Wietnam, jak zostałem nauczycielem

O jedzeniu kaczych zarodków i cudotwórczej wódce

Wietnam, jak zostałem nauczycielem

Dotarcie do ... fryzjera ?

Dotarcie do mojego hosta nie było aż tak łatwe jakby mogło się wydawać, pomimo tego, że posiadałem adres i listę wskazówek jak się tam dostać.

Po pierwsze musiałem namierzyć przystanek i konkretny autobus. Poszło dość łatwo ponieważ w Wietnamie z powodu kolonializmu francuskiego Azjaci zajadają się bagietkami na śniadanie i - co w tej chwili ważniejsze - używają łacińskiego alfabetu.

 

W centrum można znaleźć zabudowania z czasów kolonializmu francuskiego. Na zdjęciu siedziba główna poczty.

 

Większym problemem był fakt, że większość przystanków po za centrum jest całkowicie umowna. To znaczy jak ktoś macha ręką na autobus to on się wtedy zatrzymuje. Podanie na którym przystanku mam wysiąść nie bardzo wchodziło w grę.  Dlatego już na samym początku podałem kierowcy notesik z adresem gdzie chciałbym wysiąść. Nie miałem żadnej pewności, że mnie zrozumiał. Nie byłem też pewny, czy prawidłowo przepisałem adres z internetu ponieważ wietnamski to język z dużym naciskiem na akcent. Przykładowo słowo Mama może znaczyć coś innego niż "maMa". Może pomylenie w nazwie kropki z przecinkiem, mogło zmienić adres ?

Jako że nie miałem do końca zaufania do kierowcy wspomagałem się też GPS i aplikacją Maps.Me. Miałem mniej więcej zaznaczony  na mapie mój punkt zakwaterowania, więc jeśli zajechałbym za daleko, zawsze mogłem "wyskoczyć" z autobusu.

Podróż przebiegała spokojnie. Miałem dużo czasu aby napatrzeć się jak rozwija się wieczorne życie nieopodal centrum. Miejsce do którego się zbliżałem było "niedaleko" centrum. Jakieś kilkanaście, a może ponad 20km. Trzeba zwrócić uwagę, że Sajgon (dawniejsza nazwa Ho Chi Minh City) ma mniej więcej tyle samo mieszkańców co całe miasto Nowy Jork ale powierzchnie, aż trzy razy większą. Ponad 2 tys. km (kw)- dla porównania podam, że nasza stolica tylko 517.

 

(Kliknij aby powiększyć) Sajgon to nie małe miasteczko w zacofanym kraju.

 

Jaka niespodzianka mnie spotkała, gdy kierowca nagle do mnie przemówił. Nieważne co, mówił, ważne że zasugerował abym wyszedł. Było to miejsce nieopodal pinezki na mapie więc mogłem przypuszczać, że dotarłem do celu.

Gdy opuściłem autobus było już całkiem ciemno. Na szczęście latarnie miejskie działały prawidłowo. Na nieszczęście nikt nie wiedział, gdzie dokładnie znajduje się adres którego poszukuję. Jest ciemno, nie za wiele osób na ulicy - chodników brak - a ja nie mam internetu aby skontaktować się z moim hostem.

Nie pozostało mi nic innego jak odwiedzić fryzjera.

Jakkolwiek dziwnie to brzmi w tej sytuacji, wszedłem do zakładu fryzjerskiego.

 

Pomocny naród

Mam kilka argumentów na swoją obronę. Ponieważ salon fryzjerski wyglądał nowocześnie i był prowadzony przez młodych ludzi istniała nie mała szansa, że znajdę tam kogoś z kim będę się mógł dogadać. Nie myliłem się. Gdy tylko wszedłem awansowałem do miana największej atrakcji zakładu. Powstało wielkie poruszenie.  Czego biały szuka w takim miejscu ? Szczególnie, że w Polsce odwiedziłem fryzjera 4 dni wcześniej.

Gdy odezwałem się po angielsku od razu wszyscy spojrzeli na jedyną kobietę w paczce. Podeszła do mnie ze szklanką wody do picia i hasłem do WiFi.

Można by pomyśleć, że problem z głowy. Ale nie tak szybko.

