Hue – Wietnamski Kraków

dawna stolica

Hue – Wietnamski Kraków

Hue

Miasto to leży w środkowym Wietnamie, jedynie kilkadziesiąt kilometrów od 17 równoleżnika. Dlaczego wspominam o tym fakcie? Nie tylko po to aby podkreślić, że wędruję coraz dalej na północ ale dlatego, że ten równoleżnik wyznaczał podział na Wietnam Północny i Południowy. Podczas II wojny indochińskiej, a dokładniej w 1968r doszło na terenie miast do najkrwawszych starć i poważnych zniszczeń. Mimo tej smutnej historii wiele ciekawych miejsc się ostało. Ale po kolei....

Hue jest bardzo bogato oświetlonym kurortem wakacyjnym dla Wietnamczyków.

 

Miasto znajdujące się na liście UNESCO - to już coś znaczy.

Przez ponad 140 lat stolica Wietnamu (1802 - 1945) to znaczy coś więcej.

Miasto to bardzo zaskakuje ale i trochę rozczarowuje. Kilku krotnie słyszałem że to Kraków wschodu. Ale chyba nie do końca....

 

Pierwsze wrażenie

Miasto dużo czystsze, bardziej poukładane niż Sajgon, czy Phan Thiet. Nie widać już losowo poprzypinanych przewodów na słupach i chaosu na drogach. Wszystko wygląda bardziej ucywilizowanie. W Wietnamie południowym samochody należały do rzadkości jednak w Hue jest ich o wiele więcej.

W samym mieście lepiej nie pytać „taksówkarzy” o drogę, a tych na skuterach to już na pewno. Sam miałem niemiłą przygodę, że po zdobyciu informacji od nich, w którą stronę mam iść do hostelu okazało się, że skierowali mnie w przeciwną. Jeśli taksówkarze w turystycznych miejscach wiedzą, że na nas nie zarobią to wskażą nam niewłaściwą drogę. Zresztą jeśli skorzystamy z ich usług to wcale nie mamy gwarancji, że podrzuca nas np. do dzielnic hotelowej. Może się natomiast okazać, że ich zdaniem inna dzielnica może być lepsza i ciekawsze dla nas.

Gdy znalazłem Hue Backpackers' Hostel (polecam, link - noc od 34zł ) z pomocą TripAdvisora okazał się to strzał w dziesiątkę. Do tego stopnia przypadkowy ale udany wybór, że również w Hanoi zamieszkałem w jego odpowiedniku bo to sieciówka. Mało tego. Nawet do Ha Long Bay wybrałem się do nich. Hostel jaki kojarzymy z filmów. Na parterze bardzo kolorowo, luźno z małym barem i ludźmi dosłownie z całego świata. Na kolejnych piętrach sale wieloosobowe, a na dachu klub muzyczny i parkiet do tańczenia. Szczerze się przyznam, że to nie mój styl podróżowania ale za to klimat miejsca bardzo energiczny i pozytywny.

 

Cytadela

Stara część miasta oddzielona jest od tej hotelowej szeroką rzeką perfumową i otoczona 10km murem. Wybrzeże rzeki - jak na tutejsze standardy - jest dość zadbane, choć perfumów z niej nie czuć. Nad rzeką rozciąga się deptak z licznymi kioskami z pamiątkami i punktami gastronomicznymi. Wszystko bardzo ładnie oświetlone ale i zatłoczone.

 

Główna brama do Cesarskiego Miasta

Wejście do Cesarskiego Miasta, stanowiącego główną część cytadeli kosztuje 150.000 dogów czyli jakieś 23 zł. Wewnątrz możemy zobaczyć jak żyli cesarze, kilka złotych smoków, miniaturowych wysp z figurkami wstawionych do basenów itp. W gruncie rzeczy to się odrobinę rozczarowałem.

Gdy jesteśmy w tym mieście to warto tak przy okazji przekroczyć tą bramę i zobaczyć co ukrywa się za jej murami. Myślę jednak, że dla starego miasto którego budowę rozpoczęto w 1802 roku nie warto tu przyjeżdżać. Najciekawsza część Purpurowe Miasto (w Cesarskim Mieście, wewnątrz murów Cytadeli), do której dostęp mieli jedynie władcy z prywatną służbą, bardzo ucierpiała podczas militarnych starć.

