Pozytywna historia pewnego autostopu cz.1

Historia majowego wypadu autostopowego po Europie

Pozytywna historia pewnego autostopu cz.1

Te 11 dni to był najlepszy wypad autostopowy w moim życiu. Ale po kolei ....

 

W tym artykule chciałbym przybliżyć jak naprawdę wyglądają podróże autostopowe, ponieważ jest na ten temat bardzo wiele mitów i wyolbrzymionych obaw. Ktoś tam coś od kogoś usłyszał, ktoś coś zobaczył w horrorze albo innej niskobudżetowej "intymnej" produkcji. Na tej podstawie ludzie tworzą swoją wizję autostopowych wojaży. A jak jest naprawdę? Tym właśnie chcę się z Tobą podzielić - jak było tym niezwykłym razem. Z kim i o czym rozmawiałem, gdzie spałem, kto i jak mi pomógł ...

 

Jest połowa kwietnia. Od kilku tygodni wzbierała się we mnie potrzeba wyrwania się gdzieś, gdziekolwiek, czym dalej tym lepiej. Potrzebowałem opuścić biuro zobaczyć coś nowego i zrobić coś "szalonego" aby nie zwariować przez nadmiar pracy.

Pewnego dnia gdy w końcu udało mi się wyrwać umysł od natłoku obowiązków - praca za dnia i wieczorami, w tygodniu i weekendy robi swoje - uświadomiłem sobie, że za chwilę weekend majowy więc w tym roku przynajmniej 5 dni wolnego.

 

Planowanie

(sorki za tak długi wstęp o planowaniu tego wypadu jednak warto abyś wiedzieł, że w trasie wszystko poszło inaczej niż planowałem :) )

Planowanie przebiegało w 100% standardowo. Najpierw rzut oka na mapę Europy. Później zaznaczenie pinezkami gdzie mieszkają moi znajomi, których miałem odwiedzić w tym roku.

Następnie kilka zapytań na FB czy akurat w tym terminie będą w domu. Połączenie pinezek nitką w odpowiedniej kolejności i ...

Wyszło że najpierw wpadnę do Genewy w Szwajcarii, a później odwiedzę przyjaciela w Kopenhadze, który pojechał tam na półroczną delegację (wraca 10 maja więc to ostatnia szansa aby go odwiedzić).

Myślę sobie, że 5 dni trochę mało. Ale przecież jak wrócę w środę to i tak nic w tym tygodniu produktywnego nie zrobię, więc bilet lotniczy z Kopenhagi kupiłem na 7 maja.

 

Plan prezentował się następująco:

  • Ruszam z Katowic 29 kwietnia w sobotę rano
  • Docieram tego samego dnia do rodziny pod Stuttgartem (plan 1000 km)
  • Następnie trasa na Genewę. Jednak że to 500km, a nie chcę spędzić kolejnego dnia w aucie odwiedzę znajomego w Zurychu (jest to bliżej 0 250 km więc i szybciej auto złapię)
  • Potem Genewa, i tam 3 dni odpoczynku
  • I trasa na Kopenhagę. Ale trochę słabo bo to aż 1400km (za dużo jak na jeden dzień)
  • No to odwiedzę jeszcze znajomych pod Amsterdamem (bo to akurat połowa trasy)
  • Podsumowując 10 dni. O jeden za dużo. Ale nie szkodzi bo w tym poprzedzającym tygodniu i tak pracuję zdalnie.

Tak plan wyglądał w teorii, bo w praktyce wyszła z tego całkiem inna podróż.

Dręczyło mnie jeszcze jedno zagadnienie. Wszystkie miasta, które odwiedziłem podczas tej podróży odwiedziłem już wcześniej autostopem. Nuda. Co by można z tym zrobić? Coś wymyślę w trakcie.

 

Trasa mojej podróży. Kliknij aby powiększyć.

 

Dzień 1 - Czy ja mam więcej szczęścia niż rozumu ?

Skoro planowałem ruszyć w piątek to wyruszyłem już w środę rano. Odpowiednia motywacja potrafi skrócić czas pracy nawet o kilka dni. Projekt zamknięty, można ruszać.

