Pozytywna historia pewnego autostopu cz. 3

Historia majowego wypadu autostopowego po Europie

Pozytywna historia pewnego autostopu cz. 3

Dzień 9 - Byle poszło zgodnie z planem

Większość wcześniejszego wieczoru - gdy już położyliśmy się wszyscy spać - poświeciłem na szczegółową analizę mapy i oznaczenie dogodnych stacji benzynowych na trasie Amsterdam - Kopenhaga w aplikacji MAPS.ME.

Piotrek u którego spałem podrzucił mnie na pobliską stację benzynową na autostradzie, wyciągnąłem karteczkę i czekałem od 7 rano. O 7:15 już siedziałem w starszym Citroenie do, którego zaprosił mnie kierowca gdy dostrzegł napis Denmark na kartce w moich rękach.

Jeden z najlepiej rozpoznawanych widoczków w Kopenhadze. Czy dotrę tam dziś?

 

O 7:17 zorientowałem się, że jedziemy na północ.

 

Jednak nie poszło zgodnie z planem

Niby ok, bo jakby na to nie patrzeć Dania jest wyżej na mapie niż Holandia ale całe 2 godziny analizowania mapy poszły się ... Najlepsza trasa z Amsterdamu do Kopenhagi przebiega przez Hamburg czyli ostro na wschód, a dopiero potem na północ, gdyż to główna arteria dla większości ciężarówek w tej części kontynentu transportujących jakieś ładunku pomiędzy portami lub aglomeracjami.

W takim razie kierując się jednym z moich ulubionych powiedzeń "przygoda zaczyna się dopiero tam gdzie kończy planowanie" ruszyłem w nieznane.

Wysiadłem 100km dalej na północ w okolicy, której nawet na telefon sobie nie pobrałem, a na papierowej mapie całej Europy stacji paliw zwykle się nie oznacza. Znowu trzeba w pełni zdać się na kierowców. A z tym różnie bywało.

Na szczęście zagadałem od razu do kierowcy ciężarówki, który tankował swój pojazd dzięki czemu nie musiałem stać w deszczu i zimnym wietrze przez następne prawie 2 godzinki. Podwoził mnie ojciec utalentowanej córki lingwistki. Ta 13 latka podobno w szkole uczyła się jednocześnie holenderskiego (co nie było zaskoczeniem) ale też niemieckiego, angielskiego, hiszpańskiego i francuskiego. Co jak na nastolatkę jest raczej niestandardowe. Nie do końca wierzyłem w zapewnienia kierowcy, że posłał swoją córkę do zwykłej publicznej szkoły i te języki to standard u nich.

Teraz sytuacja z którą w Niderlandach spotkałem się już kilkukrotnie. Jako, że dobrze nam się jechało i miło gadało kierowca postanowił podrzucić mnie nie na stację benzynową przed miastem do którego zmierzał, a za nim. Postanowił nadrobić kilkadziesiąt kilometrów - w korku - aby podrzucić mnie w lepsze miejsce.

Kolejna stacja była położona w szczerym polu przez co była w pełni wystawiona na działanie silnego zimnego wiatru i dobijającego deszczu, który wcierał się również pod zadaszenie. To był dłuższy postój. Zwykle nie wchodzę do budynku stacji benzynowej aby pytać ludzi o transport bo wiem, że pracownicy większości z nich mają w obowiązku przeganiać autostopowiczów. Część kierowców, może bać się wejść na stację aby kupić coś w sklepiku lub zapłacić za paliwo jeśli będzie musiała się do kogoś obcego odezwać. Tak przynajmniej podejrzewają duże paliwowe korporacje. Tym razem jednak stanie ponad godzinę na zewnątrz w czapce, rękawiczkach itp ubiorze nie było do zniesienia więc wszedłem na stacje i się ....