Najpierw host nie odpisywał. Prowadził szkołę angielskiego, więc mógł mieć aktualnie zajęcia. Niezbyt mnie to jendak uspokajało. W takim razie wpadłem na genialny pomysł aby do niego zadzwonić. Oczywiście nie z swojego telefonu bo jeszcze nie zdążyłem zakupić lokalnej karty SIM. Poprosiłem o to fryzjerkę. Podała mi swój telefon, a ja wystukałem numer jego WhatsApp-a. Jakie wielkie było moje zaskoczenie gdy odebrał. Jest dobrze, pomyślałem. Jeszcze większe zaskoczenie było jednak, gdy tłumaczyłem mu po angielsku gdzie jestem, a on kompletnie nic nie potrafił zrozumieć. Albo mój angielski ekstremalnie się pogorszył albo odrobinę przeceniłem jego umiejętności jak na właściciela szkoły językowej. Nie pozostało nic innego jak oddać telefon fryzjerce i poprosić ją o przetłumaczenie o co mi chodzi.

Po niecałych piętnastu minutach byłem już u niego w domu. Okazało się, że zakład fryzjerski był niecałe 100 m od miejsca, którego poszukiwałem.

Pierwsze zaskoczenie to obowiązek ściągania butów już przed domem i nie w przedpokoju. Właściwie to już na betonowym "trawniku". Dom był spory i naprawdę czysty. Dwupiętrowy o kształcie PRL-owskiej bryły. Wyłożony jasnymi płytkami na ziemi. Wszystkie ściany  na wszystkich piętrach wymalowane były kolorem białym.

Trafiłem z oceną, że akurat może prowadzi lekcję angielskiego. Dlatego szybko pokazał mi gdzie mogę zostawić plecak i wskazał gdzie mogę usiąść na zajęciach aby nie przeszkadzać.

 

 

Prowadzić lekcję angielskiego w Wietnamie - odhaczone :)

 

Gościnna lekcja

Nie byłem jedynym gościem na sali. Zresztą nie tylko gościem, wręcz pomocą naukową. Dokładniej byłem jednym z czterech Europejczyków. Po za mną było tam też młode małżeństwo z Ukrainy, które w kilka miesięcy dotarło tutaj w swojej autostopowej podróży poślubnej. Był też Brytyjczyk, który dotarł chwilę wcześniej na rowerze - nie przejechał całej trasy na rowerze. Dotarł do Azji samolotem. Kupił nowy markowy rower na miejscu -w końcu zarabia w funtach - i tak już od ponad trzech miesięcy sobie jeździ.

Europejczycy byli mniej więcej w tym samym wieku. Wszyscy chwilę po studiach. Grupa Wietnamczyków na oko wyglądała na nastolatków. Co najwyżej gimnazjum. Jakie wielkie było moje zaskoczenie - tak, już po raz kolejny tego dnia - gdy podczas rozmowy z jednym z nich, który został do mnie przydzielony do rozmowy,  wyszło że aktualnie studiuje mechatronikę na trzecim roku na Sajgońskiej Politechnice. Azjaci naprawdę nie potrzebują kremów na zmarszczki. Pomimo, że są dorośli to wyglądają na małe dzieci.

Młody właściciel szkoły językowej - na oko 22 letni - ma bardzo ciekawy pomysł na biznes. Jakimś cudem zdobył cały budynek - nie wiem czy wynajmuje, zakupił czy pozbył się wcześniejszego właściciela - i urządził w nim szkołę nauki języka angielskiego. Aby wyróżnić się na rynku codziennie nocuje za darmo turystów z całego świata i zaprasza ich na zajęcia z swoimi uczniami. Wszyscy na tym zyskują. Właściciel zarabia na uczniach i pomaga podróżnym. Uczniowie odkrywają świat poprzez rozmowy z przyjezdnymi, szlifują angielski z nativami i motywują do dalszej nauki, która w tym wypadku nie ma nic wspólnego z nudą. Przyjezdni natomiast mają nocleg za darmo - bo nikt Cię do pracy z uczniami nie zmusza - możliwość poznania wielu osób i rozmów na wszelkie tematy z uczniami to wystarczająca zachęta. Nie zawsze są to płynne rozmowy, ale zawsze ciekawe.