Pierwszy punkt łapania stopa w Katowicach w stronę Niemiec to stacja Shell na autostradzie A4  MOP Wirek.

30 min później pędziłem już z właścicielem firmy budowlanej w zaplanowanym kierunku. Wyjątkowo fajnie się gadało. kierowca ten był wielkim fanem serialu Katastrofy w przestworzach z Discovery Chanel. Jako, że ja nie mam telewizora w domu, to on postanowił mi streścić całą serię tego programu. Dowiedziałem się też, że strasznie boi się latać samolotami (ciekawe dlaczego), ale jeszcze bardziej niż on boi się jego siostra. Niby nic niezwykłego. Skoro się boi to pewnie nie lata. A tu niespodzianka.

Skoro się boi to sobie zrobiła licencję na pilotowanie małych samolotów. Pewnie chodziło o przełamywanie własnych słabości. Wiec teraz ma licencje i wielki strach przed lataniem :)

Przejechaliśmy razem ponad 250 km aż za Legnicę. Problem w tym, że wysiadłem w szczerym polu. Dosłownie po środku niczego. Miałem wysiać na stacji benzynowej ale, że odjechaliśmy od autostrady już ponad 4km i ślad po mniej zaginał stwierdziłem, że tak będzie lepiej.

Co mogę zrobić stojąc przy pustej drodze po środku pola ?

Rozpakowałem kanapkę i ruszyłem w stronę drogi. Minęły mnie może z 6 samochodów gdy ...

... zjadłem kanapkę i mogłem zacząć łapać kolejny transport z pustymi rekami.

Z swojego doświadczenia wiem, że jak stoisz przy drodze to powinieneś coś zjeść i się załatwić - nigdy nie wiesz kiedy będziesz miał kolejną okazję, a szkoda nakruszyć w samochodzie albo się ...

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki kolejny samochód się zatrzymał. Nieźle - pomyślałem -  jestem "nigdzie" i przynajmniej do autostrady się dostanę bo już zdążyłem zmarznąć.

- Gdzie jedziesz ? - zapytał kierowca gdy otwierałem przednie drzwi.

- Na Niemcy, a Ty? - odpowiedziałem.

- No to masz szczęście, bo ja też. A gdzie dokładniej?

- Dziś chciałbym się dostać pod Stuttgart, bo tam czeka na mnie rodzina.

- Niemożliwe. No to masz duże szczęście bo ja tamtędy będę przejeżdżał.

- Super. No to mamy razem jakieś 700km trasy. Jestem Grzesiek - przedstawiłem się.

- Ja też.

I w ten sposób złapałem jednego z najdłuższych stopów w moim życiu.

Kierowca Grzesiek okazał się o rok starszym facetem pracującym w Niemczech od 3 lat. W wolnych chwilach też podróżował, więc kolejne godziny zleciały nam błyskawicznie na rozmowach.

 

O jeden zjazd za daleko

Na zegarku dopiero 16, a przejechałem już 700km. Dobry wynik.

Wysiadłem na dużej stacji z restauracją 150km od celu. Niby blisko ale jednak aż za blisko. Dlaczego?

Po ponad godzinie łapania stopa z kartką w ręku, pytania się ludzi czy jadą tam gdzie ja zmierzam wszyscy zaprzeczali. Jakim cudem? Przecież to tylko 150 km i nikt tam nie jedzie?

Okazało się - czego już któryś raz w tej okolicy nie przewidziałem - że wszyscy co jadą na Karsruhe skręcają na zachód o jedno skrzyżowanie wcześniej, a później już prosto na południe.  A nie tak jak ja planowałem najpierw na południe, a później na zachód.

Trasa właściwie ta sama ale jakoś wszyscy wolą tą pierwszą opcję.

Niedobrze. Cały dzień wiał zimny wiatr i lekko padał deszcz, a ja utknąłem na stacji 150km od celu.

Dostrzegłem polaka, który podjechał do restauracji i zapytałem gdzie jedzie. Powiedział, że na południe ale nie skręca później w moją stronę, a w przeciwną.

