V. Pierwszy dzień w pracy

O piętrowych autobusach i klockach lego.

V. Pierwszy dzień w pracy

Dzień 3. Środa.

Koleżanka, która miała odprowadzić mnie pierwszego dnia do pracy pojawiła się zgodnie z planem. Jak na Bałkany było to co najmniej zaskakujące.  Poszliśmy razem na pobliski przystanek autobusowy.  Pamiętasz przystanki z Serbii? Tutaj to wygląda zupełnie inaczej. Istnieje jeden główny warunek, który musi spełniać każde miejsce postojowe aby można było je nazwać przystanek autobusowym. Chodzi o możliwość zatrzymania pojazdu w taki sposób aby pasażerowie mogli do niego swobodnie wejść – niezbyt wymagające zasady. Jeżeli tak jest to, rozkład jazdy, wiata czy ławka nie są koniecznością dlatego na mniejszych przystankach możemy o nich zapomnieć. Mało tego, nawet znak informujący nas, o tym że to właśnie miejsce na tej długości drogi jest przystankiem komunikacji miejskiej możemy uznać za rarytas.

 

Czy to Londyn? Nie to Skopje.

 

Ciekawostka: AUTOBUSY W SKOPJE

Podsumowując, przystanek przystankowi nie równy. W centrum można natrafić na diodowe tablice wyświetlające rozkład[1], poza centrum na ławkę, a na obrzeżach miasta na nic. Po za kilkoma największymi przystankami, nie ma żadnej informacji, że w tym miejscu jest właśnie przystanek. Wraz z pozostałymi obcokrajowcami zastanawialiśmy się skąd mieszkańcy wiedza, że autobus może się zatrzymać akurat w tym miejscu, a nie jakimś losowym innych sąsiednim? Przypuszczalnie przekazują sobie tą wiedzę od pokoleń z ust do ust, tak samo jak różnego rodzaju legendy.

O autobusach ciężko złe słowo powiedzieć. Dwupoziomowe, z regulowaną klimatyzacją, czyste, kierowca zawsze sprzedający bilety. Chyba, że ktoś trafi do starszego modelu, których jest tutaj znacząca większość i będzie mógł odbyć podróż do przeszłości - czasem odległej. Jeżeli autobus się zepsuje to zwykle przybiega mechanik specjalista z jednym śrubokrętem, coś pokręci coś popuka i problem znika. Sam byłem światkiem takiej sprawnej naprawy. Na przystankach, przede wszystkim na tych większych należy mieć się na baczności i rozglądać się za swoich autobusem. Niejednokrotnie widziałem jak przyjechały 4 autobusy w tym samym czasie i ustawiły się jeden za drugim. Wszystkie na raz otwarły drzwi i po chwili odjechały. Wiec jeżeli ktoś nie dostrzegł, że gdzieś daleko na końcu tej „kolumny” zatrzymał się ten, który wyczekiwał, musiał zaczekać na następny.


[1] Wielkim zaskoczeniem dla mnie było odkrycie, że w tak zacofanym kraju jak Wietnam (tak sądzimy w Polsce) w mieście Hanoi elektroniczne tablice na przystankach to całkowity standard nie tylko na głównych przystankach. Część osób może zwrócić uwagę, że kilka stron wcześniej narzekałem na wietnamskie przystanki ale to nie pomyłka – Wietnam należy postrzegać jako dwa różnorodne kraje. Północ przez wiele lat była oddzielona od Południa, dlatego te dwie części tak bardzo się od siebie różnią.

Na profesora – ponieważ pracowałem na uczelni -  jak to na profesora musieliśmy trochę poczekać. Pierwsza oficjalna rozmowa w języku angielskim była trochę – bardzo - stresująca. Po wyjąkaniu tego co potrafię, przeszliśmy do moich zadań. Mam zaznajomić się z oprogramowaniem LabView. Następnie pomóc przy pisaniu pracy inżynierskiej. A dokładnie stworzeniu oprogramowania, służącego do obliczania naprężenia i sił powstałych w belkach poddanych obciążeniu. Ucieszyłem się, bo nigdy nic podobnego nie robiłem. Może tylko na zdjęciach oglądałem podobne systemy. Z programowania nigdy dobry nie byłem, chociaż muszę przyznać, że zawsze to lubiłem. Poprzeczkę podnosi jeszcze kwestia językowa, wszystko po angielsku od dokumentacji po raporty i swobodne rozmowy w pracowni. Jest wyzwanie jest zabawa. Na koniec praktyki mam napisać krótki raport dla profesora w którym opiszę co udało się nam stworzyć.