Po lekcji wręczyłem wszystkim po krówce przywiezionej z Polski i naklejkach, które rozdaje w trasie.Wtedy myślałem, że moja przygoda z lekcjami angielskiego w tym kraju się już zakończyła. Prawda jest taka, że dopiero się rozpoczęła. O tym jak zostałem główną atrakcją zajęć dodatkowych napisze w kolejnych postach.

CouchSurfing charakteryzuje się tym, że gdy kogoś już zapraszasz do siebie to nie tylko po to aby go przenocować ale też po to aby spędzić z nim trochę czasu. Właściciel szkoły doskonale o tym wiedział  dlatego po lekcji zaprosił nowo przyjezdnych - mnie i Brytyjczyka - na kolację w stylu regionalny street food.

 

Uliczne jedzenie

Poszliśmy w trójkę w głąb dzielnicy, oddalając się od głównej drogi. Po kilku zakrętach dotarliśmy do czegoś co nazwalibyśmy restauracją na świeżym powietrzu. Wszyscy siedzieli na zewnątrz przy plastikowych stolikach. Część  z nich była porozkładana na chodniku albo na pustym placu gdzie kiedyś musiał stać dom, którego gruzy gdzie nie gdzie jeszcze zalegały i stanowiły schronienie dla ... o tym za chwilę.

Nasz host zamówił  kilka regionalnych specjałów, którymi za pewne częstował wszystkich swoich przyjezdnych. Jeśli jesteś osobą która

Tradycyjne potrawy

nocuje przyjezdnych, każdemu z nich pokazujesz to samo, częstujesz tym samym i jedyna zmienna to reakcja podróżnika, to jesteś dokładnie taką samą osobą, jak mój host. W Katowicach zawsze zapraszam na najlepszego krupnioka za 5zł. Ale nie o tym ….

Na początek dostaliśmy po piwie, pudełku z chusteczkami i pierwszym wiaderku z lodem. Wiaderka z lodem schodzą najszybciej, bo temperatura wieczorem nie spada wiele poniżej 30 stopni. A jeśli chciałbyś wypić zimne piwo to masz tylko dwie opcje. Albo wypiszesz je od razu za jednym sporym łykiem gdy kelner Ci je przyniesie albo będziesz wrzucał do niego kostki – albo raczej bryły – lodu.

Tyle o napojach. To co najciekawsze przynieśli nam chwilę później. Pierwszy talerz wypełniony był makaronem z zupek chińskich – pomimo tego, że jesteśmy w Wietnamie. Na tym gotowana i grillowana wieprzowina,  przysypana jakimiś wodorostami i trawą cytrynową. Jak dla mnie ok, choć makaron okazał się super.

Na drugim talerzu jeszcze więcej wodorostów i jakieś takie dziwne podłużne mule – czarne małże. Mule jak to mule. Dla mnie zawsze smakują tak sobie - bez szału. Kolejny posiłek to małże, posypane orzeszkami i szczypiorkiem. Podane z ostrym sosem, posypką chili i limonką smakowały znakomicie.

Na sam koniec gwóźdź programu - jajko niespodzianka

 

Instrukcja obsługi, jak zjeść baluta

Balut - smacznego!

Rozbijasz skorupkę i nigdy nie wiesz co tam zobaczysz. Jeśli masz pecha to będzie zwykłe jajko na twardo. Częściej jednak ujrzysz ugotowane na twardo małe oczka, główkę, delikatny kręgosłup, coś co za chwile miało stać się piórami, sercem i płucami. Efekt niespodzianki masz już za sobą, warto by więc przejść do konsumpcji. Przechylasz to jajko jak kieliszek aby wypić te wszystkie płyny, które są w środku, bo szkoda aby się coś zmarnowało. Jeśli jeszcze do tej pory nie zrezygnowałeś możesz przejść do sedna. W kolejnym kroku polewasz zawartość jajka sokiem z limonki, posypujesz czym chcesz – sól albo chili – bierzesz trawę cytrynową do ręki. Gdy wszystko jest już przygotowane – dobrze też mieć na wszelki wypadek gdzieś pod ręką puste wiaderko po lodzie i chusteczki – możesz wbić łyżeczkę w ten kaczy zarodek. Najlepiej nie przyglądać się zbytnio temu co udało nam się nałożyć tylko od razu włożyć do ust i zagryźć trawą cytrynową, (chyba, że jesteśmy fanami anatomii).

