Autostopem z Macedonii cz. 2

Podróż powrotna z Macedonii przez Słowację

Autostopem z Macedonii cz. 2

Ten etap podróży nie wiązał się z odwiedzaniem niezwykłych miejsc i ciekawych miast, dlatego też nie zrobiłem podczas niego ani jednego zdjęcia. Prawdę mówiąc po ponad miesięcznej podróży, w strugach deszczu ostaniom rzeczą o jakiej myślałem było wyciągniecie mojej lustrzanki.

Z czym kojarzy Ci się Słowacja (cały ostatni etap podróży odbył się właśnie w tym kraju)? Najprawdopodobniej z pięknymi górami, Wysokimi Tatrami i ... Pozostańmy przy górach. Każdy lubi zdjęcia w postach, ponieważ bez nich wydają się takie puste,  dlatego w tym zamieszczę moje wspomnienia z wypraw po Tatrach.

Zapraszam do przeczytania historii autostopowej i foto-wspomnień z kilku wypraw po polskich Tatrach. Taki post w stylu 2 in 1 ;)

 

 

Bratysława

Jest godzina 1.00. pora na kawę i drobną kolację. Po raz kolejny zagościliśmy na stacji benzynowej.  I po raz kolejny potrzebowaliśmy nowej mapy drogowej. Kto by się spodziewał, że na praktykę do Macedonii powinienem zabrać cały atlas dróg europejskich. Po chwili odpoczynku rozpoczynamy zabawę na nowo. Udajemy się na stację która znajduje się po drugiej stronie autostrady biegnącej na północ, a dokładniej do Zilina. Było coś, co bardzo nam nie pasowało podczas przeprawy na druga stronę autostrady w otaczającym środowisku. Był to brak … samochodów.

 

Trzeba zapamiętać, że autostrady na Słowacji pustoszeją po północy. Jedno auto na 10 min jest oznaką wzmożonego ruchu na drogach. Zapowiadała się długa noc na kolejnej stacji. Pięciogodzinny postój wykorzystaliśmy jak najlepiej się dało: towarzysz się wyspał, ja przeczytałem całą prasę słowacką i angielskojęzyczną dostępną na miejscu. Szczegółowo zapoznałem się również z ofertą słodyczy,  i napojów na stacji. Podyskutowałem, również trochę z obsługa na temat „Co robić w pracy gdy przez całą noc nie ma klientów”. Czytanie plotkarskiej prasy i oglądanie kolejnej części Harrego Pottera w tej sytuacji sprawdzają się świetnie.

 

 

O godzinie 7.00 na stacje zawitał kowboj. A dokładniej kierowca samochodu dostawczego ubrany w kowbojski kapelusz i buty. Ten pan był już 25 osoba ,którą zapytałem o to czy zmierza autostradą na północ. Jednocześnie był pierwsza osoba która odpowiedziała „Yes”. Kierowca podkreślił tylko, że najpierw musi w Bratysławie rozwieść swój towar, więc jeśli nam to nie przeszkadza to on zrobi co ma zrobić i przyjedzie po nas za godzinę. Bez zawahania zgodziłem się na taki układ z zaznaczeniem, że w międzyczasie będziemy próbowali złapać inne samochody. Na szczęście w przeciągu tej godziny nie powiodła nam się ta sztuka.

 

Kowboj przyjechał tak jak się umówiliśmy i muszę przyznać, że był to najsympatyczniejszy kierowca z jakim mieliśmy do czynienia podczas tych całych wakacji. Rozmowę jak to z wszystkimi Słowakami zaczynaliśmy w naszych narodowych językach i jak to zwykle bywało po kilkunastu minutach przechodziliśmy na angielski. Pomimo, że obydwa języki są baaardzo podobne do siebie to czasem jakieś kluczowe słowa są bardzoooo różne co uniemożliwiało nam płynną konwersację. Podczas przejażdżki rozmawialiśmy o Tatralandii - w której to nasz kierowca kiedyś pracował - o Częstochowie, o podróży autostopem po Europie  - kowboj zawsze starał się zabierać takich wędrowców -  oraz o tym jak bardzo są lub nie są pomocni Słowacy. Podróż trwała 40 min jednak przy miłej rozmowie wydawała się o 30 min krótsza. Wysiedliśmy na dużej stacji benzynowej przy autostradzie. Nasz kierowca chciał dokończyć jeszcze ostatni temat naszej rozmowy na temat jego pracy  „co przewozi w samochodzie”, więc wyszedł z nami. Na koniec mogliśmy się poczęstować … maskotką konika pony, którą to właśnie rozprowadzał po wszystkich stacjach w kraju.

