II. Macedonia coraz bliżej

O matematyce przystankowej, nielegalnym serze i 5 wiadrach wody.

II. Macedonia coraz bliżej

Wyruszając z Belgradu do Skopje....

... problemy na kolejnym etapie podroży rozpoczęły się jeszcze przed dotarciem na dworzec kolejowy. Szybko okazało się że punktualność nie stanowi mocnej strony tutejszej komunikacji miejskiej.

 

Ciekawostka:  KOMUNIKACJA MIEJSKA - BELGRAD

W Belgradzie ciężko jest znaleźć przystanek z rozkładem jazdy, nie dlatego że są poniszczone tylko po prostu niepotrzebne. Wynika to z podejścia do życia. Czasem na tych największych przystankach można natrafić jednak na coś co przypomina rozkład jazdy autobusów lub tramwajów. A dokładniej mówiąc, jest to tablica z napisaną godziną odjazdu pierwszego autobusu z tego przystanku i ostatniego dla każdej linii. Pomiędzy tym godzinami znajduje się liczba informująca nas co ile minut przyjeżdżają kolejne autobusy tej samej linii. Więc jeśli ma ktoś kalkulator w głowie to wie że AUTOBUS nr 43 rusza pierwszy raz z tego przystanku o 4.35 następnie dodaje sobie np. 15 min razy X aby otrzymać aktualny czas i poznaje czas odjazdu kolejnego autobusu nr 43 – czyż nie jest to proste? W tym mieście typowy rozkład jazdy który znamy się by nie sprawdził, ponieważ kierowcy autobusów jeżdżą tutaj jak chcą. Czasem się ścigają między sobą, który pierwszy przejedzie przez światła, a innym razem robią sobie przerwę aby sobie pogadać . Taki kraj i taka mentalność ludzi wiec albo się przyzwyczaisz albo uciekniesz. Dzięki temu, że nie ma podanej dokładnej godziny odjazdu na rozkładzie ludzie są spokojniejsi gdyż nie muszą się denerwować opóźnieniami komunikacji – bo komu chciało by się obliczać dokładny czas odjazdu, którego i tak nikt nie przestrzega.[1]

 

Standardowy autobus w Skopje.

 

Dwa kolejne ciekawe rozwiązania komunikacyjne w tym mieście prześcigają znane mi z przykładów z wszystkich polskich miast – choć pewnie nie byłem jeszcze wszędzie i nie wszystko widziałem.

Pierwsze z nich pomaga w sytuacji gdy już stoisz na tym przystanku i tracisz cierpliwość bo nie wiesz kiedy przyjedzie tramwaj na który czekasz. Wtedy możesz wysłać darmowego SMS-a z zapytaniem gdzie on jest. W odpowiedzi otrzymasz sms z informacją za ile przystanków znajdują się wszystkie pojazdy zatrzymujące się w miejscu w którym właśnie stoisz. Jednak prawda jest jak zwykle bardziej szara niż różowa i nie do końca ten system działa. Raz otrzymasz informacje że za 3 przystanki podjedzie dany autobus, a chwilę później, że jeszcze zostało mu 8. Ale Serbom to nie przeszkadza - bo mają w końcu czas.

Drugie rozwiązanie opiera się o papierowe zbliżeniowe karty magnetyczne – tak papierowe !!  -  zamiast biletów. Nie ma zwykłych kasowników. Zbliżasz kartę do czytnika i już. Czytnik pobiera twoje impulsy, a na ekranie widzisz aktualny stan konta.


[1] Jeszcze ciekawsza sytuacja jeśli chodzi o komunikację miejską ma miejsce w azjatyckich metropoliach. W 10 milionowej stolicy Tajlandii – Bangkoku na przystanku jest podany wyłącznie numer autobusu, który powinien się na nim zatrzymać. Choć nie zawsze się zatrzymuje dlatego koniecznie trzeba stanąć przy drodze i machać do kierowcy. Większy problem stanowi natomiast ostatni autobus na każdej linii. Wiadomo, że ten ostatni jeździ do godziny 24.00 ale nie wiadomo czy wyjeżdża on z zajezdni o północy czy może już do niej wraca. Pewnego razu wykazałem się cierpliwością i ten ostatni złapałem w centrum Bangkoku około godziny 00:30. Stałem wtedy na przystanku z pokerową miną wraz z kilkoma Tajami, którzy co chwilę spoglądali na zegarki zastanawiając się czy czekać dalej czy może jednak wezwać taksówkę.

W 8 milionowym Sajgonie (obecnie Ho Chi Minh-największym mieście Wietnamu )na obrzeżach miasta (z północnego krańca na południowy jest ok 80km) nie ma w ogóle oznakowanych przystanków. Autobus staje wszędzie tam gdzie pojawiają się chętni aby do niego wsiąść. Tym samym o rozkładach jazdy można zapomnieć. Tylko lokalna ludność wie kiedy rusza  on z zajezdni ten pierwszy  jak i ostatni.

 

 

Jednak nie o Belgradzie jest ta książka wiec wracając do sedna sprawy…

Czekałem na tramwaj trochę dłużej niż wynikało to z „rozkładu jazdy. Już ok 25 minut spędziłem na przystanku gdy do pociągu jadącego do Macedonii pozostało jedynie 40min. Myślę sobie spokojnie, jak nie zdążę na ten pociąg to pojadę następnym, to w końcu jedyne 12 godzin nieplanowanego postoju. Stare polskie przysłowie głosi, że „nieszczęścia chodzą parami”, w tym przypadku jednak się ono nie sprawdziło. W tej sytuacji nieszczęścia chodziły całymi szeregami. Tramwaj gdy już w końcu przyjechał zatrzymywał się dosłownie na wszystkich światłach. Czerwona fala wielkości tsunami pojawiła się na mojej drodze, a kolejne sekundy w międzyczasie uciekały nieubłaganie. Po dotarciu na dworzec, na zegarek wolałem już nie spoglądać. Podbiegłem do pierwszego pociągu przy którym stał konduktor i sprawnie przeprowadziłem z nim rozbudowaną konwersację:

- Skopje?

