IX. Kanion Matka

O włamaniu do elektrowni, najgłębszej jaskini na świecie i rankingu lenistwa.

IX. Kanion Matka

Tak się złożyło, że nowy tydzień rozpoczyna się akurat w święto Muzułmańskie. Wyznawcy tej religii stanowią aż 27% społeczeństwa  ( prawosławie 68% , islam 27%, bezwyznaniowi 5%, protestanci 3%,katolicy 0,01%, Świadkowie Jehowy 0,06%) więc w większości firm zarządzono dzień wolny od pracy. W większość, a co z uczelniami? Nikt mnie o tym wcześniej nie poinformował. Nie do końca więc wiedziałem co zrobić. Wysłałem dwa sms do pracowników mojej uczelni, ale nie otrzymałem żadnego z odpowiedzią więc postanowiłem, że pojadę… z dwoma kolegami w góry.

 

Wybraliśmy się do Kanionu Matka . Jest to jedna z największych atrakcji turystyczno-rekreacyjnych w tej części Macedonii.  Naszym celem była wspinaczka po umieszczonych na pionowych ścianach kanionu szlakach turystycznych. W tym celu dostaliśmy się na dworzec autobusowy. Znalezienie odpowiedniego przystanku nie było takie łatwe jakby mogło się to wydawać. Najpierw udało nam się znaleźć kierowcę. Dopiero od niego dowiedzieliśmy się o której odjeżdża interesujący nas autobus. Jednak co zaskakujące, nie potrafił powiedzieć z którego przystanku, ponieważ ktoś go gdzieś zaparkował i trzeba go teraz poszukać. Po kilku minutach bylibyśmy już w drodze do Kanionu… gdyby autobus ruszył. Oceniając wygląd i stan techniczny pojazd ten powinien jeszcze pamiętać  czasy kiedy to po tutejszych drogach wędrowali rycerze. Kierowca wezwał mechanika. Ten szybko się zjawił z jednym śrubokrętem. Coś pogrzebał pohałasował i .... poleciał po drugiego mechanika. Po 10 minutach mogliśmy się już rozkoszować podróżą w nagrzanym, zabytkowym pojeździe o nr 60. Dojazd na miejsce zajmuje ok 45 min.

 

 

 

Kościoł św. Andrea

Ciekawostka: KANION MATKA

 

Jest oddalony jedynie 15 km od granic miasta Skopje. Rzeka Treska wykazała się swoja pracowitością i wyżłobiła kanion o głębokości sięgającej 250 m. Otaczające ją szczyty wyrosły ponad 1000m nad poziom rzeki. Na terenie kanionu postawiono 3 elektrownie wodne, z czego ostatnia (najbliższa miasta) stworzyła sztuczne jezioro. Jest to idealne i zarazem bardzo popularne miejsce do kąpieli, wycieczek kajakarskich itp. Woda w nim jest na tyle czysta, że teoretycznie można ja pić. Tak przynajmniej piszą w przewodnikach. Jednak nie widziałem aby ktoś się na to odważył zapewne ze względu na tłumy turystów zażywających w niej kąpieli. Na brzegu jezioro znajduje się malutki kościółek Św. Andrea z 1389r oraz chata z podobnego okresu przebudowana na duża restauracje. Podróżnicy zainteresowani wyprawami w głąb ziemi znajdą tutaj coś dla siebie. Jaskinia Ubava  - co znaczy piękna – jest najpiękniejszą na tym terenie. Została wypełniona stalagmitami, stalaktytami, wodospadami oraz znaleziskami archeologicznymi świadczącymi o obecności w niej ludzi już 10 tys. lat temu. Kolejną perełką tego typu jest jaskinia Vrelo która została mianowana do udziału w wyborach na siedem nowych cudów świata. Aby się do niej dostać wędrowcy zmuszeni są wynająć wodną taksówkę, która zawiezie ich wprost pod wejście do jaskini. Trzecią najbardziej niezwykłą z nich jest jaskinia Podvrelo. Prawie całkowicie zalana przez wody jeziora. Rozpatrywana jest jako najgłębsza podwodna jaskinia na świecie – na świecie! Do tej pory udało się udokumentować jej głębokość sięgającą 500m.[1]


[1] Jeśli już mowa o jaskiniach to dodam w tym miejscu ciekawostkę na ich temat. Największa dotychczas odkryta jaskinia na świcie to Hang Son Doong. Leży w centralnej części Wietnamu przy granicy z Laosem, w Parku Narodowym Phong Nha-Ke Bang. Ma ona 9km długości, w najwyższym miejscu 200m wysokości i 150 szerokości. Co roku może legalnie odwiedzić ją około 200 osób, podczas 7 dniowej wycieczki za 3 tys. dolarów.