 

nie zaskoczyłem. Podszedł do mnie pracownik stacji i powiedział to co spodziewałem się usłyszeć. "Właściciele naszej firmy nie wyrażają zgody aby na terenie naszej stacji benzynowej zaczepialiście [w domyśle autostopowicze] naszych klientów". Ale też coś bardziej pozytywnego usłyszałem. "Jednakże, że pogoda na dworze jest jaka jest i pada deszcz nie wygonię Cię na zewnątrz, ale proszę nie zaczepiaj klientów w środku." Grzecznie podziękowałem za wyrozumiałość i obiecałem, że będę zaczepiał ich tylko na zewnątrz. I teraz dopiero się zaczęło.

Podjechały dwa samochody jeden podjechał pod dystrybutor paliwa, a drugi na parking. W pierwszym na angielskich blachach siedziała starsza para, a z drugiego wyskoczyło dwóch młodych ludzi z plecakami i kartonem z nazwą. Po prostu rewelacja - sarkazm. Od ponad godziny sam nic nie złapałem, a co dopiero w 3 osoby na małej stacji. Podbiegam więc do anglika tankującego samochód i pytam poprawnym angielski. "Czy może zmierzają Państwo w stronę Niemiec?". Słysze odpowiedź "jes". Kontynuuję - "To w takiej sytuacji czy mógłbym się z Państwem zabrać w dalszą drogę". W odpowiedzi słyszę, że musi zapytać żonę.

No to zaraz dowiemy się kto w tym samochodzie nosi spodnie. Z doświadczenia wiem, że większość zapytanych na stacji mężczyzn chętnie bierze autostopowicza na pokład w przeciwieństwie do ich żon. W rezultacie czego autostopowicz pozostaje na parkingu sam. Choć miałem też sytuacje wcześniej, że kilka par głośno wymieniało poglądy na moich oczach - kłóciło się - ponieważ jedna strona chciała mi pomóc, a druga się mnie po prostu obawiała.

Parę minut później opuszczałem ten nieszczęśliwy postój w gronie dwójki brytyjskich nauczycieli, którzy jeżdżą sobie po Europie i wypatrują rzadkich gatunków ptaków z lornetkami. Kiedyś nawet odwiedzili nasz kraj, a dokładniej mówiąc Toruń. Pojechali z Manchesteru do Torunia Citroenem z lat 50-tych na zlot starych pojazdów. W jedną stronę dotarli bez najmniejszego problemu. Jednak gdy wracali w niedziele wieczorem, samochód nagle zatrzymał się - nie gdzie indziej jak - w szczerym polu na obrzeżach pewnej wsi.

Robiło się ciemno i głucho - jak to na wsi w niedziele wieczorem. Dodatkowa wzbudził ich niepokój mężczyzna, który 3 krotnie minął ich samochód i słowem się nie odezwał. Facet chodził w tę i z powrotem patrząc co im się stało.

Gdy minął ich czwarty raz, w końcu się przedstawił i powiedział, że jest mechanikiem samochodowym. Jeśli chcą to może spróbować im pomóc bo jego warsztat znajduje się 100 metrów dalej. Po godzinie zmagań w kanale pod samochodem pan mechanik oznajmił, że uszkodzeniu uległa pewna część, której nie uda mu się naprawić. Jako że jest niedziela wieczór to też jej nie sprowadzi na już. Ale jutro z samego rana powinno udać mu się ją zdobyć. Jak powiedział tak też zrobił.

Opuściłem pojazd z kierownica po prawej stronie na przejściu granicznym Holandia - Niemcy. Po 20min bezowocnego czekania na samochody na stacji zdecydowałem się podejść na parking z tirami. Na 95% byłem pewny, że musi tam być przynajmniej jedna polska ciężarówka. I nie myliłem się. Kierowca zgodził się mnie podrzucić pod samą Duńską granicę. Rewelacja. Jest dopiero godzina 12, pojechałem całkowicie inną trasą niż planowałem, a wszystko wskazuje na to, że noc spędzę u kumpla w Kopenhaskim mieszkanku.

