Autostopem po Wietnamie

Autostopem po Wietnamie

Długo czekałem na ten kolejny etap przygody. Cały czas miałem go gdzieś z tyłu głowy. Samotnie autostopem po Wietnamie. Gdy o tym myślę, brzmi to kosmicznie. Jeżeli podczas dotychczasowych tras po Europie miałem tyle przygód, to co może wydarzyć się tutaj, w tym niezwykłym kraju? Jakich poznam ludzi? Gdzie przyjdzie mi spać?

Przygotowania przed podróżą

Etap autostopowy mojej przygody w Azji, rozpoczął się od razu gdy tylko wróciłem z wycieczki po Delcie Mekongu (o czym piszę w wcześniejszym poście). Jeszcze w biurze podróży udało mi się zdobyć kartkę papieru. Po dłuższych bojach z wietnamskim alfabetem zamieściłem na niej informacje co robię, gdzie zmierzam i przede wszystkim, że nie chcę płacić za transport. Z moich wcześniejszych europejskich doświadczeń wiem, że dobrze sobie przygotować taki tekst w lokalnym języku. Dzięki niemu można zapobiec drobnych konfliktów z kierowcami "taksówkarzami". Tekst oczywiście nie był przetłumaczony przez zemnie, ani również (na wszelki wypadek) przez Google translator. Zwyczajnie napisałem tekst po angielsku do znajomych z tego kraju, a oni mi odesłali tłumaczenie. Jak się później okazało, dobrze że go miałem, ale na niewiele się przydał.

 

Z biura podróży udałem się na poszukiwanie mapy kraju i jak najtańszego środka transportu aby wyjechać na obrzeża tej gigantycznej metropolii. Z mapą okazał się bardzo duży problem. Nie chciałem kupować jej w Polsce bo siłą rzeczy u nas musi kosztować o wiele więcej niż na miejscu. Ku mojemu zaskoczeniu ani w biurach podróży, kioskach i na straganach nikt nie miał mi do zaoferowania zwykłej mapki drogowej. Jedyną jaką udało mi się znaleźć wyglądem bardziej przypominała mapę dla dzieci z bardzo wieloma kolorami, obrazkami i słabo czytelnymi nazwami. Niestety, jak się nie ma co się lubi, to się kupi co się da. Przecież bez mapy nie miało sensu ruszać w podróż. Teraz pora transport.

Oczywiście w grę wchodziła tylko taksówka w formie skutera. Przyznam się szczerze, że jeszcze kilka dni wcześniej w ogólnie nie brałbym pod uwagę podróżowanie z obcym mężczyzną, który nie jest rejestrowanym taksówkarzem. Nie pomyślałbym wtedy nawet aby wsiąść z kimś takim (właściwie to z nikim innym też) na skuter. A tego dnia wiedziałem, że tylko to rozwiązanie ma sens. Szybki i bardzo tani środek transportu. Może nie najwygodniejszy, bo zawieszenie skutera nie bardzo nadaje się na przewożenie pasażera - dużego Europejczyka z sporym i ciężkim plecakiem, ale jaka cena taka jakość.

Gdy wyszedłem na ulicę od razu podleciał do mnie kierowca skutera. Pytam się ile weźmie za transport do tego punktu na moim GPS. Spojrzał na mnie, zastanowił się i rzucił cenę jak za zwykłą taksówkę (po kilku dniach w tym mieście poznałem lokalne ceny). No to się roześmiałem po czym bez słowa poszedłem dalej, wyczekując kiedy mnie dogoni i zaproponuje rozsądniejszą kwotę. Nie trwało to długo. Po minucie mnie dogonił i co było dla mnie równie ważne pojawiło się kilkoro innych kierowców. Negocjacje wyglądały tak. Najpierw wcześniejszy kierowca rzucić w dalszym ciągu mocno zawyżoną cenę, wtedy wszyscy wokoło potakiwali głowami, że to dobra cena. W ten ja rzuciłem moją ostro zaniżoną cenę. Jak się można domyśleć, wszyscy zaczęli kiwać głowami, że chyba jestem chory i na głowę z skutera upadłem. Część z nich się rozeszła. Oczywiście nie wszyscy. Z tym jednym, który nie odszedł dobiłem targu. Pan z zdjęcia :)

 

Najtańszy taksówkarz w mieście, a może najlepszy negocjator cen.

 

Pierwszy autostop po Azji

Na mój pierwszy historyczny autostop poza Europą czekałem z kartonikiem na obrzeżach Sajgonu całe 6 min. Przed wejściem do samochodu (dość ekskluzywnego jak na ten kraj) próbowałem dogadać się z kierowcą po angielsku gdzie jadę. Na próbach się skończyło więc aby wszystko było jasne podałem mu wcześniej przygotowaną karteczkę i wskazałem na mapie gdzie zmierzam. Zaprosił mnie do środka za pomocą wszystkim dobrze znanego na całym świecie gestu potwierdzenia - uśmiechnął się i ruszyliśmy.