Co tu zrobić? Mogę przejechać kolejne 75km i stanąć po przeciwnej stronie autostrady - jeśli uda mi się przejść. Albo dalej czekać i liczyć na kolejny los na loterii.

30min później marzłem już na rozkopanym pasie autostrady po kostki w błocie 75km dalej. Na mapie był zaznaczony parking jednak nie mogłem przypuszczać, że jak przejdę nad autostradą po kładce znajdę na jego miejscu plac budowy.

Rzecz jasna kierowcy nie bardzo mieli się gdzie zatrzymać. W takim razie muszę poczekać na pojazd "uprzywilejowany". Zacząłem ponownie łapać stopa. Tym razem w kamizelce odblaskowej. Trochę się naczekałem ale zgodnie z planem po ok 25min zjawił się kolejny transport, który odważył się zatrzymać na poboczu w świetle zachodzącego słońca. Pierwszy kontakt z niemiecką drogówką mogę sobie wpisać w pamiętniku.

Grzecznie im wytłumaczyłem, że miał tu być parking, a zastałem plac budowy i nie bardzo mam co zrobić. W takim razie sprawdzili mój paszport i zawieźli mnie .... Niestety nie do rodziny ale przynajmniej kolejne kilkanaście kilometrów i wysadzili pod McDonaldem.

Tam zamówiłem sobie gorącą herbatę i grzecznie poczekałem na kuzyna, który zgodził się po mnie podjechać.

I w ten sposób zakończył się porażką mój pierwszy dzień tej niezwykłej przygody. Złapanie stopa na trasie ponad 700km wyczerpało limit mojego szczęścia. Po zjedzeniu kolacji położyłem się spać z planem że kolejnego dnia o 11.00 ruszam dalej.

 

 

Dzień 2 - Żenewa? A gdzie to?

Kolejny dzień wszystko zapowiadało się, że przebiegnie zgodnie z planem. Pogoda się poprawiła - na chwilę - śniadanie zjedzone, 11 na zegarku więc w drogę.

Tym razem tak jak dzień wcześniej zaczynałem od łapania stopa na większej stacji benzynowej. Po 10 minutach już siedziałem w samochodzie z Irakijczykiem - dokładniej mówiąc chyba Kurdem - to znaczy pochodził z północnego Iraku ale od 16 lat mieszkał w Holandii gdzie miał duży dom i własny zakład fryzjerski. Teraz jechał odwiedzić najbliższą rodzinę w kilku niemieckich miastach i docelowo w Szwajcarii.

Dowiedziałem się od niego, że podrzuca mnie bo tak został wychowany. W Iraku podobno jeśli komuś możesz pomóc to nie tylko powinieneś to zrobić to właściwie musisz to zrobić. Ponarzekał sporo na Iran, że tam nie ma demokracji, że Islam itp.

To w autostopie jest fajne, że nie tylko ja otrzymuję pomoc ale często to ja pomagam kierowcą - kiedyś w trasie na Mediolan nasz kierowca uszkodził chłodnicę, którą udało mi się w trasie naprawić (za piątym razem), dzięki czemu on dojechał na spotkanie na czas, a my do celu. Tym razem ponieważ kierowca, miał angielski na poziomie komunikatywnym ale nie czuł się pewnie poprosił mnie abym zadzwonił pod wskazany numer i zamówił mu godzinny masaż. Gdy cena, którą usłyszałem po drugiej stronie słuchawki wyniosła 500 euro trochę się zdziwiliśmy. Więc w Googlu znalazł inny salon masażu za 50 euro i zarezerwowałem wizytę.

Przejechaliśmy razem 70km i wyskoczyłem - znaczy się grzecznie wysiadłem - na przed ostatniej stacji w Niemczech na tej trasie. Wtedy udało mi się złapać jedyny pojazd podczas całej wyprawy z pasażerami, którymi nie zamieniłem ani jednego zdania.

Byli to młodzi Szwajcarzy, którzy nie mówili po angielsku. A że ja nie mówię zbytnio po niemiecku pomedytowaliśmy sobie w samochodzie w ciszy przez kolejne 30km.