Kierowca tira z kategorii bibliofilów. Na każdą trasę woził cały zbiór książek. Żona gdy chodziła w Polsce po promocjach w księgarniach, Biedronkach i Lidlach miała przy sobie cały notesik z tytułami, które już znajdywały się u nich w biblioteczce. Jeśli nie było tytułu na liście to znaczy, że można go wrzucić do koszyka. Większość kierowców tirów, których poznałem dotychczas gdy miało "pałzy" siedziało w aucie i odliczało minuty kiedy będą mogli ruszyć dalej. Ten pan był inny. Zawsze woził z sobą rower. Więc każdą wolną chwilę wykorzystywał na zwiedzanie okolicy. Sam stwierdził, że wszystkie większe europejskie miasta na rowerze już zjechał a w zawodzie kierowcy pracuje dopiero 8 lat - wcześniej był strażakiem ale jego jednostkę zamknięto i nie było innej w okolicy.

Od tego kierowcy dowiedziałem się, że największą zmorą dla jego posesji jest domofon. Człowiek jeździ po całej Europie, wjeżdża na firmę, zostawia lub zabiera co ma, zbiera podpisy i odjeżdża. Gorzej gdy przed wjazdem na teren zamknięty należy się z kimś dogadać bez używania gestów. Opowiedział mi pewną zabawną historię która go spotkała w pracy...

Podjeżdżam na zakład w Włoszech. Widzę, że brama zamknięta, a w okolicy żadnego stróża czy dozorcy. Jedynie domofon. Nad domofonem karteczki w pięciu językach - włoski, angielski, niemiecki, hiszpański i rosyjski - aby w razie chęci wjechania na zakład skorzystać z niego. Sytuacja miała miejsce na początku nowej kariery zawodowej więc język angielski był bardziej znany z teorii niż praktyki. Pan Marek - powiedzmy, że tak się nazywał - zadzwonił do swojej córki lingwistki aby podyktowała mu co ma powiedzieć przez domofon, on sobie to zapisze i powtórzy. Jak zaplanował tak tez uczynił. Problem w tym, że na pytaniu "Ken ju spik inglish" usłyszał odpowiedź "NO" i rozmówca się rozłączył. Taki zwrot zdarzeń bardzo zaskoczył Pana Marka więc postanowił bez wcześniejszego przygotowania zapytać w języku niemiecki, który kiedyś tam trochę opanował. Tak samo. Spróbował po rosyjsku - który pamiętał jeszcze z szkoły. Sytuacja znowu się powtórzyła. W takim razie nie zostało nic innego jak dać wyraz swojemu niezadowoleniu. Pan Marek włączył mikrofon tylko po to aby użyć kilku wulgarnych polskich przymiotników ... i ku jego zaskoczeniu usłyszał z drugiej strony "Trzeba było tak od razu".

Pan Marek nauczony tym doświadczeniem wypracował sobie swoją metodę odnajdywania rodaków za granicą. Od tamtego dnia gdy wchodzi do jakiegokolwiek biura z dokumentami zawsze w drzwiach krzyczy na głos "Dzień dobry". Na tyle głośno aby wszyscy w pomieszczeniu go usłyszeli, ale na tyle cicho aby nie zwracać na siebie zbędnej uwagi. Gdy ktoś odpowie lub zwróci zaciekawiony wzrok w jego stronę to do niego podchodzi. Jak do tej pory taka osoba zawsze okazywała się polakiem.

150km od granic Danii znowu zmieniłem samochód. I tym razem była to ciężarówka. Jednak kierowca był wyjątkowy, aby nie powiedzieć trochę straszny, a trochę dziwny.

Spotkałem go na parkingu gdy wysiadał z swojej ciężarówki. Dziwnie uśmiechnięty, bardzo szczupły mówiący tylko kilka zdań po angielsku Niemiec. Gdy spytałem się go czy jedzie na Danię odparł "Ja" i dodał kilka zdań od siebie w swoim ojczystym języku. Reszty słów siłą rzeczy nie zrozumiałem bo po niemiecku potrafię ledwie kilka zdań powiedzieć. Ale najistotniejsze było to pierwsze słówko. Choć w komedii Eurotrip gdy paczka znajomych łapała stopa na autostradzie do Berlina też zrozumiała tylko jedno słowo - dla nie wtajemniczonych zamiast to stolicy Niemiec dotarli do Bratysławy.