Kierowca był tak miły, że po godzinie jazdy (gdy musiał skręcić w inną stronę niż ja planowałem jechać) powiedział mi przez Google translator, abym się nie martwił bo on złapie dla mnie kolejny samochód ! (!!!) Wiec wyszliśmy z auta na odludziu. Miałem nic nie robić i dać mu się wykazać. Po 10 min oczekiwania nic się nie zatrzymało. Właściwie to nie wiem dlaczego miałoby się cokolwiek zatrzymać, skoro tylko staliśmy z boku drogi i patrzeliśmy na przejeżdżające samochody. Ale możne się nie znam i tak się tutaj powinno łapać stopa (jakaś telepatia czy coś). Ponownie zaprosił mnie do samochodu. Po kolejnych kilku kilometrach jazdy wysadził mnie samego i bardzo grzecznie przeprosił (poprzez translator) że chciałby pomóc bardziej ale nie miał jak.

 

Drugi autostop złapałem już po 10 min stania na poboczu z kartonikiem. Meha (bo tak się nazywał pozytywny kierowca starej ciężarówki), znał trochę angielski więc aby się miło jechało co chwilę próbował zarzucić jakimś żartem. Wychodziło mu to tak sobie, ale faktycznie jechało się bardzo przyjemnie i czas szybko zleciał.

Można by sądzić, że w Wietnamie tak jak w Europie autostop nie stanowi większego wyzwania. Niestety nie do końca. Kolejny raz był "trochę" inny.

Zwykły busik, ale wspomnienia są upamiętnione :)

Czekałem sobie normalnie przy drodze. Wokoło rozciąga się niezbyt duża wioska, małe domki z ogródkami. Gdzieniegdzie sprzęt rolniczy. Za nimi rozciągają się jakieś pola. Niewiele osób. Sto metrów dalej widzę przystanek autobusowy. Nic niezwykłego. Choć może trochę jakby za cicho...  W gruncie rzeczy to na zegarku 16, a ja na zadupiu (zmrok zapada po 18). Po chwili zatrzymuje się skuter. Jak się okazało nauczyciel z szkoły. Na szczęście nie historyk, matematyk ale nauczyciel angielskiego. Oczywiście nie mógł mnie podwieźć bo przede mną jeszcze 200 km ale stwierdził łamanym angielskim, że mi pomoże.

Po 10 min bezowocnego zwyczajnego stania przy drodze (tak jak samo jak z pierwszym kierowcą) zatrzymał się tylko kolejny skuter który też chciał pomóc. Nie bardzo wiem jak, ale chciał i to się liczy. W końcu nauczyciel odpuścił stanie na poboczu. Załadował mnie na skuter i podjechaliśmy sto metrów dalej na przystanek.  Po chwili wyczekiwania, wtedy jeszcze nie wiedziałem na co. Zatrzymał dla mnie.... busik!  Transport jechał do mojego miasta docelowego napisanego na kartonie, więc kazał wsiąść. Już po krótkiej chwili "rozmowy", wiedziałem, że odmowy i tak nie zrozumie więc wsiadłem, dla świętego spokoju. A może tak właściwie to chciałem wsiać? Może tylko udawałem przed sobą, że nie chcę? Sam nie wiem. Zmrok się zbliżał. Bez namiotu, noc zapowiadała się średnio komfortowa w tej okolicy. Za przejechanie 200km zapłaciłem 20zł.

 

Phan Thiết - koszmar w hotelu

Czysty i nowoczesny kościół w centrum miasteczka

Do miejscowości Phan Thiết dotarłem po 19.00. Standardowo jak to w maju w tej okolicy już od godziny panował całkowity zmrok. Super, dotarłem do bazy pośredniej. Z rana ruszam dalej do ciekawszych miejsc ale co teraz? Jestem w wiosce rybackiej, co prawda sporej ale po zmroku nieciekawie się tu wszystko prezentuje. Na szczęście na resztkach internetu jeszcze w busiku znalazłem na Booking.com najtańszy wolny nocleg. Gdy kierowca zapytał się  gdzie ma mnie wyrzucić, (a przynajmniej tak mi się wydaje, że o to pytał) wskazałem adres z aplikacji.