 

Tam spaliśmy ale to historia na inne opowiadanie ...

 

Kolejny samochód – tak jak marzyliśmy – zatrzymał się już po chwili. Kierowca dość dziwny, ponieważ nie miał pojęcia jaką drogą będzie jechał, w 100% ufał GPS-owi, z którego nie potrafił korzystać. Nie mówił też nic po angielsku, słuchał piosenek Maryli Rodowicz –  po słowacku !!! - i skręcał sobie papierosy z tytoniem podczas jazdy. Powiedział że pewnie jedzie na północ więc nas podrzuci do Ziliny tam gdzie chcemy się dostać. Już po 3,5 min okazało się, że GPS wskazuje inną drogę na wschód. Po krótkiej kontroli na mapie okazało się, że dla nas jest to bardzo okrężna trasa jednak akceptowalna – pełna niespodzianek, ale o tym później.

 

Domyślaliśmy się, że musi mu się bardzo spieszyć skoro zawsze jedzie o 30km za szybko - w stosunku do ograniczeń prędkości. Wyjątkiem były chwile kiedy skręcał kolejnego papieroska, bo wtedy zwalniał do 135 km/h. Po godzinie jazdy wjechaliśmy w górskie regiony Słowacji. Piękne, malownicze i dzikie góry wynagrodziły nam w całości nasza nadrobioną drogę. Odrobinę pobudzenia zagwarantowała nam natomiast kontrola samochodów dostawczych na autostradzie, a przed nią kontrola prędkości. Jak się okazało papierosy w przypadku naszego kierowcy paradoksalnie okazały się sposobem na zaoszczędzenie pieniędzy, ponieważ w momencie pomiaru prędkości był on zajęty upychanie tytoniu. Ta czynność skutkowała i tym razem zmniejszeniem prędkości. Podczas rozmowy z panem policjantem na temat za szybkiej jazdy  -  tylko o 5km - było też kontrola licznych dokumentów pojazdu, pomiar wagi itp. Po 10 min mogliśmy, na szczęście jechać dalej, a kierowca zadowolony, że nie musiał zapłacić mandatu był zły, że musiał zrobić postój którego nie planował. Z tym stopem pożegnaliśmy się w miejscowości  Martin gdzie udało nam się zatrzymać 3 kolejne pojazdy.

 

 

Dlaczego, aż 3? Sprawy wyglądały następująco. Jak to zwykle było, bardzo dobrze łapie się stopa na pasie służącym do rozpędzania się dla pojazdów wjeżdżających na autostradę lub drogę szybkiego ruchu. Kierowca na nim dopiero nabiera prędkości więc łatwiej mu się jeszcze zatrzymać. Pojazdy będące już na autostradzie mają miejsce wyhamować i bezpiecznie zatrzymać się. Nasza strategia zawsze zakładała, że jedna osoba stoi na wysepce uprzedzającą ten pas, a druga gdzieś pod jego koniec wraz z plecakami. Zawsze się  ona sprawdzała i tym razem nie powinno być inaczej. Chociaż trochę było. Pierwszym pojazdem był samochód sportowy bez dachu, który zatrzymał się obok jednej osoby z nas –  na samym środku drogi – i zaoferował jedno wolne miejsce. Jak sie domyślać woleli koleżankę ode mnie. Pierwsza zasada poruszania się autostopem głosi „Jeżeli podróżujesz w parze, nigdy ale to nigdy, nie wolno wam się  rozdzielać”. Tak też uczyniliśmy. Kolejny samochód zatrzymał się już po 5 min obok mnie również tylko z jednym wolnym miejscem. Więc podziękowaliśmy. Chyba przez to nie skorzystanie z okazji zostaliśmy ukarani i musieliśmy czekać na następne auto prawie godzinę. Można powiedzieć, że sytuacja się zemściła tak jak na meczu piłkarskim kiedy to zawodnik nie trafia do pustej bramki, a chwilę później jego drużyna  traci gola.