Dobiliśmy targu gdy wskazałem na mapie miejsce gdzie chcę się dostać ale pod pewnym warunkiem. Musiałem pokazać mu, że mam prawdziwy paszport przy sobie. Nie pamiętam kiedy ostatni raz ktoś sprawdzał mi paszport i to nie na granicy kraju. Podczas jazdy wyszło na jaw, że mój kierowca jest wielkim przeciwnikiem uchodźców, kanclerz Niemiec i kilku jeszcze rzeczy. Co zaskakuj bardzo lubi nasz kraj - bo nie ma w nim uchodźców - nasze autostrady uważa za lepsze niż Niemieckie - bo podobno szybciej je budujemy. Ogólnie dziwny facet, ale wie co mówi bo do Polski jeździ przynajmniej raz w miesiącu. Podczas jazdy - ponieważ rozmowa nam się nie za bardzo kleiła - oglądał sobie filmiki na internecie. Jeden nawet mi pokazał, w którym to uchodźca popełnia samobójstwo skacząc z dachu. Taki uśmiechnięty pan.

Dania

Strøget w Kopenhadze jest podobno najdłuższym na świecie deptakiem (choć w to nie wierzę).

 

Gdy wysiadłem na upatrzonej stacji o 18.00 - jedyne 200km od celu - nie mogłem podejrzewać, że ten ostatni odcinek będzie tym najdroższym i - paradoksalnie - najdłuższym choć najkrótszym.

Podchodzę do ludzi którzy tankują na stacji benzynowej jednak wszyscy albo jada 15 km do najbliższego miasta albo na północ, a ja niestety potrzebuję ruszyć na wschód. Mija jedna godzina, później druga więc trzeba zmienić taktykę. Postanawiam postać trochę przy samej autostradzie przed zjazdem na tą stację. Ubieram więc kamizelkę odblaskową i wyciągam kciuka. Po 15 min nic. P0 20 tak samo. Dostrzegam jednak zaskakująco wiele polskich samochodów więc owijam plecak w polską flagę aby przyciągnąć ich wzrok. Dalej nic. Gdy już postanawiam wracać zatrzymuje się jeden samochód na duńskich blachach. Cały uradowany podbiegam do niego i uśmiecham się jeszcze bardziej ponieważ za kierownicą siedzi niezwykłej urody młoda dziewczyna. Nie dużo myśląc otwieram drzwi chcę wsiadać i nagle moja odpowiedzialna część charakteru przejmuję górę. Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami postanawiam najpierw zapytać gdzie ona tak właściwie jedzie. Właściwie jak patrzyłem na nią to było mi wszystko jedno bo wiedziałem, że będzie miło. Ale gdy wzrok skierowałem w stronę zachodzącego słońca przeleciały mi przed oczami obrazy spania bez namiotu w samym śpiworze gdzieś przy drodze. Dziewczyna odpowiedziała, że jedzie do centrum najbliższego miasta więc tam mnie wysadzi. Bez problemu złapię jeszcze dziś pociąg do stolicy i rozwiąże wszystkie swoje problemy. Szybko policzyłem sobie w głowie ile przed chwilą wydałem na stacji benzynowej na jedzenie. Zwykły hod-dog 15zł, hamburger z frytkami prawie 70zł, to bilet kolejowy będzie pewnie więcej kosztował niż cała moja dotychczasowa podróż.

Nie miałem innego wyjścia jak podziękować - prawie że z łzami w oczach. Dziewczyna nie do końca rozumiała dlaczego, jeszcze chwile po namawiała mnie aby skorzystał z pociągu ale ostatecznie odjechała sama.