 

 

Na szczęście nie musiałem daleko błąkać się po okolicy. Jak się okazało wkrótce, niestety... Bo "hotel" brudny i bez okna w pokoju. Istna tragedia. Na zdjęciu pokój nie prezentuje się tragicznie ale to tylko pozory. Zapłaciłem aż 50zł za noc! Później gdy leżałem i nie miałem za bardzo co robić po za oglądaniem BBC dopiero doczytałem w przewodniku, że nie daleko stąd jest ponoć miejscowość wypoczynkowa dla Rosjan. Mają tam swoje hotele, sklepy itp więc bardzo zawyżają ceny w tej części kraju.  To tylko jedna noc - pomyślałem - nie w takich warunkach się już spało. Może w końcu dobrze się wyśpię, nie ma okna więc poranne słońce mnie nie obudzi, nie nastawiam budzika, bo się nie spieszę. Miało być bardziej komfortowo niż na wsi bez namiotu ....

 

W nocy budziłem się kilka razy. Nie dlatego, że miałem głośnych sąsiadów. Nie dlatego, że nie byłem zmęczony, bo padłem na twarz. Ale dlatego, że w małym, szczelnie zamkniętym pokoiku gdy na dworze w nocy jest +25 stopni, klimatyzacja się sama od siebie wyłączała. Czułem się jak chomik w akwarium bez szyb. Okna nie otworzysz bo nie ma. Drzwi na korytarz nie zostawisz otwartych bo hotel nie budził mojego zaufania. No nic. Przecież powietrze nie jest aż tak bardzo potrzebne ...

 

Gdy się obudziłem, zerknąłem na zegarek. Mała wskazówka na 8, w takim razie na dworze powinno być już jasno. Szybko zebrałem swoje rzeczy i uciekłem z tego pokoju tortur.

 

To jest standardowa klamka w Wietnamie

Klamki

Na pierwszy rzut oka możesz zastanowić się po jakiego.... zamieszczam zdjęcie klamki. Co zaskakujące to fakt, że akurat z klamkami miałem dość sporo problemów w tym kraju. A jakby na to nie patrzeć, w każdym hostelu i hotelu się z nimi spotykałem. W takim razie po kolei. Nie ma zamka w drzwiach jest tylko wbudowany w klamkę po zewnętrznej stronie. Od środka nie ma miejsca na włożenia klucza, a (o dziwo) od zewnątrz też za pomocą klucza nie da się tych drzwi zamknąć (można tylko otworzyć).

Jak wyjść z hostelu kiedy nie da się kluczem drzwi zamknąć od zewnątrz i jak spać gdy nie ma zamknąć od środka? Po rozmowie z pierwszą recepcjonistką okazało się, że wszystkie klamki mają wystający przycisk od środka mieszania. Kliknięcie na niego powoduje zamknięcie drzwi. Jeśli przekręcisz gałkę to drzwi odblokujesz. Ale jak sprawdzić czy są zamknięte? Tego akurat się zrobić nie da. Trzeba uwierzyć, że jak się klikło to się zamknęło i od zewnątrz nikt nie otworzy. Jeśli chcemy wyjść to musimy otworzyć drzwi, kliknąć przycisk i te drzwi dopiero zamknąć. Wskazówka - WARTO PAMIĘTAĆ ABY KLUCZ MIEĆ W KIESZENI, A NIE ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI Niby to wszystko wydaje się śmieszne i proste ale takie nie jest gdy brakuje Ci snu i pierwszy raz się z tym spotykasz.

 

Phan Thiết - wioska rybacka

Wracając do mojej ulubionej miejscowości Phan Thiết. Gdy tylko wyszedłem z pokoju skierowałem się zgodnie z aplikacją Maps.me w stronę Nha Trang (mojego kolejnego celu). Niestety to co na mapie wydawało się szybkim przejściem przez wioskę w rzeczywistości zajęło ponad 1 godziny z ciężkim plecakiem i w palącym słońcu. Na szczęście po drodze na straganach kupiłem sobie coś na śniadanie, a w trakcie "spaceru" miałem okazję podziwiać lokalną przyrodę.

 

Tak wygląda wybrzeże w wiosce rybackiej i miejscowości turystycznej. Tragedia. Wszędzie śmieci.

 

W oryginalnej wersji te łódki są wykonywane z bambusowej plecionki.

 

Z przewodnika wyczytałem, tez kilka informacji:

Na powyższym zdjęciu widać łódki rybackie, które są wyciągane na szerokie wody za pomocą większych łodzi (widziane z tyłu). Rybacy spędzają cały dzień w tych "plastikowych pojemnikach" na połowach. Wieczorem przed zapadnięciem zmroku są odholowywani z powrotem do wioski w takich małych gromadkach.

W okolicy wytwarza się 15 mln litrów sosu "nuoc mam" czyli po naszemu sosu rybnego. W ogromnych zbiornikach sardynki poprzekładane z solą fermentują przez kilka miesięcy. Jak się domyślam, zapach nie przyciąga zbyt wielu turystów w okolice tych zakładów produkcyjnych.