 

Następnie zostałem oprowadzony po pracowniach mechatronicznych. Prawdę mówiąc, można było spodziewać się czegoś o wiele gorszego.  Sprzęty tutaj w pracowniach jakich na naszej uczelni jeszcze nie spotkałem i pozwolenie profesora "Jeśli będziesz miał czas to możesz pobawić się czym będziesz chciał". Jako prezent powitalny otrzymałem klucz prywatny do jednej z klimatyzowanych pracowni. Jak się późnej okazało najnowocześniejszej i najlepiej wyposażonej.  Wyposażenie pracowni to dwa roboty manipulatory – dodam dla niewtajemniczonych, że są to bardzo drogie urządzenia - 6 komputerów, kilka bardzo zaawansowanych prac dyplomowych. Odkryte wyposażenie szafek i pozwoleniem profesora na nieograniczone korzystanie ze wszystkiego wprowadził mnie w stan w jaki wchodzi dziecko podczas wizyty w Legolandzie.

 

Pracowania w której pracowałem.

Nawiązanie do klocków Lego nie jest tutaj przypadkowe. Pracownia była bogato wyposażona również w najnowsze komplety klocków Lego z wbudowanymi sterownikami logicznymi i elektronicznymi napędami. Z których można budować naprawdę zaawansowane technologie. Po opuszczeniu pracowni przez profesora zabrałem się za poszukanie filmów instruktażowych do wcześniej wspomnianego oprogramowania. Gdy skończyłem robić co miałem zaplanowane, wyruszyłem w powrotną trasę do akademika.

 

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy na ważniejszych przystankach to prywatna komunikacja miejska. Przede wszystkim w godzinach szczytu – ale nie tylko - jeżdżą dodatkowe autobusy, które nie akceptują standardowych biletów. Jeżeli będziecie mieć sytuację, że wchodzicie do autobusu w którym nie ma kasowników, a kierowca już od progu domaga się od was pieniędzy to nie uciekajcie z krzykiem. Pojazdy takie mają te same numery co komunikacja miejska, ale nie mają naklejek przewoźnika więc łatwo je pomylić. Jak dla mnie jest to genialne rozwiązanie. Jeżeli na rynku jest popyt na jakaś usługę to za chwilę znajdzie się ktoś chcący ją sprzedać. Miasto nie jest samo w wstanie w godzinach szczytów rozładować tłumów na przystankach więc powstali mali przewoźnicy, którzy w tym pomagają. Pozytywnym aspektem w tej całej konkurencji rynkowej jest też wysokość opłaty za przejazd. Ceny u prywatnych przewoźników są niższa od cen zwykłego biletu komunikacji miejskiej.

 

Po powrocie do akademika ok godziny 15.00 wykorzystując fatalną pustynną wręcz pogodę - słaby wiaterek, ok 27 stopni, drobne chmurki. Ruszyłem na codzienny trening biegowy. Tym razem chciałem "zdobyć" Vodno w trochę szybszym tempie. Skoro tubylcy potrafią to czemu ja miałbym tego nie zrobić? W końcu Polak potrafi. Jak zaplanowałem tak też uczyniłem. Dobiegłem do połowy wysokości bo trochę gonił mnie czas i powróciłem. Szybki prysznic i codzienne wspólne wyjście na miasto.
Zwykle wieczorami chodzimy coś zjeść razem w okolicy rynku. Rynek jak to centrum antycznego miasta z ponad tysiącem lat historii, może pochwalić się „nowymi zabytkami”. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, wszędzie a przede wszystkim  w centrum buduje się nowe "stare" budynki i pomniki. Na przykład piękny okazały łuk triumfalny stanowiący główną bramę miasta na rynek został skończony dwa dni temu…

 

Nowy zabytek. Dwa dni wcześniej odbyło się oficjalne otwarcie Łuku Triumfalnego.

Zakupoholiczki na rynku? Pewnie, a gdzie mieli je postawić?

Ciekawostka: ZABYTKI W SKOPJE
To miasto przeszło w swojej historii co najmniej dwa niszczycielskie trzęsienia ziemi, z czego ostatnie w 1963r. Spowodowały one doszczętne zniszczenie prawie wszystkich starszych konstrukcji. Wyłącznie kilku cudem udało się ocalić. Po rozpadzie Jugosławii miasto stało się stolicą państwa i Narodu Macedońskiego. Jak każdy naród także i ten chciał dumnie chwalić się swoją historią oraz bohaterami. Wiec od 1991 na potęgę buduje się w stolicy pomniki każdego kto czymkolwiek się wyróżnił. Począwszy od Aleksandra Macedońskiego, przez mniejszych bohaterów narodowych, skończywszy na: dwóch zakupoholiczkach, pływaczkach, brzuchatych śmiesznych facetach itp.