 

 

 

Miniaturowe figurki można znaleźć na niektórych skałach w ogrodach cesarskich. Na zdjęciu uchwyciłem miniaturowy most i wędkarza zarzucającego przynętę.

 

Pozostałe atrakcje Hue

 

4 kilometry od miasta wybudowaną jedną z najatrakcyjniejszych świątyń Pagodę Thien Mu co w dosłownym tłumaczeniu oznacza pogoda niebiańskiej panny. Na zdjęciu po lewej stronie widzimy wieżę, która należy do tego kompleksu i jest najwyższą w kraju. Wybudowaną ją w 1864roku.  Wieża naprawdę jest okazała dlatego jej wizerunek zamieszczany jest bardzo często na widokówkach z tego miasta.

Po lewej stronie możemy zauważyć jednego z 12 strażników pilnujących wejścia do świątyni. Są to zwyczajne rzeźby z naturalnym owłosieniem na brodach. Tak. Z jakiegoś powodu rzeźby zostały ozdobione naturalnym włosiem.

Koloseum

To moja ulubiona atrakcja miasta. Tygrysia arena jest zapomnianym przez turystów zabytkiem do którego można dojechać na rowerze z centrum miasta. Dojazd pomimo, że nie jest długi to nie jest najprostszy gdyż ciężko znaleźć jakieś wskazówki jak odnaleźć to miejsce. Arena na którą wypuszczano dzikie zwierzęta aby rodzina cesarska mogła się trochę rozerwać przypomina minimalistyczne koloseum. Nie jest to żadna wielka atrakcja, ale z jakiegoś powodu można łatwo się wczuć w to miejsce. Sam zakaz wstępu na mury, z których możemy podziwiać arenę walk nadaje temu miejscu nutkę tajemniczości. Jako ciekawostkę dodam, że walki zawsze wygrywały słonie. Nawet tygrysy nie miały z nimi szans. Nie dlatego, że były od nich silniejsze ale dlatego, że były symbolem rodziny cesarskiej. Zwykle inne zwierzęta były w jakiś sposób otumaniane i pozbawiane kłów (tak na wszelki wypadek gdyby zechciały uratować swoje życie).

 

Zaczepki

Cały czas na ulicach jestem zaczepiany przez lokalsów. I prawie zawsze to te same pytania : jak się masz? Skąd jesteś? Jak masz na imię? I to tyle. I zawsze w tej samej kolejności. Wszyscy uczą się w tym kraju, że należy uczyć się angielskiego i dlatego w wersji minimalistycznej zapamiętują te 3 pytania. Zwykle odpowiedzi nie zrozumieją ale sympatycznie podziękują za rozmowę.
Kilka razy też spotkałem się z dobrym angielskim lub nawet bardzo dobrym " Cześć, Uczę się angielskiego i jeśli Ci to nie przeszkadza chciałabym/chciałabym go wraz z Tobą podczas krótkiej rozmowy potrenować".

W szkołach średnich standardem są zadania domowe polegające na przeprowadzeniu wywiadu z turystami. Przydarzyło mi się to kilku krotnie, a byłem w tym mieście tylko 48 godzin.

 

Blisko, bliżej, coraz bliżej

Do miasta dotarłem pociągiem to i koleją z niego wyjadę.

Tym razem w czteroosobowym przedziale trafiłem na francuzów. Jeden miał nawet kiedyś dziewczynę z Polski, a dwóch odwiedziło nasz piękny kraj. W takim razie, jako że podróż miała potrwać 12 godzin zdecydowaliśmy się trochę zintegrować. Wyciągnąłem co miałem z plecaka przygotowane na zatrucia i poczęstowaliśmy się wszyscy dwoma, czy trzema kieliszkami na dobry sen.

 

Jeśli mógłbym tą podróż porównać do tortu to właśnie dotarłem do smakowite polewy i już powoli zaczynam dostrzegać wisienkę (Ha Long Bay) na horyzoncie.

 

Komentarze

Podobało się?