Na koniec dodam, że pomimo iż nie jest to zbyt duża miejscowość to w jednej z tutejszych szkół uczył swojego czasu Nguyen Sin Cug, czyli sam wielki przywódca narodu (nazwany później) Ho Chi Minh. Aby uczcić ten fakt otwarto tutaj niewielkie muzeum.

 

 

Kierunek mojego spaceru na pewno się zgadzał z mapą. Tylko z nieznanych mi powodów mijało mnie coraz mniej samochodów. Przecież skoro kieruję się w stronę dużego miasta i oddalam się od centrum to co pewien czas ktoś jednak powinien mnie mijać. A już na pewno jakieś ciężarówki. Los jednak chciał, że gdy wspiąłem się na spore wzniesienie co nie należało do zadań najprzyjemniejszych. Zatrzymał się skuter. Pomyślałem sobie - nie ma mowy. Jazda z dużym plecakiem na skuterze bardzo obciąża mięśnie całego ciała i kręgosłup. Po mieście spoko. Ale na dłuższych trasach jest to walka z siłami natury o każdy przejechany kilometr drogi, a już na pewno po wybojach jak tu.

Właścicielka skutera, młoda Wietnamka uświadomiła mi mój błąd, że kierunek się zgadza ale to nie jest optymalna trasa. Tym samym zawiozła mnie na skuterze dosłownie na drugi koniec miasta. Następnie -można by rzec, że tradycyjnie w tym kraju- próbowała na siłę wepchnąć mnie do biura podróży abym tam kupił bilet na kolejny autobus. Oczywiście nie posłuchałem i dalej poszedłem pieszo z przypaloną nogą... Wstyd się przyznawać ale gdy siadałem za jej plecami, to przypadkiem skóra mojej łydki nawiązała bardzo krótkotrwałą ale jednak intensywną (dosłownie rzecz ujmując gorącą) znajomość z rozgrzaną rurą wydechową skutera. Tak solidnie się poparzyłem, że jeszcze kilka tygodni po powrocie do kraju miałem pamiątkę po tej znajomości. Później było już tylko lepiej.

Kosmos jak łatwo złapać tu transport. Albo ty złapiesz auto albo ktoś złapie Ciebie i wrzuci do autobusu jadącego tam gdzie ty planujesz.

Gdy znalazłem odpowiednie miejsce do łapania stopa zatrzymał się już 4 przejeżdżając samochód w którym spędziłem kolejne 5.5 godziny. Kierowca wraz z kolegą rozwozili samochodem dostawczym jakieś rzeczy po kraju. Młodzi ludzi, na oko tylko trochę starsi, z tego co zauważyłem bardzo imprezowi. Głośna muzyka, skromna rozmowa spowodowana brakiem znajomości wspólnego języka i piękne nadmorskie widoki. Krajobrazy wyjątkowo atrakcyjne. Marzenie.

W ten sposób dotarłem na obrzeża wietnamskiego Miami. Jak to wygląda przeczytacie i zobaczycie w kolejnym poście ale dodam tylko na zachętę, że palmy, najdroższe światowe hotele i wieżowce na plaży ukazały się moim oczom.

 

 

MOP w wydaniu azjatyckim. Tak wyglądają miejsca odpoczynku dla kierowców w tym kraju. Zresztą hamaki można znaleźć w tym kraju wszędzie, równie łatwo jak u nas Żabki czy Biedronki.

 

To co u nas jest nie do wyobrażenia to urozmaicenie krajobrazów w tym kraju. Wiadomo, że w Polsce mamy i góry, i morze, i mazury, nawet Jurę i pustynie ale ten kraj rozciąga się na długości ponad 2 tys. km, a nie jak nasz 600 km. Podczas wyprawy z południa kraju na północ widziałem wysuszone trawy (pewnie po porze suchej) i gęste lasy, a właściwie to dżungle. Płaskie tereny, pagórki, wysokie góry i niesamowite skały. Na południu upał, a na północy (nad Hanoi) z tego co wiem znajomi chodzili w kurtkach zimowych. W jednej części kraju pora deszczowa, a w drugiej klimat umiarkowany. Wiadomo, że skoro kraj rozciąga się na 2 tys. km to musi tam być wiele ciekawych urozmaiceń naturalnych poukrywanych ale ja opisuję co widziałem jadąc tylko jedną prostą drogą przez cały kraj, nigdzie zbytnio nie zbaczając z trasy.

 

Widoczki z ostatniego stopa - Wietnam Środkowy

W tym kraju też są płatne autostrady.

 

U nas mundurki szkole wyglądają trochę inaczej. PS żartowałem, to tylko strój na WF ;) W całej Azji widziałem takie zajęcia sportowe w kimonach.

 

Komentarze

Podobało się?