 

Następnym kierowcą okazał się starszy pan którego obaj synowie wybrali się na medycynę. Dowiedzieliśmy się również, że głównym miejscem robienia zakupów miejscowej ludności jest Nowy Targ, ponieważ jest tam taniej i mają większy wybór … wszystkiego. Podczas tego niedługiego etapu naszym oczom ukazywały się coraz to piękniejsze krajobrazy. Kręta droga niczym Dunaj w Pieninach oprowadzała nas po bajkowych obrazach gór na których nieśmiało zaczynała pojawiać się jesień. Wystające skały z kolorowego lasu, oraz puste parkingi samochodowe przy wejściach na szlaki turystyczne gwarantują prawdziwy odpoczynek na łonie natury. Jestem całkowicie pewien, że za rok ten region będzie moim kolejnym celem na coroczny tygodniowy wypad w góry.

 

 

Wysiadka na stacji benzynowej, przyjemne ciepłe śniadanko i kolejne polowanie na „szczęście”. Niestety od tego momentu zaczęło nam go trochę brakować i przyjemna przygoda odmieniła swoje oblicze.

 

Wszystko rozpoczęło się od  następnego kierowcy, którym okazał się bardzo energiczny młody chłopak. Było to pierwszy i ostatni raz podczas tej wyprawy kiedy naprawdę obawialiśmy się o umiejętności prowadzenia pojazdów u kierowcy, który nam pomagał. Mówiąc krótko niespełniony rajdowiec, bardzo nie lubiący policji – za każdym razem kiedy ich mijaliśmy pokazywał im „międzynarodowy znak pokoju”. Później wspomniał, dlaczego tak nie cierpi drogówki. Odpowiedź brzmiała „Za dużo kar musiałem im już zapłacić” w tym miejscu chciałem ironicznie spuentować „Kompletnie nie rozumiem dlaczego dostawałeś te mandaty” – ale zachowałem to dla siebie. Nie było sytuacji, której by nie wykorzystał aby przyśpieszyć do setki i szybko zahamować przed pojazdem przed nami. Dodatkowo aby podnieść sobie poprzeczkę, prawie cała drogę rozmawiał przez telefon – ambitny typ - oczywiście bez zestawu głośnomówiącego, nie zapinał pasów - których my zresztą z tylu też nie posiadaliśmy. Podsumowując, było to przeżycie jak  jazda bez trzymanki na kolejce górskiej – cała trasa przebiegała zresztą wąskimi górskimi uliczkami.

 

 

W chwili kiedy nasze stopy mogły stanąć na chodniku odczuliśmy wielką ulgę. Niestety z każdą minutą pogoda się pogarszała. Wokół szczytów otaczających Zilinemiasto w którym się finalnie znaleźliśmy – roztaczały się burzowe chmury. Temperatura spadła do tego stopnia, że pierwszy raz ubraliśmy wszystko co mieliśmy pod ręką, a silny wiatr dodatkowo potęgował nieprzyjemne doznania. Taki stan rzeczy trwał przez całe 2 godziny nieowocnego postoju przy głównej drodze biegnącej w stronę polskiej granicy. Po upływie tego czasu jedyne co nam się udało złapać to przeziębienie. Postój w tym miejscu nie miał większego sensu więc udaliśmy się drogą na północ w celu znalezienia lepszego punktu postoju. Po dłuższej wędrówce rozgrzaliśmy się troszeczkę i z resztkami zapasu wyczerpującego się optymizmu stanęliśmy przy drodze. Pierwsze auto zatrzymało się już po ok 7 min, jednak nie zmierzało w naszym kierunku. Kolejne po dodatkowych 3 min. Niestety podziękowaliśmy i nie skorzystaliśmy z krótkiej podwózki 10 km dalej – skoro tyle samochodów się zatrzymuje to może złapiemy coś lepszego pomyśleliśmy. To był wielki błąd, ponieważ w przeciągu kolejnej godziny udało nam się złapać katar i kaszel. I nie powiem, że w tym przypadku lepszy rydz niż nic.