 

 

Po wyjściu o własnych nogach z autobusu, jako pierwsza naszym oczom ukazuje się tama elektrowni wodnej. Każdy, kto chce podziwiać piękno kanionu jest zmuszony wspiąć się na jej szczyt. Szlak turystyczny prowadzi nas brzegiem sztucznego jeziora. Gdy mijamy kościoła św. Andrea i kilka restauracji wpadamy na rozbudowany kierunkowskaz turystyczny. Jak się okazuje, kanion Matka jest świetnym miejscem dla wszelakich aktywności fizycznych, począwszy od trekkingu poprzez kajakarstwo i rowerki wodne na wspinaczce skałkowej oraz wyprawach jaskiniowych kończąc. Naszym planem na dziś jest dotarcie do środkowej zapory, w której odbywa praktykę nasz wspólny znajomy.

 

Tama, od której to rozpoczyna się wizytę w kanionie.

 

Ścieżka całą drogę prowadzi nad urwiskami. W niektórych miejscach zamontowane zostały nawet łańcuch znane nam choćby z Orlej Perci w Polskich Tatr. Jako ciekawostkę można dodać, że zostały one tutaj zamontowane kilka lat temu przez więźniów jednego z zakładów karnych, aby popularyzować aktywny wypoczynek wśród mieszkańców – ciekawe dlaczego nie wśród więźniów?

 

 

Ciekawostka: AKTYWNY WYPOCZYNEK

Na terenie Kanionu Matka można uprawiać bardzo wiele aktywności.

Macedończycy sami o sobie mówią, że są leniwi z natury.  W wolnej chwili wraz z nimi ustaliliśmy nawet „ranking najbardziej leniwych narodów” ostatni miejsce w Europie otrzymują Niemcy. Polacy wraz z sąsiadami zmieścili się na ostatnim stopniu podium , Macedończycy, Hiszpanie i kraje o ciepłym klimacie zostali prześcignięci jedynie przez mistrzów tej kategorii, a więc mieszkańców Czarnogóry. Pomimo to, nie mogę powiedzieć, że naród ten nie lubi sportu. Wręcz przeciwnie uwielbia go. Ale niestety oglądać w telewizji i obstawiać wyniki rozgrywek . Nigdzie jeszcze nie widziałem tyle zakładów bukmacherskich. Są one tutaj rozlokowane gęściej niż Biedronki w Polsce (i bardzo rozrośnięte). W jednym budynku znajduje się kasa do obstawiania wyników, restauracja/kawiarnia i "poczekalnia z ogródkiem piwnym". Wszystko otoczone przez telewizory transmitujące większość sportowych kanałów z całego świata.

 

 

Wracając do aktywnego wypoczynku.... Rano lub wieczorem można spotkać ludzi biegających wzdłuż brzegu rzeki lub jeżdżących na rowerach. Przygotowano tam dla nich zresztą ładną trasę. Nad rzeką co kilka kilometrów postawiono uliczne siłownie - nic specjalnego ale wystarczy aby trochę się po podciągać i rozruszać wszystkie partie mięśni. Wiec warunki w gruncie rzeczy są dobre, a uwzględniając słoneczną pogodę nawet rewelacyjne. Niestety jak na 600 tys. mieszkańców miasto, nigdzie tłumów nie widać. Trochę osób jeździ na rowerach, niestety większość z nich traktuje go jedynie jako szybki środek transportu. Należy tutaj również wspomnieć, że przy każdej szkole jest boisko sportowe. Ale są one w tak opłakanym stanie, że dzieci raczej je omijają. Ludzie natomiast wyprowadzają na nich psy aby mogły się wybiegały i załatwić swoje potrzeby. Przynajmniej zwierzęta wykorzystują je choć częściowo do swoich „treningów.” Na Politechnice Śląskiej każdy student ma obowiązek aktywnego uczestnictwa w co najmniej dwóch semestrach WF-u. Tutaj na technicznej uczelni nic podobnego nie ma miejsca. Co do WF w szkołach to patrząc po słodziutkich, małych pulpecikach turlających się z jednej cukierni do kolejnego fast-food-u to można mieć obawy. Dzieci tutaj niestety, dościgają Europę zachodnią przynajmniej jeżeli mowa o nadmiarowej wadze ciała.