Wiele osób pyta mnie jak to smakowało. W tym miejscu muszę rozczarować wszystkich, bo smakowało znacznie zwyczajniej niż wyglądało. Pomimo częściowo wykształconych organów i piór to w dalszym ciągu smakuje jak zwykłe jajko na twardo zalane sokiem z limonki i przyprawami. Naprawdę bez szału. Tak przynajmniej jeszcze wtedy myślałem. Szał pojawił się kolejnego dnia – o czym w kolejnym poście.

Za całą kilkugodzinną ucztę wraz 2 piwami na osobę zapłaciliśmy po przeliczeniu ok 50 zł do podziału na trzech. Talerze pełne owoców morza ale na szczęście cenę dało się przełknąć.

 

 

Niekończąca się kolacja, kolejne dania były przynoszone do naszego stolika.

 

W tym miejscu trzeba zwrócić uwagę jeszcze na kilka drobnych nawyków Wietnamczyków. Rozcieńczają piwo lodem. No ale to już wiecie. W sklepach można kupić słoną wodę smakową! Tak, soloną wodę ze smakiem. Ale wracając do tego pamiętnego wieczoru.

 

Zwierzątka uliczne

Jedliśmy kilka potraw,  po których zostawały resztki, w formie muszelek. Można by je odkładać na jednym talerzu ale wyglądałoby to niezbyt estetycznie. Dlatego w Wietnamie jeśli jesz w takim miejscu jak tu, estetycznie rzucasz te muszelki na ziemię w okolicy stołu. Ewentualnie jeśli lubisz zwierzątka, to rzucasz te resztki bezdomnym szczurom, które biegają tu wszędzie i tylko czekają aż ktoś im coś rzuci. U nas dokarmia się kaczki, gołębie czasem bezdomne koty lub psy, a tutaj szczury. Taki zwyczaj. Jest ich tutaj naprawdę dużo. Sam byłem świadkiem jak podkopały fragment chodnika, do tego stopnia, że nie dało się po nim przejść. Skąd wiem że to szczury a nie woda? Ponieważ ciągle biegały pod tymi zapadniętymi kostkami chodnikowymi i walczyły z sobą wydając głośne krzyki.

 

Trochę makaronu z zupek chińskich, trochę zieleniny i trochę wołowiny ...

 

Czego nie zjedzą szczury posprząta obsługa "restauracji". Co pewien czas przechodzi ktoś z obsługi z miotłą i szufelką aby posprzątać asfalt pod nogami klientów.

Gdy zapłaciliśmy rachunek udaliśmy się do swoich pokojów. Mnie przypadł pokój z Brytyjczykiem.

Owoce można należały do najbardziej standardowych potraw :)

Jako, że był to dla mnie bardzo długi dzień wypełniony wrażeniami, postanowiłem zażyć lekarstwo przed spaniem i oddać się w objęcia Morfeusza. Lekarstwo przywiozłem na specjalne polecenie mojego lekarza medycyny podróży i kilkorga znajomych. Przywiozłem go dokładnie dwie półlitrowe szklane butelki. Mowa tutaj oczywiście o naszej czystej, polskiej wódce. Słyszałem, że na początku pobytu w Azji dobrze sobie jeden lub dwa kieliszki tego magicznego środka dezynfekującego zażywać zapobiegawczo. Po odważnych bojach ze streetfoodem jest to nawet wskazane, tak na wszelki wypadek. Po kaczce się nie ograniczałem i wypiłem dwa głębsze. Oczywiście staropolskim zwyczajem chciałem też poczęstować Brytyjczyka, który bez głębszego namysłu odmówił. Jeździł już na rowerze od 5 miesięcy i nic mu nie było to dlaczego akurat dziś miało by mu coś zaszkodzić? Po chwili dowiedział się, że w tym pokoju śpię dzisiaj sam, a on na kolejne 36 godzin zamieszka w ubikacji ....

 

Korekta tekstów - Wiktoria Podgórska

Komentarze

Podobało się?