 

Na zegarku po 14 czyli już od ponad 30 minut próbuję coś złapać na przejściu granicznym. Bardzo zimno i mokro. Pora więc zjeść coś ciepłego. Wszedłem do restauracji po Szwajcarskiej stronie i szybko z niej wyszedłem. Gdy herbata kosztuje 20 zł nie musisz patrzeć na cenę pozostałych produktów. Wróciłem więc na Niemcy - całe 100m - i zawitałem w Burger Kingu. Solidny tłusty, niezdrowy ale za to smaczny i kaloryczny - a gdy człowiek marznie to o niczym inny nie marzy - posiłek to wydatek 40zł. Nie tanio ale może być. Przyznam się, że w Burger Kingu często jadam jak podróżuję, za to nigdy w Katowicach. Jednak ta "restauracja" jest zwykle najtańszą jaką można znaleźć z tak dużymi porcjami i jeśli znajdziesz gdzieś bony zniżkowe to będziesz mieć pewność, że taniej nic ciepłego nie zjesz.

Gdy nasycony i ogrzany dużym kubkiem ciepłej herbaty wróciłem na Szwajcarską stronę obrałem swoją lokalizacje 30 metrów od bramek na przejściu granicznym. Czyli na tyle daleko aby nikomu nie przeszkadzać, a na tyle blisko, że kierowcy nie zdążą się jeszcze rozpędzić i wjechać na autostradę.

 

Widok, który miałem zobaczyć w Szwajcarii dopiero dwa dni później, ale ...

... nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Czasem lepiej.

Przez kolejne 45 min nie wiele się zmieniło. Tyle tylko że usłyszałem od kierowców, że tam gdzie jadę już śnieg spadł tego dni i że cieplej nie będzie. Na szczęście w końcu zatrzymała się pewna Niemka.

Jechała do swojego chłopaka, który był na Erazmusie w Francji przez jakaś Żenewe w Szwajcarii. Może to będzie akurat przez Zurych gdzie miałem w planie się dostać na noc. Gdy wsiadłem i zacząłem szukać na telefonie na mapie Żenewy ...

 

... po paru minutach dopiero wyobraziłem sobie jak się to może pisać. "Że" to przecież "Ge" no i klops bo to przecież Genewa - gdzie miałem pojechać jutro. W takim razie od kilu minut jadę w całkowicie odwrotnym kierunku.

Ale czy to aby na pewno źle? Miałem jechać do Zurychu tylko dlatego aby łatwiej się tam dostać i później łatwiej ruszyć do Genewy. Zurych rok wcześniej miałem okazję odwiedzić, dodatkowo pogoda mówiąc łagodnie jest fatalna na ponowne zwiedzanie tego pięknego miasta. Co robić? Wysiąść i jechać zgodnie z planem do znajomego, który na mnie czeka czy jechać tam gdzie miałem pojawić się dopiero jutro? Raz się żyje. Odmówiłem wizytę w Zurychu i zadzwoniłem do kumpla z Genewy, że odwiedzę go wcześniej. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

- Cześć, mam dobrą wiadomość, złapałem stopa bezpośrednio do Ciebie i już dziś Cię odwiedzę. Czy to nie problem?

- Cześć, super. No, właściwie ....

- Czy nie zmieniłem Twoich planów przypadkiem?

- No niby nie. A właściwie to tak bo miała do mnie dzisiaj koleżanka wpaść na romantyczną kolację.

- Upsss, sorry stary. Ale to nie duży problem jak Cię dziś odwiedzę?

- Nie teraz to innym razem zjemy kolację, wpadaj. A właściwie to zjemy ją w trójkę.

 

Z czego słynie Szwajcaria? Oczywiście z czekolady, a to jedna z tych regionalnych fabryczek.