O 21 wróciłem na stację benzynową i dla pocieszenia - bo przy drodze znowu wymarzłem odrobinę - kupiłem sobie batonika bounty - nie pytajcie o cenę. Ekspedienta powiedziała mi że mam szczęście. Ja zdziwiony zapytałem dlaczego? Przecież utknąłem na stacji która jest otwarta tylko do 24 a moje szanse, że uda mi się z niej wydostać maleją z każdą godziną. Pani grzecznie mnie poinformowała, że faktycznie wszędzie jest napisane, że stacja jest otwarta od 6 do 24 ale od kilku miesięcy jest czynna całą dobę. Co prawda nocą jest mały ruch bo nikt nie wiem że jest to stacja całodobowa - ciekawe dlaczego - ale przynajmniej będę mógł się wyspać na krześle w ciepełku.

O 23 dostrzegłem, że na stację wjechały właśnie 3 samochody, jeden po drugim - co było wielkim zaskoczeniem bo ruch był już znikomy. Większe zaskoczenie to fakt że wszystkie były z polski i przyjechały osobno. Wybiegam wiec z stacji. Grzecznie witam się po polsku i pytam gdzie jadą....

Dzień 10 - Już z górki

Noc na stacji upłynęła spokojnie. Wyspałem się na zapleczu w pomieszczeniu z kilkoma stolami i krzesłami po drodze do ubikacji. Umyłem zęby, przebrałem się w piżamę, głowę położyłem na ręczniku na blacie, plecak przywiązałem do stolika i zasnąłem. Przez 4 godziny snu może ze 4 osoby idące do ubikacji mnie delikatnie przebudziły - w pomieszczeniu światło włączało się od czujki - ale po za tym nabrałem sił na nowy dzień pełen wyzwań.

Gdy ok godziny 6 wzmożył się ruch na stacji wszystko poszło już gładko. Mógłbym powiedzieć, że wręcz aż za łatwo ale po takiej nocy dziwnie by to zabrzmiało.

Najpierw podwózkę zaproponowała mi wytatuowana para która za 3 miesiące spodziewa się dziecka. Trochę czasu jechaliśmy razem więc aby rozmowa się kleiła zapytałem kiedy ślub - bo obrączek nie dostrzegłem, a jednak w naszym kraju te dwie kwestie zazwyczaj się łączą - odpowiedzieli z spokojem, że nie planują. Z swojego wcześniejszego autostopu po tym kraju muszę w tym miejscu dodać, ze Dania jest jednym z najbardziej liberalnych krajów w Europie. Np kluby swingersów są tak samo popularne jak McDonald, a zoofilia, 3 lata temu była jeszcze legalna.

Kolejny stop to dwóch panów w garniturach w nowym pasacie - więc wygodnie się wyspałem na tylnym siedzeniu.

Na sam koniec miałem przyjemność jechać z inżynierem, który na śląsku jak i w całym naszym pięknym kraju budował spalarnie śmieci. Tyle miałem szczęścia, że wysadził mnie niemalże przy samym biurowców w którym pracował Artur - przyjaciel u którego miałem na kilka dni zamieszkać.

Pierwszą, rzeczą którą zrobiłem to udałem się do centrum handlowego - wybiła właśnie 10.00. Udałem się do miejsca z restauracjami i zamówiłem posiłek typu Szwecki Stół - raz płacisz 45 zł i jesz ile chcesz. Pierwsze normalne niesmażone na głębokim oleju jedzenie od kilku dni. Nie wiedziałem, że tyle potrafię zjeść :)

Znajomy pracujący w Unilewerze opowiedział mi pewną ciekawostkę o kulturze spóźniania się w tym kraju. Jeśli przyjdziesz punktualnie to tak jakbyś przyszedł za wcześnie. Właściwie wypada się spóźniać. Dlaczego? Bo już w szkole lekcje kończą się dokładnie w tej samej chwili co zaczynają się kolejne. Uczniowie nie mają oficjalnych przerw! Jeśli coś chcesz zjeść, skorzystać z WC czy po prostu musisz przejść do innej sali to z założenia już jesteś spóźniony.