- Da

… i wszystko było już jasne. Zdążyłem, więc szybkim susłem do wagonu i ruszam dalej.

 

W przedziale trafiła mi się istnie międzynarodowa ekipa: Ja  - Polak  jakby ktoś zapomniał  - Ukrainka Mariya ze Lwowa[2], dziadek - zagadujący po rosyjsku - i Serb. Skład systematycznie zmieniał się z każdą upływającą godziną, kolejną długą nocną godziną.


[2] Mariya okazała się znajomością na dłużej, którą dwa lata później odwiedziłem w Lwowie i poniekąd do dnia dzisiejszego mamy ze sobą  kontakt.

 

Na ostatniej stacji przed granicą z Macedonią dosiadła się do nas starsza pani, typowa bałkańska babcia z czerwoną chustą na głowie. W rękach trzymała 4 worki wypchane czymś bardzo ciężkim. Jak później się okazało było to ok 30 kg białego sera. Nie do końca legalnie przemycanego przez granicę - ?. Celnik zażądał małej darowizny od babci za przymknięcie na to oka - 2 kg sera.[3] Już od samej granicy ciekawie zapowiadała się ta Macedońska przygoda.


[3] Dziś już wiem, że również z Unii Europejskiej nie można legalnie wywozić m.in. wędlin i wyrobów mleczarskich. Tabliczki z takim ostrzeżeniem można znaleźć na lotniskach.

 

Po wspólnym dotarciu wraz z Ukrainką - mówiącą świetnie po polsku z Kijowskim akcentem - do dworca centralnego w Skopje okazało się, że to nie koniec problemów na tej trasie. Wysłanie sms z informacją, że już dotarłem do osoby która miała mnie odebrać, okazało się niemożliwe. Karta sim z sieci T-mobile działała świetnie na Węgrzech i w Serbii, w Macedonii zaczęła robić problemy. W tym kraju, ta firma ma swoje oficjalne przedstawicielstwo. Niestety, pomimo tego faktu można zapomnieć o korzystaniu z je usług przy użyciu polskiej karty sim. Po pożyczeniu telefonu od znajomej z pociągu wszystko zaczęło układać się lepiej- też ciekawe, że ukraińska sieć tutaj działała. Macedońska koleżanka z IAESTE w końcu mnie znalazła. Była natomiast bardziej zaskoczona niż zadowolona – delikatnie mówiąc. Zapytała mnie co ja tutaj robię dzisiaj skoro miałem być wczoraj - ?. Musiałem przyznać się do popełnienia małej – przecież to tylko 24 godziny - pomyłki w papierach. Wszystko sobie wytłumaczyliśmy i dojechaliśmy do akademika.

Pierwszy rzut oka na centrum stolicy Macedonii, podczas dojazdu z dworca do akademika nie był zbyt zachęcający.

 

Akademik Pelargonia z zewnątrz wygląda na lata 60. W wewnątrz prezentował się natomiast  trochę gorzej bo na ciężkie lata 50. Pokoje były .... Uprzedzano mnie o tym co mogę tam zastać. Ale to co ukazało się moim oczom było jeszcze gorsze. Taki bałagan i bród ostatnio widziałem na filmach o wojnie w Wietnamie.[4] Zresztą nie tylko to widziałem wcześniej jedynie na takich filmach – o czym później.


[4] Cztery lata później odwiedziłem Wietnam osobiście i muszę tutaj wstawić drobną dygresję do mojej wypowiedzi z pamiętnika. Wojna w Wietnamie była bardzo brutalna i okrutna. Dziś pozostały po niej tylko ślady w muzeach i gdzieniegdzie zapomniane miny na terenach niezamieszkanych. Dziś Północny Wietnam jest bardzo czysty, poukładanych i rozwinięty. Południowy to w dalszym ciągu prawdziwy sajgon, bród, szczury dokarmiane na ulicach zamiast kotów oraz wszędzie rzucane śmieci. Akademik Pelargonia wyglądał tak samo po za drobną różnicą, zamiast szczurów wszędzie biegały ogromne karaluchy.

 

W pokoju zastałem jednego z dwóch moich nowych współlokatorów. Następnie po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że należało by umyć podłogę. Należało by. Bardzo należało! Bo jak się później dowiedziałem nikt tego jeszcze w te wakacje wcześniej  nie robił - a była już przecież połowa sierpnia. Liczba wiader czystej wody jaką wykorzystaliśmy do tej prostej czynności przerosła moje oczekiwania. Pokój miał może wymiary 6 na 4 metry, a potrzebowaliśmy 5 pełnych wiader wody aby go uprzątnąć. Wnet wyszło na jaw, że cienka warstwa ziemi na podłodze, którą zastałem to nie wymysł architekta ....

 

Klimatyczne w Skopje są stoiska z owocami i warzywami przy głównych drogach. Już 500 m od centrum można sobie zakupić składniki na obiad bez potrzeby szukania targowiska. Szkoda tylko, że kłęby kurzu nie oszczędziły tych owoców.


 

Pierwszy post z tej serii, który warto przeczytać nim przejdziesz do poszczególnych przygód znajduje się poniżej. Tłumaczę w nim dlaczego taki nietypowy format tych wpisów, podkreślenia itp.

Wprowadzenie znajdziesz TUTAJ.

 

 

Komentarze

Podobało się?