 

Niemka okazała się też bardzo ciekawą postacią. Po szkole średniej w wieku 19 lat samotnie wyskoczyła na 4 miesięczne wakacje do Azji. Samotnie zjechała Wietnam, Tajlandię, Laos i Kambodżę. SAMOTNIE, 19 latka!!! Szacunek. Właściwie to ja byłem mniej zaskoczony niż ona faktem, że my w Polsce tak nie robimy. Dla nich to normalne aby po szkole średniej i drugi raz po studiach tak sobie wyskoczyć. Odkryłem też, że audiobooki po niemiecku rewelacyjnie ułatwiają zasypianie. Gdy skończyliśmy rozmowę, a przed nami było jeszcze ponad 150km zapytała się czy nie mam nic przeciwko literaturze fantazy po niemiecku. Oczywiście się zgodziłem aby uruchomiła tą płytę dzięki czemu mogłem oddać się regeneracji sił w ciepłym samochodzie.

Wyskoczyłem - tym razem dosłownie - na autostradzie pod lotniskiem w Genewie gdy tylko zauważyłem, że przejście przez murek odgradzający parking samochodowy i przystanki autobusowe od autostrady umożliwia drabinka. Zresztą dziwna sprawa, że ktoś postawił drabinę przez mur aby można było wejść na lotnisko bezpośrednio z autostrady z pasa awaryjnego. Może wielu autostopowiczów tutaj mają :)

Do kolegi na "romantyczną" kolację w troje dotarłem ścieżkami rowerowymi po godzince marszu po tym ładnym mieście.

W Genewie spędziłem 4 noce z czego dwie na domówkach w bardzo dużym międzynarodowym gronie. Pierwszą z pracownikami ośrodka naukowego CERN (tak tego od Wielkiego Zderzacza Hadronów), a druga już bardziej otwartą dla wszystkich młodych pracowników genewskich organizacji (ONZ, WHO, Czerwony Krzyż - który zresztą został założony w tym mieście, itp). Trochę pozwiedzaliśmy miasto i jego okolicę. Te 4 dni to był bardzo fajny czas w bardzo atrakcyjnych miejscach dlatego jak wygląda to miasto, co można w nim ciekawego robić przeczytasz poniżej w bardzo skróconej wersji.

"Najwyższa" atrakcja w mieście.

 

Genewa

W tym mieście nie ma zbyt wiele atrakcji, ale są za to widoczki i warto wiedzieć, że ...

 

Znajomy, który mnie przenocował poinformował mnie o kilku ciekawostkach związanych z mieszkaniem w tym mieście. Szwajcarzy z założenia dużo zarabiają, podobno uważają Niemców za biedaków. W takim razie zarabiają bardzo dużo ale i życie do najtańszych tu nie należy. Dlatego jeśli się da to na zakupy jeździ się do Francji. Zresztą bardzo duży procent mieszańców Genewy miesza za granicami kraju - skąd przyjeżdża codziennie komunikacją miejską do pracy. Mieszanie w Francji - o tym samym metrażu jest o ok 600 euro tańsze niż po Szwajcarskiej stronie. Ktoś narzeka, że w naszej służbie zdrowia trzeba za wszystko płacić?

Ubezpieczenie zdrowotne w Genewie - tylko prywatne i obowiązkowe - w wielkim skrócie zwraca pieniądze po 4 wizycie w miesiącu nie wliczając w to dentystę. Wiec albo naprawdę często chorujesz i Ci się to kalkuluje albo ciągle finansujesz ich służbę zdrowia za darmo.  Im droższe tym mniejszy wkład własny. Wkład własny to kwota którą się płaci w ciągu roku za leczenie, nim ubezpieczalnia zacznie za nie płacić zamiast nas. Czyli opłaca się chorować albo dużo albo wcale. Tym samym kolejki w służbie zdrowia są krótsze.

 

Na drogach można spotkać najdroższe samochody jakie kiedykolwiek wyprodukowano. To nie jest miast dla biednych ludzi. Jeśli Cię stać na samochód to musi Cię być też stać na opłacenie miejsc parkingowych - przynajmniej pod domem i miejscem pracy. Podobnie w Singapurze, nim zarejestrujesz tam samochód musisz pokazać opłacone miejsce parkingowe za ok 30 tys. zł.

 

Jedna z rzeźb przed siedzibą ONZ.