Miałem okazję mieszkać w niezwykłym budynku (w kształcie cyfry 8, po którym chodziły wycieczki), w niezwykłej dzielnicy.

Na terenie dawnego poligonu wojskowego władze Kopenhagi wybudowały metro (miałem okazję podziwiać ten obszar 4 lata wcześniej) prowadzące dosłownie na pola. Dziś jest to najszybciej rozrastająca się dzielnica, gdzie stawiane są budynki według najodważniejszych (czytaj najdroższych) projektów. Nie ma tu bloków, są arcydzieła. Wystarczyło wybudować metro, a resztą zajęli się deweloperzy i władze korporacji. Każda licząca się firma w Dani ma lub będzie miała za chwilę swoje biura w tej części miasta. Dzielnica ta ma przed sobą ogromny potencjał wzrostu dlatego właśnie w jej sercu wybudowano największe centrum handlowe w tym kraju.

 

Miasto kreatywne. Na osiedlu jest zakaz parkowania samochodów przed blokami. To gdzie parkować? Na parkingach wielopoziomowych, które są wkomponowane w ciąg budynków. Nie tylko jest pusto na osiedlu ale i sam parking jest kolejną jego ozdobą.

Standardowy blok na tym osiedlu.

Dzień 11 - Miłość w mieście kreatywnym

Z rana przebiegłem sobie dystans półmaratonu w życicowy tempie 1:45 h - przygotowania do pełnego maratonu w którym wziąłem udział dokładnie tydzień później. Najszybszy bieg w życiu, ale wracając do Kopenhagi...

Powiem to nagłos "Zakochałem się w tym mieście". Kopenhaga ma swój klimat. Jest to najbardziej kreatywne pod względem architektury miasto, jakie kiedykolwiek odwiedziłem. Miasto gdzie nie gdzie zabytkowe, a prawie wszędzie nowoczesne. Czyste, przemyślane, przyjemne ....

Kolejnego dnia wróciłem samolotem do kraju. Wskazówka praktyczna! Linie lotnicze Norwegian nie przykładają najmniejszej uwagi do rozmiarów wznoszonego na pokład bagażu podręcznego. Dlatego jeśli nie chcesz trzymać go pod swoimi nogami - a nawet bez niego jest ciasno - warto wsiadać jako pierwszy. Tylko wtedy masz pewność, że Twój bagaż będzie zmieści się nad Twoją głową i nie będzie musiał walczyć z twoimi kończynami o przestrzeń pod Tobą.

 

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka.

To że na nowoczesnym osiedlu mieszkania zawsze kupuje się już wyposażone to mogę zrozumieć. To że wyposażenie jest ultra nowoczesne - potrzeba kilka dni aby odkryć jak się otwiera drzwi do bloku, jak działa wieszak na kurtki i gdzie w ścianach pochowane są szafki - też i podoba mi się to. Ale zaskoczeniem dla nie były dziurki do kluczy nie montowane na drzwiach ale w ścianach obok nich. Nawet w kamienicach na dobrą sprawę nie potrzeba klamek do drzwi frontowych bo wszystkie są zautomatyzowane. Przekręcasz kluczyk i drzwi same się otwierają. Może się zbytnio rozczulam ale jest to coś kreatywnego czego nigdzie indziej nie spotkałem.

 


Odpowiedź na pytanie z wcześniejszego postu

Dlaczego kolor pomarańczowy kojarzymy z holendrami, chociaż nie występuje on na fladze narodowej?

Wszystko zaczęło się w  1572r.  za czasów  Wilhelma Orańskiego - największego bohatera narodowego holendrów. Wilhelm (oryginalna pisownia Willem van Oranje) uwolnił swój kraj z okupacji Hiszpańskiej i został pierwszym księciem nowej dynastii Oranje - Nassau. Kolorem tej dynastii panującej do dziś dnia jest kolor pomarańczowy.

Dlaczego akurat pomarańczowy? To tłumaczenie: Oranje (holenderski) -> Orange (angielski) -> a po naszemu to pomarańczowy.

Komentarze

Podobało się?