 

Upał na trasie był bardzo odczuwalny.

 

Podążając za szlakiem, podziwiamy przepiękne krajobrazy. Widziałem już w życiu wiele ale Kanion Matka na pewno zasługuje na wyróżnienie. Przezroczysta woda, urokliwa samotność na trasie - no bo w końcu nikomu nie chce się tędy chodzić - i dzika przyroda naprawdę robią wrażenie. Po drodze spotykamy wiele motyli, których tylko w tej okolicy jest ponad 50 gatunków i ciągle odkrywane są nowe nieznane nauce. Trasę tą należy polecić przede wszystkim osobą które lubią czasem poczuć adrenalinę w krwi.[2]


[2] W 2014 roku wybrałem się na samotną podróż autostopem wzdłuż Europy podczas, której spędziłem tydzień wspinając się po Karpatach Rumuńskich. Najpiękniejsze góry i jednocześnie najbardziej niebezpieczne jakie miałem okazję w życiu przejść znajdują się na terenie Parku Narodowego Piatra Craiului. Polecam każdemu kto ma stalowe nerwy i ochotę poczuć trochę więcej adrenaliny w krwi niż zwykle.

 

Cień może i dawał chwilową ulgę od upału ale za to krzaki raniły nasze ręce.

 

Wspomniałem już o łańcuchach. One w pewnym momencie się kończą - mniej więcej w połowy drogi - później nad urwiskiem trzeba wielokrotnie przeciskać się przez krzaki. Jednak główne atrakcje dzisiejszego dnia dopiero przed nami. Po dwóch godzinach wędrówki naszym oczom ukazuje się nowo wybudowana tama. Podczas jej stawiania uszkodzono część urwiska, po którym prowadzi szlak, i którym my wędrujemy. 40 metrowe osuwisko należy obejść górą  - dołem jak to z urwiskami bywa może być ciężko - bez szlaku, po żwirowym, skalistym zboczu. Niezapomniane wrażenia gwarantowane. Wraz z moimi kompanami już trochę zmęczeni prześladującym nas bez przerwy ostrym słońcem i ponad 40 stopniowym upałem byliśmy zmuszeni kontynuować wspinaczkę. Braki wody, szybsze bicie serca, spocone dłonie i wyostrzony wzrok towarzyszył nam na tym końcowym odcinku trasy. Kilkanaście minut później dotarliśmy na metalowy mostek łączący byłą ścieżkę z nową tamą. Ze sporego wgniecenia w konstrukcji mostku wynikało jasno, że spadające głazy też od czasu do czasu z niego korzystały.

 

Cel naszej wyprawy był już w zasięgu naszego wzroku.

 

Nowy mostek był uszkodzony przez spadające skały.

 

Od tej pory nasza podróż zaczęła przypominać film o Bondzie, Jamsie Bondzie... Aby dostać się do asfaltowej drogi znajdującej się po drugiej stronie rzeki zmuszeni zostaliśmy przeskoczyć ogrodzenie otaczające elektrownię. O dziwo bez niepokojenia nikogo weszliśmy na teren stacji transformatorowej  -jeszcze nie uruchomionej - i dalej na drugą stronę. 100 m dalej siedział starszy mężczyzna w samochodzie i czekał na nas. Scena jak z filmu o tajnych agentach – pustynny klimat, elektrownia wodna, grupka mężczyzn przeskakująca przez siatkę i czekający w oddali samochód…

 

Teren nowej elektrowni wodnej nie był jakoś specjalnie zabezpieczony.

 

Podeszliśmy do niego i międzynarodową mieszanką języków angielski/belgijski/francuski/czeski oraz polskim zapytaliśmy czy może jedzie w stronę Skopje. W najgorszej sytuacji - jeżeli odmówi - będziemy zmuszeni wracać piechotą bez wody, po asfaltowej górskiej drodze 16 km do miasta. Na szczęście nie odmówił. Był trochę zaskoczony co tu robimy ale skoro jesteśmy tylko turystami to nie ma sprawy. Okazał się pracownikiem budowy i pochwalił się w ilu to krajach i co to on nie budował. Wszystko dobrze się układało, aż do czasu punktu kontrolnego ochrony obiektu. Jak to każda elektrownia wodna jest obiektem strategicznym i wymusza pewne procedury bezpieczeństwa aby nikt nie mógł się bez wiedzy personelu tam dostać i z tamtą wydostać. Prawda wygląda tak, że jeżeli ktoś by ją „przypadkiem” uszkodził to woda w niej zgromadzona mogłaby zalać większość powierzchni stolicy.
Kontrola przebiegała bardzo drobiazgowo. Postaram się w tym miejscu przytoczyć to co zapamiętałem i zrozumiałem z rozmowy kierowcy z ochroniarzem:

-Cześć
-Cześć
-Znalazłem tych młodych ludzi pod tamą.
-A kto to jest?
-Jacyś zagraniczni studenci.
-AHA. No to do jutra.