 

 

Szwajcaria robi wrażenie rewelacyjnego kraju na wypady weekendowe. Cały kraj może i tak ale większość miast w weekendy się omija. Nie dlatego że niebezpiecznie, że tłoczno ale dlatego, że zawiewa nudą. Miasta wieczorami w weekendy wymierają - chyba oprócz Zurichu.

 

Pomnik reformacji o długości 100m i wysokości 5.5m. Został wybudowany aby uczcić 400 rocznicę urodzenia Jana Kalvina głównego reformatora Szwajcarii. Zakończono budowę pomnika w 1917r. Na pomniku upamiętniono sylwetki reformatorów z całego świata, męskie sylwetki. Co bardzo nie spodobało się feministką, które zażądały umieszczenia na nim również jakieś ważnej kobiety. Władze Genewy zrobiły ukłon w stronę kobiet i wymieniły jedną na bocznej ścianie, bocznego pomnika pod drzewem na wysokości krzaków. Kompromis jest najważniejszy :)

 

Co do mieszkania to nim się podpisze umowę na wynajem trzeba pokazać opłacone ubezpieczenie na to mieszkanie. Wiadomo gdyby pralka wylała i kogoś zalała. Choć nie do końca bo akurat w bloku mojego znajomego w regulaminie domu zapisany jest zakaz używania pralek w mieszkaniach. Jedynie w pralni ogólnodostępnej. Bo po co ryzykować, zalanie sąsiada poniżej? Taki kraj.

W okolicy Genewy....

Zamek Gruyères z XIIIw.

Ten zamek jest dość rozciągliwy, wkomponowany w piękny krajobraz.

Wnętrze zamku przypomina średniowieczną wioskę. Każdy kto lubi średniowieczne klimaty musi pamiętać o zapachach. Wszystko co średniowieczne strasznie śmierdziało! I tutaj śmierdzi nadal. Śmierdzi topionym serem, który w formie fondue podawany jest w każdym lokalu.

Na zamku Gruyères znajduje się najbardziej rozpoznawalna ( i moim zdaniem przereklamowana) knajpka w kraju. Jej wnętrze przypomina szkielety kosmitów z filmu o Obcym. Obok niej ulokowano tez muzeum o tej samej tematyce.

 

 

Winnice w Lavaux wpisane na listę dziedzictwa UNESCO

Jak podaje Wikipedia:

Terasowe winnice w Lavaux rozciągają się na terenie ok. 30 km od zamku Chillon do wschodnich przedmieść Lozanny. Pierwsze ślady uprawy winorośli w tym rejonie pochodzą z okresu rzymskiego (I – II w. n.e.), a winnice terasowe zaczęły masowo powstawać od XI wieku wraz z przybyciem benedyktynów i cystersów.

 

Pierwsze wzmianki o budowie teras (charmus) pojawiają się w dokumentach z 1331 roku. Terasy miały 10–15 metrów szerokości, a ochraniały je mury wysokie na 5–6 metrów. Niektóre terasy (Dézaley, Clos-des-Abbayes i Clos-des-Moines), z uwagi na ogrom pracy niezbędnej do ich założenia, pozostawały nieukończone do XVIII–XIX wieku.

W 2007 roku krajobraz kulturowy winnic tarasowych w Lavaux został wpisany na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Kliknij aby powiększyć.

 

Pozostałe zdjęcia.

 

Maison Tavel - W najstarszym domu w mieście (z XIIw.) umieszczono model 3D z końca XIX w. Jej twórca poświęcił cały swój majątek i większość lat swojego życia aby w najdrobniejszym szczególe odzwierciedlić Genewę z 1850r. Na parterze tego budynku znajduje się rewelacyjna multimedialna prezentacja jak Genewa rozwijała się na przestrzeni lat. Polecam. Wstęp darmowy.

 

 

Z starym ratuszem w Genewie wiąże się pewna ciekawostka. W średniowieczu zamontowano w nim podjazd. Można za jego pomocą dostać się na drugie piętro do głównej sali obrad. Dla kogo zamontowano podjazd w czasach gdy nie znano jeszcze wózków inwalidzkich i Segwayów? Odpowiedź w kolejnym poście na dole strony.

Komentarze

Podobało się?