Które z nich stanowią fragment macedońskiej historii i tradycji, a które są uważane za dzieła sztuki współczesnej nie jestem pewny. Do jedynych oryginalnych zabytków co do których „dojrzałości wiekowej” jestem pewien to fortyfikacja obronna nad centrum miasta, skalny most, stara dzielnica kupiecka oraz akwedukt. Ta ostatnia konstrukcja oficjalnie datowany gdzieś pomiędzy I, a XVI wiek n.e. – tak podali mi mieszkańcy stolicy – posiada 57 ceglanych łuków. Taka spora rozbieżność wynika zapewne z faktu, że nikt z obecnie żyjących nie może pamiętać czasów, w których go budowano. Wcześniej natomiast nikomu nie chciało się tej informacji zapisać –bo w końcu jesteśmy na Bałkanach.

Do innej kategorii zabytków należy najstarsze w Jugosławii, znajdujące się przy samym rynku centrum handlowe. Jest to jedno z wielu centrów handlowych w tym mieście. Patrząc na duże wymiary, które nawet na dzisiejsze standardy robią wrażenie - 3 piętra, podziemny parking itp.- oraz wiek obiektu można uznać go za perełkę architektoniczną.

 

Tajemniczy akwedukt

 

Najstarsze w tej części świata centrum handlowe.

Następnie udaliśmy się na Čaršiji. Jest to największy tego typu urbanistyczny układ w Europie i  jedyny sposób aby poczuć duszę Stambułu[2] - nie będąc w Turcji.

Byłem bardzo zaskoczony kiedy wybrałem się na samotną wędrówkę po północy po labiryncie wąskich uliczek, meczetów i innych wiekowych budynków.  Od razu przypomniałem sobie sceny z filmów przygodowych – z Indiana Jones - jak to „bandziory” biegali z maczetami za głównymi bohaterami. Gonili ich po dokładnie takich samych uliczkach, ale gdzieś w odległych tajemniczych krajach. Tutaj natomiast zamiast biegać wszyscy siedzą, często przy soczkach owocowych, czasem piwach i grają w gry planszowe. Wszystkie nocne kawiarnie wypełnione po brzegi przez mężczyzn grających w Rubikuba, karty, szach i kilka innych gier których nazw nie znałem.

 

Główne aleje Old Bazar w nocy są puste natomiast życie przenosi się do kawiarni i w poukrywane bramy.

 

Powrót z centrum jak zwykle piechotą. Zajmuje to jedynie 20 min więc nie ma sensu łapać taksówki.


[2] Największe miasto Turcji, wcześniej nazywane przez wieki Bizancjum, Nowym Rzymem, Konstantynopolem, a dziś Stambułem ? Pisząc tą książkę pozwoliłem  sobie sprawdzić to zagadnienie w słowniku PWN i okazało się, że wyłącznie w Polsce, poprawnie używa się nazwy bez litery „I” z przodu. Wynika to z tłumaczenia ze starożytnej greki, a może jednak Polacy nie lubią wszystkiego z „i” na początku bo kojarzy się z drogimi gadżetami koncernu Apple?

Ciekawostka: TAKSÓWKI

Taksówki są tutaj tak tanie, że jeśli jedziemy w więcej osób to wychodzi taniej niż autobus. Bilet autobusowy kosztuje 35 denarów (niezależnie od trasy i liczby przystanków) a taksówka 40 denarów (opłata za wejście) plus czas przejazdu - a trzeba pamiętać, że Skopje to małe miasteczko.[3]

 

Postój taksówek przed Pelargonią. Nie ma tutaj narzuconego koloru karoserii.

 


[3] Podobnie tanie są przejazdy taksówkami w Bangkoku. Zwracam uwagę, że jako taksówkę w Tajlandii rozumiem samochód, a nie trzykołowy motocykl z kanapą zamontowaną z tyłu dla zamożnych turystów. Tuk tuki – bo tak nazywa się owe pojazdy – uważane są za najdroższy środek komunikacji.

Natomiast w Wietnamie największą popularnością cieszą się taksówko– skutery. O jakiejkolwiek licencji taksówkarskiej można zapomnieć, bo w praktyce to bardziej przypomina Blablacar (płatną wersję internetowego autostopu). Wygląda to tak, że jeśli ktoś ma skuter i chwilę wolnego czasu to oferuje swoje przejazdy przechodniom na ulicy. Cena zaczyna się od takiej samej kwoty jak za przejazd wygodną licencjonowaną taksówką z GPS i licznikiem opłat, aby po kilku minutach twardych negocjacji ostatecznie spaść nawet o 80%. 

 

A na sam koniec mój przyjaciel z biura ;) Walle

 

Pierwszy post z tej serii, który warto przeczytać nim przejdziesz do poszczególnych przygód znajduje się poniżej. Tłumaczę w nim dlaczego taki nietypowy format tych wpisów, podkreślenia itp.

Wprowadzenie znajdziesz TUTAJ.

Komentarze

Podobało się?