 

Ostatecznie zatrzymał się bardzo sympatyczny kierowca Opla Vectry. Był to młody bardzo pozytywny mężczyzna, który za dwa dni miał zmienić swój status cywilny – aby było jasne - żeni się. Wstępnie wytłumaczył, że jedzie do domu i może nas podrzucić tylko kilkanaście kilometrów ale później jego narzeczona może nas podwieźć jeszcze dalej. Skoro nie będziemy musieli stać na deszczu i łapać kolejną okazję to czemu nie. Kierowca władał świetnym angielskim.  W Londynie spędził 4,5 roku. Podczas tego pobytu poznał swoją przyszłą małżonkę, która mieszkała na wyspie przez 6 lat. Co zaskakujące w tej historii to fakt, że poznali się w Anglii, a mieszkają w wsiach oddalonych od siebie o 20 km. Jaki ten świat mały. Czasem trzeba przelecieć 2 tys. km aby poznać sąsiada.

 

 

Pierwszy raz zdarzyło mi się aby jakiś kierowca zaprosił nas do swojego domku, przedstawił całej rodzinie – naprawdę wszystkim pokoleniom – i poczęstował herbatą. Zwykle nie powinno się korzystać z takich zaproszeń jednak w tym przypadku można było wyczuć szczera chęć pomocy z jego strony. Jak wspomniał sam kiedyś łapał stopa. Teraz pamięta jak to kiedyś było i stara się podwozić kogo się da. Narzeczona pojawiła się po 30 min. Jak nam powiedziano tak też się stało i już po chwili byliśmy w trasie do granicy słowacko - czeskiej . Niestety z powodu wesela, które ma się odbyć za 2 dni narzeczeni maja wiele spraw na głowie. Z tego powodu musieliśmy zrobić postój przed jednym z domów. Narzeczona musiała obgadać jakieś ostatnie szczegóły z przyszła  teściową. Postój dłużył się nie miłosiernie. Ale prawdę mówiąc lepiej już czekać w tym samochodzie niż stać i moknąc na deszczu. Ostatecznie jednak dotarliśmy do umówionego miejsca bez kolejnych przeszkód.

 

 

Wspomniałem w wcześniejszym akapicie, że padał deszcz. Na nasze nieszczęście towarzyszył nam on również podczas łapania kolejnego samochodu. Początkowo załamani brakiem chętnych - nielicznych zresztą kierowców – rozwijaliśmy nasze przeziębienie. Niczego nie podejrzewając, że w ciągu 15 kolejnych minut złapiemy ostatniego stopa i za 2 godzinki będziemy siedzieć w ciepłym własnym domku. Ale zacznijmy od początku.

 

Ostatni kierowca jechał z Słowacji do Tych – dla nie wtajemniczonych mieszkam w Katowicach, a  Tychy to już miasto ościenne – powiedział, że za godzinę musi z kimś na skype’ie pogadać w domu więc wysadzi nas w okolicy tyskiego dworcach. Pomyśleliśmy, że przesadza, może nie jeździ za często tą trasą i nie wie, że to niemożliwe. To jest za daleko jak na godzinna trasę. Po upływie ok 60 min zwróciliśmy mu honor. Cała trasę przespałem jak zabity więc ciężko powiedzieć jak szybko jechaliśmy ale z tego co podejrzewam musiał ten kierowca znać jakieś tajemne skróty.

 

Następnie pociąg do Dworca Głównego w Katowicach gdzie dwa miesiące wcześniej rozpoczęła się moją niezwykłą przygoda życia. [1]


[1] Pierwsza z wielkich przygód ale nie ostatnia. W tym miejscu wszystko tak naprawdę dopiero się rozpoczyna …. Bo życie zaczyna się dopiero po inżynierze.

 

 

Pierwszy post z tej przygody znajdziesz tutaj,

Komentarze

Podobało się?