Kilka sekund później pędziliśmy do akademika. A przynajmniej tak się nam wydawało. Kierowca jechał do miasta obok Skopje. Wysadził nas na przystanku. Pamiętasz jak to jest z tymi przystankami tutaj. Żadnego oznakowania, żadnej ławki. Trzeba zaufać kierowcy na słowo. Jak się szybko okazało autobusy jeździły co 10 min, więc nie było problemu z powrotem. Szczerze mogę powiedzieć, że wracaliśmy najbardziej nowoczesnym autobusem komunikacji miejskiej jaki w życiu widziałem. Nowy, czysty dwupiętrowy i z regulowaną klimatyzacją dla każdego miejsca siedzącego.

 

 

 

Podsumowanie pierwszego tygodnia:

Podsumowanie to kieruję szczególnie dla studentów, którzy mają swoja pierwsza zagraniczną praktykę dopiero przed sobą. Pozwolę sobie użyć w tym miejscu cytatu „nie lękajcie się”. Pisząc te słowa w rzeczywistości do końca dobiega już czwarty tydzień dzięki czemu mogę spojrzeć z dystansem w przeszłość.[3] Jak każdy student na zagranicznej praktyce czułem się trochę zagubiony. Pierwszy raz mam spędzić poza granicami kraju 7 tygodni, bez znajomych z Polski, bez znajomości Macedońskiego. Jeszcze nigdy moja znajomość języka angielskiego nie została wystawiona na taką próbę. Już nie wspominając o pracy na uczelni. Stresu trochę było. Jednak w końcu mam wakacje od „uczelni”– mamy sierpień - i z każdym kolejnym dniem coraz bardziej czułem wakacyjny klimat. Co tu dużo dodać. W ciągu pierwszych 7 dni, pięć razy byłem w górach. Nie wiele więcej do szczęścia mi potrzeba.

Do karaluchów, można się przyzwyczaić. Chociaż w dalszym ciągu gdy otwieram wysoką szafkę lub drzwi do pokoju i czuję, że jeden z nich właśnie wskoczył mi na głowę, a następnie wślizguje się pod koszulkę czuję się bardzo nieswojo. Do tego chyba nie przywyknę nigdy i jak się okaże kilka tygodni później nawet nie będę musiał. Brak ciepłej wody pod prysznicem okazał się zagadką nielogiczną ale rozwiązaną. Trzeba odkręcić "ciepłą" wodę 15 min (z zegarkiem w ręku) przed wejściem pod prysznic aby się nagrzała. Czasem myślę jednak, że różnica pomiędzy ciepłą, a zimną wodą to jakieś 15 cm. - Tak centymetrów - Chodzi mi o to, że rury z ciepłą wodą są zapewne płycej wkopane w ziemię niż z zimną, a to w tym klimacie wystarcza aby się w nich woda nagrzała. Jednak dowodów na to nie znalazłem. A co do jedzenia to powoli przywykam. Wiec w dwóch słowach: jest coraz lepiej.[4]

 


[3] Pisząc te komentarze minął już czwarty rok od mojej macedońskiej praktyki. Jeśli czytasz te słowa to znaczy, że warto było poczekać te kilka lat. Najwidoczniej ta książka jak i dobre wino potrzebowała chwilę poleżakować, aby w pełni dojrzeć i wyczekać odpowiedni moment na pokazanie się światu. „Hello, World” – można by w tym miejscu zacytować słynnego pisarza.

[4] Tak wiem, były to trzy słowa.

 

Pierwszy post z tej serii, który warto przeczytać nim przejdziesz do poszczególnych przygód znajduje się poniżej. Tłumaczę w nim dlaczego taki nietypowy format tych wpisów, podkreślenia itp.

Wprowadzenie znajdziesz TUTAJ.

 

Komentarze

Podobało się?