać się z pracy i pędzić przez całe miasto, a znajomy wracać tydzień później do kraju. Ponieważ autobus do Polski  kursuje tylko raz w tygodniu.
W tym roku 3 września, tak samo tutaj jak i u nas wypada pierwszy dzień szkoły. Muszę przyznać się, że podejście do sportu u dzieci się trochę zmieniło. Gdy nie ma psów na przyszkolnych boiskach dzieci latają za piłką, grają w nogę albo w kosza. Pomimo fatalnych warunków zdarza się zobaczyć gromadki młodych zawodników rywalizujących ze sobą. Od razu nasuwa się łatwy wniosek, że dzieci są wszędzie takie same. Jeżeli mają do wyboru siedzieć w domu na komputerze albo poruszać się na dworze, wybierają pierwszą opcję.[1] Ale gdy mają siedzieć w szkolnych ławkach to odkrywają w sobie wielkie zamiłowanie do sportu. Jako ciekawostkę związaną z szkołą dodam, że w  szkole podstawowej wszystkie książki uczniowie otrzymują za darmo od państwa.


[1] Wtedy jeszcze nikt nie słyszał o Pokemon Go.

 

 

Pierwszy post z tej serii, który warto przeczytać nim przejdziesz do poszczególnych przygód znajduje się poniżej. Tłumaczę w nim dlaczego taki nietypowy format tych wpisów, podkreślenia itp.

Wprowadzenie znajdziesz TUTAJ.

 

Komentarze

Podobało się?